Wszystkie wpisy, których autorem jest Marcin

Marcin Ogdowski (ur. 1976 r.). Pisarz, publicysta, były korespondent wojenny (Irak, Afganistan, Ukraina), nazywany pierwszym polskim blogerem wojennym. Pracował w „Nowościach”, „Super Expressie”, Interii.pl i „Przeglądzie”. Prowadził wielokrotnie nagradzany blog zAfganistanu.pl. Autor reportażu „zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji” (2011 r.) oraz pięciu wojennych powieści – „Ostatni świadek” (2013 r.), „(Nie)potrzebni” (2014 r.), „Uwikłani” (2015 r.), "(dez)informacja" (2018 r.), "Międzyrzecze" (2019 r.). Współautor albumu „Polski Afganistan” (2014 r.), reportażu "W naszej pamięci. Irak i Afganistan 2003-2014" (2016 r.) oraz "Dziennika dowódcy Rosomaka" (2017 r.). Wielokrotnie doceniany za przedstawianie wojska i wojny w obiektywny oraz nowoczesny sposób. Laureat m.in. „Zielonej Gruszki” (2011 r.), „Małopolski Dziennikarz Roku 2009”, „Proobronny Dziennikarz 2015 roku”. Odznaczony Brązowym” (2008 r.) i Srebrnym (2010 r.) „Medalem Za Zasługi dla Obronności Kraju”. Wyróżniony także „Buzdyganem” (2013 r.), nagrodą uchodzącą za wojskowego Oskara.

Pojednanie?

Dziś przypada 77. rocznica zakończenia bitwy o Monte Cassino. Przy tej okazji, kilka lat temu, pisałem o sąsiedzie z kamienicy, w której mieszkałem jako dziecko i młodzieniec. W czasie II wojny światowej został on, jak wielu torunian, wcielony do Wehrmachtu i jak co najmniej kilkuset innych rodaków, trafił na Monte Cassino. Brał udział w walkach, strzelał do swoich, bo musiał – i nie chodziło jedynie o los rodziny, będącej „w zastawie” (której, gdyby zdezerterował, groziło zesłanie do obozu). Kto raz znalazł się w potrzasku bitwy, ten dobrze wie, że nade wszystko działa tam zasada „ja albo on”. Wzajemne mordowanie na okołoklasztornych wzgórzach miało charakter przemysłowy, a o życiu i śmierci decydowały ułamki sekund, szczęście i refleks. Na dopytywanie się, kto jest kim, zwykle nie było czasu. A skoro „tamci” strzelali, „ci” nie mieli wyjścia. W efekcie, Polacy leżą zarówno na polskim, jak i na niemieckim cmentarzu w pobliżu miejsca bitwy. Są pośród nich dwaj rodzeni bracia – jeden spoczywa u Niemców, drugi u Polaków. Nie da się wykluczyć, że strzelali do siebie…

Wracając do sedna – jakiś czas po publikacji postu skontaktowała się ze mną dawna sąsiadka i dopowiedziała historię naszego gospodarza. Okazało się – rzecz zdawać by się mogło nieprawdopodobna – że mieszkał drzwi w drzwi z innym weteranem bojów o klasztor, z tymże ten drugi walczył w korpusie Andersa. Z dzieciństwa pamiętam, że panowie nie darzyli się szczególną sympatią. Że owszem, zachowywali się wobec siebie grzecznie, ale o żadnej typowej dla tamtych czasów fraternizacji mowy nie było. Zdaniem mojej rozmówczyni, winna była wojna. Zadawniony uraz, choć po powrocie do domu ani jeden, ani drugi nie mieli lekko, o co dbała specyficznie pryncypialna komuna (ja, naiwny, sądziłem, że chodziło o zazdrość; „andersowiec” miał bowiem jedyny w kamienicy samochód – najpierw piękną warszawę, a później dużego fiata, którymi jeździł na taksówce. Niech mi zatem duch pana-stróża wybaczy te małostkowe podejrzenia).

Ale – i właśnie o tym opowiedziała mi sąsiadka – każdego roku 18 maja panowie szli razem pod gołębnik i siadali na pieńkach, w miejscu niedostępnym z okien kamienicy. Wyciągali małą butelkę wódki (Babcia mówiła na taką „kwatyrka” – chodzi o odpowiednik dzisiejszej „małpki”) i rozpijali ją z gwinta. Milczeli, każdy zajęty swoimi myślami. A jednak byli razem – i tak przez kilkadziesiąt lat. Po wszystkim znów wracali do chłodnej uprzejmości, zdawkowego „dzień dobry” i bieżących spraw załatwianych przez żony.

Czy było to pojednanie? Nie mam pojęcia. Na pewno obydwaj robili coś, co zwyczajnie mi imponuje. I co warte jest tego, by o tym wspominać.

—–

Nz. Szturm na klasztor/fot. Domena publiczna

Krew

Prezydent Joe Biden zadecydował – ostatni żołnierze USA opuszczą Afganistan 11 września 2021 r. Jego śladem poszli inni zachodni przywódcy, jak również władze Polski. „Razem weszliśmy, razem wyjdziemy”, stwierdził przed kilkoma dniami minister obrony Mariusz Błaszczak. Co znamienne, stanie się to w 20. rocznicę ataków na World Trade Center, które dały pretekst do tzw. wojny z terrorem.

Pokój wymaga podziału władzy

Gdy jesienią 2001 r. amerykańscy piloci rozpoczęli odwetowe naloty na bazy Al-Kaidy, zapewne nie spodziewali się, że to początek najdłuższego konfliktu w historii Stanów Zjednoczonych. Przekleństwem okazały się… niespodziewane sukcesy. Pod bombami i naporem zaktywizowanych przez Waszyngton wewnętrznych przeciwników reżim talibów rozsypał się jak domek z kart. Co prawda wspierany przez nich przywódca Al-Kaidy Osama bin Laden zdołał zbiec, ale jego organizacja poszła w rozsypkę. Jak się wydawało, Afganistan był wolny od religijnych ekstremistów i działających z nimi ręka w rękę terrorystów. Pod Hindukusz posłano wojska NATO z zadaniem ochrony procesu odbudowy i demokratyzacji Afganistanu. Do zrujnowanego wcześniejszymi wojnami kraju popłynęła rzeka pieniędzy i masa organizacji z odpowiednim know-how. Formalnie wszystko działo się za zgodą zainstalowanego w Kabulu prozachodniego rządu.

