Zakupy

Patrząc z boku, można uznać, że Polska w przyśpieszonym trybie szykuje się do wojny. Zakup tureckich dronów, decyzja o nabyciu amerykańskich czołgów, czy wreszcie umowa na dostarczenie trzech fregat – takiego wzmożenia, w tak krótkim czasie (dwóch miesięcy!), w tej części Europy nie obserwowano od dawna. A i sumy robią wrażenie, chodzi bowiem o ponad miliard złotych na bezzałogowce, 23 mld zł na Abramsy i co najmniej osiem miliardów na okręty. Co więcej, z ministerstwa obrony płyną nieoficjalne informacje, że to nie koniec – że jeszcze w tym roku ma zapaść decyzja o zwiększeniu liczby kupowanych śmigłowców morskich (z 4 do 8) oraz o rozwiązaniu zastępczym dla programu „Orka”. O kupowaniu okrętów podwodnych nie ma mowy – w tym scenariuszu marynarzom będą musiały wystarczyć jednostki wypożyczone w którymś ze skandynawskich krajów. Ów „pomost” zapewni możliwość realizacji zadań do czasu pojawienia się pełnoprawnych okrętów. Kiedy? O tym źródła milczą. Wiadomo za to, że w 2021 r. zakończy się epopeja z pozyskaniem dla WP gąsienicowego transportera opancerzonego. Jako beneficjenta wskazuje się rodzimy przemysł, od lat pracujący nad projektem o nazwie „Borsuk”. Z kopyta ruszy też rozbudowa komponentu lotniczego sił specjalnych – komandosi mają otrzymać 4 kolejne Black Hawki oraz 6 do 8 samolotów bliskiego wsparcia (tu wymienia się produkowane w kraju Bryzy).

Sporo, zwłaszcza gdy dodamy do tego zakupy z minionych trzech lat – samoloty wielozadaniowe F-35, antyrakiety Patriot, wyrzutnie Himars czy pociski manewrujące JASSM. Istotne są również posunięcia w zakresie organizacyjnym – powołanie Wojsk Obrony Terytorialnej, liczących dziś 20 tys. żołnierzy, oraz nowego związku taktycznego wojsk operacyjnych – 18. Dywizji Zmechanizowanej. W medialnych deklaracjach minister obrony Mariusz Błaszczak idzie nawet dalej, zapowiadając, że docelowo armia zawodowa winna liczyć 200 tys. żołnierzy (obecnie nieznacznie przekracza 100 tys. etatów). Czy Polska się remilitaryzuje? Przeciw komu zwieramy szyki? Czy naprawdę je zwieramy? A może to wszystko bujda, nastawiona na propagandowy efekt? Albo plan palcem na wodzie pisany, na przeszkodzie którego stanie tyle niekorzystnych zmiennych, że już teraz lepiej założyć, iż nic z niego nie wyjdzie? Pytań jest znacznie więcej, ale skupmy się na najważniejszych. Szczególnie że nie mówimy już o obronności sensu stricte, a o zabiegach związanych z chęcią utrzymania władzy. „Zbroimy się” – przy jednoczesnej uparcie powtarzanej diagnozie, że poprzednicy nas „rozbrajali” – jest dziś jednym z głównych argumentów legitymizujących PiS. I elektorat weń wierzy, o czym świadczą choćby entuzjastyczne reakcje na zapowiedź zakupu Abramsów.

Czołg na straży bramy

Trudno obronić tezę o „dywersyjnym” – do czego sprowadza się zarzut polityków PiS – rozbrajaniu wojska po 1989 r. Najpoważniejsze redukcje były efektem umów międzynarodowych i wygaszenia zimnej wojny. Wydatki na wojsko przeszły przez fazę zapaści w latach 90., a i później – za rządów PO-PSL – to ze środków MON chętnie wykrajano oszczędności dla budżetu. Wynikało to z ogólnej kondycji finansów i nie przyświecała temu idea osłabienia państwa. Fakt, iż do niej doszło, był niepożądanym skutkiem, choć warto zauważyć, że jednocześnie niemal cała klasa polityczna zabiegała o osadzenie Polski w gwarantujących większe bezpieczeństwo sojuszach (NATO i UE), co ostatecznie się powiodło. Poczyniono także istotne, choć wyspowe, inwestycje, czego najlepszym przykładem zakup 48 sztuk F-16, których wdrożenie oznaczało przeskok generacyjny w siłach powietrznych. Niemniej czas płynął, co w obliczu dynamicznego rozwoju technologii wojskowych doprowadziło do sytuacji, w której aż 80% użytkowanych przez armię systemów i rodzajów uzbrojenia zasługiwało na miano przestarzałych. Tak było jeszcze kilka lat temu, co prowadzi nas do wniosku, że skala zaniedbań wymagała szeroko zakrojonych działań modernizacyjnych. A więc i zakupów.

Jakie wyzwania rodzą taką konieczność? Abramsów dla przykładu potrzebujemy, by rozstawić je między Bramą Smoleńską a Bramą Brzeską – orzekł tuż po ogłoszeniu decyzji o zakupie Mariusz Błaszczak. Ów lapsus stał się powodem krytyki szefa MON, mającego najwyraźniej poważne problemy z geografią polityczną. „Nasze czołgi wjadą na Białoruś?”, dziwili się komentatorzy. Błaszczakowi rzecz jasna nie chodziło o inwazję na sąsiedni kraj – mówił o rozlokowaniu Abramsów na ścianie wschodniej RP, na linii wyjścia ze wspomnianych bram. Kupione w Stanach czołgi mają bowiem chronić nas przed Rosją, dla której Białoruś stanowiłaby zaplecze do ataku. Mniejsza o realność tego scenariusza – w retoryce PiS kwestia rosyjskiego zagrożenia „od zawsze” odgrywała ważną rolę, obawy tego typu podziela bowiem istotna część elektoratu partii. Co więcej, ostatnio na takich samych lękach postanowiła zagrać opozycja, ustami Donalda Tuska, mówiącego o rosyjskich wzorcach w działalności rządu RP („nowy ład” – „ruski ład”). Paradoksalnie wzmacnia to antyrosyjskość jako postawę społeczną, tym razem pośród nie-pisowskiej części wyborców, którzy po takim „przygotowaniu”, łatwiej przełkną decyzję o kosztownym zakupie, wymierzonym w „odwiecznego wroga”.

Bo liczy się wrażenie

Abramsy to faktycznie doskonała broń – żaden rosyjski odpowiednik nie wyjdzie zwycięsko ze starcia z amerykańskim gigantem (T-14 Armata – będąca jakoby lepszym czołgiem – zmaga się z kłopotami „wieku niemowlęcego” i Rosjanie nadal nie są w stanie wdrożyć jej do produkcji seryjnej). Lecz 250 sztuk to zaledwie jedna trzecia potrzeb WP, zaś same czołgi stracą większość atutów, jeśli nie będą elementem zintegrowanej całości. A nie będą – i w tym kryje się niepopularna prawda na temat pisowskich zakupów zbrojeniowych. Jakkolwiek efektowne, umacniają negatywny trend wyspowej modernizacji wojska. Filozofia „tu trochę, tam trochę”, nie poprawia zdolności bojowych armii. Abramsy – bez wsparcia sił powietrznych, bez parasola przeciwlotniczego, solidnej artylerii i wydolnego zaplecza – będą niczym toporek w ręku głuchego ślepca. Jak trafią, to śmiertelnie – najpierw jednak muszą przetrwać, by trafić… Tak naprawdę tylko zakup 32 sztuk F-35 – sporej jak na wdrożenie partii – można uznać za sensowne posunięcie. Byłby nim też – jeżeli się powiedzie – program pozyskania fregat. A reszta? Homeopatyczne zakupy Patriotów nie polepszą znacząco jakości naszej obrony powietrznej, nabycie zaledwie jednego z co najmniej czterech wymaganych dywizjonów Himarsów nie przyniesie skokowego wzrostu zdolności artylerii rakietowej. JASSM-ów kupiliśmy sporo, lecz flotylla ich nosicieli – F-16 – dochodzi do półmetka okresu eksploatacji, a z powodu kondycji reszty sił powietrznych, jest przeciążona zadaniami. Zakup kolejnych maszyn to absolutna konieczność – tymczasem o tym ani widu, ani słychu.

Są za to efekty propagandowe – przekonanie, że władza troszczy się o bezpieczeństwo państwa. Pouczająca w tym zakresie jest historia zakupu Patriotów. Podpisaliśmy umowę na dwie baterie, potrzebujemy dziewięciu, zestawy dotrą do nas za kilka lat – a pośród zwolenników PiS-u i tak panuje przekonanie, że problem „dziurawego nieba” został już załatwiony. Przecież minister Błaszczak wciąż powtarza: „kupiłem”. To samo będzie mówił, stając na tle Abramsa. I to niebawem, gdyż rząd zapewnia, że pierwsze czołgi dotrą nad Wisłę w przyszłym roku, zaś największe dostawy nastąpią w 2023 r. Przypadek? Czołgi zza Oceanu trafią do 18. DZ. Dodajmy do tego WOT, których budowa kuleje nawet po obniżeniu kryteriów zdrowotnych, ale do jesieni 2023 r. powinna się zakończyć. „Uabramsowiona” 18. Dywizja stanie się – przynajmniej na papierze i na wizji – najsilniejszym związkiem taktycznym WP, WOT w pełni „zalegalizuje” swój status rodzaju sił zbrojnych. Będzie zatem PiS mógł użyć w kampanii wyborczej do Sejmu argumentu znaczącego wzmocnienia armii. „Proszę bardzo, oto dwa gotowe produkty”, usłyszymy i trzeba będzie specjalistycznej wiedzy, by móc się zderzyć z taką narracją. A tej pośród zwyczajnych ludzi po prostu brakuje. No i, historycznie patrząc, lubimy świadomość siły własnego państwa, niezależnie od tego, iż zwykle oznacza to uleganie iluzjom.

Ambicje prezesa i generałów

O czym jeszcze mówią nam pisowskie zakupy? Sprawa Abramsów dowodzi, że w partii władzy prysły złudzenia co do możliwości rodzimego przemysłu zbrojeniowego. Ślimacząca się modernizacja czołgów Leopard 2 (do standardu 2PL) i ograniczone remonty T-72, to szczyt możliwości zakładów wchodzących w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Na tej bazie – sprzętowej i inżynierskiej – nie da się stworzyć nowoczesnego projektu czołgu – uznano. Stąd zakup „z półki”, bez offsetu, który zresztą byłby mocno kłopotliwy. Eksploatacja Abramsów nie przełoży się na zdolności polskiej zbrojeniówki, Amerykanie bowiem nie dzielą się w tym przypadku technologią. Świadomi tego związkowcy z PGZ napisali list otwarty do Andrzeja Dudy, wieszcząc, że decyzja o nabyciu Abramsów przyniesie śmierć zakładom zajmującym się produkcją i serwisem broni pancernej. Z odpowiedzią przyszedł minister Błaszczak, zapewniając o dalszym utrzymywaniu w linii wyprodukowanej w Bumarze „rodziny” czołgów T-72/PT-91. PGZ zyskała także wiodącą rolę w projekcie budowy fregat, których kadłuby powstaną w Polsce. Wdrożenie „Borsuka” również pozwoli na pokaźny transfer środków na konta zbrojeniowego koncernu. PiS, z oczywistych powodów, nie pozwoli sobie na zarzut „zarzynania zbrojeniówki”, nawet jeśli oznacza to konieczność podtrzymywania przy życiu nieefektywnych struktur. Nie może też zrazić do siebie – i wyprowadzić na ulicę – załóg, w dużej części stanowiących elektorat partii.

Tymczasem wojsko będzie się głowić, jak obsłużyć trzy „rodziny” sprzętu pancernego – amerykańską, niemiecką i poradziecką. Z których ostatnia – z uwagi na fatalnie niskie parametry – winna niezwłocznie trafić do muzeum. „Dadzą radę”, zdają się mówić politycy, głusi na argumenty wysokich kosztów. W PiS odkryto właśnie, że zbrojenia można finansować ze sprzedaży państwowych obligacji – czołgi zza Oceanu mają być pierwszym, zrealizowanym w ten sposób projektem. O kolejnych, choć bez konkretów, mówił sam Jarosław Kaczyński, który ostatnio wykazuje duże zainteresowanie kwestiami obronności. Z kręgu współpracowników docierają informacje, że prezes pozazdrościł Viktorowi Orbanowi skali i tempa modernizacji sił zbrojnych. Świadom korzyści, zapragnął podobnych sukcesów – i również tym należy tłumaczyć zakupowe wzmożenie. W tle zaś mamy jeszcze typowe dla polityków bagienko – decyzje podejmowane są bowiem poza Andrzejem Dudą, formalnym zwierzchnikiem sił zbrojnych. Prezydent nigdy nie miał dużych wpływów na wojsko – dość wspomnieć, jak upokarzał go Antoni Macierewicz. Wiadomo, że „prezydencki” szef sztabu generalnego, gen. Rajmund Andrzejczak, był przeciwny Abramsom. Optował za nimi dowódca generalny, gen. Jarosław Mika, uchodzący za człowieka Błaszczaka (i Kaczyńskiego). Nominalnie to Andrzejczak jest pierwszym żołnierzem RP, lecz obywaj oficerowie noszą te same stopnie – czterogwiazdkowych generałów. Zgodnie z zasadą cywilnego nadzoru, w czasie pokoju to MON rządzi wojskiem – realne wpływy gen. Miki są zatem większe niżby to wynikało z hierarchii. Zwłaszcza że za Andrzejczakiem nie stoi silny prezydent. Niezależnie od tego, kto wpadł na pomysł z Abramsami, dowódca generalny przyklasnął w imieniu armii, zmuszając szefa sztabu do przełknięcia żaby dużych rozmiarów. A Kaczyński i Błaszczak wymierzyli Dudzie kolejny policzek. Znamienne, że głowa państwa – tak ochoczo komentująca sprawy związane z obronnością – w sprawie Abramsów wybrała milczenie.

—–

Nz. T-72 podczas mycia i odkażania po ćwiczeniach poligonowych. Jak zapewnia Mariusz Błaszczak, te kompletnie nieprzystające do wymogów współczesnego pola walki czołgi wciąż pozostaną w służbie/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 33/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Niechciani

Rozmawiam z prof. Julianem Kwiekiem, historykiem z Wydziału Humanistycznego Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Prof. Kwiek zajmuje się najnowszymi dziejami Polski, koncentrując uwagę na problematyce mniejszości narodowych (żydowskiej, łemkowskiej i słowackiej) oraz tzw.: „polskich miesięcy”. Na początku lipca br. ukazała się jego ostatnia książka pt.: „Nie chcemy Żydów u siebie. Przejawy wrogości wobec Żydów w latach 1944-1947”.

– Z Pańskich ustaleń wynika, że między lipcem 1944 r. a końcem 1947 r., w Polsce zamordowano 1074 osoby pochodzenia żydowskiego. Osadźmy to w konkretnym kontekście statystyczno-historycznym. Patrząc na to, co działo się kilka lat wstecz – na Holocaust i na niemieckie zbrodnie wymierzone w etnicznych Polaków – mamy tu do czynienia ze zjawiskiem o marginalnej skali. Co może dać pretekst do stwierdzeń, że w gruncie rzeczy nic wielkiego się nie działo.

– No to przyjrzyjmy się uważniej. W 1945 r. ofiarą morderstw padło w Polsce nieco ponad 7,3 tys. obywateli RP. Żydzi stanowili w tym gronie 8,5% osób. W całej populacji było ich raptem 0,3% (75 tys. przy łącznej liczbie ludności wynoszącej niemal 24 mln – dop. MO). Mamy więc do czynienia z ogromną nadreprezentacją. W następnych latach nie było inaczej. Generalnie w omawianym okresie żydowska populacja stanowiła najwyżej 0,7% ogółu – wzrosła po fali powrotów w 1946 r. Natomiast wśród zamordowanych, odsetek Żydów wynosił 4,3%. Poza tym trzeba mieć świadomość, że moje ustalenia wynikają z aktualnych badań – a ich stan może się zmienić. Już po przekazaniu książki do druku, ustaliłem kolejną żydowską ofiarę, mówimy zatem o 1075 osobach. No i na sam koniec nie zapominajmy, że przecież Żydzi zostali przez Niemców skazani na całkowitą zagładę. Nieliczni, którzy jej uniknęli, mogli spodziewać się dobrego przyjęcia po powrocie z niebytu. Tymczasem było zgoła inaczej.

– W jakich regionach kraju przemoc wobec Żydów objawiła się najmocniej?

– Przede wszystkim na wschodzie, zwłaszcza w województwie lubelskim, w którym zabito co najmniej 266 osób. I stało się tak, mimo że wcale nie mówimy o głównym skupisku ludności żydowskiej, bo przecież te największe znajdowały się w Łodzi, Krakowie, a później na Dolnym Śląsku i w Szczecinie.

– Lubelszczyzna i Podlasie to tereny, gdzie przed wojną silne były wpływy endecji…

– Zgadza się, choć istotny jest również inny czynnik, w postaci obecności oddziałów podziemia, idący w parze ze słabością lokalnych struktur ówczesnej władzy. Instytut Pamięci Narodowej wydał swego czasu „Atlas podziemia antykomunistycznego”, w którym pokazano rozmieszenie oddziałów zbrojnych. Jeśli nałożymy dane z „Atlasu…” na mapę przemocy antyżydowskiej, zobaczymy, w jak znacznym stopniu oba zjawiska się pokrywają. To nie znaczy, że podziemie było głównym sprawcą agresji wobec Żydów. Po prostu, chaos, który pozwalał mu funkcjonować, ułatwiał też zadanie pospolitym przestępcom, stojącym za większością opisanych przeze mnie mordów.

– Podziemie to kwestia, do której chciałbym jeszcze wrócić, ale skończmy proszę wątek mapowania przemocy.

– Kieleckie, krakowskie i rzeszowskie – na tych terenach doszło do znacznej liczby zdarzeń. Co istotne, w miejscach, gdzie nie było dużych skupisk żydowskich – we wsiach i miasteczkach, do których wracały pojedyncze osoby bądź kilku-kilkunastoosobowe grupy. W takich miejscowościach warunki bezpieczeństwa były znacznie gorsze, co doskonale opisał Marcin Zaremba w książce pt.: „Wielka trwoga”.

– Im mniejsza osada, tym większe ryzyko śmierci?

– Tak, co przeczy potocznemu wyobrażeniu o zjawisku powojennej przemocy wobec Żydów, bo przecież spektakularne pogromy odbyły się w dużych miastach, jak Kielce czy Kraków. Żydzi szybko zorientowali się, że pojedyncze powroty na wieś i na prowincję są zbyt ryzykowne, z konieczności więc mieszkali w grupach. Wydarzenia w Leżajsku czy Kańczudze – gdzie zabito po kilkanaście osób – uświadomiły im, że bezpieczniej będzie „rozpłynąć się” w dużym mieście.

– Większa anonimowość z jednej strony, z drugiej, słabsze więzi społeczne chroniące sprawców.

– Otóż to. Przecież w tych małych miasteczkach i na wsiach, miejscowi doskonale zdawali sobie sprawę z tego, kto mógł być albo był sprawcą takiej czy innej zbrodni…

– Żydów zabijano też na Ziemiach Odzyskanych. Ani oni, ani etniczni Polacy, nie byli tam u siebie, a jednak przemoc przyszła wraz z wędrującymi ludźmi…

– W województwie szczecińskim sprawcami większości zabójstw osób narodowości żydowskiej byli Rosjanie, zdeprawowane wojną wojsko. Natomiast na Dolnym Śląsku – szczególnie w małych miasteczkach – za aktami przemocy stali Polacy. W 1946 r. zabito tam 22 osoby, łącznie w badanym okresie – 32. Trochę mnie to zaskoczyło, gdyż zakładałem, że nowi osadnicy nie będą mieli pretekstów do tego rodzaju przemocy. Okazało się, że zarówno repatrianci zza Buga, jak i dawni mieszkańcy rzeszowskiego, lubelskiego czy kieleckiego, nawet na nowym terenie nie byli w stanie zmienić swojego stosunku do Żydów.

– Antysemityzm miał się dobrze.

– No niestety, przy czym zwróćmy uwagę, że na Dolnym Śląsku było naprawdę dużo skupisk ludności żydowskiej. Wizja nowego, lepszego życia podziałała również i na członków tej grupy etnicznej.

– Założył Pan, że na Ziemiach Odzyskanych kością niezgody nie będzie przewłaszczone na rzecz Polaków pożydowskie mienie. Bo wszyscy tam wchodzili na „niczyje”, poniemieckie. Jednak w pozostałej części Polski zabór mienia, i próby jego odzyskania, w sposób istotny napędzały wymierzoną w Żydów przemoc.

– Znam sytuacje, kiedy Żydzi bez problemu odzyskiwali dawne nieruchomości. Ale były też przypadki, że nawet nie wpuszczano ich za próg własnych domów – a wracali tylko po to, by zabrać jakiś przedmiot, pamiątkę. Tradycyjny antysemityzm był ważnym czynnikiem sprzyjającym przemocy. Nieco mniej istotne były inne kwestie, na przykład chęć pozbycia się konkurencji. Dobrze znany jest przykład z Włocławka, gdzie miejscowi rzeźnicy rozgłaszali plotki o żydowskich konkurentach, mających rzekomo dodawać do swoich produktów ludzkie mięso. Niemniej to zabór mienia, i niechęć do jego zwrotu, są w mojej ocenie najważniejszymi przyczynami zbrodni. Proszę zwrócić uwagę, że wejście do pożydowskiego mieszkania czy budynku oznaczało najczęściej spory awans socjalny.

– Na skutek niemieckiej okupacji część ludności RP poprawiła swoje warunki bytowe. Ów skok miał dwa etapy – pierwszy związany był z eksterminacją Żydów i przejmowaniem ich nieruchomości, drugi to ekspansja Ziem Odzyskanych. W naszej oficjalnej historiografii zapominamy, czyim kosztem odbył się ów cywilizacyjny awans.

– Bo to wstydliwa sprawa, niepasująca do martyrologicznej wizji historii. Wracając zaś do Żydów – wielu gotowych było na ustępstwa. W książce opisuje klasyczny przypadek polskiego małżeństwa z dwójką dzieci. Zajęli oni mieszkanie pożydowskie, wojna się kończy, wraca właściciel. Polacy załamują ręce, bo gdzie tu wracać, chałupa przecież rozwalona. Właściciel zwraca uwagę, że do mieszkania są dwa wejścia, że ma trzy pokoje. „Ja wezmę jeden, wy dwa, a kuchnia będzie wspólna” – proponuje. Na co głowa rodziny, stolarz, odpowiada, że on pod jednym dachem z Żydem mieszkał nie będzie. I Polacy się wyprowadzili.

– Mogło się skończyć tragicznie…

– Żyd zgłosił się wcześniej do burmistrza. Trudniej pozbyć się kogoś, kto już zadbał o to, by informacja o jego powrocie stała się publiczna.

– Ci „przewłaszczacze” to nie była wyłącznie biedota, prawda?

– Ów wątek wymaga dokładniejszych badań. Niewątpliwie wielu Polaków nie tyle odbudowało swój stan posiadania, co zyskało na zaborze pożydowskiego majątku.

– Czy tuż po wojnie istniały instrumenty do jego odzyskania?

– Oczywiście. Mimo zmian ustrojowych nie mieliśmy do czynienia z próżnią prawno-administracyjną. Ale sami Żydzi szybko zorientowali się, że lepiej nie dochodzić swoich praw. Tak było na przykład w Chełmie Lubelskim, gdzie miejscowy Komitet Żydowski zalecał rezygnację ze starań o zwrot majątku, wprost mówiąc o „nieprzyjemnościach” i ryzyku śmierci. Na takim gruncie zrodził się sprytny pomysł władz polskich, żeby żydowskich obywateli przedwojennej RP, wracających ze Związku Sowieckiego, kierować na Ziemie Odzyskane, gdzie kwestia własności nie istniała.

– Żydzi pojawili się właściwie znikąd. W czasie okupacji pozamykano ich w gettach, a potem poddano zagładzie. Polacy byli przekonani, że ich już nie ma i nie będzie.

– Stąd zdziwienie, że nagle przyjechali i coś tam oglądają. Stąd irytacja i niezadowolenie, które były dominującymi postawami wobec wracających. „Z jakiej dziury to wylazło!?”, pytano.

– Kościół mógłby swoich wiernych pohamować. Próbował?

– W Przemyślu Żydzi poprosili księdza, by wygłosił prożydowskie kazanie. To jedyny trop, jaki znalazłem podczas badań, a i nawet w tym przypadku nie wiem, czy kazanie zostało wygłoszone. Zwróćmy uwagę, że przecież biskup Stefan Wyszyński, późniejszy prymas, uważał za niesłuszne uniewinnienie Bejlisa (Żyda z Kijowa, w 1913 r. oskarżonego o mord rytualny – dop. MO). No więc jeśli kościelny dostojnik wierzył, że Żydzi potrzebują chrześcijańskiej krwi do produkcji macy, to co myślał zwykły ksiądz w małym miasteczku czy na wiosce? Dla niego Żyd był ucieleśnieniem zła, dlaczego więc miałby występować w jego obronie?

– Inna sprawa, że powojenna demoralizacja ograniczyła wpływy moralnych autorytetów.

– Nawet jeśli ktoś chciał ich słuchać, możliwości były ograniczone. Głosy, które pojawiły się zwłaszcza po pogromie kieleckim, publikowane w „Odrodzeniu” czy „Kuźnicy”, docierały do wąskich grup, do resztek elit. Dla mieszkańców małych miasteczek i wsi autorytetem był ten, kto posiadał broń.

– A tej było sporo…

– W rękach nieuprawnionych osób? Więcej niż w okresie okupacji. A wracając do Kościoła – w moim przekonaniu wybrnął on sprytnie, definiując stosunki polsko-żydowskie jako konflikt między władzą, tzw.: „żydokomuną”, a podziemiem. „My się do tego nie mieszajmy”, zalecali podwładnym polscy hierarchowie, darując sobie zupełnie kwestie etyczne. Kościół zatem nie chciał, a mógł zrobić znacznie więcej. Przypadek biskupa Teodora Kubiny, który otwarcie potępił pogrom kielecki, to jeden z nielicznych pozytywnych wyjątków.

– Wspominał pan o mordach rytualnych – trudno uwierzyć, ale w połowie XX w. rzekome żydowskie zbrodnie wciąż rozpalały wyobraźnię Polaków. I pchały ich ku przemocy.

– Choć sama idea mordu uległa „unowocześnieniu”. Wielu Polaków wierzyło, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci, żeby przytoczyć ich krew schorowanym żydowskim maluchom. Mit mordu rytualnego stał za rozruchami antyżydowskimi w Krakowie, w sierpniu 1945 r. Znamienna jest tu opowieść Jacka Kuronia, który jako chłopiec przebywał w stolicy małopolski. Któregoś razu szedł z wujkiem ulicą i zaczął płakać. Z miejsca otoczył ich tłum, przekonany, że ma do czynienia z Żydem, który właśnie uprowadził dziecko. Plotkom sprzyjał fatalny poziom wykształcenia, ale trzeba też pamiętać o bzdurach, jakie wypisywała podziemna prasa, pełna antysemickich rojeń. Trochę to przypomina obecną sytuację na Podhalu – górale mówią o pandemii, że to bujda stworzona przez lekarzy. I się nie szczepią. Internet zaś dostarcza im całej masy argumentów. Dziwi więc pana, że 80 lat wcześniej ich przodkowie wierzyli w rytualne mordy?

– Nie dziwi. Zwłaszcza że dzieci naprawdę ginęły.

– Dziś również giną, choć wtedy było to w znacznej mierze pokłosie powojennej demoralizacji i bandytyzmu. Najmłodszych w tamtych czasach generalnie nie oszczędzano, dość wspomnieć wyroki na milicjantach lub członkach Polskiej Partii Robotniczej. Te osoby często zabijano na oczach dzieci. Z podziemnych egzekutorów próbowano robić bohaterów – i to samo działo się w przypadku zabójców Żydów, mszczących się za rzekome rytualne mordy. Heroizacja ich czynów była tym łatwiejsza, że przecież chodziło o nasze dzieci. Co więcej, życie tych ostatnich było znacznie więcej warte niż życie jakiegoś tam Żyda.

– Mówimy o zobojętnieniu, będącym skutkiem niemieckich praw i praktyk okupacji.

– Śmierć była wówczas zjawiskiem na porządku dziennym, Żydów zaś mordowano przemysłowo. Był więc czas, by przywyknąć. Efekt? Gdy w 1946 r. w Czeladzi zabito dwóch Żydów, a lokalne władze urządziły im pogrzeb z pompą, szybko podniosły się zdegustowane głosy. „Dla Żydów żałobny pochód, orkiestra górnicza!? Kto to widział!? Jak to, po co!?”. W potocznym przekonaniu żydowskie ofiary miano grzebać bez zbędnej zwłoki, najlepiej w miejscu, w którym zginęły. Zresztą, nawet już pochowane, nie zasługiwały na spokój. Zwłoki bowiem często wykopywano.

– Wybitnie rabunkowy kontekst…

– Niekoniecznie, bo ciała przy tej okazji bezczeszczono, na przykład ucinając głowę. Poza tym proszę zwrócić uwagę na potoczne przekonanie – że na katolickim cmentarzu kopać nie wypada, a na żydowskim już można.

– Historia z uroczystym pogrzebem pozwala nam przejść do kolejnego wątku – reakcji władz. Po lekturze Pańskiej książki mam wrażenie, że szła ona dwoma niezależnymi torami. Góra była ekscesom antyżydowskim przeciwna, u dołu działy się straszne historie.

– Władze centralne potępiały antysemityzm, jako niezgodny z ideologią komunistyczną. Wydawano odpowiednie rozkazy, polecenia, upominano urzędników, którzy na przykład nie chcieli przyznawać wracającym Żydom kart meldunkowych. Ale im niżej, tym gorzej, zwłaszcza w strukturach siłowych. Do milicji trafiło wielu bandytów, ludzi bez wykształcenia i podstawowych kompetencji etycznych. Zatem z jednej strony to mundurowi często stali za aktami przemocy, z drugiej, niechętnie im przeciwdziałali i ścigali sprawców.

– Niekiedy za sprawą Żydów zapętlały się interesy podziemia i milicji. W Przeworsku współpracujący z konspiracją funkcjonariusze wystawili „leśnym” Żyda rzekomo sypiącego Polaków.

– …tymczasem z dokumentów śledztwa wynika, że za dekonspiracją lokalnych struktur podziemnych stał inny Polak. Wskazanego Żyda „leśni” zabili w biały dzień, jako zdrajcę narodu polskiego. Antysemityzm w szeregach milicyjnych był powszechnym zjawiskiem; szczerze mówiąc, większą aktywnością w chwytaniu sprawców zbrodni na Żydach wykazywał się Urząd Bezpieczeństwa niż milicja. Ta ostatnia dopiero w czerwcu 1947 r. przeszła weryfikację, w wyniku której pozbyto się z szeregów zwyczajnych kryminalistów.

– Gdy mówimy o UB, wraca kwestia „żydokomuny”. Czy Żydów karano za współpracę z władzą ludową?

– Wielu ocalałych miało lewicowe poglądy. W stronę władzy, programowo rugującej antysemityzm, pchało ich także doświadczenie okupacji oraz międzywojnia. No i wreszcie, sporą część stanowiły osoby wykształcone, potrzebne odbudowującej się administracji, przed którymi nagle pojawiła się możliwość awansu społecznego, niedostępnego przed wojną. Ale nadal mówimy o stosunkowo nielicznej grupie, której istnienie wykorzystano do napiętnowania całej społeczności. W polskim otoczeniu przekonanie, że wszyscy Żydzi są zwolennikami komunizmu – jakkolwiek dalekie od prawdy – uważano za absolutnie prawdziwe. Zwłaszcza że Żydzi nierzadko zwracali się o pomoc do milicji czy UB. Chodziło o sprawy związane ze zwrotem mienia, czy o rozliczenie osób, które wydawały ich bliskich podczas okupacji.

– Żądanie sprawiedliwości i uznania własnych praw nazywano donosicielstwem czy wręcz zdradą. Smutne…

– Ale prawdziwe. Polak mógł brać ziemię w ramach parcelacji i nikt mu współpracy z komuną nie zarzucał.

– Istnienie „żydokomuny” miało uzasadniać ekscesy, jakich dopuszczali się „leśni”. Przykład Józefa Kurasia, „Ognia”, jest tu jednym z najjaskrawszych. Ale czy możemy mówić o systematycznym działaniu, zorganizowanej antyżydowskiej akcji podziemia?

– Nie, bo kontakty między oddziałami były różne, większość działała w osamotnieniu, nie istniało centralne dowództwo. Na pewno jednak członkowie zbrojnych grup byli mocno indoktrynowani. Propaganda antykomunistyczna wręcz obsesyjnie eksploatowała mit „żydokomuny”. Przejrzałem setki ulotek i pisemek wydawanych przez powojenne podziemie i nigdzie nie znalazłem informacji, które by w sposób obiektywny przedstawiały sytuację mniejszości żydowskiej. Pełno za to było takich kwiatków, jak doniesienie z Białegostoku jeszcze z 1944 r., w myśl którego w mieście miało mieszkać 2,5 tys. Żydów, co do jednego współpracujących z NKWD. Poszedłem nawet tym „tropem”, szukając jakichś zapisków w IPN – oczywiście, niczego nie znalazłem. Ale tuż po wojnie to nie fakty miały znaczenie, a opinie, plotki, pomówienia. I bezwstyd w ich opowiadaniu.

– W książce wspomina pan, że nie było czegoś takiego, jak poczucie winy po pogromach i pojedynczych zabójstwach. Mimo to na przestrzeni trzech lat liczba incydentów dramatycznie spadła. Skoro zabrakło refleksji moralnej, to co się wydarzyło?

– Po pogromie kieleckim mamy masową ucieczkę Żydów do dużych miast i sporo wyjazdów zagranicznych, także nielegalnych. Poza tym w II połowie 1946 r. władza zaczęła przygotowania do styczniowych wyborów. Ogarnięte chaosem tereny zostały nasycone wojskiem i siłami bezpieczeństwa. Myślę, że nie bez znaczenia były też mocno nagłaśniane procesy osób oskarżonych o udział w pogromie kieleckim.

– Przemoc dotykała także etnicznych Polaków, którzy w czasie wojny pomagali Żydom. Po wojnie strach się było do tego przyznać, bo groziło to w najlepszym razie ostracyzmem.

– W potocznej opinii ukrywający się Żydzi płacili za pomoc – walutą, kosztownościami, prawem do innego majątku. Często zresztą rzeczywiście tak było – wielu Polaków zwyczajnie obłowiło się na ukrywaniu Żydów. Ale nawet w przypadku tych, którzy nie działali z pobudek materialnych, samo podejrzenie o posiadanie „żydowskich skarbów” mogło okazać się śmiertelne w skutkach. Bezpieczniej było milczeć.

– Odcinaniu się od Żydów sprzyjało przekonanie o formującym się, jednorodnym etnicznie państwie.

– Paradoksalnie pomagała w tym podziemna propaganda. To tam bez ogródek pisano o „Polsce dla Polaków”, w jakiejś mierze legitymizując dziejącą się z inspiracji ZSRR wędrówkę ludów. Mimo to szokowały mnie opinie z konspiracyjnych gazetek, w myśl których dla Żydów nie należało uruchamiać szkół. Dzieci żydowskie nie powinny się uczyć – głoszono. One mają być naszymi służącymi, koniec kropka.

– Argumentacja wedle najgorszych hitlerowskich wzorców…

– I to po doświadczeniu okupacji…

– Czy można powiedzieć, że dokończyliśmy robotę Niemców?

– Byłbym ostrożny w używaniu tak jednoznacznie brzmiących opinii. Natomiast bez wahania mogę powiedzieć, że duża część Polaków w stosunku do Żydów – w czasie wojny i po niej – nie zachowała się w przyzwoity sposób. Nie byliśmy tacy piękni i szlachetni, jak nam się wydaje. Uświadomienie sobie tego było dla mnie przykrym doświadczeniem historycznym.

– I tu wjeżdża prawicowa narracja o rodzinie Ulmów, zabitej przez Niemców za ukrywanie Żydów.

– …którą wydał jeden z krewnych, Polak.

– Skąd w ogóle pomysł na zbadanie tematu powojennej przemocy wobec Żydów?

– Nim się tym zająłem, czytałem o 400, góra 700 ofiarach. Prof. Alina Cała przyjęła, że prawdopodobnie zginęło około 1100 osób. Ale był to szacunek, który postanowiłem zweryfikować. Kolejny powód wiązał się bezpośrednio z zabitymi. Pisano o nich per „zastrzelony Żyd”, „zabita Żydówka”. A przecież, na rany boskie, to byli ludzie, którzy mieli własne imiona i nazwiska. I często nikt dziś o nich nie pamięta. Postanowiłem przywrócić tę pamięć – a nuż gdzieś żyją jeszcze jacyś potomkowie.

– Dziękuję za rozmowę.

—–
Nz. Pogrzeb ofiar pogromu kieleckiego/fot. domena publiczna

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 32/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Beczka

Z danych Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (ang. SIPRI) wynika, że w 2018 r. świat przeznaczył na obronność 1,82 bln dol., rok później – 1,91 bln. Minionego lata przewidywano, że wywołane pandemią spowolnienie gospodarcze przełoży się także na wydatki wojskowe. Ba, niektórzy wieszczyli wręcz gwałtowne załamanie się wyścigu zbrojeń. Tymczasem w 2020 r. narody świata wydały na utrzymanie, modernizację i rozwój sił zbrojnych 1,98 bln dol. Bieżący rok najpewniej zakończy się kolejnym rekordowym wynikiem, rzędu 2,1-2,2 bln dol.

Ponad jedną trzecią zeszłorocznych środków należy zapisać na konto Stanów Zjednoczonych, które od dekad królują w zestawieniu SIPRI. Rosja znalazła się na czwartym miejscu (62 mld dol.), ustępując pola Chinom (252 mld dol.) oraz Indiom (72 mld dol.). W sumie rządy krajów dalekowschodniej Azji wydały 500 mld dol. na cele militarne. Dodajmy, że siły zgromadzone w tym rejonie kuli ziemskiej „przejadły” niemal dziesiątą część budżetu Pentagonu i jedną czwartą pieniędzy rosyjskiego ministerstwa obrony. Odległa Azja przywodzi zatem skojarzenie z beczką prochu.

Przez długi czas była nią Europa, tragicznie doświadczona oboma konfliktami światowymi, a później zimnowojenną rywalizacją. Dziś udział europejskich potęg w wydatkach zbrojeniowych nie jest już tak znaczący. W pierwszej dziesiątce za 2020 r. mamy bowiem Wielką Brytanię (59 mld, 5. pozycja), Niemcy (52,8 mld, 7. pozycja) i Francję (52,7 mld, 8. pozycja). Top 10 zamykają Japonia (49,1 mld) i Korea Południowa (45,7 mld), co dodatkowo uwidacznia przesunięcie militarnego punktu ciężkości świata na Daleki Wschód.

Dla porządku odnotujmy, że na miejscu szóstym uplasowała się Arabia Saudyjska (57,5 mld), Polsce zaś przypisano pozycję nr 19 (13 mld).

Japonia odchodzi od pacyfizmu

Za militaryzację regionu odpowiada przede wszystkim ekspansywna polityka Chińskiej Republiki Ludowej. I choć to Chiny rozkręciły spiralę zbrojeń, dziś same stały się ich zakładnikiem. W relacji jeden na jednego ChRL – mocarstwo atomowe – jest w stanie narzucić swoją wolę każdemu z państw Dalekiego Wschodu. Jednak w obliczu sojuszy – pozornie nawet egzotycznych – jej potęga militarna nie robi już takiego wrażenia. Pekin więc „ucieka do przodu” – rozbudowuje armię, lotnictwo i flotę – zwłaszcza że próbę „wygrania” Pacyfiku odebrano w Waszyngtonie jako chęć zaszkodzenia interesom USA. Chińskie zbrojenia muszą zatem odpowiadać nie tylko regionalnym, ale i globalnym wyzwaniom, a ich rozmach mobilizuje sąsiadów, którzy boją się za bardzo zostać w tyle. Za przykład niech posłuży Japonia. Kraj Kwitnącej Wiśni dysponuje obecnie jedną z najpotężniejszych marynarek wojennych świata. W jej skład wchodzą m.in. cztery niszczyciele śmigłowcowe. De facto są to okręty, które po niewielkich modyfikacjach mogą pełnić role lotniskowców – najbardziej ofensywnych jednostek morskich. Po II wojnie światowej Tokio zmuszono do rezygnacji z takich okrętów, ale kraj już dawno zszedł ze ścieżki narzuconego wówczas pacyfizmu. Modernizacja niszczycieli typu Izumo – tak, by mogły przyjmować morską odmianę samolotów F-35 – to jedno z zadań postawionych japońskiemu ministerstwu obrony na bieżący rok.

Rząd w Tokio zamierza wydać w 2021 r. 52 mld dol. na własne siły zbrojne (formalnie nie są one nawet armią, której posiadania zabrania japońska konstytucja). Budżet uwzględnia środki na zakup kolejnych F-35 – zarówno w wersji morskiej, jak i lądowej. W sumie Japonia nabędzie 147 „efów”, stając się jednym z największych użytkowników tych maszyn. Obecny rok budżetowy zwieńczy wprowadzenie do służby w Morskich Siłach Samoobrony kolejnego, 22-ego okrętu podwodnego. Gros środków przeznaczonych zostanie na prace badawczo-rozwojowe – m.in. nad pociskami manewrującymi dalekiego zasięgu, zdolnymi razić cele w Korei Północnej i… Chinach. Japońscy inżynierowie mają się pochylić nad projektami nowych rakiet przeciwokrętowych oraz myśliwca 6. generacji. Pierwsze dwa rodzaje broni winny znaleźć się na wyposażeniu w drugiej połowie dekady.

Ambicje na miarę lotniskowca

Po przeciwnej stronie mapy mamy Indie – z ich arsenałem jądrowym i liczącą 1,3 mln żołnierzy armią. W tym roku Delhi nie ogłosiło jeszcze znaczących kontraktów militarnych. Wiadomo, że trwają zakupy amunicji, której rezerwy pozwolą na jednoczesne prowadzenie wojen na dwóch frontach – pakistańskim i chińskim – przez co najmniej 15 dni. Dotychczasowe zapasy wystarczały na 10 dni intensywnych zmagań – zwiększenie zdolności to wydatek rzędu 6,8 mld dol., w całości przewidziany na bieżący rok. Sporo, ale mówimy o wojsku wyposażonym m.in. w 3,5 tys. czołgów, 1,2 tys. samolotów, ponad 600 śmigłowców i 170 okrętów. W minionym roku Indie zakupiły we Francji 36 samolotów bojowych Rafale, zobowiązano też własny przemysł do dostarczenia 83 lekkich myśliwców Tejas. Trwa intensywna modernizacja obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, do służby wchodzą kolejne okręty podwodne (budowane na francuskiej licencji jednostki typu Scorpène). Jeszcze w tym roku stocznię opuści lotniskowiec INS Vikrant. Tym samym Delhi będzie dysponować dwoma „pływającymi lotniskami” (Vikrant dołączy do poradzieckiego INS Vikramaditya). Marynarka naciska na budowę trzeciego lotniskowca i choć nie zostało to jeszcze przesądzone, przyszły okręt już otrzymał nazwę – Vishal.

I właśnie z tych lotniczo-morskich poczynań i planów najprościej wyczytać skalę ambicji Indii. Delhi nie zamierza grać drugorzędnej roli na „własnym” oceanie. Pech chciał, że stanowi on „wrota do Chin”, że nie sposób pominąć go na drodze, jaką pokonują statki z chińską banderą, przewożące strategiczne towary z Afryki. Nieuchronność indyjsko-chińskiej konfrontacji, w połączeniu z rosnącym potencjałem Japonii oraz innego „tradycyjnego” wroga Pekinu – Korei Południowej – stawiają w bardzo niekorzystnej sytuacji Tajwan. Zdaniem władz w Pekinie, wyspa wciąż jest częścią kontynentalnych Chin, zbuntowaną prowincją, którą należy „przywrócić do macierzy”. O dobrowolnym scaleniu nie ma mowy, a na siłowe rozwiązanie może Pekinowi zabraknąć czasu. Takie obawy wyraża część chińskich wojskowych, kreśląc przed władzami partii wizje wojny w stylu „Chiny kontra reszta regionu”. W tej perspektywie zajęcie Tajwanu musi nastąpić w odpowiednim „okienku startowym” – kiedy wspólny potencjał wrogów nie przewyższa możliwości ChRL.

Azjatyckie Sarajewo

Sprawy nie ułatwia sam Tajwan, od lat przeznaczając istotną część budżetu na siły zbrojne. W tym roku ma to być ponad 15 mld dol. Co prawda Tajpej nie udało się przekonać Waszyngtonu do zgody na zakup F-35, ale siły zbrojne wyspy otrzymają w najbliższych latach 66 sztuk najnowszych wersji efów szesnastych. Zmodernizowanych ma zostać również 140 F-16 starszych odmian – wszystkie do 2023 r. Trwają intensywne zakupy systemów rakietowych – obrony nadbrzeżnej i przeciwlotniczej. Tajwańska doktryna zakłada trzymanie wroga na dystans – zatopienie okrętów osłony i desantu nim dotrą w pobliże plaż. W razie zdobycia przyczółków, „czerwoni Chińczycy” napotkają ścianę ognia. Tworzyć ją mają amerykańskie czołgi i wyrzutnie przeciwpancerne, wyrzutnie rakietowe typu Himars, rakiety ziemia-ziemia i powietrze-ziemia. Na całe to wyposażenie tylko w ubiegłym roku podpisano w Stanach umowy na niemal 12 mld dol., płatnych do końca dekady.

Niezależnie od wysiłków Tajwańczyków i rosnącej potęgi pozostałych graczy z regionu, to ryzyko wojny z USA jest głównym powodem, który powstrzymuje Chiny przed inwazją na wyspę. Trudno ocenić, na ile aktywnie Waszyngton zaangażowałby się w jej obronę – sygnały płynące ostatnio z Białego Domu i Pentagonu każą Pekinowi zakładać pełnoskalową kampanię lotniczo-morską, z zaangażowaniem istotnych elementów sił lądowych. A takich zmagań Chiny by w tej chwili nie wygrały. Tak dochodzimy do kolejnego zapętlenia azjatyckiego wyścigu zbrojeń – czegoś na wzór obiektywnej konieczności dla chińskiej „ucieczki do przodu”. I znów – o jej skali najlepiej świadczy budowa morskiego potencjału. Marynarka wojenna ChRL już dziś jest najliczniejszą formacją tego typu na świecie. Nadal jednak ustępuje drugiej co do liczebności US Navy jeśli idzie o wielkość flotylli lotniskowców. Chińczycy mają w służbie dwie jednostki (w tym jedną poradziecką); obie o parametrach znacznie gorszych niż amerykańskie odpowiedniki. Ale na oczach całego świata – dosłownie, za sprawą zdjęć satelitarnych – w imponującym tempie buduje się trzeci, tym razem już „pełnokrwisty” okręt. Trzy kolejne mają powstać do 2035 r.

Czy wówczas „na bank” wybuchnie amerykańsko-chińska wojna? Niekoniecznie, Stany bowiem wciąż będą posiadały dwukrotną przewagę w lotniskowcach (11:6). Tak naprawdę z większą obawą należy spoglądać w najbliższą przyszłość. Daleki Wschód to region z nieuregulowanymi sporami granicznymi (Indie-Pakistan, Indie-Chiny, Chiny-Wietnam, Japonia-Rosja), nasycony bronią jądrową i konwencjonalną – tą ostatnią w skali przypominającej Europę tuż przed 1914 rokiem. Z Państwem Środka łakomie spoglądającym nie tylko na szlaki morskie wiodące do Afryki, ale także na zasoby naturalne Syberii. I z Kim Dzonk Unem, szalonym satrapą, który trzyma „pod parą” co najmniej kilka taktycznych głowic jądrowych. Wreszcie, z piratami dziesiątkującymi żeglugę na granicy Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku. W tej beczce prochu nietrudno o iskrę, wznieconą niekoniecznie z intencją wywołania wielkiej wojny. Ale w skutkach przypominającą zamach w Sarajewie.

—–

Nz. Marynarze chińskiej floty/fot. domena publiczna

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 29/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Abramsy

Czyli jednak bierzemy amerykańskie Abramsy. Chciałoby się rzec „a nie mówiłem!?”, ale słabo u mnie z satysfakcją. Widzę tu bowiem przede wszystkim „geniusz” pisowskiej strategii – a korzyści niewiele.

Kupimy tych czołgów 250 – pozornie sporo, ale i tak o 500 za mało, by mówić o pełnej wymianie parku i całkowitej unifikacji. Na więcej nas nie stać, bo to sprzęt koszmarnie drogi – już za te ćwierć tysiąca, z pakietem logistycznym, zapłacimy ponad 23 mld złotych. Wiele, za stosunkowo niewiele, ale dość, by elektorat uwierzył, że władza troszczy się o bezpieczeństwo państwa. Zresztą, zawsze można powiedzieć, że te 250 sztuk to dopiero początek. Pouczająca w tym zakresie jest pisowska narracja dotycząca zakupu systemu Patriot. Podpisaliśmy umowę na dwie baterie, potrzebujemy minimum dziewięciu, zestawy dotrą do nas za kilka lat – a pośród „ciemnego ludu” i tak panuje przekonanie, że problem „dziurawego nieba” został już załatwiony. Przecież minister Błaszczak mówi „kupiłem”. To samo będzie mówił, stając na tle potężnego Abramsa.

A wojsko tymczasem będzie się głowić, jak obsłużyć trzy „rodziny” sprzętu pancernego, bo już dziś, przypominam, mamy dwie – poradziecką i niemiecką.

Co dalej z naszym przemysłem? Eksploatacja Abramsów nie przełoży się na jego zdolności – Amerykanie nie dzielą się w tym przypadku technologią. Najpewniej – co sugerują niedawno podpisane przez PGZ kontrakty – naszej pancernej zbrojeniówce pozostanie obsługa poradzieckiego złomu i nieudolna, ślimacząca się modernizacja niemieckich Leopardów – jeszcze parę lat można na tym pociągnąć. W praktyce oznacza to dalsze topienie pieniędzy w utrzymywanie „rodziny” czołgów T-72/PT-91 – trumien na gąsienicach, których miejsce jest w muzeach, nie zaś w jednostkach liniowych. Ale kto bogatemu zabroni?

Bo tak naprawdę nie o zdolności armii tu chodzi. Poza wymiarem propagandowym, na wewnętrzny użytek, jest jeszcze inna funkcja, również wynikająca z polityki krajowej. PiS, świadom własnej erozji, ucieka do przodu. Zamierza nam dokręcić autorytarną śrubę, czego lexTVN najlepszym przykładem. Ale Waszyngtonowi może się to nie spodobać, czasy Trumpa mamy już za sobą. Ryzyko pomrukiwania zza Oceanu jest tym większe, że obecne władze RP mają już sporo na sumieniu. Zburzenie trójpodziału władzy, olewanie wyroków sądów, zamachy na wolność słowa – w Stanach to zbrodnie. Przewiny, na które amerykańska administracja może przymknąć oko, jeśli obiecamy jej – i tamtejszemu przemysłowi – wielomiliardowe zakupy. Tak, moim zdaniem, kalkulują pisowcy.

Czy im się uda? Mądrzejsi ode mnie twierdzą, że jeśli dalej będziemy szli w stronę autorytaryzmu, Kongres zablokuje nawet już podpisane umowy. I wówczas nie tylko nie będzie Abramsów, ale i Patriotów, Himarsów i F-35. Oczywiście, jankesi nie takim zbójom opychali broń. Mogą zatem wykazać się finansowym pragmatyzmem, w myśl starej Kissingerowskiej zasady: skurwysyny, ale nasze skurwysyny. Sprzedać, co chcemy kupić, dbając przy tym, by nadwiślańscy dranie nie przekroczyli „cienkiej czerwonej linii”.

Wbrew utyskiwaniom, pieniądze na Abrmasy się znajdą. Właśnie rusza gigantyczny unijny projekt odbudowy pokowidowej. Polska będzie jednym z jego największych beneficjantów, co oznacza zwolnienie jakiejś części środków budżetowych, które przy braku kasy z Brukseli należałoby zainwestować w pokiereszowaną gospodarkę. Na zakup więc wystarczy. A co z utrzymaniem? A kto będzie się tym przejmował za kilkanaście lat?

Tymczasem za dwa lata odbędą się wybory. Pierwsze czołgi dotrą do Polski w przyszłym roku, od razu w dużych liczbach. Stacjonować będą na wschodzie kraju, w składzie 18. Dywizji, która powstała za PiS-u. Budowa WOT się ślimaczy, nawet po obniżeniu kryteriów zdrowotnych, ale do 2023 roku powinna się zakończyć. „Uabramsowiona” 18. Dywizja stanie się – przynajmniej na papierze i na wizji – najsilniejszym związkiem taktycznym WP. Będzie zatem PiS mógł użyć w kampanii wyborczej argumentu znaczącego wzmocnienia armii. „Proszę bardzo, oto dwa gotowe produkty” – powiedzą. A że de facto modernizacja odbywa się wyspowo i chaotycznie (rozproszone i homeopatyczne zakupy, zamiast skupienia się na 2-3 dużych programach), i w sposób niezgodny z wymaganiami współczesnego pola walki (WOT)? „Ciemny lud” nie takie łykał kawałki.

Na pocieszenie pozostaje świadomość, że Rosjanie zmuszeni zostaną uwzględnić te nasze Abramsy w swoich planach. W razie W zniszczą je, jak wszystko, ale po stronie ewentualnych kosztów będą musieli dopisać kolejne cyferki.

—–

Fot. Mój Abrams jest lekki jak piórko… A wspominam o tym, bo waga nowych czołgów dla WP rozpala emocje entuzjastów i przeciwników zakupu. I choć należę do tych drugich, gwoli rzetelności wspomnę, że amerykański system metryczny nieco różni się od tego, używanego w Polsce. Waży więc „za ciężki Abrams dla Polaka” owszem, 73 tony, ale po naszemu to 66,5. Czyli niewiele więcej niż najnowsze wersje niemieckich Leopardów.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Kontynuacja

Wyborcza porażka Donalda Trumpa przyniosła wielką ulgę dużej części świata. Miejsce chamskiego ekscentryka zajął nobliwy starszy pan, przestrzegający zasad kindersztuby zarówno w relacjach towarzyskich, jak i w stosunkach międzynarodowych. Ów publiczny wizerunek Joego Bidena uchodzi za jedną z gwarancji powrotu Ameryki „do normalności”, upragnionego nie tylko przez polityczny establishment Zachodu, ale przede wszystkim przez miliony zwykłych ludzi po obu stronach Atlantyku. Dla wielu z nich fakt, że mamy do czynienia z demokratą, jest dodatkowym argumentem na rzecz opinii o Stanach Zjednoczonych jako nawróconym na pokój liderze. Tyleż to naiwne, co nieprawdziwe.

Obecny lokator Białego Domu to weteran polityki, ukształtowany przez zimnowojenny determinizm, wedle którego „projekcja siły” (ang. show of force) jest jednym z warunków unikania otwartych konfliktów. Ale samo prężenie muskułów nie wystarcza – czasem trzeba mięśni użyć. Tym była realizacja koncepcji „wojen zastępczych” (Korea, Wietnam, Afganistan), w których oba supermocarstwa, mimo zaangażowania własnych wojsk, formalnie nie walczyły przeciw sobie. Biden był za młody, by mieć istotny wpływ na amerykańskie działania w Azji w latach 50. i 70., lecz jako dwukrotny wiceprezydent u Baracka Obamy brał udział w procesie zapewnienia legislacji i finansowania wojny dronowej w Azji Centralnej, Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Naiwnością jest również przypisywanie demokratom mniejszej niż u republikanów wojowniczości. Dość wspomnieć Johna Kennedy’ego i jego postawę w czasie kryzysu kubańskiego. O ile balansowanie na krawędzi wojny nuklearnej przyniosło Kennedy’emu uznanie – zmusił bowiem Chruszczowa do kapitulacji – o tyle jego późniejsze działania kładą się cieniem na zakończonej przedwcześnie prezydenturze. JFK wysłał armię do Wietnamu i chociaż eskalacja nastąpiła później, trudno wybronić go od zarzutu uwikłania Ameryki w brudną wojnę. Biden jeszcze żadnej nie wywołał, choć zdefiniował relacje z Rosją i Chinami w iście zimnowojennym stylu. Jego administracja zaś przygotowała budżet Pentagonu, którego Trump by się nie powstydził.

Symboliczny policzek

Całość opiewa na kwotę 715 mld dol. (dla porównania PKB Polski za 2019 r. to 600 mld dol.). W tej sumie mieszczą się koszty utrzymania liczącego 1,3 mln osób personelu sił zbrojnych, ale struktura pozostałych wydatków jasno wskazuje priorytety amerykańskiej polityki obronnej i zagranicznej. Zakłada ona kontynuację, co wzbudziło niezadowolenie lewicowego skrzydła Partii Demokratycznej. Już sama wielkość budżetu – nominalnie jest nieco wyższy niż przed rokiem, po uwzględnieniu inflacji symbolicznie niższy – wywołała rozczarowanie środowisk oczekujących znacznych redukcji. Kraj boryka się z gigantycznym długiem publicznym, sięgającym niemal 30 bln (!) dol. W dodatku wciąż zmaga się z pandemią, której skutkiem – do tej pory – jest śmierć 600 tys. obywateli; mówimy zatem o stratach porównywalnych do tych z najkrwawszego konfliktu w historii USA – wojny secesyjnej.

„To nie czas na rozbuchane zbrojenia”, twierdzą zwolennicy cięcia wydatków. Biden tymczasem wymierzył im symboliczny policzek, zwiększając o 2 mld dol. (z 15,4 do 17,5) budżet wojsk kosmicznych, uchodzących za kwintesencję amerykańskiego imperializmu. W Stanach nie brakuje głosów, że ten rodzaj sił zbrojnych – powołany w czasach Trumpa – należy zlikwidować. Zdecydowanie przeciwny temu rozwiązaniu jest przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, gen. Mark Milley, najwyższy rangą amerykański wojskowy. Murem stoi za nim sekretarz obrony Lloyd Austin; obydwaj podczas niedawnego przesłuchania przed komisją budżetową Kongresu stwierdzili, że przestrzeń kosmiczna oraz cyberprzestrzeń i sztuczna inteligencja to najważniejsze obszary rywalizacji. Wymagają one nowych technologii, a więc i zakrojonych na szeroką skalę prac badawczo-rozwojowych, na które Pentagon chciałby w najbliższym roku budżetowym wydać 112 mld dol.

Prawie 134 mld dol. (mniej o 8 mld) przewidziano na zakup nowego sprzętu (opracowanego w ramach już dostępnych technologii) – czołgów, samolotów, okrętów itp. Milley i Austin dali do zrozumienia, że za głównego przeciwnika administracja Bidena uważa Chiny – i znajduje to odzwierciedlenie w budżetach konkretnych rodzajów sił zbrojnych. Wojska lądowe (US Army) otrzymają o 4 mld dol. mniej niż przed rokiem (173 zamiast 177 mld), z czego na nową broń wydane zostanie niewiele ponad 21 mld dol. (spadek o 2,8 mld). Wzrosną za to budżety marynarki wojennej (US Navy) i korpusu piechoty morskiej (USMC) – razem o 4,7 mld dol., do niemal 212 mld. W przypadku sił powietrznych mówimy o niemal dziewięciomiliardowej zwyżce (całościowy budżet USAF to 213 mld dol.).

Ewentualny konflikt na Pacyfiku byłby poza obszarem zainteresowania wojsk lądowych – stąd więcej pieniędzy dla floty, marines i lotnictwa.

Koniec rojeń o forcie

Choć pacyficzna orientacja to kontynuacja polityki Trumpa, po prawdzie zapoczątkowano ją jeszcze w czasach Obamy. W sumie między 1 października 2021 r. a 30 września 2022 r., czyli w ramach wyznaczonych przez rok finansowy, Pentagon planuje wydać na obronność w obszarze Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego 66 mld dol. W tej kwocie znajdzie się ponad 5 mld dol. przeznaczonych na Pacyficzną Inicjatywę Odstraszania (Pacific Deterrence Initiative, PDI). PDI finansowana jest ze środków na zagraniczne operacje kryzysowe i wraz z bliźniaczym przedsięwzięciem nakierowanym na Europę, EDI, stanowi papierek lakmusowy intencji Waszyngtonu. Pieniądze w ramach obu DI wydawane są na modernizację i zwiększanie liczebności amerykańskich sił. EDI czasy świetności ma już za sobą – w budżecie na przyszły rok przewidziano na ten cel 3,7 mld dol. To spadek o 800 mln dol., a w porównaniu z rokiem 2019 – o niemal 3 mld dol.

Biden nie widzi w Moskwie takiego zagrożenia jak w Pekinie, nie będzie więc wzmacniał flanki wschodniej, poza okresowym przerzutem sił w odpowiedzi na demonstracje Rosji (np. wiosenna koncentracja armii rosyjskiej na granicy z Ukrainą poskutkowała chwilowym wzmocnieniem amerykańskiego kontyngentu lotniczego w Polsce). De facto jest to koniec pisowskich rojeń o Forcie Trump czy jakimkolwiek jego odpowiedniku. I chociaż Waszyngton wstrzymał decyzję poprzedniego prezydenta o redukcji wojsk USA w Niemczech, jednocześnie dał do zrozumienia europejskim członkom NATO, że czas najwyższy w większym zakresie wziąć na siebie obowiązek obrony Starego Kontynentu. Fakt, że uczyniono to w trakcie zakulisowych spotkań, świadczy o dość istotnej różnicy stylu działania w porównaniu z histerycznymi zagrywkami Trumpa. Patrząc pod kątem skutków, nie widać tu innych zmian.

Fundamentem amerykańskiej potęgi militarnej pozostają siły jądrowe. Nękane po zakończeniu zimnej wojny redukcjami i cięciami, czasy smuty mają już za sobą. W przyszłym roku Waszyngton wyda na ich utrzymanie 28 mld dol. (równowartość ponad dwóch budżetów polskiego MON). Co więcej, triada składająca się z samolotów, okrętów podwodnych i podziemnych wyrzutni rakiet międzykontynentalnych może liczyć na stopniową modernizację, rozkręconą za prezydentury Trumpa. Docelowym efektem ma być wymiana flotylli atomowych okrętów podwodnych, tzw. strategicznych nosicieli pocisków balistycznych, wdrożenie do służby kolejnej generacji bombowców typu stealth (B-21) oraz rakiet – te zgromadzone w arsenałach, choć na bieżąco modernizowane, pochodzą z lat 70. i 80. XX w. i ich skuteczność niebawem mogłaby się okazać problematyczna.

Na Zachodzie bez zmian

Obecnie trwają w Kongresie dyskusje nad budżetem, pro forma należy zatem uznać, że jego wielkość nie została jeszcze przesądzona. Biorąc pod uwagę wyrównane siły między demokratami i republikanami, to, że ci drudzy chcieliby zwiększenia wydatków, oraz oczekiwania samego prezydenta, nie należy się spodziewać wielkich różnic między projektem a dokumentem finalnym. Zwłaszcza że przemysł zbrojeniowy to ważny pracodawca, co dla pocovidowej gospodarki ma niebagatelne znaczenie. Bez względu na efekty ustawodawczych przepychanek fabryki zbrojeniowe już dziś pracują pełną parą – stocznie osiągnęły właśnie kres możliwości produkcyjnych, a zwolnienie mocy nastąpi dopiero za dwa lata. Niezależnie od tego w przyszłym roku amerykański podatnik sfinansuje budowę ośmiu kolejnych okrętów.

Nie bez kozery wspominam o flocie. Krótkoterminowo jej liczebność się zmniejszy – w najbliższych miesiącach ze stanu spisanych zostanie aż 14 okrętów. Lecz pięść marynarki – lotniskowce – pozostaje niezagrożona. USA zamierzają utrzymać w linii 11 atomowych jednostek tego typu. To kwintesencja idei show of force, okręty zdolne dotrzeć do niemal każdego zakątka Ziemi. Lotniskowiec, wraz z jednostkami wsparcia, ma zdolności bojowe zbliżone do potencjału niejednej armii (mówimy o pokładzie z setką samolotów). Kilkanaście dni temu US Navy przeprowadziła spektakularny test możliwości najnowszego „nosiciela”, „Geralda Forda”. W pobliżu jednostki zdetonowano 18-tonowy ładunek, który wywołał trzęsienie ziemi o magnitudzie 3,9. Celem eksperymentu było sprawdzenie odporności okrętu na wstrząsy. „Ford” zdał i wrócił do stoczni, gdzie zostanie poddany ostatnim naprawom, konserwacjom i modernizacjom. Bo chociaż jeszcze nie wszedł do służby, czas jego budowy (typowy dla okrętów tej klasy) jest na tyle długi, że niektóre elementy zdążyły się zużyć i zestarzeć. Stępkę pod nim położono w 2009 r., a kadłub zwodowano cztery lata później – za prezydentury Obamy. Do służby przyjmie go kolejny demokrata, który nastał po kadencji republikanina. Trudno o lepszy symbol kontynuacji. Można by zatem rzec, cytując Remarque’a, że na Zachodzie bez zmian. Stany nie zamierzają rezygnować z roli dominującej potęgi militarnej.

—–

Nz. USS Gerald R. Ford (CVN 78) w trakcie testów/fot. domena publiczna, Erik Hildebrandt, U.S. Navy.

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 28/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to