Korek

„Na południu bez zmian”, przekonują nas (pro)rosyjscy aktywiści medialni, relacjonujący konflikt w Ukrainie. Co mają na myśli? Ano ukraińska kontrofensywa na Zaporożu wygasa, „utopiona w morzu krwi”, a rosjanie zasileni przez elitarne oddziały powietrznodesantowe w wielu miejscach odzyskują inicjatywę. Jest zatem „stabilnie”, co w tym przypadku oznacza, że „niczego już nie stracimy”, a słabnące, choć wciąż ponawiane ukraińskie ataki, „przybierają formę prób rozpaczliwego zdobycia czegokolwiek”. W tej narracji przydatne okazują się słowa gen. Marka Milley’a, dowódcy amerykańskiej armii, zdaniem którego Ukraińcy mogą jeszcze atakować przez 30-45 dni. Sformułowanie wyrwane z kontekstu sugeruje, że także w ocenie Pentagonu siłom zbrojnym Ukrainy kończą się zapasy oraz rezerwy niezbędne do prowadzenia operacji zaczepnych. Innymi słowy – przekonują agenci rosyjskiej propagandy – „wygrywamy!”. Jak kiedyś pod Kurskiem, gdzie armia radziecka wykrwawiła nacierających Niemców, ostatecznie odbierając im strategiczną inicjatywę – to jedna z popularniejszych analogii używanych przez polskich wielbicieli „ruskiego miru”. Tyleż nieprawdziwa, co idiotyczna, wszak w 1943 roku to nacierający byli agresorami, wiodły ich nazistowskie idee, a samą bitwę (serię bitew) zwieńczył potężny zwrot zaczepny w wykonaniu dotychczasowych obrońców. Na Zaporożu tymczasem atakują napadnięci, (neo)nazistowskie elementy pozostają istotną częścią ideologii broniących się rosjan, niezdolnych obecnie do jakichkolwiek poważniejszych ataków. Wszystko co najważniejsze jest zatem „na odwrót”, no ale – jak widać – medialnym szujom niespecjalnie to przeszkadza.

Pal ich licho, wracajmy do sedna. Jak wygląda sytuacja na ukraińskim froncie? Nim odpowiem na to pytanie, pozwólcie, że odniosę się do słów gen. Milley’a. Szef kolegium połączonych sztabów nie miał na myśli technicznych i ludzkich możliwości ZSU. Mówił o pogodzie, która za kilka tygodni może znacząco utrudnić prowadzenie działań ofensywnych. Może (sam nie raz pisałem o uciążliwościach rasputicy), ale wcale nie musi. Sięgnijmy pamięcią do zeszłego roku i tego, co działo się wówczas na południu Ukrainy. Działania zaczepne ZSU na chersońszczyźnie zaczęły się latem, na dobre rozkręcając się jesienią. Punkt kulminacyjny wypadł na przełomie października i listopada – to wtedy zmuszono rosjan do ucieczki na wschodni brzeg Dniepru. Chersoń wyzwolono 11 listopada, aktywne działania o dużym nasileniu trwały jeszcze kilka dni. Zatem patrząc od dziś, można przyjąć, że Ukraińcom zostały dobre dwa miesiące, zwłaszcza że długoterminowe prognozy nie przewidują gwałtownego załamania pogody. A na Zaporożu najgorsza i najtrudniejsza część roboty została przez ZSU wykonana.

Budowanie umocnionych linii granicznych to istotny element rosyjskiej myśli wojskowej, sięgający czasów wczesnego Księstwa Moskiewskiego. W odmianie uwzględniającej bardziej nowoczesne wyzwania pola walki, obecny w podręczniku autorstwa gen. Wasilija Nowickiego z 1915 roku oraz jego późniejszych, sowieckich odmianach. Do tego rezerwuaru wiedzy odwołali się budowniczy pozycji obronnych na Zaporożu. I owszem, możemy się śmiać z rosyjskiej bylejakości oraz złodziejstwa, które tworzeniu „linii surowikina” towarzyszyły, ale nie zmienia to faktu, że umocnienia przygotowano przyzwoicie. Co więcej, nasycając je polami minowymi w skali, która pięć do dziesięciu razy przekraczała radzieckie normy. Prawdą jest, że ukraińskie plany zakładały różne scenariusze, w tym szybkie przełamanie nieprzyjacielskich linii dzięki skoncentrowanemu, silnemu atakowi jednostek pancernych i zmechanizowanych na wybrane punkty. Prawdą jest, że nic z tego nie wyszło, że koniecznym okazało się zastosowanie metody stopniowego wykruszania rosyjskiej obrony poprzez systematycznie ponawiane ataki niedużych grup szturmowych, wspartych silnym, precyzyjnym ogniem artylerii. W takich uwarunkowaniach nie powinno dziwić, że dzienny „urobek” ukraińskich oddziałów nie przekraczał 100-200 metrów, co przy głębokości rosyjskiego lądowego korytarza na Krym mogłoby oznaczać nawet dwuletnie zmagania.

Ale 60 proc. posiadanych na południu sił i środków rosjanie skierowali na pierwszą linię, druga i trzecia są dużo wątlejsze i słabiej obsadzone. Tymczasem ukraiński postępy pod Werbowe i Nowokropopiwką mają wszelkie cechy klasycznych wyłomów. Rosyjskie próby ich flankowania poprzez wściekłe ataki oddziałów WDW hamują ukraińskie postępy – ZSU bardziej skupia się na ochronie skrzydeł niż pogłębianiu występu. Ale w działaniach wojennych nie ma żadnej magii i innych cudów (jak rzekomy nadwiślański) – jest twardy konkret sprowadzający się do m.in. jakości sprzętu, wydolności logistyki, wyszkolenia, dowodzenia, motywacji. To musi jebnąć – że tak pozwolę sobie na nieco knajacki komentarz. Ktoś musi pęknąć. Jeśli rosjanie, ukraińskie oddziały będą niczym gaz wypuszczony z otwartej butelki. Jeśli pierwsi osłabną Ukraińcy, rosjanom uda się utrzymać korek w buzującej butelce. Skumulowana energia nie wydostanie się na zewnątrz i nie spustoszy rosyjskiego zaplecza.

Jak się domyślacie, moim zdaniem spustoszy. Ukraińcy wyjdą na drugą i trzecią linię i jest to kwestia najbliższych kilkunastu dni. Nie musi to oznaczać posypania się rosyjskiej obrony na Zaporożu – takim optymistą nie jestem – ale kampania z pewnością przyśpieszy. Po czym wnioskuję? Przesłanek jest mnóstwo, podrzucę Wam kilka z nich.

W rosyjskim sztabie generalnym trwają gorączkowe analizy poświęcone temu, jak zreorganizować obronę na Zaporożu. Moskiewscy generałowie zdają się wierzyć, że pchnięte do walki oddziały powietrznodesantowe jeszcze jakiś czas powstrzymają Ukraińców, ale co dalej? Opcje są dwie – trwanie przy obronie liniowej, wzdłuż całego frontu lub skupienie się na utrzymaniu najważniejszych miast. W takim scenariuszu twierdzami stałyby się Melitopol oraz Berdiańsk. Nie wiadomo, co ostatecznie wymyśli rosyjska „stawka”, ale fakt, że na poważnie rozważa się uporczywą obronę dwóch punktów dowodzi kruchości rezerw. Sam pomysł głupi nie jest – Ukraińcy przećwiczyli go w Bachmucie, miesiącami angażując i skrwawiając nieproporcjonalnie duże rosyjskie siły. Problem w tym, że rozciągnięta w linii obrona, to jednocześnie bardziej rozproszona logistyka – upierdliwa, jednak bezpieczniejsza. Obrona punktowa zaś oznacza większą koncentrację wojska w jednym miejscu, czyli większe zapotrzebowanie przy mniejszej liczbie dostępnych szlaków komunikacyjnych. To pogodzenie się z realiami „wąskiego gardła”, i to w sytuacji, kiedy Ukraińcy już nie raz udowodnili, że potrafią na tej szyi – rosyjskiej logistyce – zadzierzgnąć pętlę. Jest jeszcze inna obawa pośród rosyjskiej generalicji, wynikająca z typowych dla niej doświadczeń. Założenie wokół miasta pierścienia okrążenia i pójście dalej, w głąb nieprzyjacielskiego terytorium, to „klasyk” sowieckiej sztuki operacyjnej. A co jeśli Ukraińcy postąpią w ten sposób z Melitopolem i Berdiańskiem? – martwią się oficerowie „stawki”. Moim zdaniem, trochę na wyrost, bo taka koncepcja użycia sił możliwa jest do realizacji, gdy posiada się miażdżącą przewagę liczebną (trzeba ludzi i sprzętu, by ustanowić odpowiednio skuteczne oblężenie i zarazem zachować zdolność do działań ofensywnych). Ukraińcy takiej przewagi na Zaporożu nie mają.

Idźmy dalej – dowództwu operującej na południu 42. Dywizji Zmechanizowanej przyporządkowano niedawno kilka dodatkowych pułków. Zwracają na to uwagę analitycy ze Stratpoints, pisząc o „wyczerpaniu możliwości struktur dowodzenia na poziomie operacyjnym”. Co się kryje za tym specjalistycznym językiem? Gorzka, dla rosjan, prawda. Dowództwo 42. DZ ma teraz pod sobą dwa razy więcej ludzi nie dlatego, że jest takie dobre. Po prostu zarządza zbieraniną, bo nikt inny tego zrobić nie może. Na froncie wciąż ginie nieadekwatnie wysoka liczba wyższych rangą oficerów rosyjskiej armii, co jest skutkiem ukraińskich „polowań” na punkty dowodzenia, nonszalancji samych oficerów, ale i obiektywnej potrzeby ich przebywania w rejonach walk, co z kolei wynika z niedoskonałości systemu łączności i niskiej motywacji podwładnych. W ostatecznym rozrachunku niedosyt oficerów wpływa na obniżenie efektywności całych jednostek (a choćby za sprawą wydłużonego procesu decyzyjnego). A ów czynnik – z którym Ukraińcy nie mają takich problemów jak rosjanie – jest nie do przecenienia w szybko zmieniającym się środowisku pola walki, gdzie wygrywa ten, kto szybciej wie, co robić.

Kolejna kwestia – udział jednostek powietrznodesantowych. Wbrew niektórym opiniom, to wciąż elita rosyjskiej armii. Owszem, odtworzona po zeszłorocznych krwawych bojach, ale w oparciu o najlepszy dostępny w rosji materiał ludzki i sprzęt. Na Zaporożu walczy w tej chwili połowa rosyjskich dywizji WDW (7., 76. i 104. DPD). Sam fakt sięgnięcia po najcenniejsze rezerwy (i popłoch, w jakim odbywał się ich przerzut), świadczy o trudnej sytuacji rosjan. Obiektywnie patrząc, spadochroniarze biją się dobrze, ale przełomu jak dotąd nie wywalczyli, za to solidnie się skrwawili. A gdy straż pożarna zdziesiątkowana, komu przyjdzie gasić ogień?

Oczywiście Ukraińcy też ponoszą straty – i to niemałe (choć między bajki można włożyć dzisiejsze wynurzenia putina o 71 tysiącach zabitych na Zaporożu od początku czerwca żołnierzach ZSU). Z piętnastu zaangażowanych dotąd w kontrofensywę brygad, żadna nie utraciła więcej niż 20 proc. personelu (Ukraińcy rotują oddziały co kilka-kilkanaście dni, stąd równomierność strat). Moje dobre źródło w ukraińskiej armii mówi o 13 tysiącach zabitych i rannych od momentu rozpoczęcia kontrofensywy – choć nie mogę się doprosić odpowiedzi na pytanie o relację między liczbą poległych a zranionych. Sporo, ale z drugiej strony pamiętajmy, że kilka tygodni temu padliśmy ofiarą rosyjskiej propagandy i popłochu pośród rodzimych analityków militarnych. Mówiło się wówczas o dziesiątkach utraconych czołgów i bojowych wozów piechoty. Otrzeźwienie przyszło kilkanaście dni temu, dzięki analizie dostępnych danych – wynika z nich, że Ukraińcy bezpowrotnie utracili mniej niż 10 proc. przekazanych im przez Zachód czołgów. Straty wśród BWP-ów były dwukrotnie wyższe, lecz zostały już dawno skompensowane poprzez dostawy kolejnych partii sprzętu. W efekcie, największe ukraińskie jednostki pancerne i zmechanizowane nadal posiadają odpowiednio duży potencjał do przeprowadzenia rajdów na rosyjskie tyły. Wystarczy wybić im korek.

Wybijanie korka to nie tylko pogłębianie wyłomów, to także robota na zapleczu, polegająca na niszczeniu rosyjskiej artylerii i środków transportu. W minionym tygodniu Ukraińcy puścili z dymem aż 250 systemów artyleryjskich rosjan (większość na Zaporożu) – najwięcej od wybuchu wojny. Zniszczono też niemal 300 ciężarówek i cystern – a to wyłącznie zweryfikowane straty. Osłabianie rosjan w tych obszarach trwa już od wielu tygodni, od kilku dni ZSU regularnie biją w najcenniejsze (obok pól minowych) aktywa rosjan. Tylko wczoraj i dziś Ukraińcy opublikowali trzy filmy przedstawiające uderzenia precyzyjnej artylerii rakietowej w stanowiska operatorów lancetów. Drony-kamikadze ostro dały się we znaki armii ukraińskiej, jeśli nagle są tak łatwo niszczone, Ukraińcy musieli zyskać większe możliwości w zakresie rozpoznania rosyjskich terenów przyfrontowych. Ich dronom obserwacyjnym łatwiej się zapuszczać na rosyjskie tyły, co może oznaczać przynajmniej częściowy paraliż wrogich systemów WRE, służących do zakłócania.

A walka trwa…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria/fot. Sztab Generalny ZSU

(Nie)wolni

Przez front przewinęło się do tej pory mniej więcej 1,2 mln ukraińskich żołnierzy oraz około miliona rosjan. To moje autorskie szacunki, oparte o dostępne dane. Służba w ZSU trwa rok (co nie oznacza roku na froncie; na pierwszej linii członek personelu sił zbrojnych Ukrainy spędza 3-4 miesiące), rosjanie wysyłani na obszar „spec-operacji” spędzają tam pół roku. Armia ukraińska liczy 700 tys. żołnierzy (milion, o jakim się czasem mówi, dotyczy wszystkich służb mundurowych w Ukrainie), rosyjski kontyngent to obecnie około 350 tys. ludzi (z których dwie trzecie stacjonuje na okupowanych terenach) – i jest to wartość, którą można uznać za średnią dla tego konfliktu (moskale zaczynali z mniej niż 200 tys. wojskowych, ale był okres, że wojna angażowała niemal pół miliona żołnierzy). Ukraińcy ponieśli dotąd straty na poziomie 170 tys. zabitych, rannych i zaginionych (jedna trzecia to polegli), rosyjskie szacowane są na 220-250 tys. (z których zabici to 70-90 tys.); takie dane podają zachodnie źródła wywiadowcze.

Obie strony przetrzymują obecnie po około 1,5-2,5 tys. jeńców, przy czym w rosyjskiej niewoli przebywa więcej Ukraińców niż rosjan w ukraińskiej. Ta przewaga to „premia” Mariupola, kiedy moskale za jednym razem pojmali 2,5 tys. ukraińskich żołnierzy. Jeńcy są najczęściej po kilku miesiącach wymieniani, a niektórzy nie trafiają nawet do oficjalnej ewidencji. Obie armie stosują praktykę „podręcznych obozów” – konkretne jednostki frontowe trzymają jeńców w strefie walk i na podstawie porozumień z dowódcami niższego szczebla z drugiej strony wymieniają obcych na swoich. Taka niewola trwa od kilku godzin do kilkunastu dni i choć praktyka ta jest formalnie zakazana przez dowództwa obu armii, nadal ma miejsce. Niezależnie od tego sumaryczna liczba więźniów wojennych w tym konflikcie nie przekracza kilkunastu tysięcy. Odnosząc się do doświadczeń historycznych, na tym etapie wojny (po 1,5 roku bardzo intensywnych zmagań, które mają obecnie patowy status), jeńców powinno być kilka razy więcej.

Dlaczego żołnierze obu stron unikają niewoli i zamiast niej często wybierają walkę do końca? W sytuacji dysproporcji w morale – które u Ukraińców jest wyższe niż u rosjan – tak postawione pytanie może się wydawać dziwne. Potoczne doświadczenie każe bowiem założyć, że przy takich różnicach w nastawieniu do służby i walki, moskale winni poddawać się masowo.

W przypadku Ukraińców sprawa też nie jest oczywista. Nie da się jej wyjaśnić jedynie wyższą motywacją, wynikającą na przykład z rosyjskiego bestialstwa i przekonania, że należy wrogowi uniemożliwić kolejne zbrodnie, a choćby i za cenę własnego życia.

Szukając odpowiedzi, przyjrzyjmy się jeńcom filmowanym podczas wymian. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to kondycja uwalnianych Ukraińców, który najczęściej wyglądają jak żywe trupy. W odróżnieniu od nich, rosyjscy więźniowie mają się bardzo przyzwoicie – widać, że ich karmiono, że zapewniono im opiekę medyczną, że nie poddawano okaleczającym torturom. Podłe warunki niewoli, będące standardem rosyjskich obozów – przemoc, niedożywienie, niezaopiekowane rany i nieleczone choroby – są dobrze znane pośród ukraińskich żołnierzy. Wystarczyło kilka pierwszych wymian, by wiedza na ten temat stała się powszechna. Szczególną grozę budzi lęk przed kastracją; rosjanie co najmniej kilkanaście razy dopuścili się takiej zbrodni na jeńcach (nie raz i nie dwa, chwaląc się własną brutalnością w sieci). Zatem to strach przed koszmarnym doświadczeniem powstrzymuje Ukraińców przed podniesieniem rąk.

Brakuje uzasadnionych przesłanek, by takie lęki były również udziałem rosjan. Mimo to ci także drżą przed wizją pojmania. Po pierwsze, ponieważ żyją pod presją ogłupiającej propagandy, która przekonuje ich o ukraińskiej brutalności. Ba, często przy tym sięgając po argumenty absurdalne, jak groźby zabicia dla narządów czy okaleczeń na skutek eksperymentów medycznych. Możemy się z tego śmiać, ale rosjanie w to wierzą, sądząc po relacjach jeńców z „drugiej armii świata”, zaskoczonych łagodnym potraktowaniem. Po drugie, moskale boją się konsekwencji prawnych – w ojczyźnie za „dobrowolne poddanie się” grozi im kara 10 lat więzienia (wzorce stalinowskie wiecznie żywe…). Po trzecie wreszcie, Ukraińcy ogrywają medialnie każdą wymianę jeńców, uwolnionych traktując jak bohaterów i mówiąc o nich jak o bohaterach. W rosji tymczasem to tabu – o jeńcach właściwie się nie mówi, temat jest wstydliwy i potencjalnie defetystyczny, brakuje zatem szerszej świadomości, szczególnie pośród żołnierzy, że niewola nie jest wyrokiem śmierci czy kalectwa. I tak lezą iwany pod lufy, choć wcale by nie musiały…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmut z czasów tuż przed finalną bitwą, zdjęcie ilustracyjne/fot. Marcin Ogdowski

Integracja

„Ukraina niczego w Wilnie nie uzyskała”, „Zełenski rozżalony”, „NATO okrakiem wycofuje się ze wsparcia dla Kijowa” – oto trzy z wielu krzykliwych nagłówków, na jakie natknąłem się przeglądając rosyjskie i polskie media (także społecznościowe). Intencje kremlowskiej propagandy są dla mnie oczywiste – dezawuowanie szczytu ma podnieść na duchu rosjan, zaś u rosyjskojęzycznych Ukraińców wywołać przekonanie, że zostali zdradzeni/porzuceni. Polskie źródła albo działają z prorosyjskich pobudek, albo dla taniej sensacyjności bezmyślnie kopiują tę narrację. Fałszywą, a w niektórych obszarach opartą o niezrozumienie bądź świadome ignorowanie reguł dyplomatycznej gry.

Zacznijmy od podstawowych faktów. NATO nie może przyjąć do swojego grona państwa w stanie wojny. Z uwagi na wzajemne zobowiązania oznaczałoby to konieczność włączenia się Sojuszu do działań zbrojnych. W tym konkretnym przypadku pójście na wojnę z rosją, której NATO – z powodu ryzyka nuklearnej eskalacji – wolałoby uniknąć. Zatem tak długo, jak długo trwa konflikt na wschodzie, nie będzie mowy o członkostwie Ukrainy i wynikających z niego gwarancjach bezpieczeństwa. Co więcej, wielu z nas umyka fakt, że w warunkach akcesji jest coś więcej niż tylko nieprowadzenie aktywnych działań bojowych. Aspirujący kraj musi mieć uregulowane kwestie własnych granic – nie może rościć sobie pretensji, słusznych czy nie, do terytoriów będących pod kontrolą innego państwa. Tak więc sam koniec wojny to w odniesieniu do Ukrainy za mało, jeśli nie będzie to koniec poprzedzony wyzwoleniem wszystkich ziem utraconych między 2014 a 2022 rokiem.

Oczywiście, są alternatywy dla „pełnego ukraińskiego zwycięstwa”, ale na tym etapie tekstu pozwolę je sobie pominąć.

Świadomość wymienionych uwarunkowań jest dla polityków oczywista. Stąd kłamliwość twierdzeń, że Zełenski, i ktokolwiek z jego delegacji, jechał do Wilna z nadzieją, że przywiezie Ukraińcom członkostwo, konkretną datę czy dokładny kalendarz integracji. Nie da się ich wyznaczyć z prostego powodu – nie sposób przewidzieć, kiedy skończy się wojna. Zwłaszcza że nie wszystko zależy od natowskiej i ukraińskiej strony, bo nie będzie końca konfliktu, jeśli takiej woli nie wykażą rosjanie. Niestety, cechą charakterystyczną wszystkich społeczeństw jest powszechność nierealistycznych oczekiwań. Większość Ukraińców chciałaby, żeby ich ojczyzna była w NATO już teraz (część proukraińskich opinii publicznych na Zachodzie również), a choćby i za cenę ryzyka eskalacji konfliktu do rozmiarów wojny światowej. Wołodymr Zełenski nie może ignorować takich postaw. I jakkolwiek naiwnością jest wiara, że w Wilnie czymkolwiek go zaskoczono – bo w przypadku takich „imprez” kluczowe ustalenia podejmuje się wcześniej, a szczyt ma służyć jedynie ich prezentacji – to i tak ukraiński prezydent musiał dać do zrozumienia, że nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Pod publiczkę i w imieniu publiki, czyli przede wszystkim własnych obywateli. Każdy uczestnik szczytu ma świadomość rutynowości tego zabiegu, zatem darujmy sobie bajeczki o „kwasach” pośród głów państw antyrosyjskiej koalicji czy wręcz rozłamie (i jego dramatycznych skutkach). Nic takiego się nie dzieje.

Gdy piszę te słowa szczyt w Wilnie jeszcze trwa, lecz już teraz jasne jest, że Ukraina otrzymała zapewnienie dotyczące członkostwa. Że proces akcesyjny zostanie maksymalnie skrócony, a formalnie zacznie się „gdy pozwolą na to warunki”. Do tego czasu sojusznicy zobowiązują się do doradztwa i finansowania przebudowy armii ukraińskiej do standardów natowskich. Nade wszystko zaś do dalszego wspierania wysiłków ZSU w zwalczaniu rosyjskiej agresji – zakrojonej na szeroką skalę pomocy sprzętowej, szkoleniowej i wywiadowczej. Szczyt stał się okazją do zadeklarowania kolejnych pakietów pomocy; nie będę Was zanudzał szczegółami, ale warto odnotować doniesienia o zintegrowanym programie szkoleniowym na samolotach F-16 dla ukraińskich pilotów, który wystartuje w sierpniu br., dobrze też wspomnieć o francuskiej deklaracji dostarczenia pocisków manewrujących SCALP (storm shadowów znad Sekwany). Część deklaracji ma charakter niejawny – dowiemy się o nich zapewne dopiero po pierwszym użyciu posłanego sprzętu na froncie.

A teraz Realpolitik. Jest rzeczą oczywistą, że rosja – przy obecnym reżimie – będzie korzystać z własnych możliwości, by członkostwo Ukrainy zablokować. Ba, nawet upadek obecnej władzy może tu nie wnieść istotnej zmiany. Z punktu widzenia Kremla, wystarczy utrzymać wojnę na niskim poziomie intensywności i odmawiać podpisania porozumienia pokojowego. Ciągłe odsyłanie Ukrainy do poczekalni nie przysłuży się wiarygodności NATO, Sojusz zatem musi wypracować na tę okoliczność jakąś strategię. Znaleźć konsensus dotyczący nieidealnych, ale akceptowalnych warunków członkostwa. Załóżmy, że Ukraińcom uda się wyprzeć rosjan ze swojego terytorium – rzecz w tym, że w takim scenariuszu Moskwa nie utraci zdolności ostrzału Ukrainy pociskami manewrującymi. I nie musi tego robić często, by podtrzymać faktyczny stan wojny, która w takiej postaci może trwać nawet dekady. Co wtedy? Ano NATO będzie musiało zagrać va banque, zaryzykować integrację. Z Wilna nie płyną żadne informacje, by Sojusz wypracował w tej kwestii jakieś stanowisko, uzgodnił, jaki rodzaj ryzyka poniesie, a jaki nie. Z drugiej strony, wśród zachodnich przywódców coraz powszechniejsze jest przekonanie, że presją ekonomiczną (sankcyjną) da się Moskwie wybić z głowy długoletnie wojowanie. Jeśli mają rację, może rzeczywiście na tym etapie nie ma czego ustalać.

Ale spychanie problemów „na później” dotyczy również Ukraińców. Co jeśli nie odbiją wszystkich ziem, a rosja jednostronnie ogłosi zakończenie spec-operacji, nie opuszczając okupowanych terytoriów? Czy za cenę członkostwa w NATO Kijów wyrzeknie się roszczeń terytorialnych? Obecnie taki scenariusz jest nieakceptowalny przez większość Ukraińców, głównie z uwagi na świadomość poniesionych strat i „świeżość” tej rany. Co wcale nie wyklucza sytuacji, w której Ukraina przed takim dylematem stanie. Jest kwestią niedyskutowalną – patrząc z ukraińskiej perspektywy – że dziś trzeba robić wszystko, by wyeliminować ryzyko trudnych kompromisów. Ale nie wolno też z góry oznaczać ich piętnem tabu zamykanego w publicznej debacie diagnozą zdrady. Bo w którymś momencie może nie być innego wyjścia.