Pięć lat później Afganistan znów płonął – wielu mieszkańców uznało oddziały pokojowe za wojska okupacyjne, a wprowadzane reformy za zbyt radykalne. Doszło do restytucji ruchu talibskiego, którego akcje nakręcały spiralę przemocy. W 2011 r. w Afganistanie stacjonowało już 150 tys. żołnierzy koalicji (w większości Amerykanów), wspieranych przez dziesiątki tysięcy najemników z cywilnych firm ochroniarskich. Większość kasy przeznaczonej na odbudowę szła na utrzymanie 350-tysięcznych lokalnych sił bezpieczeństwa. Zachodni przywódcy zorientowali się, że wdepnęli w sytuację, z której nie ma dobrego wyjścia. Rozwiązaniem miała być decyzja o zakończeniu natowskiej misji i scedowaniu obowiązku utrzymania porządku na samych Afgańczykach. Tak też stało się z końcem 2014 r. – od tej pory Zachód utrzymywał w Afganistanie jedynie nieduże szkoleniowe kontyngenty. Dziś to zaledwie 2,5 tys. Amerykanów i 7 tys. wojskowych z innych krajów, w tym 320 Polaków.

Mimo dalszej zachodniej pomocy finansowej i wsparcia militarnego (ograniczonego do sił specjalnych i lotnictwa), Kabulowi nie udało się zdławić talibskiej rebelii. Oczywistym stało się, że pokój wymaga podzielenia się władzą. Świadomi tego Amerykanie właściwie zmusili rząd Afganistanu do rozmów z wrogami. Niestety, prowadzone w katarskim Doha negocjacje już dawno utknęły w martwym punkcie, a talibowie mocno zintensyfikowali działania zbrojne. Na początku maja br. zajęli bazę w Ghazni, w prowincji o tej samej nazwie. Zginęło kilkudziesięciu żołnierzy sił rządowych, a 25 dostało się do niewoli. Rebelianci przejęli też spore zapasy broni i amunicji. Nie był to pierwszy przypadek ataku na Ghazni – w 2018 roku całe miasto na kilka dni znalazło się we władaniu talibów. Wspominam o nim z dwóch powodów. Po pierwsze, tak właśnie wygląda modus operandi talibskiego wojska – na co dzień trzyma się ono z dala od większych ośrodków, by od czasu do czasu dokonać rajdu, którego celem – poza pozyskaniem środków do dalszej walki – jest nade wszystko demonstracja siły i możliwości. Pokazanie, kto faktycznie rządzi w danym regionie. Po drugie, dla Polaków Ghazni jest miejscem-symbolem, tam bowiem mieściła się główna baza naszego kontyngentu, zaś prowincja była tzw.: rejonem odpowiedzialności żołnierzy Wojska Polskiego. Fakt zajęcia „naszej” bazy wywołał wśród wojskowych niemałe poruszenie, zwłaszcza że zbiegło się to z informacją o ostatecznym wycofaniu sił zachodnich z Afganistanu. „Krew w piach” – komentowano na branżowych forach, odnosząc się do sensowności afgańskiej misji.

Niewykorzystane i stracone korzyści

Początkowo Polska wysłała do Afganistanu 100-osobowy kontyngent, lecz w 2010 roku utrzymywaliśmy pod Hindukuszem niemal 2,6 tys. żołnierzy. Połowa z nich służyła w grupach bojowych, wbrew oficjalnej narracji mówiącej o misji pokojowej, na całego zaangażowanych w wojnę antypartyzancką. Jej skutkiem była śmierć 44 żołnierzy i rany odniesione przez ponad 300 (u 500 żołnierzy stwierdzono lżejsze urazy). Tylko między 2007 a 2014 r. państwo polskie wydało 6 mld zł na utrzymanie kontyngentu – z tej sumy 120 mln zł przeznaczono na projekty pomocowe dla Afgańczyków. Co na tym zyskaliśmy? Często podnoszony argument o zdobyciu opinii lojalnego i przewidywalnego sojusznika, nie ma dziś racji bytu. Zyski zostały zaprzepaszczone przez irracjonalną politykę zagraniczną PiS. Obecne władze RP nie rozumieją, że status pieniacza – jakim „cieszymy się” w Brukseli – przekłada się również na postrzeganie nas w NATO. Dla „starego” Zachodu, UE i Sojusz Północnoatlantycki to zazębiające się organizacje. Nie można w jednej być konusem, a w drugiej prymusem. Rzekoma wdzięczność Waszyngtonu, objawiająca się obecnością militarną w Polsce, nie ma większego związku z byłymi i obecnymi działaniami naszych władz. Jest odpowiedzią na rosyjskie zagrożenie i służy przede wszystkim zwiększeniu bezpieczeństwa państw nadbałtyckich (tak, Amerykanie w Polsce są po to, by łatwiej dotrzeć na Litwę, Łotwę i do Estonii). Trudno też mówić o trwałych skutkach zmian w wojsku. Żołnierz się ostrzelał, oficerowie nauczyli dowodzić w boju – mówiono przez lata. W tej perspektywie objęcie funkcji szefa sztabu generalnego WP przez gen. Rajmunda Andrzejczaka, który w Azji odsłużył dwie tury, wydaje się ukoronowaniem pozytywnych procesów. Rzecz w tym, że Polacy największe doświadczenie zdobywali w latach 2008-13, a dziś sporo służących wtedy żołnierzy jest już w cywilu. Wielu żywi do armii uraz, gdyż zwolniono ich z powodu przepisów zabraniających szeregowym służby dłuższej niż 12 lat. Idźmy dalej, udział w misji tylko przez jakiś czas był trampoliną do awansu. Szybko okazało się, że lepiej przeczekać w Polsce – porobić kursy wyżej punktowane przez biurokrację MON. Przykład gen. Andrzejczaka jest raczej odstępstwem od reguły. Co więcej, sprzęt kupowany w ramach „pakietu afgańskiego”, który gwarantował technologiczny przeskok, przez dekadę się zestarzał. Przemysł zaś, poza chlubnym wyjątkiem Rosomaka (efektem afgańskich doświadczeń było kilkaset usprawnień konstrukcji transportera), właściwie nie wykorzystał szansy. Dość powiedzieć, że dopiero dziś na wdrożenie ma szansę nowy wzór munduru – 20 lat po tym, jak wysłaliśmy żołnierzy na wojnę.

