Pretekst

Dziś będzie inaczej…

Redakcja, z którą współpracuję, zleciła mi napisanie tekstu w nieco lżejszej tematyce, co idzie po linii mojego postanowienia, by zafundować sobie delikatny odwyk od Ukrainy (i do papieru, nie tu, pisać o innych sprawach). Wziąłem więc na warsztat tegoroczne Nagrody Darwina, przyznawane za wyjątkową nieroztropność, której efektem była śmierć kandydata, ewentualnie pozbawienie się zdolności do płodzenia potomstwa. Więcej o tym poczytacie w przyszłym tygodniu, na tym etapie wystarczy stwierdzenie, że zacząłem risercz i… jeb! Oto jako pierwszy nagrodzony wymieniony został rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. „Bojec” wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, zabranego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający. Imperatyw moralny „nie kradnij!” w działaniu. A i ja najwyraźniej skazany na Ukrainę jestem, niezależnie od tego, gdzie zwrócę oczy…

Nie żebym narzekał, choć bywa trudno i zdarza się wdepnąć na minę. Jak i gdzie? Najpierw odrobina retrospekcji.

Kilka lat temu wziąłem udział w obrzydliwym medialnym szoł, w ramach którego przedwcześnie uśmiercono pewnego zasłużonego mężczyznę. A było tak: „koledze” włączyła się szwendaczka, poszedł w diabły, a ja zostałem na stanowisku wydawcy strony głównej wielkiego portalu sam, obrabiając poletko własne i „zaginionego w akcji”. Zdaje się, że dziesiąty albo jedenasty dzień z rzędu, po weekendowym dyżurze – przebodźcowany, zajechany i w konsekwencji nie dość uważny. Puściłem więc bez zastanowienia przygotowaną przez jedną z autorek informację o śmierci pana X. Inne redakcje też puszczały, zatem… sami wiecie; media to pogoń za sensacją, media internetowe to pogoń za sensacją na dopalaczach.

Rzecz w tym, że X żył, a pierwotnym źródłem informacji – która wykiełkowała wysypem żałobnych depesz na stronach największych polskich redakcji – był fejkowy wpis. Później próbowałem iść tym tropem, ale nie udało mi się ustalić, jakie motywy kierowały człowiekiem, który za tym wszystkim stał. Informacje o śmierci zniknęły z emisji, część redakcji – w tym moja – przeprosiła za wprowadzenie w błąd czytelników, część udała, że nic się nie stało. Ja zaś, w towarzystwie autorki „naszego” tekstu, chwyciłem za telefon. Zawstydzony i skruszony jak nigdy dotąd, zamierzałem osobiście przeprosić rodzinę X.

Wiele lat wcześniej, w Afganistanie, brałem udział w patrolu, który został zaatakowany przez talibów. Poległ wówczas jeden żołnierz, kilku zostało rannych. Mnie włos z głowy nie spadł, ale bardzo nie chciałem, by żona dowiedziała się o zdarzeniu z mediów. Tylko nijak nie mogłem jej złapać (była wówczas na konferencji naukowej w Portugalii). Wiedziałem, że za chwilę już się nie dodzwonię (standardowo odcinano wówczas łączność kontyngentu z krajem – do czasu aż rodziny ofiar zostaną oficjalnie poinformowane), poprosiłem więc o pomoc ówczesną szefową. I tej udało się dodzwonić do żony. „Odebrałam telefon i słyszę: ‘w Afganistanie był wypadek, ale Marcin żyje’. Zamarłam. ‘Żyje, ale bez ręki albo nogi’, pomyślałam”, relacjonowała mi po wszystkim Ania. Tak podana wiadomość bardziej ją przeraziła niż uspokoiła.

No więc świadom trochę bardziej niż inni, jak rujnujące mogą być nieprawdziwe czy źle sformułowane komunikaty, złapałem za słuchawkę. Nie udało mi się porozmawiać z uśmierconym – wysłuchała mnie jego żona. Wspaniałomyślna kobieta o rzadko spotykanym takcie. „Dziękuję”, usłyszałem na koniec. „O rzekomej śmierci męża napisało tyle redakcji, a tylko pan i pański kolega (tu padła nazwa redakcji – dop. MO), zadzwoniliście z przeprosinami”. Westchnąłem. Dziś – pisząc ów tekst – również wzdycham, bo w tych słowach kryje się miażdżąca recenzja współczesnych polskich mediów, którym powycierało się sporo hamulców.

Nie chciałem być „wytarty” wtedy, nie chcę być dziś – więc znów pragnę przeprosić, bo znów kogoś uśmierciłem. Szczęściem w nieszczęściu to ZUPEŁNIE inna sytuacja, bo nie muszę kierować przeprosin w stronę uśmierconego i jego bliskich. Mowa bowiem o rosyjskim generale, którego sylwetkę zgłębiłem wczoraj i dziś, i włos jeży mi się na głowie. Andriej Nikołajewicz Mordwiczew to wyjątkowa kanalia, ludobójca, jeden z oprawców Mariupola. Miał zginąć 18 marca ub.r. na stanowisku dowodzenia w słynnej Czarnobajiwce, trafiony w ukraińskim ostrzale. Pisały o tym media w Ukrainie, Polsce, w całej Europie, ja umieściłem go na liście zabitych ruskich generałów w jednym ze swoich tekstów. Ale Mordwiczew przeżył, a kilka dni temu wyłonił się na afiszu jako nowy dowódca jednego z rosyjskich okręgów wojskowych. Uznany przez Ukraińców za przestępcę wojennego, obłożony zachodnimi sankcjami, być może dokona żywota w reżimie sprawiedliwej kary, ale jak na razie ma się drań dobrze. O czym informuję Czytelników, jednocześnie przepraszając za wprowadzenie w błąd.

