„Świeżynki”

Jest w „Szeregowcu Ryanie” scena, w której sierżant Mike Horvath (w tej roli nieodżałowany Tom Sizemore), wsypuje garść ziemi z normandzkiej plaży do metalowego zasobnika. Następnie wkłada go do torby, gdzie są już dwa identyczne pojemniki – jeden opatrzony napisem „Afryka”, drugi „Sycylia”. Króciutki kadr mający uzmysłowić widzowi, że podoficer to doświadczony żołnierz, który brał już udział w dwóch operacjach desantowych. Znałem kiedyś mundurowego kolekcjonera naturalnych artefaktów zbieranych na pamiątkę, nie sądzę zatem, by scenarzyści nadużyli wyobraźni kosztem realiów. Mogli jednak ze swą sugestią posunąć się odrobinę za daleko, bo choć faktycznie pośród żołnierzy lądujących na plaży Omaha byli weterani walk w Algierii, Tunezji i we Włoszech, miażdżącą większość wojska stanowiły „świeżynki”.

USA zmobilizowały podczas II wojny światowej kilkanaście milionów ludzi, jednocześnie przez sporą część konfliktu trzymały się od niego z daleka. Skala mobilizacji i zakres uczestnictwa sprawiały, że nie sposób oczekiwać, by wiosną 1944 roku jakiś istotnie duży odsetek armii miał doświadczenie bojowe. Niemniej kilkaset tysięcy żołnierzy już w boju było (część poza obszarem tych rozważań, bo na pacyficznym froncie), można by zatem oczekiwać, że to oni będą stanowić awangardę sojuszniczego natarcia. Bo przecież – jak sugeruje zdroworozsądkowa logika – trudne zadanie wymaga zaangażowania najlepszych ludzi. Owszem, tyle że w wojskowym planowaniu jest jak w szachach – należy mieć w perspektywie także kolejne ruchy.

Dowództwo sprzymierzonych wiedziało, że lądowanie na francuskim wybrzeżu nie będzie „bułką z masłem”. Że nawet uchwycenie przyczółków nie przesądzi o sukcesie. Zarazem planowano ów desant jako zaledwie wstęp do uderzeń w głąb Europy – wyzwolenia Francji, krajów Beneluksu, zajęcia części Niemiec. Nie można więc było na początku stracić tego, co najlepsze, ale i należało zrobić wszystko, żeby zapewnić sobie początkowe powodzenie. Jak pogodzić dwa tak różne porządki? Alianci posłali do walki oddziały doskonale wyekwipowane, zapewniając im wsparcie potęgi morskiej i lotniczej USA i Wielkiej Brytanii. Na najniższym poziomie „wplatając” w nieopierzone składy osobowe weteranów. Tymi sposobami zmniejszano ryzyko niepowodzenia, zwiększano szanse (na przeżycie) żółtodziobom, zachowując balans między możliwościami a potrzebami. Dałoby się lepiej? Być może, ale nim popłyniemy w ahistoryczne rozważania warto pamiętać, że cała trzymiesięczna operacja „Overlord” (desant w Normandii, a następnie utworzenie frontu), przyniosła aliantom straty porównywalne do niemieckich, gdy regułą jest, że to strona atakująca ma je wyższe.

Podobne dylematy musieli rozstrzygnąć ukraińscy generałowie. Przy czym w ich przypadku ograniczonej podaży doświadczonego żołnierza towarzyszą niedostatki nowoczesnego uzbrojenia (problem nieznany aliantom, działającym w realiach gigantycznej materiałowej przewagi). Dodajmy do tego brak atutu zaskoczenia i jego skutki – Zaporoże było oczywistym kierunkiem uderzenia dla obu stron, co sprawiło, że rosjanie przygotowali teren do obrony. Nie bez znaczenia jest również fakt rosyjskiej przewagi w powietrzu (kolejna różnica w odniesieniu do wydarzeń z 1944 roku, kiedy to sprzymierzeni zdominowali niebo). Właściwości ukraińskiej artylerii (donośność i precyzja) pozwoliły zniwelować niektóre z rosyjskich atutów, ale ktoś te pierwsze rubieże wroga pokonać musi. Część ustawionych przez okupantów pół minowych można zniszczyć artylerią, to samo tyczy się zlokalizowanych punktów stałego oporu, ale nawet najlepsza „podgotowka” nie znosi wszystkich ryzyk związanych z pierwszym atakiem. Nie, gdy przeciwnik zdołał „wgryźć się” w ziemię. Wykrwawić w takich uderzeniach „kwiat armii” byłoby grzechem, rozbić się o pierwsze linie obrony i zaprzepaścić szanse na strategiczny sukces (rozdarcie korytarza na Krym) – jeszcze większym błędem.