Wojnę, patrząc z globalnego punktu widzenia, horrendalnie drogą. Waszyngton wydał na interwencję w Afganistanie 2,2 bln dol. (!), co uwzględnia także ponad 500 mld dol. odsetek od obligacji wojennych. Nie znamy kosztów pozostałych krajów, ale bez wątpienia idą w dziesiątki miliardów dolarów. Co za tę cenę udało się uzyskać? Afganistan podniósł się z gruzów – kto oglądał Kabul w 2001 r. i widział go w ostatnich latach, nie będzie miał żadnych wątpliwości. Nastąpiły ważne procesy emancypacyjne – prawodawstwo wyszło z mroków średniowiecza, a kilkanaście roczników dziewczynek i kobiet wkroczyło na ścieżkę edukacji. Akceptację zyskały zakazane dotąd formy spędzania wolnego czasu. Wokół nich utworzyły się całe przemysły – telewizyjny, muzyczny, sportowy – bez których Afgańczycy, szczególnie młodzi, nie wyobrażają już sobie życia, co rodzi nadzieję na społeczny opór wobec zapędów religijnych ekstremistów. Państwowość, choć daleka od przyzwoitych norm, nie ma już postaci efemerydy i chroni jej względnie silna armia i policja. Wciąż trawione korupcją i dezercjami, ale w stopniu znacznie mniejszym niż przed dekadą. Zredukowano zgubne dla Kabulu wpływy Pakistanu, głównie na skutek wojny prowadzonej przez Waszyngton na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Mówiąc obrazowo, drony zabiły już tylu pakistańskich mącicieli, że Islamabadowi przestaje się opłacać ich wysyłać. Niestety, pod Hindukusz wróciła Al-Kaida, pojawiły się również bojówki Państwa Islamskiego. Do rangi poważnego zagrożenia dla biologicznych podstaw funkcjonowania społeczeństwa urasta problem narkomanii. Dodajmy do tego talibską rebelię oraz statystyki, wedle których wojna odebrała życie 241 tys. osób, w tym 71 tys. cywilów (poległo też 85 tys. bojowników, 78 tys. afgańskich żołnierzy i policjantów, 3,6 tys. wojskowych z sił koalicyjnych). W efekcie otrzymamy bilans nienapawający optymizmem.

Trwałe dziedzictwo traumy

„Nie ma nic dobrego w wojnie. Z wyjątkiem jej końca” – stwierdził niegdyś Abraham Lincoln. Tyleż to naiwne, co nieprawdziwe, dla wielu bowiem wojna nigdy się nie kończy. Badania nad stresem pourazowym wśród żołnierzy prowadzone są od kilkudziesięciu lat. Z obserwacji Amerykanów wynika, że 20-25% weteranów zmaga się z PTSD. Dotyczy to również wojskowych służących w Afganistanie. Ponieważ skutki choroby dotykają nie tylko żołnierza, ale i najbliższych, stres pourazowy uznawany jest za chorobę rozszerzoną. Przemoc (w tym seksualna), alkoholizm, wycofanie się z życia rodzinnego i zawodowego, całe spektrum zachowań depresyjnych, często prowadzą do tragicznego finału – morderstwa lub samobójstwa. Wiosną 2019 r. 33-letni Jovonie McClendon Jr. strzelił sobie w głowę z pistoletu. Uczynił to publicznie, transmitując „wydarzenie” na Facebooku. Wcześniej zabił 6-letniego synka i ranił jego matkę. Przyczyną był PTSD. Po rozpoczęciu wojny z terrorem wskaźnik samobójstw w armii amerykańskiej wzrósł o kilkadziesiąt procent – rocznie życie odbiera sobie 300-400 żołnierzy. Te statystyki nie oddają pełni zjawiska, gdyż dotyczą wojskowych w służbie czynnej. Tymczasem większość uczestników tego konfliktu jest już w cywilu. Przez Afganistan i Irak przewinęło się 2,8 mln Amerykanów (do 2018 r.). Z raportu Narodowego Centrum Zapobiegania Samobójstwom Weteranów wynika, że każdego dnia życie odbiera sobie 18 byłych żołnierzy. Co najmniej kilku z nich służyło wcześniej w Afganistanie. W 2017 r. wśród 45 tys. Amerykanów, którzy skutecznie targnęli się na życie, 6 tys. miało status weterana. Wskaźnik samobójstw u tych ostatnich był 1,5 razy wyższy niż dla pozostałych dorosłych mieszkańców USA.

Polscy weterani też umierają z własnej ręki, czego przykładem seria samobójstw żołnierzy pułku saperskiego ze Szczecina. Trzech pozostawało w służbie, dwóch było już w cywilu; do wszystkich zdarzeń doszło w ciągu dziewięciu miesięcy. W żadnym z przypadków prokuratura i żandarmeria nie doszukały się związków między decyzją o samobójstwie a służbą w Afganistanie. Poprzestano na stwierdzeniu o trudnej sytuacji zdrowotnej i/lub rodzinnej. Skalę zjawiska zaciemniają także obiektywne kłopoty z kwalifikacją czynu. Śmierć na motocyklu dosięgła co najmniej kilku były „misjonarzy”, również tych z elitarnych jednostek. Przypadek? Wojsko niespecjalnie docieka, a gdy zmarły wcześniej odszedł z armii, całkiem umywa ręce. W Afganistanie służyło 30 tys. Polaków, do dziś PTSD zdiagnozowano u niespełna tysiąca. Stwierdzenie, iż chodzi o wyjątkowo odporny materiał ludzki, można włożyć między bajki. Stres pourazowy nie musi wcale ujawnić się od razu – często mijają lata, nim jakieś wydarzenie odblokuje chorobotwórcze wspomnienia. Przede wszystkim jednak mamy w Polsce do czynienia z postawą ukrywania problemów. Weterani nadal będący w służbie z obawy przed stygmatyzacją nie zgłaszają problemów przełożonym. Część leczy się na własną rękę, poza wojskowym system ochrony zdrowia. Podobnie rzecz się ma w przypadku byłych żołnierzy. Możemy zatem mówić o szarej strefie, zapewne znacznej, choć i tak nieporównywalnej z tym, co dzieje się w Afganistanie. W 20-letniej wojnie rany odniosło niemal ćwierć miliona żołnierzy i policjantów tamtejszych sił bezpieczeństwa. Zranienie wybitnie sprzyja pojawieniu się PTSD, co czyni z kontuzjowanych ogromną grupę ryzyka. Ilu faktycznie zmagało się i wciąż zmaga ze stresem – nie wiadomo. Przyczyny tej niewiedzy są dwa – kulturowe (w etosie wojownika nie ma miejsca na traumę) oraz administracyjne (brak badań na ten temat).