I ja uczę się tej wojny. Bo choć relacjonuję konflikty od dwóch dekad, ciągle coś mnie zaskakuje. Najnowsza odsłona rosyjsko-ukraińskiej wojny cechuje się nieprawdopodobnym natężeniem informacyjnym. Trudno się w tym poruszać, zwłaszcza że wiele bodźców to elementy kampanii dezinformacyjnej, prowadzonej przez obie strony. Nie da się z perspektyw zewnętrznego obserwatora wyłuskać wszystkich fejków – lecz próbuję i, mam wrażenie, idzie mi to łatwiej niż przed rokiem.

Fejków – intencjonalnych czy nie – jest w obiegu za dużo. Co gorsza, niektóre się zakorzeniają, co jest pokłosiem narzuconej mediom „prędkości”, która sprawia, że wiele informacji zostaje w tyle, znika z pola widzenia. Nie ma możliwości, potrzeby, bywa że i chęci (siły) do ich ponownej weryfikacji. Sam łapię się na tym, że odpuszczam „stare sprawy”, bo nowych jest za dużo. Ale to pułapka, bo odpuszczanie to dostarczanie amunicji tamtym w ich wojnie informacyjnej. Jeden z gamoni – proruskich aktywistów medialnych – ze sprawy Mordwiczewa czyni pretekst do podważania wiarygodności wszystkich doniesień nierosyjskich mediów dotyczących wojny w Ukrainie. „Ha ha, tyle są warte sensacje na temat rosyjskich strat i porażek, ha ha”, cieszy pałę.

Niech cieszy. Tymczasem niezależni rosyjscy publicyści mówią o kilkunastu zabitych generałach putina, a amerykański wywiad szacuje, że jest dwudziestu (szerzej tematem zajmę się w książce). Co oznacza, że w 12 miesięcy rosja straciła więcej najwyższych rangą dowódców niż całe NATO łącznie przez ponad 70 lat swojego istnienia.

Idźcie dalej tą drogą, towarzysze.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Plakat „Rosja – światowy lider w dezinformacji”. Podrzucam, by nie tworzyć wrażenia symetrii w zakresie praktyk dezinformacyjnych/graf. Spravdi

Balony

Obiekty zestrzelone nad USA nie należały do obcych. Głos w sprawie zabrał nawet Biały Dom.

Słowa pilota z udostępnionej korespondencji radiowej brzmiały jak z filmu science-fiction. „Balonem bym tego nie nazwał. Nie wiem czym. Widzę to na własne oczy. Wygląda na coś…”, skonfundowany lotnik zawiesił głos. „Jakiś przedmiot, taki rozdęty… Trudno powiedzieć jaki. Jest dość mały”, stwierdzał pilotujący myśliwiec F-16 Amerykanin. Chwilę później – zgodnie z rozkazem – posłał w stronę „rozdętego czegoś” rakietę. Tego samego dnia – w niedzielę 12 lutego b.r. – Pentagon poinformował o zestrzeleniu czwartego obiektu latającego, licząc od początku miesiąca, który wdarł się w przestrzeń powietrzną USA. Do zdarzenia doszło nad jeziorem Huron (na granicy z Kanadą). Cel, jak wynika z oficjalnego komunikatu, poruszał się na wysokości ponad 6 km. Miał „ośmiokątną strukturę ze zwisającymi sznurkami, ale bez dostrzegalnego ładunku”. Wykryto go wcześniej, nad Montaną, i uznano za zagrożenie dla ruchu lotniczego – stąd decyzja o zestrzeleniu.

Ziemianie mogli odetchnąć

Amerykański internet – a za nim sieci społecznościowe na całym świecie – spuchł od domysłów i teorii spiskowych. Spośród szalonych spekulacji największą popularnością cieszyły się twierdzenia o rychłej inwazji obcych. Tylko pierwszy ze strąconych obiektów władze Stanów Zjednoczonych uznały za chiński balon szpiegowski – pochodzenie reszty pozostawało tajemnicą. Lapidarny komunikat sił powietrznych USA – „nie wiemy, co to jest” – dolał oliwy do ognia. „Rząd próbuje coś ukryć!”, ostrzegano się głównie na Twitterze, a niemal panikarskie nastroje podkręcały doniesienia o kolejnych „dziwnych balonach”, obserwowanych w innych krajach (co ostatecznie, w miażdżącej większości przypadków, okazało się wyssanymi z palca bzdurami). W tej narracji trzęsienie ziemi w Turcji i Syrii nie było przypadkowym zdarzeniem – wywołali je obcy, testując możliwości własnej technologii militarnej przed generalnym uderzeniem. Co ciekawe, ów kataklizm nieco wcześniej tłumaczono próbami „broni geofizycznej HAARP”, znajdującej się rzekomo w arsenale amerykańskiej armii.

