Pogrom?

Ukraińscy operatorzy dronów mieli podczas ćwiczeń „Combined Resolve” w Niemczech – jak donosiły media – zadać amerykańskiej brygadzie pancernej dotkliwe „straty”. Choć rzeczywisty przebieg manewrów był bardziej złożony, to pokazał, jak wielką przewagę daje doświadczenie zdobyte podczas kilku lat prawdziwej wojny. I jak szybko zachodnie armie muszą dziś uczyć się od Ukraińców.

Amerykańska brygada pancerna ruszyła do natarcia. Abramsy i Bradleye poruszały się po drogach i bezdrożach poligonu Hohenfels w Bawarii. Z góry obserwowały je ukraińskie bezzałogowce. Jedne służyły do rozpoznania, inne odgrywały rolę dronów bombowych, które wkrótce zaczęły eliminować z gry kolejne amerykańskie pojazdy.

Jak napisał niedawno „The Wall Street Journal”, powołując się na uczestników i osoby zaznajomione z przebiegiem ćwiczeń, pojazdy US Army wypadały z gry tak szybko, że część z nich trzeba było „wskrzeszać” i ponownie wysyłać do walki, aby szkolenie mogło być kontynuowane. I tak opowieść z niemieckiego poligonu ruszyła w świat. W medialnych relacjach Ukraińcy „zniszczyli”, „rozgromili”, a nawet „unicestwili” amerykańską brygadę pancerną za pomocą tanich dronów. Co właściwie wydarzyło się w Hohenfels?

Brygada na egzaminie

 „Combined Resolve ‘26” to cykliczne ćwiczenia, które odbywały się od 9 kwietnia do 10 maja w Joint Multinational Readiness Center (JMRC) w Hohenfels. To jedyny należący do US Army ośrodek szkolenia bojowego tej klasy na stałe zlokalizowany poza Stanami Zjednoczonymi. Sam poligon zajmuje 163 km kw., znajduje się na nim ponad 1300 budynków szkoleniowych i ponad 300 km dróg.

W ćwiczeniach uczestniczyło ponad 3600 żołnierzy z siedmiu państw. Główną szkolącą się formacją był 3 Pancerny Brygadowy Zespół Bojowy „Szary wilk” (3rd Armored Brigade Combat Team „Greywolf”) z 1 Dywizji Kawalerii. Amerykańska brygada kończyła właśnie dziewięciomiesięczny dyżur w Europie, podczas którego jej pododdziały stacjonowały m.in. w Polsce, na Litwie i w Estonii. Nie była więc przypadkowo zebranym oddziałem ani formacją dopiero rozpoczynającą szkolenie. „Combined Resolve” miał być jednym ze sprawdzianów jej gotowości.

W Hohenfels Amerykanie zetknęli się jednak z wojskiem posiadającym doświadczenie, którego nie można zdobyć nawet na najlepszym poligonie. Do sił odgrywających rolę przeciwnika dołączyli bowiem operatorzy ukraińskiej 412 jednostki Nemesis, należącej do Sił Systemów Bezzałogowych. To formacja specjalizująca się w wykorzystaniu bezzałogowców i mająca za sobą tysiące realnych misji bojowych.

Według relacji „WSJ” Ukraińcy szybko wykrywali amerykańskich żołnierzy i pojazdy, po czym kierowali przeciw nim kolejne bezzałogowce. Ciężkie wozy miały przy tym prozaiczny problem – podczas ruchu zdradzały swoją obecność choćby kłębami kurzu widocznymi z powietrza.

„Zniszczony” nie znaczy zniszczony

Nie oznacza to jednak, że kilka ukraińskich zespołów rzeczywiście byłoby w stanie w podobnym tempie unicestwić amerykańską brygadę pancerną. „Combined Resolve” były ćwiczeniami, a nie eksperymentem polegającym na ostrzeliwaniu Abramsów prawdziwymi FPV. Samo dotarcie drona do celu mogło więc skutkować uznaniem pojazdu przez sędziów za wyeliminowany. W prawdziwej walce skutki ataku byłyby znacznie mniej przewidywalne.

Niewielka głowica może zniszczyć pojazd, ale może też uszkodzić jego optykę, antenę albo element układu jezdnego, zranić członka załogi albo nie spowodować poważniejszych szkód. Istotne jest miejsce trafienia, rodzaj głowicy, konstrukcja i dodatkowe zabezpieczenia wozu.

Nie podano oficjalnego bilansu mówiącego, że Ukraińcy „zniszczyli” określoną liczbę Abramsów, Bradleyów czy żołnierzy. US Army nie ogłosiła, że „Szary wilk” został unicestwiony przez Nemesis. Źródłem informacji o wyjątkowo dużych stratach symulowanych jest przede wszystkim relacja „WSJ”. Gazeta pisze o zdecydowanej przewadze ukraińskich operatorów, a późniejsze internetowe nagłówki poszły o krok dalej.

Nie ma jednak powodu, by lekceważyć to, co stało się w Hohenfels. Przeciwnie. Jeżeli podczas ćwiczeń trzeba ponownie wprowadzać do walki wcześniej wyeliminowane pojazdy, żeby szkolenie mogło trwać, oznacza to, że ujawniono poważny problem. Tyle że niekoniecznie z czołgami.

Kilku lat wojny nie można kupić

Amerykanie nie zostali pokonani przez nieznaną im technologię. US Army od dawna obserwuje wykorzystanie bezzałogowców w Ukrainie, rozwija własne systemy i intensywnie ćwiczy ich zwalczanie. W samym Hohenfels jeszcze przed manewrami „Combined Resolve” szkolono operatorów małych BSP-ów, w tym maszyn rozpoznawczych, płatowców oraz FPV. Celem było właśnie możliwie wierne odtwarzanie zagrożeń występujących na współczesnym polu walki.

W JMRC powstała nawet Eerie Company – specjalny pododdział sił odgrywających przeciwnika, łączący działanie bezzałogowców, rozpoznanie i walkę radioelektroniczną z tradycyjnymi zadaniami piechoty. Jego operatorzy wykorzystują między innymi FPV Archer (amerykański dron kamikadze). US Army wprost podkreśla, że scenariusze „Combined Resolve” mają uwzględniać doświadczenia z trwających obecnie wojen lądowych.

Amerykanie dobrze wiedzieli więc, jak działają FPV. Różnica polegała na czymś innym. Można kupić tysiąc dronów. Można wyszkolić tysiąc operatorów. Nie można natomiast kupić kilku lat wojny. Dla żołnierzy Nemesis bezzałogowiec nie jest nowinką techniczną ani kolejnym systemem uzbrojenia wprowadzonym do programu szkolenia. Jest narzędziem używanym każdego dnia przeciwko agresorowi, który również posiada tysiące dronów, prowadzi walkę radioelektroniczną, zmienia częstotliwości, maskuje stanowiska, zastawia pułapki i nieustannie modyfikuje własne procedury.

Za takim doświadczeniem idzie coś trudnego do zapisania w instrukcji: umiejętność dostrzegania drobnych sygnałów, przewidywania zachowania przeciwnika, szybkiego wyboru celu i właściwego środka jego rażenia. Dochodzi do tego zdolność błyskawicznego modyfikowania sprzętu i procedur, gdy rozwiązanie skuteczne wczoraj, przestaje działać dzisiaj.

Właśnie tę różnicę między posiadaniem technologii a umiejętnością wykorzystania jej na współczesnym polu walki manewry „Combined Resolve” obnażyły bezlitośnie.

Za drugim razem było trudniej

Najbardziej interesująca część historii z Hohenfels zaczyna się jednak po pierwszych niepowodzeniach Amerykanów. Ćwiczenia trwały wiele dni, a scenariusze powtarzano. Amerykańscy żołnierze zaczęli zmieniać sposób działania. Poprawiali maskowanie i rozśrodkowanie, coraz skuteczniej korzystali ze środków walki radioelektronicznej. W rezultacie Ukraińcom coraz trudniej było osiągać tak dobre efekty jak na początku. W dalszej części szkolenia operatorzy Nemesis przeszli na stronę amerykańską i pomagali brygadzie wykorzystywać bezzałogowce podczas działań ofensywnych.

Wysokie straty poniesione na początku ćwiczeń nie są kompromitacją US Army, lecz argumentem za prowadzeniem takich treningów. Poligon służy przecież między innymi temu, by ujawnić słabość jednostki, zanim zrobi to prawdziwy przeciwnik. W Hohenfels Amerykanie mogli po każdym niepowodzeniu zatrzymać ćwiczenia, przeanalizować sytuację i spróbować ponownie. Na wojnie ceną takiej lekcji byliby zabici żołnierze i naprawdę spalone wozy.

Co więcej, zmiany widoczne są już w samym sposobie myślenia amerykańskich wojsk pancernych. Oficerowie 1 Pancernego Brygadowego Zespołu Bojowego z 3 Dywizji Piechoty (1st Armored Brigade Combat Team z 3rd Infantry Division) pisali niedawno na łamach magazynu „Armor”, że rozpoznanie przesuwa się dziś daleko przed załogowe pododdziały. Tworzyć ma je warstwowa sieć sensorów i dronów, wykrywająca i osłabiająca przeciwnika, zanim do walki wejdą ciężkie wozy. Walka z bezzałogowcami stała się przy tym zadaniem już na szczeblu kompanii i batalionu, podobnie jak kontrolowanie własnej emisji elektromagnetycznej.

Doświadczenia „Combined Resolve” łatwo wykorzystać jako kolejny dowód na „śmierć czołgu”. Ale czy rzeczywiście dowód? Piszę o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykański Abrams na poligonie w Niemczech/fot. 7th Army Joint Multinational Training Command/CC BY 2.0 /Wikimedia Commons

Przegrany

W prowincji Ghazni w Afganistanie była droga, która cieszyła się złą sławą. Nasi żołnierze nazwali ją „ajdisztrase”, od angielskiego IED (improwizowany ładunek wybuchowy) i niemieckiego „strasse”. Czasem po prostu mówiło się „droga śmierci”, tyle tam było min-pułapek.

Arteria miała kluczowe znaczenie dla funkcjonowania kontyngentu NATO, wiedzieli o tym talibowie, stąd ich szczególna uwaga i ogromną pomysłowość w zakładaniu coraz to wymyślniejszych ładunków.

Wiedzieli też nasi i dlatego na „ajdisztrase” wyruszały kolejne patrole rozminowania. Polacy niewiele tu mogli zrobić – nie mieliśmy specjalistycznych zestawów RCP, przeznaczonych do wynajdywania wybuchowych niespodzianek. To była głównie robota Amerykanów, których dowódcy wykazywali się ogromną determinacją. „Droga śmierci” miała być przejezdna, niezależnie od kosztów. Pojazdy RCP wylatywały w powietrze, żołnierze ginęli, zostawali ranni; istny, nieprzerwany młyn. „Oni są jak sowieci”, myślałem o amerykańskich dowódcach i tej ich żelaznej konsekwencji.

Ale to nie byli sowieci, bo armia amerykańska – jakkolwiek wymagająca wobec własnych żołnierzy – zarazem robiła mnóstwo, by ułatwić im robotę. By zapewnić im maksymalne bezpieczeństwo, by zabezpieczyć ich medycznie. Sowieci puściliby tłum ludzi przez zaminowaną drogę, tak by ją oczyścili. Amerykanie rzucili super technikę – jak każda, i ona bywała zawodna, ale redukowała straty do poziomu, o którym sowieci (i neosowieci) mogliby tylko pomarzyć.

Przyglądałem się armii USA w działaniu – w Iraku, w Afganistanie. To imponująca machina, o nieprawdopodobnych możliwościach. „Dobrze, że mamy ich po swojej stronie”, cieszyłem się, świadom, że w ewentualnej konfrontacji Amerykanie staraliby nas w proch.

Gdyby chcieli i gdyby wykorzystali całe, bądź większość spektrum swoich możliwości.

Co po raz ostatni USA uczyniły podczas II wojny światowej. W każdym kolejnym konflikcie Amerykanie nigdy nie szli na całość. Nawet w Wietnamie, gdzie zaangażowali ogromny kontyngent i gdzie ponosili wielkie straty. Brakowało politycznej woli i społecznego wsparcia. Więc w ostatecznym rozrachunku technologiczna przewaga (i mnóstwo innych przewag kompetencyjnych) nie dawały Ameryce zwycięstwa. Walcząc jedną ręką (nawet jeśli tej dłoni używano bez pardonu), Stany w najlepszym razie remisowały (jak w Korei).

A swoją ostatnią wojnę – w Afganistanie – po prostu przegrały.

O czym wspominam w kontekście niesławnej awantury w Białym Domu. W pewnym momencie trump zarzucił Zełenskiemu, że ten przegrywa wojnę (więc nie powinien podskakiwać). Naprawdę? Ukraina od trzech lat toczy pełnoskalowy konflikt z silniejszym przeciwnikiem. Ani rosja, ani Ukraina nie są technologicznymi mocarstwami, co nie zmienia faktu, że biją się ze sobą regularne armie, wyposażone w ogromny arsenał środków. W asymetrycznej, na niekorzyść Ukrainy, relacji.

A mimo to rosjanie Ukrainy nie pokonali i nie mają szans na rozstrzygnięcie wojny na froncie.

Tymczasem Amerykanie w 2021 roku zwiali przed bandą wysoce zmotywowanych, ale przecież fatalnie wyszkolonych i wyposażonych bojowników. Rozkaz odwrotu wydał Joe Biden, ale decyzję podjął trump, podczas swojej pierwszej prezydentury, warto podkreślić.

Więc tenże trump mógłby się ugryźć w język. To on, nie Zełenski, przerżnął swoją wojnę.

Ps. Decyzja o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Ukrainy jest moim zdaniem próbą przymuszenia Zełenskiego, by się przed trumpem pokajał. Ukraiński prezydent pewnie połknie tę żabę, dla dobra własnego kraju. Wszak jest przywódcą, a nie egotykiem z emocjami siedmiolatka…

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Patrol RCP w Afganistanie/fot. własne

(Nie)pomocni?

Chciałbym dziś wrócić do kwestii przekłamań na temat amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Aparat dezinformacyjny Kremla pracuje na tym odcinku pełną parą, ale niedorzeczności kolportują również wszelkiej maści użyteczni idioci. Tym samym gruntuje się przekonanie o niecnych intencjach donatorów Ukrainy oraz rzekomo ograniczonym i de facto nieistotnym charakterze wsparcia. Którego realnie jest „dużo mniej”.

Zacznijmy od pozornie odległych analogii – w dalszej części tekstu będą one pomocne dla zrozumienia istoty rzeczy.

No więc załóżmy, że chcemy kupić samochód. Przywiązani do marki, parametrów czy walorów estetycznych, planujemy obecnego pięciolatka zastąpić nowym egzemplarzem tego samego modelu. Ma być „nieśmigany” i z udoskonaleniami, ale ten sam. Fabrycznie nowy wóz kosztuje 80 tys., za dotychczasowy dostalibyśmy 35 tys. – lecz nie dostaniemy nic, bo nie wystawiamy auta, tylko przekazujemy je w formie darowizny bliskiej osobie. Przekazaliśmy, jedziemy po nowy. Na fakturze salon wypisuje nam 80 tys., bo na taką sumę opiewała transakcja. Nie zmienia to faktu, że przy okazji operacji „wymiana samochodu” w obiegu znalazły się dobra o skumulowanej wartości 115 tys. Nikt jednak jednorazowo tych 115 tys. nie wydał i nie dostał.

Pójdźmy dalej – tym razem jesteśmy członkami sportowego teamu w niespecjalnie dotowanej i dochodowej dyscyplinie. Pojawia się biznesmen z walizką pieniędzy, mamy za co budować formę i rywalizować w zawodach. Kondycja, umiejętności, wyniki – oto nasz niezaprzeczalny zysk. Zyskuje też donator – przekazane nam pieniądze, za sprawą odpisów podatkowych, pozwalają mu na korzystniejsze rozliczenie ze skarbówką. Ba, nasze sukcesy dają mu wymierny efekt marketingowy. Relacja zespół-biznesmen nie ma zatem charytatywnej natury, patrząc z perspektywy tego drugiego, jest też zręcznym sposobem na optymalizację kosztów („skoro już muszę wydać, to niech mi to przyniesie jakąś dodatkową wartość”). Pięknoduch – żyjący w świecie fantazji, gdzie zasobni z odruchu serca wspierają potrzebujących – mógłby się na taki układ oburzyć. No ale my, team, stąpamy po ziemi – chcemy robić to, co kochamy i guzik nas obchodzą intencje sponsora; byle ten działał legalnie.

A teraz do sedna.

Nie jest prawdą, że Amerykanie podwójnie księgują i tym sposobem „sztucznie pompują” wsparcie dla Ukrainy. Że najpierw podają wartość wysyłanego sprzętu – dajmy na to dziesięciu antyrakiet systemu Patriot – a następnie dodają do tego koszty pozyskania nowych dziesięciu pocisków, wynikające z konieczności uzupełnienia stanów magazynowych. Trzymając się pierwszej z analogii – nie jest tak, że po stronie „wsparcie” zapisują 35 tys. plus 80 tys. Te 115 tys. rzeczywiście oznaczałoby sztuczne pompowanie pomocy.

Jeśli Amerykanie konstruują pakiet w oparciu o zasoby magazynowe, wyceniają koszt jego odtworzenia. Wracając na grunt analogii, byłoby to 80 tys. potrzebne do kupna nowego auta. 35 tysiącom daleko do 80 – jasna sprawa, ale nie ma tu kuglarskiej sztuczki. Samochód będący przedmiotem darowizny nie znika, trafia do obdarowanego. Z uwagi na szeroko pojętą amortyzację nie ma już wartości 80 tys., ale to wciąż użyteczne narzędzie. Porzućmy analogię na rzecz wspomnianych Patriotów – te dziesięć kilku-kilkunastoletnich antyrakiet, jakkolwiek o nieco gorszych parametrach i obarczone większym ryzykiem zawodności, nadal pozostaje bardzo groźną bronią. Użytecznym, a w ukraińskim kontekście wręcz niezbędnym narzędziem. Oczywiście że dla Ukraińców lepiej byłoby, gdyby otrzymali fabrycznie nowe pociski, ale darowanemu koniowi w pysk się nie zagląda. I tak otrzymują sprzęt lepszy od tego, co mają sami i czym dysponuje przeciwnik.

No i nowy często nie istnieje jako realna alternatywa. Wróćmy na moment do samochodowej analogii. Wystawowe auta to nie jest opcja dla miażdżącej większości klientów – na indywidualnie skonfigurowany wóz zwykle trzeba czekać kilka miesięcy. A co w sytuacji, gdy czterech kółek potrzebujemy od zaraz? Na wczoraj?

Ukraina nie może sobie pozwolić na czekanie – amunicji i uzbrojenia potrzebuje od ręki. Tymczasem procesy produkcyjne wielu współczesnych systemów obronnych są zwykle czasochłonne. To przede wszystkim dlatego najobszerniejszą pozycję w amerykańskim programie pomocowym dla Ukrainy – 23 mld dol. – stanowi koszt uzupełnienia ubytków w arsenale US Army. Wyciągnięcie zmagazynowanych armat i wysłanie ich na Wschód to kwestia dni-tygodni – a nie miesięcy. Gdyby wszystko, co otrzymała i otrzyma ukraińska armia miało być fabrycznie nowe, zapewne nie byłoby komu tych świeżutkich luf wysyłać – bo w międzyczasie ruskie zrobiłyby swoje (ta prawidłowość rozciąga się na całą zachodnią pomoc, nie tylko amerykańską).

Innymi słowy, „używki” to konieczność.

Konieczne jest również ich zastąpienie – jeśli o zasobach magazynowych myśli się na poważnie (generalnie myśli się na poważnie o państwie, jego możliwościach i powinnościach). No a nie da się kupić nowego w cenie używanego – chcą więc Amerykanie czy nie, muszą w ten sposób rozliczać pomoc dla Kijowa.

Pomoc, która w przypadku zadeklarowanych niedawno niemal 61 mld dol. wcale nie jest darowizną – mógłby zauważyć ktoś. Fakt, istotną część tego wsparcia zapisano jako bardzo nisko oprocentowaną pożyczkę. To był ukłon w stronę przeciwników dalszego wspierania Ukrainy, zasiadających w amerykańskim kongresie (których zresztą on nie przekonał – republikanie i tak w większości byli przeciwni uchwaleniu „ukraińskiej” ustawy). Tyle że uchwała o pomocy dla Kijowa przewiduje możliwość umorzenia zobowiązań (w kolejnych dwóch latach podatkowych), do czego uprawnienia nadano prezydentowi. No i pożyczki udzielono na poczet środków pochodzących z przyszłej konfiskaty zamrożonych na Zachodzie rosyjskich aktywów; gdyby do niej doszło, to rosjanie sfinansowaliby część amerykańskiej pomocy, co częściowo tłumaczy wzmożenie kremlowskiej propagandy, starającej się zdezawuować waszyngtońską inicjatywę.

Co do zasady zaś, miażdżąca większość zachodniej pomocy dla Ukrainy ma charakter bezzwrotny.

Wróćmy do kwestii uzbrojenia – ze wspomnianych 61 mld, 14 mld dol. ma zostać przeznaczone na zakup fabrycznie nowego sprzętu i amunicji dla ukraińskiej armii. Nie wszystko dostępne jest od ręki, a i mająca nastąpić wczesnym latem sytuacja „wstępnego wysycenia” ZSU (amerykańską bronią) pozwoli na komfort odroczonych dostaw. Zastrzeżenie ustawodawcy, że zakupy mają być realizowane w USA, okazało się wodą na młyn dla kremlowskich propagandystów i użytecznych idiotów. Bo „Ukraina nie zobaczy ani centa z tych pieniędzy, wszystkie zostaną w Stanach i posłużą za pakiet stymulujący dla amerykańskiej zbrojeniówki”. Cóż… Pozwólcie, że zapytam: a Ukraina to potrzebuje dolarów czy zionących precyzyjnym ogniem luf?

Idźmy dalej – tak się jakoś składa, że to Stany Zjednoczone posiadają największy i najbardziej efektywny przemysł zbrojeniowy na świecie. To tam – w miażdżącej większości – wytwarzana jest najdoskonalsza broń, której walory mogą mieć decydujący wpływ na przebieg walk. Gdzie więc kupować, jak nie tam?

Oczywiście, korzystniejsza z perspektywy Ukrainy sytuacja wyglądałaby tak: pieniądze trafiałby nad Dniepr, do tamtejszej zbrojeniówki, tworząc efekt „dwa w jednym”. Przemysł miałby zlecenia (ludzie pracę), wojsko zaś sprzęt. Tyle że Ukraina nie ma możliwości efektywnej absorpcji środków – nie ma technologii, doświadczenia, nade wszystko zaś komfortu odległego zaplecza. Bo nawet gdyby doszło do przeniesienia linii produkcyjnych zza oceanu na Wschód, naiwnością byłoby założyć, że rosjanie nie wzięliby nowopowstałych fabryk na celownik. Wzięliby i z szaleńczą wściekłością próbowaliby je zniszczyć. Po co mnożyć koszty i ryzyka?

W Stanach jest drogo – ale nie drożej niż w Europie, którą wskazuje się niekiedy jako alternatywę dla zakupów na rzecz Ukrainy. No i u licha – pozwólcie, że teraz sięgnę po drugą z analogii – dlaczego sponsor miałby dotować innych przedsiębiorców? Dlaczego nasz team miałby nie grać w jego butach, na jego sprzęcie, w jego obiekcie, skoro swoich nie ma i nie może zrobić? Są inne alternatywy, fakt, ale prawem donatora jest domagać się od nas, byśmy ćwiczyli i rywalizowali w tym, co nam dostarczy. A że przy tej okazji zarobi? Dzięki bogu za taki zbieg okoliczności.

Dzięki bogu, że pocisk, który Dmytro pośle na ruskie głowy, daje pracę Michaelowi z Pensylwanii, a jego szefowi powiększa premię. Z perspektywy Dmytra najważniejsze jest to, że ma czym strzelać. Motywacje towarzystwa zza oceanu nie mają dla niego znaczenia.

Ale one są kluczowe – twierdzą co poniektórzy – wskazując chęć zarobku amerykańskiej zbrojeniówki (czy szerzej, zachodniej), jako rzeczywisty powód, dla którego toczy się ta wojna. Taka narracja szczególnie popularna jest w środowiskach lewicowych (bo „kapitalistyczna chęć zarobku to zarodek wszelkiego zła”) – co jako lewicowiec obserwuję z narastającym zgorszeniem. Bo czy naprawdę ktoś wierzy, że ukraińskie pragnienie wolności jest produktem zachodniego sektora zbrojeniowego? Że tenże pchnął rosjan do barbarzyńskiej wojny z Ukrainą? Gdzie w tej narracji miejsce na tysiącletnie (!) ukraińskie poczucie etnicznej odrębności, gdzie przestrzeń na rosyjskie silnie zakorzenione – i starsze niż zachodnia wspólnota – chore rojenia o własnej wyjątkowości i cywilizacyjnej misji (na przykład konsolidacji słowiańszczyzny)? Nie jestem naiwniakiem, widzę sprzężenie zwrotne – wiem, że zmagania na Wschodzie to także okazja do zarobku dla amerykańskich (i nie tylko) koncernów zbrojeniowych. Ale do diaska, nie róbmy k… z logiki – moskale wyjdą z Ukrainy i skończy się wojna, czy Michael i jego szef tego chcą, czy nie.

Naprawdę problemem jest „kapitalistyczna żądza zysku”, a rozwiązaniem „zaprzestanie dotowania zbrojeniówki”? Pozbawiona zachodniego wsparcia Ukraina padnie łupem rosjan – i rzeczywiście wojna się wówczas skończy. Tylko jak? Ano legitymizacją przemocy jako sposobu osiągania politycznych celów. Nie wierzę, że za takim myśleniem stoją lewicowe idee, ale że lewicowość jest jedynie pretekstem, sposobem na zamaskowanie rusofilskiej narracji, już jestem w stanie uwierzyć.

—–

Dziękuję za lekturę! A gdybyście chcieli wesprzeć mnie w dalszym pisaniu, polecam się na dwa sposoby. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

A gdybyście chcieli nabyć moją najnowszą książkę pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. ilustracja bez związku z treścią tekstu, za to silnie związana z dzisiejszą datą. 79 lat temu zakończyła się II wojna światowa w Europie, a Ukraina jakiś czas temu dołączyła do cywilizowanych krajów, które obchodzą tę rocznicę 8, nie 9 maja. „Pokonaliśmy nazizm, pokonamy i raszyzm” głosi napis na grafice, przygotowanej przez ukraiński odpowiednik IPN. Niech się spełni!

Wolty

Gdyby 35 lat temu ktoś mi powiedział, że amerykańskie czołgi będą wozami sojuszników – kazałbym mu puknąć się w czoło. Rok później runął berliński mur i blok wschodni zaczął się sypać.

Gdyby 25 lat temu ktoś mi powiedział, że niebawem Wojsko Polskie będzie używać zachodnich czołgów – machnąłbym ręką. „A skąd i za co?”. Cztery lata później pierwsze niemieckie Leopardy dostały nasze oznaczenia.

Gdyby 10 lat temu ktoś mi powiedział, że amerykańskie czołgi trafią na stałe do Polski – „marzenia”, rzekłbym z przekonaniem. „Żaden natowski ciężki sprzęt nie będzie tu rozlokowany inaczej niż w ramach ćwiczeń”. Minęły trzy lata i przywędrował do nas komponent ciężkiej brygady US Army.

Gdyby 5 lat temu ktoś mi powiedział, że Abramsy wejdą do uzbrojenia naszej armii – uznałbym to za dobry żart. „Przecież nas nie stać na taki czołg”. Od kilku miesięcy nasi czołgiści szkolą się na Abramsach, a lada moment przypłyną pierwsze własne wozy.

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że Abramsy i Leopardy trafią do Ukrainy w ramach pomocy wojskowej – zalałaby mnie złość. „Nie kpij, k…, z tak poważnej sprawy!”, wysyczałbym, mocno wówczas zaniepokojony paskudnymi widokami na przyszłość Ukrainy.

Dziś wiemy już, że oba typy czołgów – projektowane z myślą o paleniu armii radzieckiej i jej sojuszników (a więc i nas) – wkrótce wejdą na stan ZSU. Wojska wprost wywodzącego się z rzeczonej armii sowieckiej. By ładować w jej pogrobowców z tak zwanej armii rosyjskiej.

Jedno życie, tyle wolt…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Mój prywatny Abrams.

Kontynuacja

Wyborcza porażka Donalda Trumpa przyniosła wielką ulgę dużej części świata. Miejsce chamskiego ekscentryka zajął nobliwy starszy pan, przestrzegający zasad kindersztuby zarówno w relacjach towarzyskich, jak i w stosunkach międzynarodowych. Ów publiczny wizerunek Joego Bidena uchodzi za jedną z gwarancji powrotu Ameryki „do normalności”, upragnionego nie tylko przez polityczny establishment Zachodu, ale przede wszystkim przez miliony zwykłych ludzi po obu stronach Atlantyku. Dla wielu z nich fakt, że mamy do czynienia z demokratą, jest dodatkowym argumentem na rzecz opinii o Stanach Zjednoczonych jako nawróconym na pokój liderze. Tyleż to naiwne, co nieprawdziwe.

Obecny lokator Białego Domu to weteran polityki, ukształtowany przez zimnowojenny determinizm, wedle którego „projekcja siły” (ang. show of force) jest jednym z warunków unikania otwartych konfliktów. Ale samo prężenie muskułów nie wystarcza – czasem trzeba mięśni użyć. Tym była realizacja koncepcji „wojen zastępczych” (Korea, Wietnam, Afganistan), w których oba supermocarstwa, mimo zaangażowania własnych wojsk, formalnie nie walczyły przeciw sobie. Biden był za młody, by mieć istotny wpływ na amerykańskie działania w Azji w latach 50. i 70., lecz jako dwukrotny wiceprezydent u Baracka Obamy brał udział w procesie zapewnienia legislacji i finansowania wojny dronowej w Azji Centralnej, Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Naiwnością jest również przypisywanie demokratom mniejszej niż u republikanów wojowniczości. Dość wspomnieć Johna Kennedy’ego i jego postawę w czasie kryzysu kubańskiego. O ile balansowanie na krawędzi wojny nuklearnej przyniosło Kennedy’emu uznanie – zmusił bowiem Chruszczowa do kapitulacji – o tyle jego późniejsze działania kładą się cieniem na zakończonej przedwcześnie prezydenturze. JFK wysłał armię do Wietnamu i chociaż eskalacja nastąpiła później, trudno wybronić go od zarzutu uwikłania Ameryki w brudną wojnę. Biden jeszcze żadnej nie wywołał, choć zdefiniował relacje z Rosją i Chinami w iście zimnowojennym stylu. Jego administracja zaś przygotowała budżet Pentagonu, którego Trump by się nie powstydził.

Symboliczny policzek

Całość opiewa na kwotę 715 mld dol. (dla porównania PKB Polski za 2019 r. to 600 mld dol.). W tej sumie mieszczą się koszty utrzymania liczącego 1,3 mln osób personelu sił zbrojnych, ale struktura pozostałych wydatków jasno wskazuje priorytety amerykańskiej polityki obronnej i zagranicznej. Zakłada ona kontynuację, co wzbudziło niezadowolenie lewicowego skrzydła Partii Demokratycznej. Już sama wielkość budżetu – nominalnie jest nieco wyższy niż przed rokiem, po uwzględnieniu inflacji symbolicznie niższy – wywołała rozczarowanie środowisk oczekujących znacznych redukcji. Kraj boryka się z gigantycznym długiem publicznym, sięgającym niemal 30 bln (!) dol. W dodatku wciąż zmaga się z pandemią, której skutkiem – do tej pory – jest śmierć 600 tys. obywateli; mówimy zatem o stratach porównywalnych do tych z najkrwawszego konfliktu w historii USA – wojny secesyjnej.

„To nie czas na rozbuchane zbrojenia”, twierdzą zwolennicy cięcia wydatków. Biden tymczasem wymierzył im symboliczny policzek, zwiększając o 2 mld dol. (z 15,4 do 17,5) budżet wojsk kosmicznych, uchodzących za kwintesencję amerykańskiego imperializmu. W Stanach nie brakuje głosów, że ten rodzaj sił zbrojnych – powołany w czasach Trumpa – należy zlikwidować. Zdecydowanie przeciwny temu rozwiązaniu jest przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, gen. Mark Milley, najwyższy rangą amerykański wojskowy. Murem stoi za nim sekretarz obrony Lloyd Austin; obydwaj podczas niedawnego przesłuchania przed komisją budżetową Kongresu stwierdzili, że przestrzeń kosmiczna oraz cyberprzestrzeń i sztuczna inteligencja to najważniejsze obszary rywalizacji. Wymagają one nowych technologii, a więc i zakrojonych na szeroką skalę prac badawczo-rozwojowych, na które Pentagon chciałby w najbliższym roku budżetowym wydać 112 mld dol.

Prawie 134 mld dol. (mniej o 8 mld) przewidziano na zakup nowego sprzętu (opracowanego w ramach już dostępnych technologii) – czołgów, samolotów, okrętów itp. Milley i Austin dali do zrozumienia, że za głównego przeciwnika administracja Bidena uważa Chiny – i znajduje to odzwierciedlenie w budżetach konkretnych rodzajów sił zbrojnych. Wojska lądowe (US Army) otrzymają o 4 mld dol. mniej niż przed rokiem (173 zamiast 177 mld), z czego na nową broń wydane zostanie niewiele ponad 21 mld dol. (spadek o 2,8 mld). Wzrosną za to budżety marynarki wojennej (US Navy) i korpusu piechoty morskiej (USMC) – razem o 4,7 mld dol., do niemal 212 mld. W przypadku sił powietrznych mówimy o niemal dziewięciomiliardowej zwyżce (całościowy budżet USAF to 213 mld dol.).

Ewentualny konflikt na Pacyfiku byłby poza obszarem zainteresowania wojsk lądowych – stąd więcej pieniędzy dla floty, marines i lotnictwa.

Koniec rojeń o forcie

Choć pacyficzna orientacja to kontynuacja polityki Trumpa, po prawdzie zapoczątkowano ją jeszcze w czasach Obamy. W sumie między 1 października 2021 r. a 30 września 2022 r., czyli w ramach wyznaczonych przez rok finansowy, Pentagon planuje wydać na obronność w obszarze Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego 66 mld dol. W tej kwocie znajdzie się ponad 5 mld dol. przeznaczonych na Pacyficzną Inicjatywę Odstraszania (Pacific Deterrence Initiative, PDI). PDI finansowana jest ze środków na zagraniczne operacje kryzysowe i wraz z bliźniaczym przedsięwzięciem nakierowanym na Europę, EDI, stanowi papierek lakmusowy intencji Waszyngtonu. Pieniądze w ramach obu DI wydawane są na modernizację i zwiększanie liczebności amerykańskich sił. EDI czasy świetności ma już za sobą – w budżecie na przyszły rok przewidziano na ten cel 3,7 mld dol. To spadek o 800 mln dol., a w porównaniu z rokiem 2019 – o niemal 3 mld dol.

Biden nie widzi w Moskwie takiego zagrożenia jak w Pekinie, nie będzie więc wzmacniał flanki wschodniej, poza okresowym przerzutem sił w odpowiedzi na demonstracje Rosji (np. wiosenna koncentracja armii rosyjskiej na granicy z Ukrainą poskutkowała chwilowym wzmocnieniem amerykańskiego kontyngentu lotniczego w Polsce). De facto jest to koniec pisowskich rojeń o Forcie Trump czy jakimkolwiek jego odpowiedniku. I chociaż Waszyngton wstrzymał decyzję poprzedniego prezydenta o redukcji wojsk USA w Niemczech, jednocześnie dał do zrozumienia europejskim członkom NATO, że czas najwyższy w większym zakresie wziąć na siebie obowiązek obrony Starego Kontynentu. Fakt, że uczyniono to w trakcie zakulisowych spotkań, świadczy o dość istotnej różnicy stylu działania w porównaniu z histerycznymi zagrywkami Trumpa. Patrząc pod kątem skutków, nie widać tu innych zmian.

Fundamentem amerykańskiej potęgi militarnej pozostają siły jądrowe. Nękane po zakończeniu zimnej wojny redukcjami i cięciami, czasy smuty mają już za sobą. W przyszłym roku Waszyngton wyda na ich utrzymanie 28 mld dol. (równowartość ponad dwóch budżetów polskiego MON). Co więcej, triada składająca się z samolotów, okrętów podwodnych i podziemnych wyrzutni rakiet międzykontynentalnych może liczyć na stopniową modernizację, rozkręconą za prezydentury Trumpa. Docelowym efektem ma być wymiana flotylli atomowych okrętów podwodnych, tzw. strategicznych nosicieli pocisków balistycznych, wdrożenie do służby kolejnej generacji bombowców typu stealth (B-21) oraz rakiet – te zgromadzone w arsenałach, choć na bieżąco modernizowane, pochodzą z lat 70. i 80. XX w. i ich skuteczność niebawem mogłaby się okazać problematyczna.

Na Zachodzie bez zmian

Obecnie trwają w Kongresie dyskusje nad budżetem, pro forma należy zatem uznać, że jego wielkość nie została jeszcze przesądzona. Biorąc pod uwagę wyrównane siły między demokratami i republikanami, to, że ci drudzy chcieliby zwiększenia wydatków, oraz oczekiwania samego prezydenta, nie należy się spodziewać wielkich różnic między projektem a dokumentem finalnym. Zwłaszcza że przemysł zbrojeniowy to ważny pracodawca, co dla pocovidowej gospodarki ma niebagatelne znaczenie. Bez względu na efekty ustawodawczych przepychanek fabryki zbrojeniowe już dziś pracują pełną parą – stocznie osiągnęły właśnie kres możliwości produkcyjnych, a zwolnienie mocy nastąpi dopiero za dwa lata. Niezależnie od tego w przyszłym roku amerykański podatnik sfinansuje budowę ośmiu kolejnych okrętów.

Nie bez kozery wspominam o flocie. Krótkoterminowo jej liczebność się zmniejszy – w najbliższych miesiącach ze stanu spisanych zostanie aż 14 okrętów. Lecz pięść marynarki – lotniskowce – pozostaje niezagrożona. USA zamierzają utrzymać w linii 11 atomowych jednostek tego typu. To kwintesencja idei show of force, okręty zdolne dotrzeć do niemal każdego zakątka Ziemi. Lotniskowiec, wraz z jednostkami wsparcia, ma zdolności bojowe zbliżone do potencjału niejednej armii (mówimy o pokładzie z setką samolotów). Kilkanaście dni temu US Navy przeprowadziła spektakularny test możliwości najnowszego „nosiciela”, „Geralda Forda”. W pobliżu jednostki zdetonowano 18-tonowy ładunek, który wywołał trzęsienie ziemi o magnitudzie 3,9. Celem eksperymentu było sprawdzenie odporności okrętu na wstrząsy. „Ford” zdał i wrócił do stoczni, gdzie zostanie poddany ostatnim naprawom, konserwacjom i modernizacjom. Bo chociaż jeszcze nie wszedł do służby, czas jego budowy (typowy dla okrętów tej klasy) jest na tyle długi, że niektóre elementy zdążyły się zużyć i zestarzeć. Stępkę pod nim położono w 2009 r., a kadłub zwodowano cztery lata później – za prezydentury Obamy. Do służby przyjmie go kolejny demokrata, który nastał po kadencji republikanina. Trudno o lepszy symbol kontynuacji. Można by zatem rzec, cytując Remarque’a, że na Zachodzie bez zmian. Stany nie zamierzają rezygnować z roli dominującej potęgi militarnej.

—–

Nz. USS Gerald R. Ford (CVN 78) w trakcie testów/fot. domena publiczna, Erik Hildebrandt, U.S. Navy.

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 28/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to