I właśnie dlatego gen. Walery Załużny nie rzucił w pierwszej kolejności do walk na Zaporożu najlepszych jednostek. Nadal – poza wybranymi elementami – trzyma je w zapasie. Uderzenie wykonały oddziały o mniejszym doświadczeniu bojowym, ze sporym odsetkiem frontowych „świeżynek”. Zachodni sprzęt, w który je (częściowo!) wyposażono, miał zwiększyć szanse powodzenia działań i przeżycia. Bradley jest dużo lepszy niż poradziecki BWP, jeśli idzie o parametry uzbrojenia i te związane z ochroną żołnierzy – dlatego ukraińska piechota ruszyła w bój korzystając z tej platformy. Ale ów wóz („taksówka” z niedużą armatą), nie powinien operować bez wsparcia cięższej broni – stąd w awangardzie także czołgi Leopard, znów jakościowo lepsze niż posowieckie odpowiedniki używane przez ZSU.

Nie znam szczegółowych planów ukraińskiego sztabu, więc nie podejmę się oceny skali powodzenia działań. W zakresie zwiększenia szans na przeżycie pierwszego rzutu sprawa jest dużo prostsza. Mamy dość materiału filmowego i zdjęciowego, by ocenić, że Bradleye i Leopardy nie są trumnami na gąsienicach (w takim stopniu, w jakim są nimi sowieckie maszyny).

„Tak czy inaczej, to marnowanie potencjału, ograniczonego w ukraińskich realiach”, mógłby rzec ktoś, komentując użycie zachodniej techniki w pierwszym natarciu. No nie, bo Ukraińcy nie mogą sobie pozwolić na tak duże straty osobowe jak rosjanie. Nie jest też tak, że Leopardy i Bradleye znalazły się na froncie kosztem wspomnianej ukraińskiej elity. Najlepsze ukraińskie brygady wciąż bazują na posowieckim sprzęcie, na jego najlepszych dostępnych modyfikacjach (pancerniacy na przykład używają naszych „Twardych”). Bo to na nim „hartowała się stal”, zdobywano bojowe doświadczenie, a doskonała znajomość możliwości sprzętu to istotna składowa elitarności. Oczywiście, w świecie bardziej dla Ukrainy łaskawym „kwiat armii” już dziś miałby na wyposażeniu niemieckie czy amerykańskie wozy oraz wielką umiejętność ich wykorzystania. W tym realnym na przeszkodzie stanął czas i harmonogram dotychczasowych dostaw. Leopardy czy Bradleye to wciąż novum, a biegłości w obsłudze – zwłaszcza w bojowym zastosowaniu – nie da się nauczyć w kilkanaście tygodni, z książek i instrukcji. Zapewne w docelowej formule dzisiejsze „świeżynki” – uczące się walczyć na zachodnich maszynach – przejmą pałeczkę elitarności, bo obok świetnego sprzętu będą miały również bojowe doświadczenie. „Ci, którzy przeżyją”, podpowiada mi w głowie złośliwy chochlik. Zgadza się. 1. Dywizja Piechoty USA, która przeszła przez rzeźnię na plaży Omaha, podczas całej kampanii w Europie straciła 21 tys. żołnierzy. Oznacza to więcej niż całkowitą wymianę pierwotnych składów osobowych. Ale oznacza też nieprzerwaną reprodukcję wiedzy – chłopcy z uzupełnień uczyli się od weteranów, ostatecznie dołączając do ich grona. Ginęły obie kategorie, ale wartość dodana rosła do tego stopnia, że 1. DP zakończyła wojnę jako jedna z najlepszych jednostek US Army. Dość napisać, że między czerwcem 1944 roku a majem 1945 roku wzięła do niewoli 100 tys. niemieckich żołnierzy.

I jest jeszcze jedna istotna kwestia – realny wymiar ukraińskich strat. Czy rzeczywiście są one tak duże, jak sugerują (pro)rosyjskie źródła? Bzdura – nad którą pochylę się w kolejnym wpisie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. ukraińskie rezerwy/fot. Sztab Generalny ZSU

Memento

Kilkanaście lat temu przewidywałem, że tzw.: wojna z terrorem – w Iraku i w Afganistanie – będzie odbijać się nam czkawką jeszcze przez długie lata. Chodziło mi o jej psychologiczne skutki i generowane przez nie społeczne problemy. Stres pourazowy stanie się udziałem około 10 tys. weteranów, a ponieważ PTSD to choroba rozszerzona, dotykająca także członków rodzin, zjawisko obejmie kilkadziesiąt tysięcy osób – przewidywałem. Średniej wielkości miasto. W skali kraju to niewiele, ale dość, by sprawa co jakiś czas stała się przedmiotem gorącej publicznej debaty. Obyśmy z niej wyciągnęli jakieś rozsądne wnioski – życzyłem sobie, mając na myśli przede wszystkim budowę sensownego systemu opieki psychologicznej i psychiatrycznej. Nie tylko w strukturach medycyny wojskowej, ale szerzej, wszak PTSD może dotknąć nie tylko walczących żołnierzy – choróbsko regularnie dopada na przykład ofiary wypadków samochodowych czy osoby cierpiące z powodu przemocy domowej.

Ale media o PTSD w zasadzie milczą. W najbardziej interesującym mnie kontekście, dotyczącym skutków udziału w wojnie, wynika to głównie z niedocenionej przeze mnie przed laty hermetyczności środowiska (około)wojskowego. Znam masę ludzi z tego grona i wiem, ile cierpienia wielu z nich przyniósł stres pourazowy. Lecz „o tym się nie mówi, zwłaszcza obcym i publicznie”. Niemówienie to także efekt warsztatowej słabości współczesnych mediaworkerów, którzy nie potrafią „dogryźć się” do istotnych tematów, rezultat niskiego poziomu zaufania dla prasy, radia czy telewizji („przecież nie pójdę do nich ze swoją historią”) i wreszcie, skutek strategii biznesowych redakcji, zakładających maksymalizację zysków przy jak najniższych nakładach. Tymczasem wokół opowieści o ofiarach PTSD trzeba się nachodzić, nie wystarczy risercz w społecznościówkach i kilka telefonów. A jak chodzić wokół czegoś, co może i jest problemem, ale dotyka tak niewielu osób? I tak to się rozmywa, umyka społecznej uwadze.

W Ukrainie – a w mniejszym zakresie także w rosji – nie rozmyje się i nie umknie. Nawet jeśli zjawisko poddane zostanie próbie zafałszowania, unieważnienia. Przez front przewinęło się już grubo ponad milion ukraińskich żołnierzy, kilkaset tysięcy cywilów znalazło się w strefie bezpośrednich walk, niemal siedem milionów mieszka w miastach narażonych na ataki rakietowe. 10 milionów ludzi zmuszonych zostało do ucieczki. Wszyscy oni byli i są narażeni na bodźce wywołujące PTSD. To samo tyczy się miliona rosyjskich weteranów oraz kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców przygranicznych rejonów rosji, żyjących w cieniu wojny i związanych z tym ryzyk. Wieloletnie obserwacje pozwalają przyjąć, że stres pourazowy dotyka mniej więcej jednej piątej osób wystawionych na stresogenne czynniki. Zasadniczo bardziej narażony będzie żołnierz, który doświadczył okrucieństwa bezpośrednich walk, niż uchodźca skazany na dyskomfort z powodu opuszczenia domu, bliskich, funkcjonowania w nowym, obcym środowisku. Ale też wrażliwość to cecha osobnicza i może się okazać, że beznogi weteran łatwiej poradzi sobie z chorobą niż fizycznie cały mieszkaniec Kijowa, który najadł się strachu oglądające latające nad domem pociski manewrujące i drony-kamikadze.

Tak czy inaczej, czkawka po tej wojnie będzie donośna. Będzie generować kolejne dramaty, kolejne koszty jeszcze długo po tym, jak umilkną działa. Jakie konkretnie? Odpowiedź znajdziecie w mojej pierwszej reporterskiej książce – „zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji”. Rozdział nosi tytuł „T jak trauma” i jest w całości poświęcony nieoczywistej cenie wojny, jaką płacą żołnierze i ich rodziny. Bardzo bym chciał, by było inaczej, lecz nie mam złudzeń, że ów tekst – jakkolwiek historyczny (wydany przed 12 laty) – stanowi zarazem memento. Jest o „po-Afganistanie”, ale mówi też o „po-Ukrainie”…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutkiem udziału w wojnie może być znieczulenie na widok cierpienia, nawet dzieci…/fot. własne (wykonane w Afganistanie jesienią 2013 roku)

Pogrom

No to jest już pogrom. Pogrom rosyjskiego lotnictwa. Źródła (pro)rosyjskie potwierdzają utratę w ciągu ostatnich kilku godzin dwóch śmigłowców Mi-8, bombowca Su-34, myśliwca Su-35 – wszystko to w jednym incydencie (o którym za chwilę nieco więcej). Ponadto raportują utratę kolejnego Su-34 oraz szturmowca Su-25.

Co ciekawe, pierwsze cztery maszyny zostały zestrzelone… nad rosją, w przygranicznym obwodzie briańskim. Jak? Ano głowią się nad tym kremlowscy analitycy, stawiając dwie hipotezy. Wedle pierwszej, ruskich zmiotły z nieba amerykańskie rakiety powietrze-powietrze AIM-120. Strzela się nimi z samolotów, co oznaczałoby kolejną udaną konfigurację zachodnich systemów z ukraińskimi (poradzieckimi) samolotami. Wedle drugiej hipotezy, Ukraińcy podciągnęli pod granicę wyrzutnie Patriotów.

Tyle tamta strona. Moi ukraińscy znajomi uśmiechają się znacząco, posyłając podziękowania Włochom. Łączę kropki i przypominam, że Rzym na początku roku obiecał Kijowowi francusko-włoski system obrony przeciwlotniczej SAMP/T. Miał on zostać przekazany Ukrainie wiosną tego roku. A wiosnę to mamy już od dłuższego czasu…

No ale jak to z tym strzelaniem do celów znajdujących się nad rosją? – spytacie. Ano tak – rosjanie od jakiegoś czasu używają bomb szybujących – zrzucone w jednym miejscu, potrafią przelecieć jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do celu. Jeśli cele znajdują się w stosunkowo bliskiej odległości od granicy, atakujące samoloty nie muszą wlatywać w przestrzeń powietrzną wroga. I z taką sytuacją mieliśmy dziś do czynienia. Su-34 miał bombardować, Su-35 go osłaniał. Zestrzelone śmigłowce nie były zwykłymi transportowymi maszynami – te konkretne Mi-8 służyły do robienia zakłóceń radioelektronicznych, w teorii służących ochronie formacji przed atakami ukraińskiej OPL.

Ponoć „mi-ósemki” spadły jako pierwsze…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. ilustracyjnym wrak rosyjskiego Suchoja/fot. za Oryx

Ilustracje

Znamy już tegorocznych laureatów Pulitzera – w kategorii fotografii newsowej główną nagrodę zdobył zespół fotoreporterów „Associated Press”, za zdjęcia dokumentujące wojnę w Ukrainie. Wyróżnione fotografie ukazują pierwsze miesiące rosyjskiej inwazji, wiele zostało wykonanych podczas zagłady Mariupola. Ale są pośród nich także niezwykle przejmujące ilustracje z Buczy – zamieszczam tu link do galerii, sami się przekonajcie. Jeśli ktoś szuka odpowiedzi na pytanie „o co jest ta wojna?”, po przejrzeniu katalogu na wskroś pozna ukraińskie motywacje.

—–

Pozostając przy zdjęciach – załączona fotografia powstała kilka dni temu w Awdijiwce, jednym z donieckich miasteczek-twierdz, o które toczą się najcięższe walki.

– Zobaczyłem kobitkę, która pieli grządki – opowiada Darek Prosiński, autor zdjęcia. – Nie miałem aparatu, tylko telefon, odruchowo po niego sięgnąłem. Sytuacja była surrealistyczna – wokół grzmiały działa, w okolicy spadały pociski, a ta pani jak gdyby nic pielęgnowała przydomowy ogródek. Nie miałem serca jej powiedzieć, że przecież zaraz to wszystko trafi szlag…

To zaskakujący zbieg okoliczności, bo Darek zadzwonił do mnie dwa, może trzy dni po tym, jak usłyszałem podobną opowieść. Mniejsza o kontekst – mój rozmówca zrelacjonował mi historię z czasów Powstania Warszawskiego. O starszym mężczyźnie, który jeszcze we wrześniu 1944 roku, w niezajętej przez Niemców części stolicy, codziennie o tej samej porze wychodził na balon i podlewał kwiaty – zdaje się, że pelargonie; wybaczcie, nie mam pamięci do roślin. No więc tamtego lata ogromne połacie miasta już płonęły, a on mimo wszystko troszczył się o swoje rośliny.

Nawyk, który nie pozwalał zwariować? Owszem, choć zapewne też coś jeszcze. Nie wiem, czy trzeba do tego wojny – pewnie nie – ale to w czasie wojny, gdy wokół otacza nas bezmiar okrucieństwa serwowanego ludziom przez ludzi, łatwiej nam obdarzać rośliny sentymentem. Jakby motywowała nas ujawniana wówczas po całości kruchość materii.

I chyba wiem, o czym piszę – zimą 2015 roku utknąłem na blok-poście ustawionym przez armię ukraińską na drodze z Popasnej. W miasteczku trwały wówczas ciężkie walki, wielu mieszkańców zdecydowało się uciec. Wciąż mam przed oczyma starego moskwicza wyładowanego po dach domowymi sprzętami. Za kółkiem siedział młody mężczyzna, obok równolatka, najpewniej żona, trzymająca na kolanach najwyżej roczne dziecko. Auto ciągnęło przyczepkę, a właściwie klatkę na kółkach, w której podróżowała dorodna świnia. Na dachu klatko-przyczepy zamocowano kolejne toboły, na wolnym fragmencie platformy stała zaś… doniczka z okazałym kwiatem. Właściwie to drzewkiem, które niczym chybotliwy maszt co rusz wystawało ponad obrys zabytkowej fury. „Na chuj im ta witka!?” – nie miałem bladego pojęcia. Prosiak był oczywistym wyborem, ale palma (nie wiem czy palma – tak ją sobie w głowie nazwałem)?

Dziś już łatwiej byłoby mi nie zastanawiać się nad tak (nie)oczywistym wyborem przedmiotów przeznaczonych do ewakuacji.

—–

Wróćmy do Darka, bo to ciekawa postać. Pracowaliśmy razem w Donbasie w 2015 i 2016 roku. Daro robił zdjęcia, wyborne; jedno z nich posłużyło za okładkę „Uwikłanych”, mojej ukraińskiej powieści. Miał chłop oko i potrafił kreować ciekawe wydarzenia.

– Jestem w kiblu – szeptał któregoś razu do telefonu. – Schowałem się przed tym specnazowcem, któremu zrobiłem zdjęcie.

Nie mogłem powstrzymać śmiechu. Był kwiecień 2015 roku, kręciliśmy się (ja i trzech innych dziennikarzy) po dworcu autobusowym w Doniecku. Darek wnet wypatrzył mężczyznę w charakterystycznym mundurze, z flagą rosji na ramieniu. I poszedł za nim z aparatem, niby to robiąc zdjęcia przypadkowym podróżnym (myśmy, podczas tamtego wyjazdu, naprawdę dokumentowali codzienne życie mieszkańców separatystycznej stolicy). Poszedł, przepadł – a kilka minut później zadzwonił z kibla. Musicie wiedzieć, że wiosną 2015 roku rosyjskiej armii ależ skąd! w Donbasie nie było (walczyli wyłącznie miejscowi traktorzyści, górnicy i hutnicy…). A jednak była, a Darek miał to na zdjęciu.

Ale rusek chyba się zorientował, że ktoś go „sfocił z partyzanta”… Prawdę mówiąc, nie wiem, czy specnazowiec byłby w stanie pokonać Darka na pięści; pewnie nie. Niestety, skubaniec miał broń i kilku kolegów.

– Dasz radę zwiać, czy mamy robić zamieszanie? – sytuacja nadal wydawała się zabawna, ale widziałem już potencjalne zagrożenia.

– Dam. Zwijajcie się, a ja do was dołączę – usłyszałem.

I dołączył. Wcześniej zgubił trop, nie stracił aparatu i wyjątkowej w tamtym okresie fotografii.

Dziś Darek regularnie wraca do Ukrainy – już nie jako fotoreporter, a ratownik medyczny. Pracował na froncie, towarzyszy jako „medyczna obstawa” wolontariuszom wożącym na wschód pomoc humanitarną. Ale „genu nie wytrzebisz”, sięga więc Daro po aparat czy telefon, gdy coś mu się przytrafi. Zerknijcie czasem na jego instagramowy profil, bo warto. Tę wojnę należy opowiadać na różne sposoby, wymowne ilustracje to jeden z nich.

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zwarcie

Pamiętacie wrześniową wizytę putina w Kaliningradzie? Tę, w ramach której samolot cara zmuszony został do lotu wąskim korytarzem między przestrzeniami lotniczymi państw NATO i sojuszników. W jej trakcie putler miał ponapinać muskuły, między innymi pokazać się na lotnisku, gdzie stacjonowały MiG-i-31. Wcześniejsze przybycie tych maszyn do obwodu na kilkanaście dni rozgrzało rosyjskie media. W hurraoptymistycznej narracji podkreślano, że myśliwce przenoszą hipersoniczne pociski Kindżał, i że teraz NATO już na pewno narobi w majtki, mając taką broń u swych bram. Jak wiemy nie narobiło, putin zaś na żadnym lotnisku się nie pojawił. Jak ognia unikał otwartych przestrzeni, stać go było jedynie na zamknięte spotkanie ze szkolną młodzieżą w stolicy prowincji. Załogi nosicieli Kindżałów obeszły się smakiem.

Kindżały i migi co jakiś czas wracały na tapet. Wbrew intencjom kremlinów, paniki u wrogów rosji nie wywoływały, ale używane przeciwko Ukrainie, budowały markę niebezpiecznego systemu broni. Nie tyle nosiciele, co same pociski, które dzięki hipersonicznym prędkościom miały być niezniszczalne. Kto choć trochę siedział w temacie, ten widział, że to bzdura – że Kindżały jak najbardziej da się zestrzelić, zwłaszcza w końcowej fazie lotu, kiedy muszą gwałtownie hamować. Są wówczas wolniejsze od większości głowic klasycznych pocisków balistycznych, w czym tkwi ich ewidentna słabość. Gdy pędzą, rzeczywiście jest trudniej, ale nawet wtedy da się je strącać, choć wymaga to odpowiednio „gęstego ognia”. Wzrasta zatem relacja nakład-zysk – antyrakiety kosztują, w realiach ukraińskich trudno znaleźć uzasadnienie dla posyłania kilku czy nawet kilkunastu pocisków w stronę jednego hipersonika. Te zatem trafiały w zaprogramowane cele – ku frustracji ukraińskich przeciwlotników, dysponujących ograniczonymi zasobami i ograniczonych słabościami poradzieckiej techniki.

Aż na scenie pojawiły się Patrioty. Amerykańskie wyrzutnie od kilku dni bronią nieba nad Kijowem. Wczoraj o godz. 2.40 nad stolicą zaobserwowano pojedynczą eksplozję, dziś wiemy już, że był to moment przechwycenia Kindżała (wystrzelonego z MiG-a latającego nad terytorium Białorusi).

Szczątki pocisku opadły na jeden ze stołecznych stadionów, redakcja portalu Defense Express opublikowała właśnie zdjęcia wraku.

Moim zdaniem, to kontrolowany wyciek, mający dowieść skuteczności kijowskiej OPL oraz samych Patriotów. Informacja istotna także na płaszczyźnie symbolicznej, oto bowiem mamy pierwsze realne zwarcie rosyjskiej i amerykańskiej „supertechniki” (przeciw)lotniczej – zwycięskie dla tej drugiej.

Co zaś się tyczy nosicieli Kindżałów – nie dalej jak tydzień temu na ziemię spadł czwarty na przestrzeni nieco ponad roku MiG-31. Wszystkie wypadki miały miejsce z dala od frontu, bez udziału ukraińskich sił zbrojnych – po prostu, flotę tych kluczowych dla rosjan maszyn trapią usterki i awarie, będące skutkiem zużycia i niskiej kultury technicznej użytkowników. Co ciekawe, jeden z kluczowych elementów konstrukcyjnych silnika MiG-ów produkowany był w Ukrainie – i dziś rosyjskie lotnictwo cierpi na brak nowych zamienników.

A więc MiG-i-31 będą spadać. I Kindżały, ich szczątki, miejmy nadzieję też.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -