(Nie)wolni

Przez front przewinęło się do tej pory mniej więcej 1,2 mln ukraińskich żołnierzy oraz około miliona rosjan. To moje autorskie szacunki, oparte o dostępne dane. Służba w ZSU trwa rok (co nie oznacza roku na froncie; na pierwszej linii członek personelu sił zbrojnych Ukrainy spędza 3-4 miesiące), rosjanie wysyłani na obszar „spec-operacji” spędzają tam pół roku. Armia ukraińska liczy 700 tys. żołnierzy (milion, o jakim się czasem mówi, dotyczy wszystkich służb mundurowych w Ukrainie), rosyjski kontyngent to obecnie około 350 tys. ludzi (z których dwie trzecie stacjonuje na okupowanych terenach) – i jest to wartość, którą można uznać za średnią dla tego konfliktu (moskale zaczynali z mniej niż 200 tys. wojskowych, ale był okres, że wojna angażowała niemal pół miliona żołnierzy). Ukraińcy ponieśli dotąd straty na poziomie 170 tys. zabitych, rannych i zaginionych (jedna trzecia to polegli), rosyjskie szacowane są na 220-250 tys. (z których zabici to 70-90 tys.); takie dane podają zachodnie źródła wywiadowcze.

Obie strony przetrzymują obecnie po około 1,5-2,5 tys. jeńców, przy czym w rosyjskiej niewoli przebywa więcej Ukraińców niż rosjan w ukraińskiej. Ta przewaga to „premia” Mariupola, kiedy moskale za jednym razem pojmali 2,5 tys. ukraińskich żołnierzy. Jeńcy są najczęściej po kilku miesiącach wymieniani, a niektórzy nie trafiają nawet do oficjalnej ewidencji. Obie armie stosują praktykę „podręcznych obozów” – konkretne jednostki frontowe trzymają jeńców w strefie walk i na podstawie porozumień z dowódcami niższego szczebla z drugiej strony wymieniają obcych na swoich. Taka niewola trwa od kilku godzin do kilkunastu dni i choć praktyka ta jest formalnie zakazana przez dowództwa obu armii, nadal ma miejsce. Niezależnie od tego sumaryczna liczba więźniów wojennych w tym konflikcie nie przekracza kilkunastu tysięcy. Odnosząc się do doświadczeń historycznych, na tym etapie wojny (po 1,5 roku bardzo intensywnych zmagań, które mają obecnie patowy status), jeńców powinno być kilka razy więcej.

Dlaczego żołnierze obu stron unikają niewoli i zamiast niej często wybierają walkę do końca? W sytuacji dysproporcji w morale – które u Ukraińców jest wyższe niż u rosjan – tak postawione pytanie może się wydawać dziwne. Potoczne doświadczenie każe bowiem założyć, że przy takich różnicach w nastawieniu do służby i walki, moskale winni poddawać się masowo.

W przypadku Ukraińców sprawa też nie jest oczywista. Nie da się jej wyjaśnić jedynie wyższą motywacją, wynikającą na przykład z rosyjskiego bestialstwa i przekonania, że należy wrogowi uniemożliwić kolejne zbrodnie, a choćby i za cenę własnego życia.

Szukając odpowiedzi, przyjrzyjmy się jeńcom filmowanym podczas wymian. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to kondycja uwalnianych Ukraińców, który najczęściej wyglądają jak żywe trupy. W odróżnieniu od nich, rosyjscy więźniowie mają się bardzo przyzwoicie – widać, że ich karmiono, że zapewniono im opiekę medyczną, że nie poddawano okaleczającym torturom. Podłe warunki niewoli, będące standardem rosyjskich obozów – przemoc, niedożywienie, niezaopiekowane rany i nieleczone choroby – są dobrze znane pośród ukraińskich żołnierzy. Wystarczyło kilka pierwszych wymian, by wiedza na ten temat stała się powszechna. Szczególną grozę budzi lęk przed kastracją; rosjanie co najmniej kilkanaście razy dopuścili się takiej zbrodni na jeńcach (nie raz i nie dwa, chwaląc się własną brutalnością w sieci). Zatem to strach przed koszmarnym doświadczeniem powstrzymuje Ukraińców przed podniesieniem rąk.

Brakuje uzasadnionych przesłanek, by takie lęki były również udziałem rosjan. Mimo to ci także drżą przed wizją pojmania. Po pierwsze, ponieważ żyją pod presją ogłupiającej propagandy, która przekonuje ich o ukraińskiej brutalności. Ba, często przy tym sięgając po argumenty absurdalne, jak groźby zabicia dla narządów czy okaleczeń na skutek eksperymentów medycznych. Możemy się z tego śmiać, ale rosjanie w to wierzą, sądząc po relacjach jeńców z „drugiej armii świata”, zaskoczonych łagodnym potraktowaniem. Po drugie, moskale boją się konsekwencji prawnych – w ojczyźnie za „dobrowolne poddanie się” grozi im kara 10 lat więzienia (wzorce stalinowskie wiecznie żywe…). Po trzecie wreszcie, Ukraińcy ogrywają medialnie każdą wymianę jeńców, uwolnionych traktując jak bohaterów i mówiąc o nich jak o bohaterach. W rosji tymczasem to tabu – o jeńcach właściwie się nie mówi, temat jest wstydliwy i potencjalnie defetystyczny, brakuje zatem szerszej świadomości, szczególnie pośród żołnierzy, że niewola nie jest wyrokiem śmierci czy kalectwa. I tak lezą iwany pod lufy, choć wcale by nie musiały…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmut z czasów tuż przed finalną bitwą, zdjęcie ilustracyjne/fot. Marcin Ogdowski

Integracja

„Ukraina niczego w Wilnie nie uzyskała”, „Zełenski rozżalony”, „NATO okrakiem wycofuje się ze wsparcia dla Kijowa” – oto trzy z wielu krzykliwych nagłówków, na jakie natknąłem się przeglądając rosyjskie i polskie media (także społecznościowe). Intencje kremlowskiej propagandy są dla mnie oczywiste – dezawuowanie szczytu ma podnieść na duchu rosjan, zaś u rosyjskojęzycznych Ukraińców wywołać przekonanie, że zostali zdradzeni/porzuceni. Polskie źródła albo działają z prorosyjskich pobudek, albo dla taniej sensacyjności bezmyślnie kopiują tę narrację. Fałszywą, a w niektórych obszarach opartą o niezrozumienie bądź świadome ignorowanie reguł dyplomatycznej gry.

Zacznijmy od podstawowych faktów. NATO nie może przyjąć do swojego grona państwa w stanie wojny. Z uwagi na wzajemne zobowiązania oznaczałoby to konieczność włączenia się Sojuszu do działań zbrojnych. W tym konkretnym przypadku pójście na wojnę z rosją, której NATO – z powodu ryzyka nuklearnej eskalacji – wolałoby uniknąć. Zatem tak długo, jak długo trwa konflikt na wschodzie, nie będzie mowy o członkostwie Ukrainy i wynikających z niego gwarancjach bezpieczeństwa. Co więcej, wielu z nas umyka fakt, że w warunkach akcesji jest coś więcej niż tylko nieprowadzenie aktywnych działań bojowych. Aspirujący kraj musi mieć uregulowane kwestie własnych granic – nie może rościć sobie pretensji, słusznych czy nie, do terytoriów będących pod kontrolą innego państwa. Tak więc sam koniec wojny to w odniesieniu do Ukrainy za mało, jeśli nie będzie to koniec poprzedzony wyzwoleniem wszystkich ziem utraconych między 2014 a 2022 rokiem.

Oczywiście, są alternatywy dla „pełnego ukraińskiego zwycięstwa”, ale na tym etapie tekstu pozwolę je sobie pominąć.

Świadomość wymienionych uwarunkowań jest dla polityków oczywista. Stąd kłamliwość twierdzeń, że Zełenski, i ktokolwiek z jego delegacji, jechał do Wilna z nadzieją, że przywiezie Ukraińcom członkostwo, konkretną datę czy dokładny kalendarz integracji. Nie da się ich wyznaczyć z prostego powodu – nie sposób przewidzieć, kiedy skończy się wojna. Zwłaszcza że nie wszystko zależy od natowskiej i ukraińskiej strony, bo nie będzie końca konfliktu, jeśli takiej woli nie wykażą rosjanie. Niestety, cechą charakterystyczną wszystkich społeczeństw jest powszechność nierealistycznych oczekiwań. Większość Ukraińców chciałaby, żeby ich ojczyzna była w NATO już teraz (część proukraińskich opinii publicznych na Zachodzie również), a choćby i za cenę ryzyka eskalacji konfliktu do rozmiarów wojny światowej. Wołodymr Zełenski nie może ignorować takich postaw. I jakkolwiek naiwnością jest wiara, że w Wilnie czymkolwiek go zaskoczono – bo w przypadku takich „imprez” kluczowe ustalenia podejmuje się wcześniej, a szczyt ma służyć jedynie ich prezentacji – to i tak ukraiński prezydent musiał dać do zrozumienia, że nie jest w pełni usatysfakcjonowany. Pod publiczkę i w imieniu publiki, czyli przede wszystkim własnych obywateli. Każdy uczestnik szczytu ma świadomość rutynowości tego zabiegu, zatem darujmy sobie bajeczki o „kwasach” pośród głów państw antyrosyjskiej koalicji czy wręcz rozłamie (i jego dramatycznych skutkach). Nic takiego się nie dzieje.

Gdy piszę te słowa szczyt w Wilnie jeszcze trwa, lecz już teraz jasne jest, że Ukraina otrzymała zapewnienie dotyczące członkostwa. Że proces akcesyjny zostanie maksymalnie skrócony, a formalnie zacznie się „gdy pozwolą na to warunki”. Do tego czasu sojusznicy zobowiązują się do doradztwa i finansowania przebudowy armii ukraińskiej do standardów natowskich. Nade wszystko zaś do dalszego wspierania wysiłków ZSU w zwalczaniu rosyjskiej agresji – zakrojonej na szeroką skalę pomocy sprzętowej, szkoleniowej i wywiadowczej. Szczyt stał się okazją do zadeklarowania kolejnych pakietów pomocy; nie będę Was zanudzał szczegółami, ale warto odnotować doniesienia o zintegrowanym programie szkoleniowym na samolotach F-16 dla ukraińskich pilotów, który wystartuje w sierpniu br., dobrze też wspomnieć o francuskiej deklaracji dostarczenia pocisków manewrujących SCALP (storm shadowów znad Sekwany). Część deklaracji ma charakter niejawny – dowiemy się o nich zapewne dopiero po pierwszym użyciu posłanego sprzętu na froncie.

A teraz Realpolitik. Jest rzeczą oczywistą, że rosja – przy obecnym reżimie – będzie korzystać z własnych możliwości, by członkostwo Ukrainy zablokować. Ba, nawet upadek obecnej władzy może tu nie wnieść istotnej zmiany. Z punktu widzenia Kremla, wystarczy utrzymać wojnę na niskim poziomie intensywności i odmawiać podpisania porozumienia pokojowego. Ciągłe odsyłanie Ukrainy do poczekalni nie przysłuży się wiarygodności NATO, Sojusz zatem musi wypracować na tę okoliczność jakąś strategię. Znaleźć konsensus dotyczący nieidealnych, ale akceptowalnych warunków członkostwa. Załóżmy, że Ukraińcom uda się wyprzeć rosjan ze swojego terytorium – rzecz w tym, że w takim scenariuszu Moskwa nie utraci zdolności ostrzału Ukrainy pociskami manewrującymi. I nie musi tego robić często, by podtrzymać faktyczny stan wojny, która w takiej postaci może trwać nawet dekady. Co wtedy? Ano NATO będzie musiało zagrać va banque, zaryzykować integrację. Z Wilna nie płyną żadne informacje, by Sojusz wypracował w tej kwestii jakieś stanowisko, uzgodnił, jaki rodzaj ryzyka poniesie, a jaki nie. Z drugiej strony, wśród zachodnich przywódców coraz powszechniejsze jest przekonanie, że presją ekonomiczną (sankcyjną) da się Moskwie wybić z głowy długoletnie wojowanie. Jeśli mają rację, może rzeczywiście na tym etapie nie ma czego ustalać.

Ale spychanie problemów „na później” dotyczy również Ukraińców. Co jeśli nie odbiją wszystkich ziem, a rosja jednostronnie ogłosi zakończenie spec-operacji, nie opuszczając okupowanych terytoriów? Czy za cenę członkostwa w NATO Kijów wyrzeknie się roszczeń terytorialnych? Obecnie taki scenariusz jest nieakceptowalny przez większość Ukraińców, głównie z uwagi na świadomość poniesionych strat i „świeżość” tej rany. Co wcale nie wyklucza sytuacji, w której Ukraina przed takim dylematem stanie. Jest kwestią niedyskutowalną – patrząc z ukraińskiej perspektywy – że dziś trzeba robić wszystko, by wyeliminować ryzyko trudnych kompromisów. Ale nie wolno też z góry oznaczać ich piętnem tabu zamykanego w publicznej debacie diagnozą zdrady. Bo w którymś momencie może nie być innego wyjścia.

O czym piszę z intelektualnej uczciwości, osobiście nie tracąc wiary w pełne ukraińskie zwycięstwo. Zwieńczone szybką integracją z NATO.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Rozmach

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce…

A może jednak nie tak dawno i nie w tak odległej – idzie bowiem o całkiem bieżącą rosyjską narrację propagandową, uskutecznianą nie tylko przez moskali, ale i naszych skarpetkosceptyków. Tworzy ona świat równoległy, w którym niemal wszystko jest na opak lub przynajmniej w istotny sposób różne od tego, co w rzeczywistości. Świat, w którym armia neosowiecka toczy bohaterskie i zwycięskie boje, na razie w obronie, ale niebawem jak nic wykona woltę i przyleje z flanki. Ciekaw jestem, ile w tym dyletanctwa, naiwności i głupoty, ile zaś nikczemnej woli, by brać udział w kremlowskiej dezinformacji? Polityczna hucpa wokół pomysłu zbadania rosyjskich wpływów nie zmienia faktu, że problem istnieje. Że moskale mają u nas nie tylko „twardą” agenturę, ale też spore grono agentów wpływu i rzesze użytecznych idiotów, kolportujących korzystne dla Moskwy treści. Info-sferę już dawno należało poddać weryfikacji, której celem byłoby wyrugowanie prorosyjskich narracji, godzących w polską rację stanu i łamiących praworządność (dość przypomnieć, że popieranie wojny napastniczej jest w Polsce zakazane). No ale władza i służby mają, zdaje się, poważniejsze zmartwienia…

Dość narzekania, przejdźmy do sedna. „Rosyjskie śmigłowce Ka-52 zatrzymały wielką ukraińską kontrofensywę na Zaporożu”, pisze rodzimy wielbiciel ruskiego miru. Zapewniając, że istnieje na ten temat mnóstwo materiałów fotograficznych i filmowych, co jak rozumiem, ma uwiarygodnić przekaz. No więc pogrzebałem od rana pośród tych materiałów, wsparłem się także wiedzą analityków na bieżąco dokumentujących straty obu stron. Nim do tego przejdę, dwie techniczne uwagi. Po pierwsze, z dotychczasowych doświadczeń wynika, że ogólnodostępne filmy i zdjęcia ilustrują mniej więcej dwie trzecie realnie poniesionych strat. Po drugie, historia wojskowości pokazuje, że przy porównywalnym potencjale technicznym zaangażowanych w konflikt armii, strona atakująca ponosi zwykle straty dwu-trzykrotnie większe niż obrońcy.

Przez pierwsze dwa i pół tygodnia czerwca atakujący Ukraińcy stracili na Zaporożu 18 czołgów – tyle samo, ile rosjanie. Mamy tu więc relację strat 1 : 1, nie zaś 3 : 1. Co więcej, większość rosyjskich czołgów (14 sztuk) została zniszczona, połowa ukraińskich wozów mimo trafienia nadawała się do remontu (co niemal na pewno oznacza, że załoga ocalała). Nacierające ZSU po stronie strat zanotować musiały 27 bojowych wozów piechoty, w większości amerykańskich Bradleyów. Lecz tylko jedna trzecia z nich została całkowicie zniszczona – reszta to wozy porzucone na skutek uszkodzenia (najczęściej wywołanego najechaniem na minę). Nie wiem, ile z nich zostało potem odzyskanych i odesłanych na tyły do remontu; na pewno żadna z maszyn nie dostała się w ręce rosjan. Ci zaś w tej kategorii sprzętu utracili 19 wozów, z czego 16 bezpowrotnie (wypalone wraki). Relacja strat – 1,5 : 1 znów daleka jest od typowych norm; przy takim „nakładzie” rosjan, Ukraińcy powinni pozbyć się 38-57 bewupów.

Solidnie oberwały ZSU jeśli idzie o transportery opancerzone, przede wszystkim amerykańskie wozy typu MRAP. Spłonęło ich 25 sztuk, kilkanaście kolejnych zostało uszkodzonych. W tym zakresie brakuje udokumentowanych rosyjskich strat, co nie dziwi, wszak to Ukraińcy byli stroną aktywną i to ich piechotę należało podrzucić do miejsc, z których wyprowadzano ataki. W przypadku rosjan mieliśmy do czynienia przede wszystkim ze statyczną obroną wcześniej przygotowanych linii obronnych – mobilność nie była cechą ich oddziałów, nie licząc przemieszczających się na tyłach rezerw oraz nielicznych jednostek, które przeszły do kontrataku.

Co istotne, większość skasowanych MRAP-ów to zasługa śmigłowców szturmowych Ka-52. Latały one wzdłuż linii frontu, na granicy zasięgu własnych pocisków przeciwpancernych, z odległości 9-10 km rażąc ukraińskie kolumny. Szczwana taktyka, wykorzystująca fakt, że ręczne zestawy przeciwlotnicze mają zasięg o połowę krótszy. Tym niemniej bezkarność rosyjskich pilotów nie trwała długo – Ukraińcy podciągnęli „cięższą” OPL i w ciągu zaledwie sześciu dni (od 12 czerwca począwszy) na ziemię spadło sześć Ka-52. To bez dwóch zdań dobry śmigłowiec, perła w koronie rosyjskiej awiacji. Dzięki zachodniej awionice i zachodnim podzespołom wykorzystywanym w jego precyzyjnej amunicji, mający potencjał, by krzyżować Ukraińcom szyki. Nim zaczęła się inwazja, armia rosyjska miała około 120 takich maszyn, ponad jedna czwarta została już zgruzowana. Dla porządku dodajmy, że pojedynczy Ka-52 wart jest 16 mln dol., strata sześciu to niemal równiutkie 100 baniek. Za tę sumę można by kupić około… tysiąca MRAP-ów (używanych, takich, jakie dostają ZSU).

Jeśli zatem Ka-52 cokolwiek zatrzymały, to efektywność tego przedsięwzięcia jest, delikatnie mówiąc, średniawa. Z pewnością nie zatrzymały ukraińskiej presji, bo walki na Zaporożu trwają. Ale u licha, jakby na te zmagania nie patrzeć, wciąż nie ma w nich rozmachu kontrofensywy, zwłaszcza „wielkiej”. Straty, o których mowa powyżej, tylko potwierdzają doniesienia o ograniczonym charakterze działań. Ze strzępów informacji można wywnioskować, że w walkach wzięły udział elementy sześciu ukraińskich brygad, ale za każdym razem były to wydzielone, najwyżej kilkusetosobowe kontyngenty (kompanie, bataliony). Generał Załużny wciąż oszczędza swoją „żelazną pięść” – elitarne odwodowe jednostki, z których część właśnie się z Zaporoża wyniosła (a może nigdy ich tam nie było?). Czyżby miejsce, w którym się objawią, będzie prawdziwym celem ofensywy? A może nadal jest nim Zaporoże, tylko to, co do tej pory oglądaliśmy (i oglądamy), to ledwie początek rozpisanych na wiele miesięcy działań? Postaram się na te pytania odpowiedzieć w jutrzejszym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Dominikowi Mytkosiowi, Maksymowi Kammererowi, Jakubowi Kojderowi, Czytelniczce Agnieszce, Andrzejowi Sztukowskiemu, Bogusławowi Węgrzynowi i Zbigniewowi Cichańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Doświadczenie

„Ruskie kontratakują…”, napisał do mnie przed południem jeden z Czytelników. Wypowiedź była nieco bardziej rozbudowana – cytuję tylko jej esencję – a zwieńczyła ją „smutna buźka”. Postanowiłem tę wiadomość upublicznić, bo ilustruje problem, do którego chciałbym się dziś odnieść. Chodzi o rozbuchane oczekiwania, które wprost przekładają się na percepcję wydarzeń na Zaporożu. Gorączkowy entuzjazm przychylnej Ukrainie opinii publicznej, bazujący na nierealistycznych wyobrażeniach – i z tego powodu łatwy do wygaszenia. Podatny na transformację w ponuractwo i pesymizm, które z kolei sprzyjają zdystansowaniu się od „ukraińskich problemów”. A ten dystans to „amunicja politycznego rażenia”, wszak w ostatecznym rozrachunku dalsze wsparcie dla Ukrainy wymaga zgody zachodnich społeczeństw. USA czy Wielka Brytania to nie rosja, której władze mają w dupie wolę narodu.

Medialno-polityczny, a częściowo też i fachowy dyskurs wokół zachodnich dostaw sprzętu wojskowego oraz spodziewanej ukraińskiej kontrofensywy, cechował się w ostatnich miesiącach brakiem umiaru. Za mało było wypowiedzi, w których dominowałby realizm. Niewprawiony czytelnik/słuchacz/widz nabrał przekonania, że „teraz Ukraińcy mają tyle, że muszą dać radę”. W szybkim tempie zadać rosjanom druzgocące straty i zakończyć wojnę. W tej percepcji niemieckie czołgi czy amerykańskie bojowe wozy piechoty urosły do rangi wunderwaffe, której samo pojawienie się na froncie zmusi moskali do ucieczki. Szczegółami mało kto się przejmował, zapominając/nie mając pojęcia, że użytkownik takiego sprzętu musi go poznać, zgrać jego wykorzystanie z innymi elementami zgrupowania bojowego. Nauczenie załogi Leoparda 2 poruszania się czołgiem, celnego strzelania z armaty, to ledwie początek. Czołg nie jest wyspą, działa w ramach kompanii z kilkunastoma innymi maszynami. Kompania jest częścią batalionu, batalion idzie do boju wespół z saperami, artylerią, lotnictwem, pododdziałowi pancernemu towarzyszą zwykle jednostki zmechanizowanej piechoty itp., itd. Innymi słowy, walka to współdziałanie i cały szereg zmiennych, pośród których charakterystyki używanego sprzętu tworzą tylko część wartości. Dajmy Ukraińcom w poniedziałek tysiąc nowoczesnych czołgów i oczekujmy, że we wtorek ruszą nimi do walki. Do środy dwie trzecie maszyn zostanie zniszczona, przy zyskach niewartych nawet dziesiątej części poniesionych strat.

Pozwólcie na małą dygresję. Kilkanaście lat temu – podczas firmowej imprezy integracyjnej – zostałem dowódcą oddziału paintballowców. „Marcin!”, gardłowali ludzie, wybór szefa był bowiem skutkiem głosowania. Miałem za sobą kilka wojennych wyjazdów, opinię fachowca od wojny i wojskowości – kto więc jak nie ja. Sam tak sądziłem, przekonany, że będę niczym płk Hal Moore podczas bitwy w dolinie Ia Đrăng (a właściwie to jego filmowy odpowiednik, doskonale zagrany przez Mela Gibsona w „Byliśmy żołnierzami”). Że zerknę na pole bitwy i już będę wiedział, co robić. A tu jeb – centralnie między oczy. Zaczęła się rozgrywka, ja tymczasem nie miałem pojęcia, co dalej. Jak „ułożyć” ludzi, by przeciwnik nie wdarł się w chroniony rejon. W efekcie, najpierw każdy walczył na własną rękę, a gdy nieco mnie otrzeźwiło, kazałem oddziałowi wycofać się do budynku. I co z tego, że wypatrzyłem świetną miejscówkę, z której napieprzałem po atakujących z nielichą skutecznością, gdy nie zorganizowałem stanowiska obronnego właściwie chroniącego flanki i tył? Wciry dostaliśmy takie że ho-ho, a ja zostałem z refleksją, że nawet najlepsza „szpryca” (a nasze karabinki były nowiusieńkie, biły daleko i celnie), to za mało, żeby wygrać. Są ludzie, którzy mają naturalny instynkt walki, ale co do zasady najważniejsze jest doświadczenie. Umiejętność współpracy, także w warunkach nieustannie zmieniającej się sytuacji. Braku tych cech nie unieważnią największa odwaga i determinacja. W którymś momencie, podczas pamiętnej „bitwy”, dwóch moich ludzi wybiegło na wprost atakujących. Darli pyski, ładując z karabinków jak szaleni. Później jeden z nich przyznał: „chciałem sprintem dopaść do ich budynku z flagą”. Chłopcy szybciutko wyłapali kilkanaście kulek i na tym skończyła się ich szarża. Mnie przypominała ona słynne japońskie ataki banzai – tyleż odważne, co głupie i nieefektywne.

Jeden z gamoni, proruskich aktywistów medialnych z Twittera, właśnie „atakami banzai” nazywa ukraińskie szturmy w Zaporożu. Bredzi jak potłuczony, tym niemniej faktem jest, że armia ukraińska, doskonała w obronie, uczy się właśnie w przyśpieszonym trybie, jak być skuteczną w ataku. A że uczy się nie na paintballu, a na prawdziwej wojnie, ludzie przy tym naprawdę giną i płonie prawdziwy sprzęt.

Sprzęt tak czy inaczej znacząco lepszy od rosyjskiego. Kilka dni temu (pro)kremlowskie źródła epatowały zdjęciami uszkodzonych wozów ZSU (jedną z takich fotografii załączam do tekstu). „Supertechnika NATO nie wytrzymała w konfrontacji z rosyjską bronią”, komentowano. Tak, widoczny na zdjęciu Leopard został unieruchomiony, tak, podobny los spotkał Bradleye. Nastąpiło to na skutek wjechania na pole minowe, przy jednoczesnym rosyjskim ostrzale artyleryjskim. Natężenie bodźców wywołało zamieszanie pośród niedoświadczonych i niezgranych żołnierzy (wiadomo, z jakiej byli brygady – niedawno sformowanej). Ale proszę spojrzeć na Leoparda – nie wziął udziału w igrzyskach latającej wieży, co jest losem sporej części porażonych rosyjskich czołgów. Tylko jeden z bewupów został solidnie pokiereszowany, reszta – mimo wyłapania miny – ocaliła załogi i desant; otwarte wrota i brak ciał w okolicy sugerują udaną ewakuację (którą zresztą widać na ujawnionym później przez Ukraińców materiale filmowym). Gdyby na miejscu Bradleyów znalazły się sowieckie BWP-1/2, najpewniej nie byłoby czego zbierać. Warto, byście mieli świadomość, że nawet w ofensywie armia ukraińska ponosi mniejsze straty niż rosyjska. Ale sumę czynników wynikłych z posiadania lepszego sprzętu musi uzupełnić efekt zdobytego doświadczenia – dopiero wtedy będziemy mogli mówić o istotnej jakościowej różnicy.

Zatem cierpliwości, zwłaszcza że ofensywa dopiero się zaczyna.

I jak każde tego rodzaju działanie, przetkana jest pauzami operacyjnymi. Nie sposób nieustannie dociskać, atakujący również potrzebują czasu na przegrupowanie, podciągnięcie zaopatrzenia, odpoczynek. Dla drugiej strony to doskonały moment na wyprowadzenie kontruderzenia. Tym bardziej, że przeciwnikowi trudniej się bronić na dopiero co zajętym terenie. rosjanom można zarzucić wiele, ale nie brakuje im znajomości podstaw sztuki operacyjnej. Więc kontratakują, gdzie mogą – jak na razie z mizernym efektem.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale i Jakubowi Dziegińskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Tomaszowi Jakubowskiemu, Bartoszowi Sokołowskiemu, Konradowi Rutkowskiemu, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Michałowi Nowackiemu, Czytelnikowi posługującemu się nickiem KK, Czytelnikowi Pawłowi, Andrzejowi Panufnikowi, Tomaszowi Włochowi, Wiktorowi Migaszewskiemu, Katarzynie Milewskiej i Michałowi Baszyńskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Ruszyli?

Ukraińcy dokonali czegoś, co ostatni raz z sukcesem udało się przeprowadzić 32 lata temu, podczas „Pustynnej Burzy” – wyizolowali informacyjnie pole bitwy. Wtedy jednak, w czasach przedinternetowych, było dużo prościej – wystarczyło odebrać żołnierzom dostęp do budek telefonicznych (wojskowych lub sprowadzonych w miejsca koncentracji przez firmy telekomunikacyjne na zlecenie armii) oraz kontrolować pracę akredytowanych dziennikarzy. W efekcie, w świat płynęły komunikaty wprost od wojskowych prasowców bądź przez nich autoryzowane. Zasadniczo przekaz nie był fałszywy, ale post factum okazało się, że część doniesień została podkoloryzowana. Najlepszym przykładem były hurraoptymistyczne raporty na temat skuteczności Patriotów, które bez większych problemów miały zestrzeliwać irackie Scudy. Faktycznie aż tak różowo to nie wyglądało – Patrioty były wówczas w okresie niemowlęcym, dalekie od doskonałości, z jaką mamy do czynienia obecnie.

Tym niemniej coś o tej wojnie na bieżąco wiedzieliśmy i były to wieści od „naszych”.

W przypadku Ukrainy i tego, co dzieje się obecnie przede wszystkim na zaporoskim odcinku frontu, mamy do czynienia z niezwykle szczelną blokadą. Służby prasowe ZSU w zasadzie milczą, politycy rzucają jedynie mało konkretne hasła, dziennikarzy w „czerwonej strefie” nie ma, a żołnierze – jak trafnie ujął to mój znajomy – jakby połknęli telefony. Jakkolwiek to irytujące – z perspektywy kogoś, kto próbuje zrozumieć i opisać sytuację „na teatrze” – trudno mi zarazem nie wyrazić podziwu dla tak imponującej samodyscypliny.

Zawsze jednak jest jakieś „ale”. Milczenie jednej strony nie musi oznaczać, że druga zrobi to samo. I w tym przypadku rosjanie nie milczą, od kilku dni zasypując media lawiną dramatycznych doniesień. A mówimy o aparacie propagandowym nawykłym nie tylko do przeinaczeń i reinterpretacji, ale też do ordynarnych kłamstw. Skutek jest taki, że pustą przestrzeń – wielką, bo wielkie są oczekiwania na informacje – wypełnia neosowieckie szambo. Czemu sprzyja niedojrzałość niektórych rodzimych komentatorów, którzy boją się (wstydzą?) przyznać, że bazują wyłącznie na orczych źródłach – i niezależnie od intencji, puszczają w świat rosyjskie konfabulacje. Miast pomilczeć czy przyznać się do niewiedzy…

Ale mniejsza o tony moralizatorskie – do sedna. Poza rosyjskim chłamem w obiegu są jeszcze sensacyjne doniesienia Turków, wałęsających się w pobliżu (!) czerwonej strefy. Zastanawiam się, dlaczego Ukraińcy ich tolerują, są bowiem tureccy „korespondenci” źródłem wielu dezinformacji (a może o to chodzi; pełnią rolę użytecznych idiotów?). Wedle jednej z nich, ZSU w ciągu ostatnich kilku dni straciły na Zaporożu 7 tys. zabitych. Byłby to ekwiwalent niemal dwóch brygad i oczywisty pogrom, zwłaszcza że do zabitych trzeba by dodać co najmniej dwa razy tyle rannych (co w sumie oznaczałoby zniszczenie pięciu brygad). Takiej masie poszkodowanych nie sposób pomóc z wykorzystaniem przyfrontowej medycyny, tymczasem – tego akurat jestem pewien ponad wszelką miarę – ani szpitale w Zaporożu, ani w Dnipro (od dawna przygotowywane do „obsługi” kontrofensywy), nie notują znaczącego wzrostu liczby mundurowych pacjentów.

Sentyment, jakim Turcy darzą rosję i rosjan, to temat na oddzielny tekst; może kiedyś się podejmę, ale teraz wróćmy do wątku dezinformacji. Ta ściśle rosyjska wchodzi na wyżyny, budując u odbiorców przekonanie, że „wielka ukraińska kontrofensywa” właściwie została już utopiona we krwi, a masa zachodniego sprzętu dopala się właśnie na zaporoskich polach. Bo jest gorszy od rosyjskiego, a i Ukraińcy niespecjalnie poradzili sobie z jego użyciem. Mamy więc sukces, „specjalna operacja wojskowa” znów idzie zgodnie z planem, uraaa! Pewnie czytaliście o udanym ataku na zgrupowanie Leopardów, które okazały się ciągnikami rolniczymi, no i widzieliście marnie przerobione grafiki przedstawiające spalonego rzekomo „leosia”, który okazał się ruskim czołgiem z rodziny T. Takie to sukcesy.

Lecz te realne rosjanie też mają – nie ulega wątpliwości, że spalili co najmniej jednego Leoparda i uszkodzili kolejnego. Z kapek wiedzy, która spływa do nas z Zaporoża wynika, że mogli zniszczyć jeszcze kilka innych pojazdów (zachodnich czołgów i bojowych wozów piechoty).

Z pewnością wyeliminowali z walki co najmniej kilkanaście MRAP-ów. To takie dopancerzone ciężarówki bez własnego uzbrojenia, służące podwózce żołnierzy w rejon działań. Konstruowane z założeniem większej mino-odporności, czemu poza pancerzem sprzyja podwozie w kształcie litery V. Wielkie toto, chybotliwe i kompletnie niesprawdzające się w trudnym terenie, już w Afganistanie – gdzie przechodziły chrzest bojowy – przeklinane przez żołnierzy. W Ukrainie „posadzić” w piachu czy błocie MRAP-a to żaden wyczyn, nie dziwi mnie zatem fakt, że wiele pojazdów, po uprzednim porzuceniu, jest potem dobijanych przez rosyjską artylerię. Pod jej ogniem trudno ewakuować uszkodzony wóz – i stąd obrazki dymiących wraków, skrzętnie wykorzystywane przez rosyjskich propagandystów. Kończąc tę dygresję – dla mnie MRAP-y to ślepa ścieżka zachodnich dostaw, kilkaset milionów dolarów, które można by przeznaczyć na jakiś lepszy cel. No ale jest jak jest i ruski mają zaciesz.

A co tak naprawdę dzieje się na zaporoskim odcinku frontu? Na pewno mamy tam do czynienia z nasilonymi ukraińskimi działaniami, prowadzonymi w pasie liczącym co najmniej kilkadziesiąt kilometrów. Szeroki, frontalny atak? Nie. Seria mniejszych, punktowych uderzeń, skoordynowanych i prowadzonych siłami maksymalnie batalionu (kilkuset ludzi) na danym odcinku. Czy to początek kontrofensywy? Najpewniej tak, chociaż byłby to jej bardzo wczesny etap. O co w nim chodzi? Możliwości są dwie – albo mamy do czynienia z próbami „wymacania” słabszych miejsc rosyjskiej obrony, albo to działania, których celem jest odwrócenie uwagi rosjan. W pierwszym scenariuszu w „słabe ogniowo” uderzą znacznie większe ukraińskie siły, a w drugim? Gdy latem zeszłego roku rosyjscy generałowie zafiksowali się na Chersoniu, ukraińscy wyprowadzili zaskakujące natarcie na Charkowszczyźnie; myślę więc o „powtórce z rozrywki”, choć boję się wskazywać możliwe kierunki.

Przy stanie wiedzy (szczątkowej!) na dziś wydaje się, że realizowany jest scenariusz pierwszy, co oznacza, że Ukraińcy podjęli próbę przerwania rosyjskiego korytarza lądowego, łączącego federację z okupowanym Krymem.

Ale, muszę Wam się przyznać, ciągle pozostaję sceptyczny co do zamiarów i możliwości ukraińskiej armii. Nauczono mnie, że wojny wygrywa się dzięki silnemu lotnictwu i potężnej, sprawnej logistyce – taka jest moja wiedza teoretyczna, takie wojenno-reporterskie doświadczenie. I nie bardzo potrafię wyjść poza ten paradygmat. Tymczasem ukraińskie lotnictwo jest słabiutkie, a precyzyjna artyleria rakietowa tylko częściowo niweluje tę słabość. Słabości logistyki – wobec rosyjskich problemów na tej płaszczyźnie – aż tak istotne mi się nie wydają. Tym niemniej, uważam, jest jeszcze za wcześnie na generalny ukraiński atak – na to przyjdzie czas, gdy „na teatrze” pojawią się zachodnie samoloty.

Ani myślę zaklinać rzeczywistości i z pewnością brakuje mi masy konkretnej wiedzy, która buduje świadomość sytuacyjną ukraińskich generałów. Zaś patrząc wstecz, Ukraińcy już pokazali, że potrafią gromić rosjan przy mocno ograniczonych środkach. Oby udało się i tym razem, choć miejmy świadomość, że lekko nie będzie. Że zachodnie czołgi to nie wunderwaffe, a rosjanie mieli czas, żeby wryć się w ziemię. Zginie więc wielu dobrych ludzi i spłonie masa dobrego sprzętu…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Szwedzki ciężki bojowy wóz piechoty CV9040. Maszyny tego typu znalazły się na wyposażeniu ukraińskiej armii/fot. ZSU