Gorączkowe nastroje w sieci – podkręcane przez część tradycyjnych mediów – zmusiły Waszyngton do reakcji.

– Wiem, że pojawiły się pytania i obawy w tej sprawie, ale ostatnie zestrzelenia nie mają związku z obcymi czy pozaziemską aktywnością – zapewniała 13 lutego na briefingu Karine Jean-Pierre, rzeczniczka Białego Domu.

Również John Kirby z Rady Bezpieczeństwa Narodowego przy amerykańskim prezydencie odniósł się do sprawy.

– Nie sądzę, by Amerykanie musieli się martwić o kosmitów w odniesieniu do tych statków. Kropka – powiedział. Dzień później wrócił do tematu. Zapewnił, że nie ma wątpliwości co do chińskiego pochodzenia balonu zestrzelonego 4 lutego u wybrzeży Karoliny Południowej. Jeśli zaś idzie o trzy pozostałe obiekty, ostateczne wnioski będzie można wysnuć po wydobyciu szczątków, spoczywających w zamrożonych wodach Oceanu Arktycznego, w górzystym Jukonie i na dnie jeziora Huron.

– Ale wywiad jest zdania, że były to po prostu balony powiązane z jakimś komercyjnym celem. Na pewno nie należały do rządu USA i obecnie nic nie wskazuje na powiązanie z chińskim programem balonów szpiegowskich.

Ziemianie mogli odetchnąć z ulgą.

Szok jak po Sputniku

Z sondażu Pew Research Center z 2021 r. wynika, że aż 65% Amerykanów wierzy w istnienie inteligentnego życia na innych planetach. Wedle badań YouGov z 2022 r., co trzeci obywatel USA (34%) uważa, że niezidentyfikowane obiekty latające (UFO) to statki obcych. Szukając innych powodów opisanego wzmożenia, wskażmy działalność agencji rządowych i władz. Nie dalej jak w styczniu tego roku Wywiad Narodowy USA odtajnił raport poświęcony niezidentyfikowanym zjawiskom powietrznych (UAP). Odnotowano w nim 510 przypadków obserwacji UAP – dokonanych na przestrzeni ostatnich 17 lat – spośród których 171 uznano za wymagające dalszych analiz. W zeszłym roku, po raz pierwszy od półwiecza, w Kongresie doszło do publicznego wysłuchania w sprawie UAP. Świat obiegły wtedy informacje o 140 niezidentyfikowanych obiektach, z którymi zetknęli się amerykańscy piloci wojskowi między 2004 a 2021 rokiem.

Temat UAP/UFO regularnie wraca do mediów głównego nurtu w Stanach. Jak pisze Peter Bergen, analityk bezpieczeństwa pracujący dla szacownej CNN: „Amerykanie mają prawo wiedzieć, dlaczego w naszej przestrzeni powietrznej latają obiekty, których Pentagon i społeczność wywiadowcza nie potrafią zidentyfikować”.

Jest jeszcze jedno wyjaśnienie nieco panicznych nastrojów, będących następstwem wykrycia balonów – zupełnie niezwiązane z kosmitami, ale z kosmosem, poprzez analogię, owszem. Wystrzelenie przez ZSRR Sputnika w 1957 r. wywołało w Stanach powszechny szok. Okazało się wówczas, że Sowieci, których nie podejrzewano o możliwość stworzenia zagrożenia dla „bezpiecznego amerykańskiego nieba”, wysłali w przestrzeń nad Ziemią aparat, teoretycznie zdolny do przenoszenia ładunku jądrowego. „Jesteśmy odkryci i bezbronni!”, alarmowała prasa. W 2023 r. pojawiające się nagle balony – w dodatku jeden za drugim, w nieodległej perspektywie czasowej – zrodziły podobne obawy, demolując ponownie ugruntowane przekonanie o nienaruszalności „naszego nieba”.

Przekonanie naiwne, gdyż obiekty tego typu – przede wszystkim meteorologiczne, ale ich szpiegowskich cech nie sposób wykluczyć bez dokładnego zbadania konkretnego urządzenia – nie uznają granic przestrzeni powietrznych. Wysyłane przez jeden kraj, celowo bądź nie, wlatują nad inny – zwykle jednak tego nie widzimy. Balony obserwacyjne operują z dala od zasięgu nieuzbrojonego oka, gdy mowa o szpiegowskich, jest to zwykle wysokość 30-35 km. Balon strącony 4 lutego z jakichś powodów zszedł na pułap o połowę niższy, dało się więc go zobaczyć. Kolejne trzy latały jeszcze niżej, a ich wykryciu pomogło – jak to ujął John Kirby – „większe wyczulenie radarów”, przestrojonych gdy wędrujący nad Stanami „chińczyk” stał się narodową sensacją.