Naiwnym jest również założenie, że wraz z 11 września 2021 r. wojna w Afganistanie po prostu się skończy. Dla USA i Zachodu owszem, ale nie dla miejscowych. Bardziej prawdopodobny scenariusz, to powtórka z historii przerabianej po wycofaniu się Armii Radzieckiej w 1989 r. Promoskiewski rząd stał się wówczas celem mudżahedinów, a gdy go obalono, dotychczasowi sojusznicy zaczęli walczyć między sobą. Skorzystali na tym talibowie, którzy zajęli niemal cały kraj. Obecnie Al-Kaida i Państwo Islamskie nie stanowią znaczącej konkurencji dla ruchu talibów, ale jako taktyczni sojusznicy mogą okazać się pomocni. Idea odbudowy islamskiego emiratu, do której wciąż przywiązani są talibscy przywódcy, jest w dużej mierze tożsama z celami terrorystów. Rząd w Kabulu już dziś mierzy się z rebelią samodzielnie – zachodnie wojska zajęte są ochroną samych siebie, a aktywne do niedawna amerykańskie lotnictwo wyraźnie spauzowało. Kabul otrzymał jasny sygnał: „Musicie radzić sobie sami”. Waszyngton deklaruje dalszą pomoc po 11 września, tyle że finansową. Czy to wystarczy? Ruch talibski jest luźną strukturą. O jego sile nie stanowią polityczni i religijni przywódcy, a lokalni komendanci, którym przede wszystkim zależy na ochronie własnych interesów, związanych z produkcją i handlem opium. To książęta wojny, młodzi i w średnim wieku, starzy „etosowcy” bowiem od dawna nie żyją. Ich stosunek do religii jest pragmatyczny; wiedzą, że skrajna odmiana islamu ułatwia kontrolę nad lokalnymi społecznościami. Istnieje zatem cień szansy, że w zamian za deklaracje nietykalności pójdą na jakiś kompromis z rządem w Kabulu, nie oglądając się na duchowych wodzów. A jeśli nie, na rozedrganą afgańską scenę może wkroczyć kolejny duży gracz. Złoża żelaza, miedzi, złota i litu czynią Afganistan łakomym kąskiem dla Chin. Pragmatyczni Chińczycy zapewne darują sobie eksport ideologii, ale czy to uchroni ich przed ciosami lokalnych bojowników? Tereny zamieszkałe przez afgańskie plemiona od wieków cieszą się złą sławą cmentarzyska imperiów…

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 20/2021

Nz. Moździerz obsługiwany przez żołnierza Grupy Bojowej Alfa PKW Afganistan, prowincja Ghazni, jesień 2013/fot. Marcin Ogdowski

Herkulesy

W połowie kwietnia minęła 69. rocznica dziewiczego lotu bombowca B-52. Przy tej okazji Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych (USAF) pochwaliły się zdjęciem trzech mężczyzn. Pierwszy pilotował stratofortecę w czasie wojny w Wietnamie, drugi w latach 80., a trzeci zaczął służbę w 2010 r. Dziadek, syn i wnuk od dekad latający na tym samym typie samolotu. Używane obecnie pięćdziesiątki-dwójki mają po 60 lat i nie zanosi się na ich rychłe wycofanie. W tym kontekście fakt, że w Siłach Powietrznych RP latają niewiele młodsze iskry i herculesy, nie wydaje się niczym nadzwyczajnym. Takie myślenie to błąd.

Rozważania dotyczące wieku samolotów znów rozpaliły debatę w Polsce. Pretekstem stało się ujawnienie przez ministra obrony Mariusza Błaszczaka informacji o zakończeniu rozmów z Waszyngtonem, poświęconych dostawom kolejnych używanych herculesów. Polskie lotnictwo posiada pięć transportowych C-130, otrzymanych w latach 2009-2012 w ramach bezzwrotnej pożyczki. Kolejna piątka ma do nas dotrzeć do połowy 2024 r. (pierwszy egzemplarz już niebawem). „Nowe” herculesy są o kilkanaście lat młodsze – wyprodukowano je w 1986 r., w 2017 r. trafiły na pustynne składowisko. Wbrew potocznym opiniom nie oznaczało to wysłania ich na szrot – dzięki specyficznym warunkom klimatycznym w arizońskim Tucson maszyny można magazynować pod chmurką. Niektóre z setek zgromadzonych tam samolotów służą jako rezerwuar części, inne w razie potrzeby są przywracane do linii, także w USAF.

Analogi i luksusowe taksówki

Za kolejne herculesy zapłacimy 14,3 mln dol. – w tej cenie mieszczą się naprawy, które umożliwią przylot maszyn do Polski. Remontem w kraju zajmą się bydgoskie Wojskowe Zakłady Lotnicze. Dziś nie ma jeszcze kosztorysu prac, ale spokojnie można przyjąć, że zamkną się one w kwocie kilkudziesięciu milionów złotych. Pozyskane w taki sposób transportowce posłużą 15-20 lat. Przy tej wielkości zamówienia fabrycznie nowe C-130 – z pakietem logistycznym i szkoleniowym – kosztowałyby po 200 mln dol. za sztukę. Dlaczego więc mimo wszystko NIE zrobiliśmy dobrego interesu? Płatowce współcześnie używanych samolotów często liczą sobie po kilkadziesiąt lat. Myśliwce już od dawna projektuje się z myślą o 40-letniej służbie, maszyny poddawane mniejszym przeciążeniom – transportowe i bombowe – zniosą następne 20-30 lat eksploatacji. Rzecz w tym, że w międzyczasie przejdą kilka poważnych modernizacji. B-52 są nadal w użyciu, bo de facto poza starą skorupą nie ma w nich już nic z lat 60. minionego wieku. Tymczasem herculesy na taki upgrade nie mogą liczyć – jest on poza możliwościami polskiego przemysłu i budżetu MON. Powstałe w erze przedcyfrowej samoloty pozostaną więc maszynami analogowymi. A tu nie chodzi jedynie o wygodę, ważne jest bezpieczeństwo – tym wyższe, im nowocześniejsza awionika, wydajniejsze silniki itp.

Co więcej, „nowych” C-130 nie sposób wykorzystać do tankowania myśliwców. Siły powietrzne pilnie potrzebują samolotów, które pozwoliłyby F-16 pobrać paliwo w powietrzu. Kilka lat temu program pozyskania odpowiednich maszyn storpedował Antoni Macierewicz – najpierw odrzucając pomysł nabycia ich do spółki z innymi krajami, później markując zainteresowanie samodzielnymi zakupami. Ostatecznie ponad 3 mld zł wydano na samoloty dla VIP-ów (trzy boeingi i dwa gulfstreamy). Choć formalnie to wojskowe odrzutowce, armia ma z nich znikomy pożytek. Boeingi mogą co najwyżej przerzucić kompanię z lekkim wyposażeniem. Gulfstreamy, luksusowe latające taksówki, przydają prestiżu przedstawicielom państwa polskiego – co można uznać za wartość, pod warunkiem że nie będziemy mieli do czynienia z nadużyciami, jak w przypadku byłego marszałka Marka Kuchcińskiego. A co do wspólnych samolotów transportowo-tankujących – pierwszy A330 wykonuje już zadania na rzecz Holandii, Luksemburga, Norwegii, Niemiec, Belgii i Czech, a pierwotne zamówienie zwiększono do dziewięciu maszyn. Piloci polskich F-16 – w razie problemów z lądowaniem w macierzystych bądź sojuszniczych bazach – musieliby się katapultować.

Loty do zarżnięcia

Minister Błaszczak zapewniał, że kolejne herculesy zwiększą możliwości transportowe lotnictwa. Trudno z tym się zgodzić, bo nawet jeśli będziemy mieli dziesięć C-130, nie potrwa to długo. Maszyny pozyskane przed dekadą polatają jeszcze kilka lat, zwłaszcza że ich stan techniczny jest, ogólnie mówiąc, taki sobie. Lotnicy żartują, że do każdej operacji z udziałem herculesa należy zabezpieczyć mniejszą C-295, która w razie awarii C-130 przejmie jego zadania. I choć trzeba w tym dowcipie wziąć poprawkę na środowiskowe animozje, pojawienie się amerykańskich maszyn nie zmieniło faktu, że wołami roboczymi lotnictwa transportowego pozostają wyprodukowane przez Airbusa casy. Wojsko ma ich 16 (jedną utracono w 2008 r.), kupowanych wprost z fabryki. Kolejne egzemplarze przylatywały do Polski w latach 2003–2013, mówimy zatem o samolotach nowych i stosunkowo nowych. Podobnie jak w przypadku maszyn M28 Bryza. Tych ostatnich lata w wojsku 39, co może dać mylne wyobrażenie o potencjale lotnictwa transportowego. Mieleckie M28 to mikrusy, casy zaś nie nadają się do lotów długodystansowych. Kiedyś za ich pośrednictwem utrzymywano mosty powietrzne z kontyngentami w Iraku i Afganistanie, co było działaniem na granicy opłacalności ekonomicznej i oznaczało zarzynanie maszyn.

Z eksploatacją aż do zarżnięcia mieliśmy do czynienia w lotnictwie szkolnym. Na używanych od lat 60. samolotach TS-11 Iskra szlify zdobyło kilka pokoleń lotników, choć już na początku tego wieku były przestarzałe, a ich modernizację uznano za nieopłacalną. W grudniu ub.r. wycofano z użycia ostatnie egzemplarze, osiem nadal czynnych, formalnie pozostających w strukturach lotnictwa szkolnego, lata w zespole akrobacyjnym. W miejsce iskier pojawiły się samoloty M-346 Bielik włoskiego koncernu Leonardo. I jakkolwiek można mówić o dużym technologicznym przeskoku, trudno nie zauważyć, że kilkadziesiąt iskier zastąpiono ośmioma bielikami (kolejne cztery lada moment wejdą do służby, a następna czwórka ma się pojawić w roku 2022). Oczywiście adepci lotnictwa mają też do dyspozycji samoloty turbośmigłowe (28 sztuk PZL-130 Orlik) i śmigłowce, co zaspokaja podstawowe potrzeby mniejszych niż przed laty sił powietrznych. Niemniej jednak latające już bieliki, w odróżnieniu od iskier, nie przenoszą uzbrojenia. Z M-346 można zrobić samolot szkolno-bojowy, ale kupując pierwszą partię maszyn, Polska takiego wariantu nie wybrała. Te bieliki jedynie symulują przenoszenie rakiet i bomb.

Efy mają już swoje lata

Dlaczego to ważne? Odpowiedź kryje się w kondycji uderzeniowej części lotnictwa. Składa się ona z sześciu eskadr – jednej wyposażonej w 18 samolotów szturmowych Su-22, dwóch z 28 myśliwcami MiG-29 oraz trzech mających do dyspozycji 48 wielozadaniowych F-16. Pozornie jest tego sporo, lecz Su-22 nie przedstawiają już żadnej wartości bojowej – stąd plan ich wycofania do 2025 r. Podobny los czeka migi, z tą różnicą, że dwudziestki-dziewiątki będą odchodzić stopniowo, w miarę przybywania kolejnych F-35. Poradzieckie maszyny padły ofiarą geopolityki – ich odpowiedniki w Rosji nadal bowiem są poddawane modernizacjom. Pojawieniu się suchojów i migów w drugiej połowie lat 80. nie towarzyszył transfer technologii, późniejsze kontakty z Ukrainą pozwalały co najwyżej na wymianę zużywających się podzespołów. A i tak w obsłudze obu typów królowała „polska myśl techniczna”, czyli prowizoryczne remonty i kanibalizacja. Pozwalało to na podtrzymanie procesu szkolenia oraz, w przypadku migów, na realizację sojuszniczych zobowiązań (misje air policing w krajach nadbałtyckich). Dobra passa skończyła się w 2016 r. – wówczas na malborskim lotnisku spłonął pierwszy MiG-29. W ciągu kilkunastu miesięcy doszło jeszcze do trzech wypadków – w jednym z nich zginął pilot. W śledztwie wyszło na jaw, że w serwisowanych w Bydgoszczy fotelach katapultowych – identycznych dla suchojów i migów – dokonano niebezpiecznych przeróbek. Stało się jasne, że dalsze uprawianie procederu „jakoś to będzie” to igranie z życiem pilotów.

Su-22 i MiG-29 wciąż latają, bo muszą. Jak zapewniał niedawno sejmową Komisję Obrony Narodowej gen. dyw. pil. Jacek Pszczoła, dowódca Sił Powietrznych, „zakłady w Bydgoszczy odrobiły bolesną lekcję” i obecnie ufa im zarówno on, jak i piloci, a poziom bezpieczeństwa jest zadowalający. Ale to loty na podtrzymanie nawyków u personelu oraz wynikające z zadań na rzecz reszty wojska – przede wszystkim udział w manewrach, w których pojawienie się samolotów jest niezbędne. Realny wysiłek związany z ochroną polskiego nieba spoczywa na F-16. Jak wynika z ujawnionych przed sejmową komisją danych, w pełnej gotowości pozostaje 41 maszyn, czyli ponad 80%. To wysoki wskaźnik, lepszy niż średnia dla USAF (70%) i znacznie wyższy od nieoficjalnych szacunków (60%), podawanych niedawno przez branżowe media. Wynika on ze szczupłości floty F-16 – mówiąc wprost, mamy za mało samolotów, by istotna ich część nie latała. A to oznacza intensywne użytkowanie. W tym miejscu warto zauważyć, że część maszyn brała udział w operacji zwalczania ISIS nad Irakiem. Wojenny reżim techniczny i bliskowschodnie warunki klimatyczne bez wątpienia postarzyły te samoloty. Ale nawet na papierze najstarsze mają już 15 lat, zbliżają się zatem do połowy całościowego czasu eksploatacji. To moment, w którym konieczne są poważne modyfikacje i unowocześnienia. W przypadku naszych F-16 niezbędne jest wydłużenie żywotności silników. Obecnie używaną wersję zaprojektowano do łącznego czasu pracy wynoszącego 8 tys. godzin. Niektóre maszyny wylatały już połowę tego resursu. W oferowanym przez Amerykanów pakiecie modernizacyjnym żywotność silników przedłużono do 12 tys. godzin. A to niejedyna potrzeba – w minionych latach zadbano o poszerzenie możliwości bojowych rodzimych efów. Samoloty dostosowano do przenoszenia nowych typów uzbrojenia (pociski dalekiego zasięgu JASSM i JASSM-ER znacząco zwiększyły potencjał odstraszający Wojska Polskiego). Lecz potrzebą w kategorii „pilne” jest również wymiana radaru, poprawa elektroniki pokładowej i systemu łączności. Inspektorat Uzbrojenia zapewnia, że prace modernizacyjne zostaną przeprowadzone. Zakres i termin ich realizacji pozostaje jednak tajemnicą.

Gdy z nieba znikną już poradzieckie maszyny, a w Polsce wyląduje ostatni F-35, wojsko będzie dysponować pięcioma pełnowartościowymi eskadrami bojowymi. Tymczasem potrzeba ich siedmiu. Jeszcze niedawno mówiło się o zakupie używanych F-16, ale wiadomo, że zabraknie na to pieniędzy. No i pomysł, którego realizacja znacząco wybiega poza ramy kalendarza wyborczego, nie cieszy się zainteresowaniem polityków PiS. Kto by się martwił, co będzie po 2030 r.?

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 18/2021

Nz. Herkules PSP z transzy otrzymanej przed dekadą/fot. archiwum 6.BPD

Piąstka

Teoretycznie jesteśmy potęgą – mamy czołgów niemal tyle, ile Francja i Niemcy razem wzięte. Ponad 750 sztuk (uwzględniając zasoby Agencji Mienia Wojskowego – 900) robi wrażenie – do czasu, aż zdamy sobie sprawę z jakości sprzętu. Tylko 249 maszyn – zbudowane w Niemczech Leopardy – to pojazdy względnie nowoczesne, bądź rokujące status po modernizacji. 232 czołgi PT-91 od biedy mogłyby się jeszcze przydać na współczesnym polu walki. Reszta, czyli wyprodukowane na radzieckiej licencji T-72, mimo prób reanimacji nadają się jedynie do podtrzymania procesu szkolenia.

Czołgi przez lata nie miały dobrej prasy – zbyt wielu specjalistów twierdziło, że wraz z zakończeniem zimnej wojny stały się przeżytkiem. W NATO tym łatwiej było przyjąć taką perspektywę, że prowadzone przez Sojusz konflikty nie angażowały ciężkich jednostek lądowych. Z Serbią poradzono sobie za pomocą lotnictwa, w górzystym Afganistanie prym wiodły dwa-trzy razy lżejsze kołowe transportery opancerzone. Znikło też, jak się wydawało, zagrożenie konfrontacji w Europie. Otrzeźwienie przyszło wraz z 2014 rokiem. Wojna na wschodzie Ukrainy dowiodła, że bez czołgów wciąż nie sposób przełamywać linii obronnych przeciwnika. Obnażyła również naiwność założenia, że Moskwa nie będzie już dążyć do odzyskania dawnych stref wpływu. W efekcie natowscy planiści musieli uznać wschodnią flankę Sojuszu za zagrożoną, zwłaszcza w obliczu pośpiesznej odbudowy sił zbrojnych Federacji, w której modernizacja wojsk pancernych odgrywa bodaj najważniejszą rolę.

„Ława ruskich tanków”

Doktryna obronna Rzeczpospolitej przewiduje dla Wojska Polskiego dwa zasadnicze zadania – opóźnianie rosyjskiego natarcia w międzyrzeczu Bugu i Wisły oraz przeprowadzenie kontrofensywy znad linii królowej polskich rzek. Ów plan opiera się na wielu założeniach, wedle jednego z nich do zwalczania czołgów świetnie nadają się inne czołgi – stąd relatywnie duża liczba maszyn w parku sprzętowym WP. I choć wizję „ławy ruskich tanków” sunącej przez polskie równiny od lat pielęgnują politycy od lewa do prawa, ich lęki z rzadka przekładają się na wzmacnianie potencjału militarnego. Celuje w tym szczególnie PiS, które istotną część własnej potęgi zbudowało na antyrosyjskiej retoryce. Pisowska wierchuszka niby problem rosyjskiego zagrożenia widzi i niby coś z nimi robi. Przykład wojsk pancernych jak w soczewce skupia te niby-działania, będące w istocie umiejętnym piarem, któremu towarzyszy organizacyjno-techniczna nieudolność i brak wyobraźni.

Zacznijmy od niemieckich (kupionych w 2002 i 2013 r.) Leopardów. To sprzęt z lat 80., ale o dużym potencjale modernizacyjnym. Wymagały jej przede wszystkim starsze egzemplarze, typu 2 A4, których Polska nabyła 142 sztuki. Wykonawcę – Polską Grupę Zbrojeniową – wybrano w grudniu 2015 r. Do końca 2020 r. wojsko miało otrzymać 128 przebudowanych do standardu 2PL czołgów, kolejne 14, w ramach tzw. opcji, trafiłoby do jednostek w 2021 r. Umowa z PGZ – zdominowaną przez menadżerów „dobrej zmiany” – opiewała na kwotę 2,4 mld zł. Po pięciu kolejnych aneksach wzrosła o 900 mln zł, a oficjalny czas realizacji kontraktu wydłużył się o dwa lata, głównie za sprawą niedoszacowanych kosztów i problemów we współpracy z niemieckim kooperantem. Do końca minionego roku PGZ przekazała armii… 12 Leopardów 2PL, w bieżącym będzie to 18 maszyn. Na realizację całości zobowiązania w ciągu najbliższych trzech lat nie ma szans – wojsko dostanie ostatnie 2PL w 2025 r., co oznacza, że modernizacja zaplanowana na pięć lat, potrwa dekadę.

Odwód symboliczny

Co więcej, zwracane armii Leopardy, mimo istotnych zmian in plus – wzmocnieniu pancerza, modyfikacji armaty i zastosowaniu nowoczesnych przyrządów optoelektronicznych – nadal posiadają przestarzałe radia. Dopiero kilka dni temu Inspektorat Uzbrojenia poinformował o zakończeniu prac analitycznych w sprawie łączności dla wozów Leopard 2PL, co daje nadzieje na nieodległy zakup i montaż nowych radiostacji. Tym sposobem dopiero co zmodernizowane wozy zostaną poddane kolejnej modernizacji. Już samo wyobrażenie ponownego oddania przemysłowi kilkudziesięciu maszyn jeży włos na głowach wojskowych. Przed pięciu laty 10. Brygada Kawalerii Pancernej przekazała wykonawcy kontraktu połowę ze swoich 128 czołgów. Zamiast wracać systematycznie do linii, rozmontowane wozy stały w halach fabrycznych Bumaru, a ich brak dezorganizował proces szkolenia jednego z najważniejszych związków taktycznych WP.

Po prawdzie oberwała wówczas cała 11. Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej, której 10. Brygada jest częścią. Przewidziana jako odwód, z przeznaczeniem do wykonania kontruderzenia, miała „jedenasta” wszystkie Leopardy należące do WP. Ponad setka najnowszych 2 A5 jeździła w barwach 34. Brygady Kawalerii Pancernej. Wchodzącą w skład dywizji 17. Wielkopolską Brygadę Zmechanizowaną wyposażono z kolei w transportery Rosomak. Siła ognia i mobilność tych trzech brygad czyniła z 11. LDKPanc. potężny związek taktyczny, jeden z najsilniejszych w Europie. Aż pojawił się Antoni Macierewicz i jego koncepcja przesunięcia najlepszych polskich czołgów na wschód. I tak połowa wozów 34. BKPanc. trafiła pod Warszawę, do stacjonującej w Wesołej 1. Warszawskiej Brygady Pancernej. Z dala od tworzonego przez kilkanaście lat zaplecza logistycznego i szkoleniowego. Dość powiedzieć, że dopiero teraz – po czterech latach – ukończono w Wesołej budowę garaży dla Leopardów. Na otarcie łez pancerniacy z 34. BKPanc. otrzymali zdezelowane T-72. Potencjał 11. LDKPanc. został „rozwodniony”, a jej odwodowy charakter stał się w dużej mierze symboliczny.

Pudrowanie zamiast modernizacji

Do innej symboliki, również związanej z leciwymi „teciakami”, odwoływał się w lipcu 2019 r. Mateusz Morawiecki. Ogłaszając wówczas z pompą program modyfikacji czołgów T-72, mówił o „historycznej chwili”. – Mamy do czynienia z kolejnym milowym krokiem do odbudowy potencjału polskiej armii – zapewniał premier. Specjaliści zanosili się śmiechem, choć był to śmiech przez łzy. Owym milowym krokiem ma być bowiem – poza remontami silników (bądź wymianą na nowe, ale gorsze, wyprodukowane w Bośni) i odmalowaniem kadłubów – wymiana części przyrządów celowniczych, nawigacyjnych i obserwacyjnych, a także zainstalowanie łączności cyfrowej (tu rzecz warta podkreślenia – lepszej niż w 2PL). Wszystko za 1,75 mld zł., co wedle zapewnień rządu pozwoli na objęcie pracami 300 czołgów (de facto będzie ich o kilkadziesiąt mniej). Ostatnie zmodyfikowane T-72 (warto zwrócić uwagę, że PGZ i wojsko nie używa określenia „modernizacja”), trafią do jednostek w 2025 r. W tym przypadku harmonogram dostaw raczej nie zostanie zakłócony – zakres prac nie jest tak rozległy, jak w przypadku Leopardów, no i Bumar pracuje na „swoich” czołgach, wyprodukowanych w tej fabryce.

Inna kwestia to sensowność projektu. Gen. Waldemar Skrzypczak, pancerniak i były dowódca Wojsk Lądowych, przytoczył w tym kontekście słowa swojego nieżyjącego następcy, gen. Tadeusza Buka, nazywając modyfikację T-72 „pudrowaniem g…a”. Bartłomiej Kucharski, ekspert w zakresie broni pancernej, dziennikarz magazynu „Wojsko i Technika” twierdzi, że dużo lepszym rozwiązaniem byłaby głęboka modernizacja wozów. – Rosjanie robią to z powodzeniem, czyniąc z „nowych” T-72 bardzo niebezpieczną broń – przekonuje. – Niestety, mówimy tu o kosztownych zabiegach, takich jak wymiana armaty, silnika, zastosowanie nowoczesnego systemu kierowania ogniem i zupełnie nowej amunicji. A to tylko „najgrubsze” kwestie – zastrzega. Przy tak rozumianej modernizacji 1,75 mld zł wystarczyłaby na przebudowę kilkudziesięciu egzemplarzy, no i wymagałaby współpracy zagranicznej. Polski przemysł nie dorobił się własnej armaty czołgowej – te zastosowane w rodzimychT-72 pochodzą ze Słowacji – tymczasem kontrakt na modyfikację „teciaków” spełnia też rolę kroplówki dla podupadłego giganta, jakim jest PGZ.

Logistyczny horror

Co dalej? Polska potrzebuje od 600 do 800 nowoczesnych czołgów, by móc liczyć na skuteczność potencjału odstraszania. Optymiści są zdania, że z tym, co mamy, dociągniemy jakoś do połowy następnej dekady, kiedy na scenę wkroczą wozy kolejnej generacji. Pesymiści zwracają uwagę na lata zaniedbań i niepewność geopolityczną, za sprawą której znacznie łatwiej dziś o konflikt z Rosją. Jedni i drudzy nie mają wątpliwości, że polski przemysł zbrojeniowy nie jest w stanie samodzielnie zapewnić armii odpowiedniej konstrukcji. Dlatego należy niezwłocznie podjąć współpracę z zagranicą. Pomysłów jest kilka, w odniesieniu do niektórych wiadomo już, że się nie ziszczą. Przy pracach nad wspólnym czołgiem przyszłości nie chcą nas Niemcy i Francuzi. Z drugiej strony, zachęty płyną z Włoch i Hiszpanii – Polska w końcu, jakkolwiek przespała ostatnie dwie dekady, ma spore tradycje w produkcji broni pancernej. Własny produkt – czołg K2 – oferują nam Koreańczycy, deklarując zarazem chęć współpracy nad platformą kolejnej generacji. W MON rozważa się też zakup nowych Leopardów – taką drogę wybrali niedawno Węgrzy. Jednak, jak wynika z nieoficjalnych informacji, coraz większą popularnością cieszy się opcja amerykańska.

Chodzi o czołgi M1 Abrams, od 40 lat podstawowe maszyny US Army. „Używki”, nowych bowiem Amerykanie już nie produkują. Wbrew pozorom, żaden złom, a wyciągnięte z magazynu skorupy, poddane rozległej renowacji i zmodernizowane do poziomu, który czyni Abramsy jedną z najgroźniejszych broni świata. Gdzie więc tkwi haczyk? Amerykańskich kolosów nie da się w nieskończoność ulepszać, więc za kilkanaście lat mogą nie sprostać nowym rodzajom wozów. Polacy mogą zapomnieć o produkcji licencyjnej, nawet wybranych elementów – Amerykanie nie zwykli dzielić się tajemnicami. Korzyści dla przemysłu będą więc zerowe (ewentualnie niewielkie), nakłady zaś – dla budżetu MON – gigantyczne, zwłaszcza że najbliższe centrum serwisowe znajduje się… za oceanem. Dodajmy do tego koszt jednostkowy (ok. 12,5 mln dol.) i potężne zużycie paliwa (150 l/10 km). A to nie wszystko. – Abramsy mają krótką armatę, która dobrze współpracuje z amunicją uranową. Ale Amerykanie nikomu jej nie sprzedają – zauważa Kucharski. – Zagraniczni kupcy mogą liczyć na pociski wolframowe. Ich skuteczność jest o kilkanaście procent niższa, bo wolfram lubi prędkość, a więc i długą lufę. No i jest jeszcze kwestia wagi M1, która w nowych wersjach przekracza 72 tony. Taką nośność ma tylko kilkanaście procent mostów w Polsce, a w północno-wschodniej części kraju, na najbardziej prawdopodobnym obszarze działań, ich występowanie jest szczególnie rzadkie.

Abramsy w WP to logistyczny horror także z innego powodu – budżet jest w fatalnym stanie, między bajki więc można włożyć pomysły o kupnie dużej liczby czołgów. W efekcie mielibyśmy do czynienia z jednoczesną eksploatacją wozów kilku standardów – poradzieckich T-72, ich ulepszonej w latach 90. wersji PT-91, niemieckich Leopardów 2 A5, spolonizowanych 2PL i amerykańskich M1. Jak to wszystko scalić w jeden sprawnie funkcjonujący system? Nad tym polityczni patroni wojska pewnie się nie zastanawiają. Dla nich liczy się efektowna fotka na tle potężnej maszyny.

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 17/2021

Nz. T-72 podczas ćwiczeń Anakonda 2010. Kilka lat później te maszyny trafiły do 10 BKP/fot. Marcin Ogdowski

Skaza?

Etniczni Polacy w odniesieniu do Żydów mają mnóstwo za uszami – nigdy więc nie stanę po stronie bezkrytycznych apologetów, usiłujących wmówić nam, jak to wspaniałomyślnie zachowywaliśmy się podczas okupacji. Gówno prawda.

Ale…

Ale wspominam dziś jeden z wyjazdów na wschód Ukrainy, do Doniecka. Była piękna wiosna, po zajęciu przez separatystów i Rosjan portu lotniczego, miasto poczuło wyraźną ulgę. Linia frontu odsunęła się nieco od przedmieść, walki wyraźnie zelżały. Artyleria owszem, huczała, obie strony dokuczały sobie moździerzami, ostrzałami z broni maszynowej, snajperzy również nie próżnowali. Ale to działo się kilka kilometrów od centrum miasta, które właściwie pozostawało nietknięte i bezpieczne. Pociski spadały gdzieś na obrzeżach, wciąż ginęli ludzie, ale dało się żyć.

Dało na tyle, że lokalne kluby piłkarskie przeprowadzały rozgrywki (młodzików), a dzieci w jednej z podstawówek chodziły na zajęcia z baletu. Działa się też masa innych sytuacji, ale wspominam akurat te, które widziałem na własne oczy. Widziałem też ogródki piwne i ludzi przy stolikach spożywających trunek z pianką. Rozmawiających, śmiejących się, kłócących; byłem świadkiem całego spektrum zwyczajnych zachowań. Niezwyczajne były tylko dochodzące gdzieś z oddali wystrzały i wybuchy. Którymi nikt się już specjalnie nie przejmował.

Kilka miesięcy później, w samym środku lata, byłem w Mariupolu. Przyjechaliśmy z kolegami akurat w sobotę i poszliśmy na tamtejszą promenadę. Knajpy i dyskoteki działały w najlepsze, alkohol lał się strumieniami. Wypindrzone laski i odsztafirowani kolesie konsumowali młodość jakby kilkanaście kilometrów dalej, na wschód, nie rozciągała się linia frontu. Widoczne stamtąd rozbłyski traktowano niczym fajerwerki, świetlną oprawę gorączki sobotniej nocy.

A w Szyrokino ginęli ludzie.

Wspominam o tym dziś, w rocznicę wybuchu pierwszego z warszawskich Powstań – tego w getcie. Wspominam, bo znów tu i ówdzie pojawiają się oburzone głosy, że Polacy po „aryjskiej” stronie przychodzili pod mur getta, obserwować pożary. A potem wracali do swojego życia, jakby nic się nie stało. I że z czasem po prostu przywykli do dymów nad pacyfikowaną częścią miasta.

Otóż moi drodzy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic, co oznaczałoby jakąś etniczną/kulturową skazę, nic, co byłoby dowodem na odstępstwo od normy. Ludzie tak mają – widziałem to nie tylko na Ukrainie. Przyzwyczajamy się do otaczającego nas zła, ignorujemy je, trywializujemy, niekiedy wręcz zaprzeczamy jego istnieniu („pandemii nie ma” – brzmi znajomo, prawda?). Z czasem nawet staramy się dostrzec w nim jakieś dobre strony. Cieszymy się, że nas nie dotyczy, ba, potrafimy dać się ponieść fascynacji, widząc zło w działaniu. Gdy mnie ktoś pyta o wrażenia z wojen, opowiadam przede wszystkim o dramacie, lecz mówię też o złowieszczym pięknie. Pożar fascynuje nie tylko piromanów.

Mamy tak, bo to zupełnie naturalny mechanizm adaptacyjny. Coś, co pozwala nam przeżyć graniczne sytuacje. Nawet jeśli towarzyszy temu świadomość, że najpewniej będziemy następni. Ale jeszcze nie dziś, jeszcze nie teraz. Dziś mogę pójść na piwo, wstąpić do cukierni, urżnąć się do nieprzytomności. Bądź zrobić cokolwiek innego, co jest apoteozą normalnego życia, wyrazem tęsknoty do czasów, kiedy śmierć nie czyhała za rogiem.

W kwietniu 1943 roku ta potrzeba była nad wyraz silna.

—–

Fot. Plaża w Szyrokino, lato 2015 roku. Nawet w takim miejscu, kilkaset metrów od linii nieprzyjaciela, nie sposób oprzeć się potrzebie „chwilowej normalności”/Darek Prosiński