O czym piszę z intelektualnej uczciwości, osobiście nie tracąc wiary w pełne ukraińskie zwycięstwo. Zwieńczone szybką integracją z NATO.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Rozmach

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…

A może jednak nie tak dawno i nie w tak odległej – idzie bowiem o całkiem bieżącą rosyjską narrację propagandową, uskutecznianą nie tylko przez moskali, ale i naszych skarpetkosceptyków. Tworzy ona świat równoległy, w którym niemal wszystko jest na opak lub przynajmniej w istotny sposób różne od tego, co w rzeczywistości. Świat, w którym armia neosowiecka toczy bohaterskie i zwycięskie boje, na razie w obronie, ale niebawem jak nic wykona woltę i przyleje z flanki. Ciekaw jestem, ile w tym dyletanctwa, naiwności i głupoty, ile zaś nikczemnej woli, by brać udział w kremlowskiej dezinformacji? Polityczna hucpa wokół pomysłu zbadania rosyjskich wpływów nie zmienia faktu, że problem istnieje. Że moskale mają u nas nie tylko „twardą” agenturę, ale też spore grono agentów wpływu i rzesze użytecznych idiotów, kolportujących korzystne dla Moskwy treści. Info-sferę już dawno należało poddać weryfikacji, której celem byłoby wyrugowanie prorosyjskich narracji, godzących w polską rację stanu i łamiących praworządność (dość przypomnieć, że popieranie wojny napastniczej jest w Polsce zakazane). No ale władza i służby mają, zdaje się, poważniejsze zmartwienia…

Dość narzekania, przejdźmy do sedna. „Rosyjskie śmigłowce Ka-52 zatrzymały wielką ukraińską kontrofensywę na Zaporożu”, pisze rodzimy wielbiciel ruskiego miru. Zapewniając, że istnieje na ten temat mnóstwo materiałów fotograficznych i filmowych, co jak rozumiem, ma uwiarygodnić przekaz. No więc pogrzebałem od rana pośród tych materiałów, wsparłem się także wiedzą analityków na bieżąco dokumentujących straty obu stron. Nim do tego przejdę, dwie techniczne uwagi. Po pierwsze, z dotychczasowych doświadczeń wynika, że ogólnodostępne filmy i zdjęcia ilustrują mniej więcej dwie trzecie realnie poniesionych strat. Po drugie, historia wojskowości pokazuje, że przy porównywalnym potencjale technicznym zaangażowanych w konflikt armii, strona atakująca ponosi zwykle straty dwu-trzykrotnie większe niż obrońcy.

Przez pierwsze dwa i pół tygodnia czerwca atakujący Ukraińcy stracili na Zaporożu 18 czołgów – tyle samo, ile rosjanie. Mamy tu więc relację strat 1 : 1, nie zaś 3 : 1. Co więcej, większość rosyjskich czołgów (14 sztuk) została zniszczona, połowa ukraińskich wozów mimo trafienia nadawała się do remontu (co niemal na pewno oznacza, że załoga ocalała). Nacierające ZSU po stronie strat zanotować musiały 27 bojowych wozów piechoty, w większości amerykańskich Bradleyów. Lecz tylko jedna trzecia z nich została całkowicie zniszczona – reszta to wozy porzucone na skutek uszkodzenia (najczęściej wywołanego najechaniem na minę). Nie wiem, ile z nich zostało potem odzyskanych i odesłanych na tyły do remontu; na pewno żadna z maszyn nie dostała się w ręce rosjan. Ci zaś w tej kategorii sprzętu utracili 19 wozów, z czego 16 bezpowrotnie (wypalone wraki). Relacja strat – 1,5 : 1 znów daleka jest od typowych norm; przy takim „nakładzie” rosjan, Ukraińcy powinni pozbyć się 38-57 bewupów.

Solidnie oberwały ZSU jeśli idzie o transportery opancerzone, przede wszystkim amerykańskie wozy typu MRAP. Spłonęło ich 25 sztuk, kilkanaście kolejnych zostało uszkodzonych. W tym zakresie brakuje udokumentowanych rosyjskich strat, co nie dziwi, wszak to Ukraińcy byli stroną aktywną i to ich piechotę należało podrzucić do miejsc, z których wyprowadzano ataki. W przypadku rosjan mieliśmy do czynienia przede wszystkim ze statyczną obroną wcześniej przygotowanych linii obronnych – mobilność nie była cechą ich oddziałów, nie licząc przemieszczających się na tyłach rezerw oraz nielicznych jednostek, które przeszły do kontrataku.

Co istotne, większość skasowanych MRAP-ów to zasługa śmigłowców szturmowych Ka-52. Latały one wzdłuż linii frontu, na granicy zasięgu własnych pocisków przeciwpancernych, z odległości 9-10 km rażąc ukraińskie kolumny. Szczwana taktyka, wykorzystująca fakt, że ręczne zestawy przeciwlotnicze mają zasięg o połowę krótszy. Tym niemniej bezkarność rosyjskich pilotów nie trwała długo – Ukraińcy podciągnęli „cięższą” OPL i w ciągu zaledwie sześciu dni (od 12 czerwca począwszy) na ziemię spadło sześć Ka-52. To bez dwóch zdań dobry śmigłowiec, perła w koronie rosyjskiej awiacji. Dzięki zachodniej awionice i zachodnim podzespołom wykorzystywanym w jego precyzyjnej amunicji, mający potencjał, by krzyżować Ukraińcom szyki. Nim zaczęła się inwazja, armia rosyjska miała około 120 takich maszyn, ponad jedna czwarta została już zgruzowana. Dla porządku dodajmy, że pojedynczy Ka-52 wart jest 16 mln dol., strata sześciu to niemal równiutkie 100 baniek. Za tę sumę można by kupić około… tysiąca MRAP-ów (używanych, takich, jakie dostają ZSU).

Jeśli zatem Ka-52 cokolwiek zatrzymały, to efektywność tego przedsięwzięcia jest, delikatnie mówiąc, średniawa. Z pewnością nie zatrzymały ukraińskiej presji, bo walki na Zaporożu trwają. Ale u licha, jakby na te zmagania nie patrzeć, wciąż nie ma w nich rozmachu kontrofensywy, zwłaszcza „wielkiej”. Straty, o których mowa powyżej, tylko potwierdzają doniesienia o ograniczonym charakterze działań. Ze strzępów informacji można wywnioskować, że w walkach wzięły udział elementy sześciu ukraińskich brygad, ale za każdym razem były to wydzielone, najwyżej kilkusetosobowe kontyngenty (kompanie, bataliony). Generał Załużny wciąż oszczędza swoją „żelazną pięść” – elitarne odwodowe jednostki, z których część właśnie się z Zaporoża wyniosła (a może nigdy ich tam nie było?). Czyżby miejsce, w którym się objawią, będzie prawdziwym celem ofensywy? A może nadal jest nim Zaporoże, tylko to, co do tej pory oglądaliśmy (i oglądamy), to ledwie początek rozpisanych na wiele miesięcy działań? Postaram się na te pytania odpowiedzieć w jutrzejszym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Dominikowi Mytkosiowi, Maksymowi Kammererowi, Jakubowi Kojderowi, Czytelniczce Agnieszce, Andrzejowi Sztukowskiemu, Bogusławowi Węgrzynowi i Zbigniewowi Cichańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Doświadczenie

„Ruskie kontratakują…”, napisał do mnie przed południem jeden z Czytelników. Wypowiedź była nieco bardziej rozbudowana – cytuję tylko jej esencję – a zwieńczyła ją „smutna buźka”. Postanowiłem tę wiadomość upublicznić, bo ilustruje problem, do którego chciałbym się dziś odnieść. Chodzi o rozbuchane oczekiwania, które wprost przekładają się na percepcję wydarzeń na Zaporożu. Gorączkowy entuzjazm przychylnej Ukrainie opinii publicznej, bazujący na nierealistycznych wyobrażeniach – i z tego powodu łatwy do wygaszenia. Podatny na transformację w ponuractwo i pesymizm, które z kolei sprzyjają zdystansowaniu się od „ukraińskich problemów”. A ten dystans to „amunicja politycznego rażenia”, wszak w ostatecznym rozrachunku dalsze wsparcie dla Ukrainy wymaga zgody zachodnich społeczeństw. USA czy Wielka Brytania to nie rosja, której władze mają w dupie wolę narodu.

Medialno-polityczny, a częściowo też i fachowy dyskurs wokół zachodnich dostaw sprzętu wojskowego oraz spodziewanej ukraińskiej kontrofensywy, cechował się w ostatnich miesiącach brakiem umiaru. Za mało było wypowiedzi, w których dominowałby realizm. Niewprawiony czytelnik/słuchacz/widz nabrał przekonania, że „teraz Ukraińcy mają tyle, że muszą dać radę”. W szybkim tempie zadać rosjanom druzgocące straty i zakończyć wojnę. W tej percepcji niemieckie czołgi czy amerykańskie bojowe wozy piechoty urosły do rangi wunderwaffe, której samo pojawienie się na froncie zmusi moskali do ucieczki. Szczegółami mało kto się przejmował, zapominając/nie mając pojęcia, że użytkownik takiego sprzętu musi go poznać, zgrać jego wykorzystanie z innymi elementami zgrupowania bojowego. Nauczenie załogi Leoparda 2 poruszania się czołgiem, celnego strzelania z armaty, to ledwie początek. Czołg nie jest wyspą, działa w ramach kompanii z kilkunastoma innymi maszynami. Kompania jest częścią batalionu, batalion idzie do boju wespół z saperami, artylerią, lotnictwem, pododdziałowi pancernemu towarzyszą zwykle jednostki zmechanizowanej piechoty itp., itd. Innymi słowy, walka to współdziałanie i cały szereg zmiennych, pośród których charakterystyki używanego sprzętu tworzą tylko część wartości. Dajmy Ukraińcom w poniedziałek tysiąc nowoczesnych czołgów i oczekujmy, że we wtorek ruszą nimi do walki. Do środy dwie trzecie maszyn zostanie zniszczona, przy zyskach niewartych nawet dziesiątej części poniesionych strat.

Pozwólcie na małą dygresję. Kilkanaście lat temu – podczas firmowej imprezy integracyjnej – zostałem dowódcą oddziału paintballowców. „Marcin!”, gardłowali ludzie, wybór szefa był bowiem skutkiem głosowania. Miałem za sobą kilka wojennych wyjazdów, opinię fachowca od wojny i wojskowości – kto więc jak nie ja. Sam tak sądziłem, przekonany, że będę niczym płk Hal Moore podczas bitwy w dolinie Ia Đrăng (a właściwie to jego filmowy odpowiednik, doskonale zagrany przez Mela Gibsona w „Byliśmy żołnierzami”). Że zerknę na pole bitwy i już będę wiedział, co robić. A tu jeb – centralnie między oczy. Zaczęła się rozgrywka, ja tymczasem nie miałem pojęcia, co dalej. Jak „ułożyć” ludzi, by przeciwnik nie wdarł się w chroniony rejon. W efekcie, najpierw każdy walczył na własną rękę, a gdy nieco mnie otrzeźwiło, kazałem oddziałowi wycofać się do budynku. I co z tego, że wypatrzyłem świetną miejscówkę, z której napieprzałem po atakujących z nielichą skutecznością, gdy nie zorganizowałem stanowiska obronnego właściwie chroniącego flanki i tył? Wciry dostaliśmy takie że ho-ho, a ja zostałem z refleksją, że nawet najlepsza „szpryca” (a nasze karabinki były nowiusieńkie, biły daleko i celnie), to za mało, żeby wygrać. Są ludzie, którzy mają naturalny instynkt walki, ale co do zasady najważniejsze jest doświadczenie. Umiejętność współpracy, także w warunkach nieustannie zmieniającej się sytuacji. Braku tych cech nie unieważnią największa odwaga i determinacja. W którymś momencie, podczas pamiętnej „bitwy”, dwóch moich ludzi wybiegło na wprost atakujących. Darli pyski, ładując z karabinków jak szaleni. Później jeden z nich przyznał: „chciałem sprintem dopaść do ich budynku z flagą”. Chłopcy szybciutko wyłapali kilkanaście kulek i na tym skończyła się ich szarża. Mnie przypominała ona słynne japońskie ataki banzai – tyleż odważne, co głupie i nieefektywne.

Jeden z gamoni, proruskich aktywistów medialnych z Twittera, właśnie „atakami banzai” nazywa ukraińskie szturmy w Zaporożu. Bredzi jak potłuczony, tym niemniej faktem jest, że armia ukraińska, doskonała w obronie, uczy się właśnie w przyśpieszonym trybie, jak być skuteczną w ataku. A że uczy się nie na paintballu, a na prawdziwej wojnie, ludzie przy tym naprawdę giną i płonie prawdziwy sprzęt.

Sprzęt tak czy inaczej znacząco lepszy od rosyjskiego. Kilka dni temu (pro)kremlowskie źródła epatowały zdjęciami uszkodzonych wozów ZSU (jedną z takich fotografii załączam do tekstu). „Supertechnika NATO nie wytrzymała w konfrontacji z rosyjską bronią”, komentowano. Tak, widoczny na zdjęciu Leopard został unieruchomiony, tak, podobny los spotkał Bradleye. Nastąpiło to na skutek wjechania na pole minowe, przy jednoczesnym rosyjskim ostrzale artyleryjskim. Natężenie bodźców wywołało zamieszanie pośród niedoświadczonych i niezgranych żołnierzy (wiadomo, z jakiej byli brygady – niedawno sformowanej). Ale proszę spojrzeć na Leoparda – nie wziął udziału w igrzyskach latającej wieży, co jest losem sporej części porażonych rosyjskich czołgów. Tylko jeden z bewupów został solidnie pokiereszowany, reszta – mimo wyłapania miny – ocaliła załogi i desant; otwarte wrota i brak ciał w okolicy sugerują udaną ewakuację (którą zresztą widać na ujawnionym później przez Ukraińców materiale filmowym). Gdyby na miejscu Bradleyów znalazły się sowieckie BWP-1/2, najpewniej nie byłoby czego zbierać. Warto, byście mieli świadomość, że nawet w ofensywie armia ukraińska ponosi mniejsze straty niż rosyjska. Ale sumę czynników wynikłych z posiadania lepszego sprzętu musi uzupełnić efekt zdobytego doświadczenia – dopiero wtedy będziemy mogli mówić o istotnej jakościowej różnicy.

Zatem cierpliwości, zwłaszcza że ofensywa dopiero się zaczyna.

I jak każde tego rodzaju działanie, przetkana jest pauzami operacyjnymi. Nie sposób nieustannie dociskać, atakujący również potrzebują czasu na przegrupowanie, podciągnięcie zaopatrzenia, odpoczynek. Dla drugiej strony to doskonały moment na wyprowadzenie kontruderzenia. Tym bardziej, że przeciwnikowi trudniej się bronić na dopiero co zajętym terenie. rosjanom można zarzucić wiele, ale nie brakuje im znajomości podstaw sztuki operacyjnej. Więc kontratakują, gdzie mogą – jak na razie z mizernym efektem.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Jakubowskiemu, Bartoszowi Sokołowskiemu, Konradowi Rutkowskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Michałowi Nowackiemu, Czytelnikowi posługującemu się nickiem KK, Czytelnikowi Pawłowi, Andrzejowi Panufnikowi, Tomaszowi Włochowi, Wiktorowi Migaszewskiemu, Katarzynie Milewskiej i Michałowi Baszyńskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!