Bliżej i dłużej

– Chiński balon zestrzelony u wybrzeży Karoliny Południowej był częścią dużego programu obserwacji i nadzoru, który Chiny prowadzą od lat – mówił kilkanaście dni temu Pat Ryder, sekretarz prasowy Pentagonu. Zdaniem amerykańskich służb, ów program obejmuje nie tylko USA, ale ponad 40 krajów w basenie mórz Wschodniochińskiego i przede wszystkim Południowochińskiego, do którego Pekin rości sobie pretensje, uznając je za własne. A gdzie Waszyngton ma kilku bliskich sojuszników i „żywotne interesy”. Tylko dlaczego Chiny, dysponujące dwustu pięćdziesięcioma systemami satelitarnymi, sięgają po tak archaiczne rozwiązanie?

Balony szpiegowały „od zawsze”. Amerykanie, nim wprowadzili do użytku wysokościowy samolot rozpoznawczy U-2 (w służbie od połowy lat 50. XX w. do dziś!), słali nad Związek Radziecki właśnie „dmuchanych szpiegów”. Kreml głośno protestował, a efekty wywiadowcze były marne – w tamtych czasach urządzenie musiało wrócić z informacją/trafić z nią w bezpieczny rejon, bo zdalny przesył danych dopiero raczkował. Tymczasem ZSRR był rozległy, co ostatecznie skłoniło USA do porzucenia tej praktyki. Współczesne balony nadal cechuje podstawowa wada ich poprzedników – ograniczona sterowność i podatność na wiatry. Lecz naszpikowane nowoczesną technologią – kamerami oraz aparaturą rejestrującą aktywność radiową i telekomunikacyjną – wyposażone w panele słoneczne umożliwiające jej długie funkcjonowanie, mają zasadniczą przewagę nad satelitami. Są kilku-kilkunastokrotnie bliżej obserwowanych obiektów i mogą nad nimi przebywać dłużej, w efekcie pozwalają zobaczyć więcej.

A co chciał zobaczyć chiński balon nad USA? Sądząc po oficjalnych publikacjach ośrodków badawczych armii ChRL, balony świetnie nadają się do testowania obrony przeciwlotniczej potencjalnych przeciwników. Urządzenie może „indukować i mobilizować systemy defensywne, stwarzając warunki do realizacji rozpoznania elektronicznego, oceny zdolności wczesnego ostrzegania systemów obrony powietrznej i zdolności reagowania operacyjnego”. Tyle teorii. Balon zestrzelony 4 lutego wcześniej leciał m.in. nad Montaną, gdzie znajduje się baza lotnicza i wyrzutnie międzykontynentalnych pocisków balistycznych, stanowiących element amerykańskiej triady nuklearnej.

Incydent Hainan

Chiny nie wyparły się własności pierwszego strąconego balonu. Pekin zapewnił, że to aparat meteorologiczny, który niefortunnie „wyrwał się” nad USA. Amerykańską reakcję określając mianem nieadekwatnej. Nieco ponad tydzień po incydencie Wang Wenbin, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych ChRL, oskarżył Stany Zjednoczone o naruszenie chińskiej przestrzeni powietrznej – także przy użyciu balonu. Przy tej okazji nazwał USA „krajem numer jeden w zakresie szpiegowania i inwigilacji”.

– Amerykańskie okręty i samoloty prowadzą częste rozpoznanie Chin – twierdził Wenbin. – Na samym Morzu Południowochińskim doszło do 657 takich przypadków w zeszłym roku i 64 w styczniu 2023 r. Takie zachowanie podważa bezpieczeństwo naszego kraju oraz pokój i stabilność w regionie.

Po tej deklaracji Wenbin wrócił do kwestii balonów.

– W ubiegłym roku ponad dziesięć razy przeleciały nad chińską przestrzenią powietrzną bez naszego zezwolenia. Stany Zjednoczone muszą zastanowić się nad własnym zachowaniem i zmienić kurs, zamiast atakować innych i podsycać konfrontacje – grzmiał rzecznik MSZ.

John Kirby błyskawicznie odniósł się do tych słów.

– Absolutnie nie jest to prawda – zapewnił.

Ale Amerykanie swoje za uszami mają. Dyplomatyczne deklaracje nie zmienią faktu, że prowadzą wokół Chin własne operacje szpiegowsko-rozpoznawcze. W kwietniu 2001 r. jedna z takich akcji zmieniła się w poważny kryzys. Wyspa Hainan to silnie zmilitaryzowana prowincja Chin, na której znajdują się bazy morskie i lotnicze. Amerykańskie samoloty zwiadowcze EP-3 Orion pojawiały się w okolicy na tyle często, że Chińczycy postanowili się bronić. I podnosili w powietrze myśliwce, by te przeganiały oriony. Podczas jednego z takich manewrów chiński J-8 podleciał za blisko i został zassany przez wiry wytwarzane przez śmigła EP-3. Łopaty uszkodziły myśliwiec na tyle poważnie, że maszyna wpadła do oceanu. Pilota nigdy nie odnaleziono.

W zderzeniu ucierpiał też EP-3. Jak wynika z relacji zamieszczonej sześć lat temu w „The Intercept”, Orion obrócił się na plecy i zaczął gwałtownie spadać. Dziury w kadłubie wywołały nagłą dekompresję, która pogłębiła chaos na pokładzie. „Spadaliśmy jak kamień. Wszyscy byliśmy przekonani, że zaraz zginiemy”, opowiadał jeden z członków załogi.

Pilotom udało się ustabilizować samolot, ale przekonani, że nie zdołają wrócić na Okinawę, postanowili lądować na Hainan. Chińczycy aresztowali załogę na 11 dni; wojskowych zwolniono dopiero po oficjalnych przeprosinach Departamentu Stanu. Samolot zwrócono zaś po dwóch miesiącach i wnikliwym przebadaniu jego zawartości. Kilka lat później okazało się, że załoga Oriona nie zniszczyła aparatury używanej do szpiegowania, nie pozbyła się też tajnych ksiąg i dokumentów. Chińczycy zyskali m.in. dostęp do oprogramowania analizującego zaszyfrowane sygnały ich wojska, kody do odbiorników GPS i kompletne informacje na temat stacji radarowych we wszystkich krajach NATO. Była to kompromitująca wpadka amerykańskiej marynarki i zarazem dowód na szeroko zakrojone szpiegowanie Chin.

Tyle że w tej materii Amerykanów – jak chyba żadną inną nację, może za wyjątkiem rosjan – cechuje moralność Kalego: gdy ich szpiegują, to źle, gdy oni szpiegują, „to już zupełnie inna sprawa…”.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomaszowi Frontczakowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi . A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Krzysztofowi Pyterowi, Czytelnikowi ukrywającemu się pod nickiem MJ oraz Robertowi Kujawie.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Robiono mi zdjęcia z balonem na długo zanim to stało się modne… (żart). Na fotografii widać „blimpa”, balon obserwacyjny wiszący nad bazą ISAF w Ghazni. Ilustracja pochodzi z jesieni 2010 roku/fot. Magdalena Pilor

Strollowany

– Wizyta Joe Bidena w Kijowie nie będzie miała konsekwencji politycznych i nie wpłynie na przebieg specjalnej operacji wojskowej – twierdzi siergiej cekow, członek izby wyższej parlamentu rosji. Jego zdaniem, Zachód „po prostu tchnie w ukraińskie kierownictwo trochę nadziei”, a cała wizyta to „autopromocja Bidena, która nie pomoże Ukrainie”. – Facet w koszuli w wieku 80 lat postanowił zademonstrować młodzieńcze przechwałki – konkluduje senator.

Zabawne, a jakby się głębiej zastanowić, to wręcz żenujące. Przez dwie dekady rosyjska propaganda budowała mit odradzającego się imperium, nadając tej narracji wybitnie personalny charakter. Nową wielką rosję uosabiał władimir putin, jego fizyczne cechy i psychiczne dyspozycje. Wszyscy pamiętamy zdjęcie putlera z gołą klatą, ujeżdżającego konia, cara nurkującego batyskafem, lecącego motolotnią (uczącego latać żurawie), grającego w hokeja, powalającego kolejnych zawodników judo. Witalność, krzepa, sprawność, odwaga – tym był prezydent, tym miała być rosja. Im więcej władzy zdobywał putin, tym bardziej ta opowieść nabierała formy kultu jednostki. W ostatnich latach dochodząc już do śmieszności, gdy starzejący się, napakowany botoksem mężczyzna, dalej usiłował grać rolę sprężystego twardziela, który – jak to się mówi w Polsce – peselowi się nie kłania.

A potem przyszła pandemia i obnażyła prawdziwą naturę putina-tchórza. Słynny stół, zwany przez złośliwych lotniskowcem, który w sposób absolutnie ponadnormatywny oddzielał rosyjską głowę państwa od zapraszanych gości, dobrze ilustrował problem. Nadmuchany samiec alfa drżał przed wirusem do tego stopnia, że zaszył się w swoich bunkrach, opuszczał je z rzadka, unikał publicznych spotkań, a gdy już się odbywały, to w reżimie, który budził uśmiech politowania. Tym niemniej propaganda nadal kreowała głównego lokatora Kremla na twardziela, bezwstydnie kolportując jego groźne grymasy i gesty. Szczyt tych zabiegów miał miejsce rok temu, gdy rosja najechała Ukrainę. Włodzimierz Wielki trzasną ręką w stół, przewracając wszystkie naczynia.

Tak miało być, a wyszło jak wyszło. Ukraina się nie przelękła, Zachód również, za to putin – wraz z każdym kolejnym blamażem swojej armii – coraz bardziej robił pod siebie. Gdy Zełenski jeździł na front pod Kijowem, a później na południe i do Donbasu, carowi organizowano spotkania z podstawionymi współpracownikami. Pamiętacie kobietę, która żadnej pracy się nie boi? Która raz była żołnierką, raz matką żołnierza, kiedy indziej przypadkową wierną w cerkwi, stewardessą, rybaczką i lekarką. Zawsze blisko towarzysza władimira podczas jego spotkań z przedstawicielami ludu. A przecież nie ona jedyna… – takich podstawionych „zwykłych obywateli” było na pęczki. Zełenski odwiedził żołnierzy w Bachmucie, putin pojawił się w Wołgogradzie, gdzie znajduje się centrum operacyjne najeźdźczej armii. Najbliżej – a i to nie jest pewne – był tuż po ataku na most krymski; ponoć przejechał się wówczas ocalałą nitką. 200 km od linii frontu.

Znamienne, że rosyjska propaganda nawet nie próbuje podtrzymywać mitu charakternego przywódcy. To znaczy robi to, ale półśrodkami – jakiś czas temu putin odwiedził żołnierzy na poligonie, postrzelał, poklepał mundurowych po plecach. W czasie pokoju pewnie by to wystarczyło, ale w realiach wojny… Zdaje się, że to wszystko, na co byłego kagiebistę stać; na więcej nie pozwalają zwieracze.

I w takim kontekście na scenie pojawia się on – „zniedołężniały starzec”, wyszydzany nie tylko przez ruskich, ale i naszych użytecznych idiotów. Joe Biden strollował putina bronią, do której rosjanin rościł sobie do niedawna prawo – osobistą odwagą. Amerykański prezydent pojawił się w stolicy zaatakowanego państwa, regularnie „odwiedzanego” przez rosyjskie rakiety. Spacerował z gospodarzem po kijowskiej ulicy, za tło mając wyjące syreny alarmu przeciwlotniczego. Żeby nie budować kolejnego mitu – Amerykanie posłali do Moskwy czytelny sygnał. „Spróbujcie zrobić cokolwiek, co zagrozi naszemu prezydentowi, to zrobimy wam jesień średniowiecza”, taki zapewne był jego sens, choć forma, jak mniemam, bardziej dyplomatyczna. Od wczoraj mieliśmy na Polską show of force, jakiego „najstarsi górale” nie pamiętają. Niebo przy wschodniej granicy Rzeczpospolitej zakotłowało się od wojskowych samolotów. Nadal kotłuje – gdy piszę te słowa. Lecz to nie umniejsza odwagi amerykańskiej głowy państwa, wszak relacje z rosją cechuje istotna zmienna – nieprzewidywalność. Ostatecznie nie dało się wykluczyć, że urażony putin zrobi coś głupiego.

Nie zrobił. Nie wiem, ile w tym racjonalnej kalkulacji, ile tchórzostwa; po prawdzie, jedno drugiego nie wyklucza. „Rosyjski prezydent chciałby być na miejscu amerykańskiego”, czytam w komentarzach. Marzenie ściętej głowy – nie te wpływy, nie ta militarna potęga. A i spacer po ulicach Kijowa poza zasięgiem…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Biuro Prezydenta Ukrainy

Metody

Dziś w nocy rosjanie przeprowadzili kolejne uderzenie w ukraińską infrastrukturę krytyczną. Zaatakowano cele w Kijowie, Lwowie, Dnipro, w okolicach tych miast, oraz w obwodzie połtawskim. Putlerowcy wystrzelili łącznie 32 rakiety, w tym osiem kalibrów z okrętu na Morzu Czarnym.

Był to piętnasty zmasowany atak rakietowy, w jego wyniku – w mieście Pawłohrad w obwodzie dniepropietrowskim – zginęła 79-letnia kobieta. Ranne zostały też dwie inne osoby. Niestety, sporo rakiet dosięgło celów – Ukraińcy raportują zestrzelenie 16 pocisków, czyli ledwie połowy, co jest najniższym z dotychczasowych wskaźników skuteczności obrony przeciwlotniczej. Czy to „wypadek przy pracy”, czy dowód poważniejszych problemów (końca zapasów amunicji, utraty jakiejś części sieci radiolokacyjnej)? Być może obniżona jakość pracy ukraińskiej OPL ma związek z wczorajszym „atakiem balonowym” przeprowadzonym przez rosjan. Wysłali oni z Białorusi, gdzie panują warunki meteorologiczne sprzyjające przelotom na stronę ukraińską, co najmniej kilkanaście balonów z tak zwanymi odbijaczami kątowymi, pozorującymi emisje fal radiowych. Na marginesie, jeden z takich balonów – wypuszczonych wcześniej – przedwczoraj doleciał nad Mołdawię i Rumunię, co skończyło się poderwaniem rumuńskiego myśliwca. Po co rosjanie je wysyłają? Zapewne z nadzieją na dezorganizację ukraińskiej OPL – niezidentyfikowane obiekty pochłoną ileś uwagi, uszczkną zasoby pocisków gdyby zdecydowano się do nich strzelać, możliwe też, że wywabią z kryjówek ukraińskie samoloty, posłane do sprawdzenia/zestrzelenia pojawiających się na radarze celów.

Nie mam kompetencji, by definitywnie stwierdzić, że istnieje twardy związek między balonami a dzisiejszą skutecznością ukraińskiej OPL. Tym niemniej korelacja jest niepokojąca.

Warto też odnotować, że rosjanie wyprowadzili swój atak po niecałym tygodniu od poprzedniego. Wcześniej odstępy czasowe między poszczególnymi uderzeniami wynosiły zwykle dwa tygodnie. Ale i były to ataki z wykorzystaniem większej liczby pocisków (i dronów) – wystrzeliwano ich 2-3 razy więcej niż dziś w nocy. Czyżby agresorzy postanowili zmienić taktykę – atakować częściej, ale przy zaangażowaniu mniejszych środków? Byłby to kolejny dowód na to, że rosjan goni czas – że desperacko usiłują osiągnąć jak największe „sukcesy”, nim Ukraina otrzyma i zaabsorbuje kolejne pakiety pomocy wojskowej z Zachodu.

A ta – co części z nas umyka – już teraz przedstawia się imponująco. Jak wylicza „Kiev Independent”, do połowy lutego br. Ukraina otrzymała od donatorów 3560 wozów bojowych, transporterów opancerzonych i wzmocnionych pojazdów terenowych, 512 sztuk artylerii, 389 czołgów (260 z Polski) i 116 wyrzutni rakietowych (w tym 38 amerykańskich himarsów). A mowa wyłącznie o najcięższym sprzęcie i to takim, który trafił już do ukraińskiej armii. Na prezentowanym zdjęciu z niemieckiego portu Bremerhaven (wykonanym kilka dni temu), widzimy kolejną dostawę, która właśnie przypłynęła zza oceanu. Są tam m.in. bojowe wozy piechoty Bradley – na tej fotografii widzimy nieco ponad 30 sztuk, na innych drugie tyle. Są też MRAP-y, wozy inżynieryjne Hercules i popularne Humvee – łącznie, sumując dane z kilku upublicznionych zdjęć – niemal 300 jednostek ciężkiego sprzętu.

Solidny „wsad”, a Zachód nie powiedział przecież ostatniego słowa. Jak wynika z nieoficjalnych informacji, podczas przyszłotygodniowej wizyty w Polsce, prezydent Joe Biden ma ogłosić kolejny pakiet amerykańskiej pomocy – tym razem opiewający na rekordową sumę 10 mld dol. (5-6 razy większy od kilku ostatnich, 20 razy większy od średniej z ubiegłego roku). Kremliny dostaną białej gorączki, tym bardziej, że na dziś 97 proc. ich wojsk lądowych (z uwzględnieniem WDW) zaangażowanych jest w Ukrainie. Pchać więc kolejnych nie ma skąd, chyba że z zastosowaniem osobliwej metody rekrutacyjnej, z jaką mieliśmy do czynienia w przypadku 155. Brygady Piechoty Morskiej, rozbitej kilka dni temu pod Wuhłedarem. Jak się okazuje, brygadę – zniszczoną wcześniej w innych starciach na Donbasie (a jeszcze wcześniej pod Kijowem…) – odtworzono pod koniec roku w oparciu o załogi okrętów Floty Pacyfiku. Tak drodzy Państwo, spieszono marynarzy różnych specjalności i jako zwykłych piechocińców posłano do boju. Zaiste efektywna metoda… na pozbywanie się fachowców; tak trzymać towarzysze!

I na koniec garść nieco innych statystyk. Jak wynika z badań Grupy Socjologicznej Rating, większość Ukraińców zgodziłaby się amnestię dla różnych kategorii mieszkańców terenów okupowanych, którym udowodniono kolaborację z wrogiem. Co do szczegółów – 68 proc. obywateli jest przekonanych, że nauczyciele, lekarze i pracownicy socjalni nie powinni być karani. 58 proc. opowiedziało się przeciwko pociąganiu do odpowiedzialności szefów lokalnych instytucji komunalnych, a 51 proc. – szefów lokalnych przedsiębiorstw, banków i organizacji. Jednocześnie tylko 38 proc. respondentów dopuszcza amnestię dla dziennikarzy, a ponad 20 proc. dla członków lokalnych partii politycznych i członków nielegalnych grup zbrojnych. Mniej niż 20 proc. jest przekonanych, że przedstawiciele organów ścigania powinni uniknąć odpowiedzialności. Innymi słowy, Ukraińcy wykazują się pragmatycznym podejściem do sprawy – nie chcą karania osób odpowiedzialnych za codzienną organizację życia społecznego, „krwi” żądają od tych, którzy współtworzą aparat terroru i propagandy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Fot. Departament Obrony USA

Dylemat

Od wczoraj Bachmut pozostaje zamknięty dla dziennikarzy oraz wolontariuszy dostarczających pomoc humanitarną pozostałym w mieście cywilom. Ewentualny wjazd wymaga teraz specjalnej przepustki, co do zasady „humanitarkę” należy zdawać w nieodległej Konstantynówce – dalszą dystrybucją zajmie się wojsko. Warunki bezpieczeństwa w mieście i wokół niego znacznie się pogorszyły, zaczął się bowiem etap walk ulicznych. Na ukraińskie tyły przenikają też grupy dywersyjne rosjan, generując dodatkowe zagrożenia. Decyzja władz nie jest niczym wyjątkowym i wprost wynika z przepisów stanu wojennego, lecz i tak dała pretekst do spekulacji. Zdaniem jednych komentatorów, Ukraińcy szykują się do kontruderzenia, inni są przekonani, że lada moment obrońcy opuszczą miejscowość. W obu przypadkach, patrząc z perspektywy wojska, lepiej zrobić to w warunkach medialnej ciszy, bez zbędnych świadków.

Jak jest w istocie, niebawem się przekonamy, choć nie sądzę, by na tym odcinku frontu Ukraińcy próbowali przejąć inicjatywę. Uczciwie mówiąc, nie mają tam dość pierwszorzutowych jednostek, a atakowanie przy użyciu obrony terytorialnej mija się z celem (nie ta jakość, w związku z czym straty byłyby ogromne, korzyści zaś wątpliwe). Rzut oka na mapę przemawia za scenariuszem wycofania się – Bachmut i okolica stały się wybrzuszeniem z trzech stron otoczonym przez rosjan. Wyjście z miasta pozwoliłoby na uniknięcie okrążenia i skrócenie linii frontu. Zapasowe pozycje w tym rejonie doniecczyzny budowane są już od dawna (niektóre zaczęto wznosić jeszcze w 2014 roku, po wyzwoleniu z rąk „separatystów” Słowiańska i Kramatorska), zatem jest się gdzie „zaczepić” i dalej wykrwawiać rosjan. Jeszcze więcej powie nam mapa fizyczna, przedstawiająca ukształtowanie terenu. Dojrzymy na niej, że Bachmut znajduje się w zagłębieniu. Otaczające miejscowość wzgórza świetnie sprawdzały się jako pozycje obronne, gorzej, gdy rosjanom – za cenę ogromnych strat – jednak udaje się je zajmować. Błogosławieństwo staje się przekleństwem, bo z góry atakujący po prostu widzą więcej, co przekłada się na wyższą skuteczność ich ognia.

Ponadto po kompromitującej porażce pod Wuhłedarem, rosjanie jeszcze bardziej wzmogli presję na Bachmut – rocznica inwazji tuż za rogiem, a COŚ zdobyć muszą. Ów polityczno-propagandowy imperatyw przełożył się na praktyczny wymiar – od soboty transporty z amunicją artyleryjską kierowane są na bachmucki odcinek frontu kosztem tego wuhłedarskiego. Ktoś w rosyjskim dowództwie najwyraźniej uznał, że dwóch srok za ogon ciągnąć się nie da.

Inna sprawa, że pod Wuhłedarem rosjanie potrzebują jeszcze co najmniej kilku dni, by otrząsnąć się po zeszłotygodniowym laniu. Ukraińcy perfekcyjnie wykorzystali tam właściwości płaskiego jak stół terenu. Zaminowali pola na podejściu do miasta, kanalizując rosyjski ruch do nielicznych dróg. I gdy kolumny wroga ruszyły, dostały się w pułapkę. Ukraińcy bowiem ostrzelali drogi specjalną amunicją RAAMS, czyli pociskami artyleryjskimi zawierającymi miny przeciwpancerne. To jeden z rodzajów „minowania narzutowego” – pojedynczy armatni pocisk przenosi dziewięć ładunków, które „uwalnia” na ostrzelanym obszarze. Remote Anti-Armor Mine System pozwala na tworzenie pól minowych nie „na zapas/na wszelki wypadek”, ale dokładnie tam, gdzie są w danym momencie potrzebne. Nie wymaga saperów, a standardowych haubic (na przykład amerykańskich M-777), strzelających z dużo bezpieczniejszego dystansu (od 4 do 18 km).

Co istotne, miny RAAMS po dobie ulegają samozniszczeniu, mówimy zatem o broni znacznie bezpieczniejszej dla cywilów, umożliwiającej zarazem szybkie wykorzystanie porażonych obszarów – na przykład dróg do przeprowadzenia kontrataku.

No i pod Wuhłedarem rosjanie zetknęli się właśnie z taką amunicją. Z dróg zjechać nie mogli – bo w polu czyhały tradycyjne miny – szosy zaś zaroiły się od niespodzianek. Oglądaliśmy to na filmach z ukraińskich dronów, które rejestrowały ruchy rosyjskich czołgów i wozów bojowych. Na jednym z materiałów widzimy trzynaście wylatujących w powietrze pojazdów. Co więcej, towarzyszy temu kompletne pogubienie i bezradność rosyjskich załóg, które zachowują się niczym ślepcy pozbawieni instynktu samozachowawczego. Mówiąc wprost, ładują się na miny tak głupio, że aż wydaje się to nieprawdopodobne.

A jednak się zdarzyło. W jednym z poprzednich postów napisałem, że winny tej masakry jest gen. Aleksiej Kim, jeden z zastępców szefa sztabu generalnego armii rosyjskiej, autor koncepcji „ofensywy zimowej”. Wedle jej założeń, rosjanie mają ponawiać ataki raz zarazem, by determinacją i presją złamać przeciwnika. Na odcinku wuhłedarskim za praktyczną realizację koncepcji wziął się niejaki Rustam Muradow, jeden z najgłupszych i najbrutalniejszych generałów federacji. To on przez kilka dni słał do walki kolejne oddziały, mając za nic fakt, że te nawet nie były w stanie rozwinąć natarcia. No ale rozkaz to rozkaz, co zresztą pozwala zrozumieć obawy niektórych rosyjskich generałów (tych mądrzejszych…) przed skutkami literalnego traktowania założeń „ofensywy zimowej”. Tego, co ich zastosowanie oznacza dla resztek kadrowej armii rosyjskiej.

Z tej perspektywy ukraiński dylemat „czy warto narażać ludzi dla dalszej obrony Bachmutu”, wydaje się być z innego świata. I w sumie taki jest…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -