„Cud”

W grudniu 2016 roku na południu Ukrainy panowała sroga zima. W Berdiańsku morze co rusz wyrzucało na brzeg kawałki kry. Miejscowa plaża wyglądała tak, jakby od wody oddzielał ją lodowy mur. Termometry wskazywały 25 stopni na minusie, ale wiejący znad Morza Azowskiego wiatr potęgował wrażenie mrozu. Odczuwalna temperatura wynosiła 40 stopni poniżej zera. Nigdy wcześniej, ani też nigdy później, tak bardzo nie zmarzłem. Na szczęście pod ręką był ogrzany hotel. Dziś i o ziąb, i o ciepły apartament w Ukrainie trudno; wojna do spółki ze zmianami klimatycznymi zrobiły swoje…

W przypadku tych ostatnich możemy powiedzieć „szczęściem w nieszczęściu”, rosjanie wszak, jeszcze jesienią 2022 roku, rozpoczęli kampanię rakietowo-dronową, wymierzoną w ukraińską infrastrukturę krytyczną. Za cel obrano nie tylko elektrownie, ale i sieci przesyłowe. Założenie agresorów było stare, jak stare jest wojowanie – zamierzano „wziąć Ukraińców głodem i chłodem”. Z tymże ostrze tej kampanii – w rosyjskiej propagandzie określanej mianem „boju o energetykę” – nie było wymierzone w armię ukraińską, a w cywilów. Pozbawieni ciepłej wody (bądź wody w ogóle), ogrzewania i prądu, mieli „pęknąć” i swym defetyzmem zarazić wojskowych na froncie.

—–

Jak wiele innych rosyjskich założeń i to okazało się nietrafione. Przed pełnoskalową wojną ukraińska energetyka produkowała 47 gigawatów energii elektrycznej (dwa i pół razy więcej niż u nas), skutkiem ataków z przełomu 2022 i 2023 roku była utrata 21 gigawatów. Drastyczna redukcja, ale musimy wziąć pod uwagę, że Ukraina miała istotne nadwyżki mocy – jeszcze do niedawna, a już w trakcie pełnoskalowej wojny, kraj ten sprzedawał prąd Polsce. Poza tym po 24 lutego 2022 roku z kraju wyjechało kilka milionów ludzi, spadła też produkcja przemysłowa, a więc i zużycie. Zatem rosyjski cios, jakkolwiek dotkliwy, Ukrainy nie powalił.

Co nie zmienia faktu, że zakłócił bieżące funkcjonowanie ukraińskiego systemu energetycznego. Skutkowało to czasowymi blackoutami na sporych obszarach kraju, co z kolei zmusiło mieszkańców kraju do improwizacji. I tak Ukraina stała się „królestwem generatorów” – od potężnych urządzeń, które zasilały całe kwartały miast, po małe przenośne aparaty, stawiane przed sklepami, domami, na balkonach mieszkań. Dźwięk pracy ich silników i zapach spalanego paliwa stały się nieodłącznymi atrybutami ukraińskiej rzeczywistości.

Wiosną 2023 roku byłem w Odesie. Miasto „świeciło” już dzięki dostawom energii z miejscowych elektrowni. Gdzieniegdzie można było jeszcze zobaczyć agregaty prądotwórcze, ale większość trafiła do magazynów. Hotel, w którym mieszkałem, zdobiły okazałe świetlne reklamy i wręcz przesadna iluminacja. „To na złość moskalom”, usłyszałem wówczas. „Niech widzą, że nie udało im się nas złamać”.

Bo faktycznie się nie udało – Ukraina tamtą zimę przetrwała.

—–

Przetrwała też kolejną, w trakcie której rosjanie z mniejszą intensywnością atakowali ukraińską infrastrukturę. Nie że Moskwa, gestem dobrej woli, wycofała się ze swych zbójeckich planów – po prostu rosjanie okazali się „za krótcy”. Nie mieli dość rakiet, sprawnych samolotów do ich przenoszenia, drony zaś wykazywały ograniczoną skuteczność. Skuteczna za to była ukraińska obrona przeciwlotnicza, która na przełomie 2023 i 2024 roku stworzyła nad Ukrainą trudny do pokonania parasol.

Niestety, nic co dobre, nie trwa wiecznie. Ceną za wspomnianą skuteczność ukraińskiej OPL było kurczenie się zapasów amunicji. Co niestety zbiegło się z amerykańską woltą wobec Ukrainy i niemal półrocznym wstrzymaniem pomocy dla Kijowa. Wiosną 2024 roku wiele ukraińskich wyrzutni dosłownie nie miało już czym strzelać. Rosjanie wykorzystali to z morderczą premedytacją. Seria ataków na elektrownie, wyprowadzonych między kwietniem a lipcem 2024 roku, zabrała z ukraińskiego systemu kolejne 10 gigawatów energii.

Piękne lato i łagodna jesień niwelowały wiele niedogodności wynikłych z coraz liczniejszych przerw w dostawach prądu. Ale już w sierpniu i wrześniu minionego roku wielu ekspertów i przedstawicieli agencji pomocowych zaczęło bić na alarm. Diagnozując, że ukraiński system energetyczny „wisi na włosku”, że niewiele trzeba, by go dobić i że jeśli to nastąpi, Ukrainę czeka bardzo poważny kryzys humanitarny, zaś jej sąsiedzi muszą się przygotować na przyjęcie kolejnych kilku milionów uchodźców.

—–

Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Dlaczego?

Po pierwsze, po trzech latach wojny Ukraińcy przyzwyczaili się do niedogodności. Są nimi zmęczeni, wyczekują poprawy, ale radzą sobie nawet jeśli muszą się mierzyć z 16, a bywa że i 20-godzinnymi przerwami w dostawach energii. Następującymi doba po dobie, dodam dla jasności, choć to sytuacja skrajna i zwykle „bezprądzie” trwa po 8-12 godzin na dobę.

Po drugie, udało się odbudować zdolności ukraińskiej OPL. Mam na myśli stan z drugiej połowy 2024 roku, bo dziś – u progu kalendarzowej wiosny 2025 roku – Ukraińcom znów zaczyna brakować pocisków.

Po trzecie, narzucony przez rosjan „bój o elektrownie” objawił kolejnych bohaterów tej wojny – pracowników ukraińskiego sektora energetycznego. Sprawność, z jaką dokonują napraw, jest zadziwiająca, osobista odwaga związana z utrzymaniem w ruchu nieustannie zagrożonej infrastruktury – godna podziwu. W tej opowieści jest też „bohater drugiego planu” – Unia Europejska – która organizuje pieniądze i zapewnia sprzęt niezbędny do napraw i pracy w trybie awaryjnym.

Po czwarte, Ukraińców ratuje… sowieckie dziedzictwo. Mam na myśli elektrownie jądrowe, które na przełomie minionego i bieżącego roku odpowiadały za dostarczanie 60 proc. niezbędnej energii. Ukraina kontroluje trzy takie obiekty – czwarty, na Zaporożu, znajduje się pod rosyjską okupacją. To bardzo wrażliwe cele, ale atakowanie ich wiąże się z ryzykiem gigantycznej ekologicznej katastrofy, na wywołanie której nie są gotowi nawet rosjanie. Skądinąd to powinna być cenna wskazówka dla Polski, która wciąż zastanawia się na ile „iść w atom”…

—–

I wreszcie po piąte, za „cud niezamarzania” odpowiada łagodna pogoda. Plusowe temperatury utrzymywały się przez większość jesieni i zimy, w styczniu nad Dnieprem odnotowywano zwykle plus 6-7 stopni Celsjusza. Taka pogoda to skutek zmian klimatycznych – procesów, które mogą ludzkość doprowadzić do zagłady, ale w tym konkretnym przypadku okazały się sprzymierzeńcem mieszkańców Ukrainy. Jak mawiają strażacy – przy pożarze można się ugrzać – co doskonale oddaje istotę rzeczy.

Oddajmy głos Ministerstwu Środowiska Ukrainy (MŚU), które na swym profilu społecznościowym oznajmiło: „z powodu globalnego ocieplenia w Ukrainie (w tym roku) nie ma klimatycznej zimy”. I dalej czytamy: „Ukraina jest jednym z regionów planety, gdzie temperatura rośnie w najwyższym tempie w ciągu ostatniej dekady”, MŚU cytuje słowa Switłany Krakowskiej, szefowej laboratorium klimatycznego w Ukraińskim Instytucie Hydrometeorologicznym. „W ciągu ostatnich 60 lat wzrost średniej temperatury na naszym terenie był prawie 2,5 razy szybszy niż generalnie na świecie. Wyprzedzamy nawet Europę: prędkość wzrostu średniej rocznej temperatury w Ukrainie w latach 1961-2023 wyniosła 0,41 stopnia w ciągu dziesięciu lat, a w Europie – 0,34 stopnia. Dlatego główne ocieplenie odbywa się przede wszystkim w okresie zimowym”.

Według danych Centralnego Obserwatorium Geofizycznego, w Kijowie nie odnotowano zimy klimatycznej w ciągu ostatnich trzech lat: w 2022, 2023 i 2024 roku.

„Tyle wygrać”, chciałoby się napisać, zarówno w odniesieniu do zmian klimatu, jak i wojny…

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Julii Tymowski (zapis oryginalny; nie wiem, czy nazwisko się odmienia, przepraszam za ewentualny błąd i dziękuję za „wiadro kawy”), Łukaszowi Lisowi, Oldze Bujak, Grzegorzowi Lenzkowskiemu, Barbarze Kogut, Czytelnikowi posługującemu się nickiem mmm mmm, Dariuszowi Domagalskiemu (za niezwykłą hojność!), Anecie Żmudziejewskiej, Kamilowi Skalnemu, Tomaszowi Biniszkiewiczowi, Łukaszowi Podsiadło, Bernardowi Afeltowiczowi (dzięki!), Michałowi Wacławowi, Rafałowi Rachwałowi, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Alicji Stachowiak, Katarzynie Milewskiej, Tomaszowi Jakubowskiemu (dzięki!), Karolowi Wojciechowskimu i Pawłowi Górze.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Narzucony przez rosjan „bój o elektrownie” objawił kolejnych bohaterów tej wojny – pracowników ukraińskiego sektora energetycznego. Szybkość, z jaką Ukraińcy odbudowują powalone sieci jest imponująca…/fot. własne

Ten tekst ukazał się w portalu Interia.pl, oto link.

Wrócą!

Chyba nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Pozwólcie zatem, że posłużę się zrozumiałą dla Polaków analogią. Otóż jest trump takim amerykańskim macierewiczem – kłamcą, mitomanem, atencjuszem, człowiekiem o dziwnych powiązaniach, działającym – świadomie czy nie – w taki sposób, że traci na tym ojczyzna, a zyskują jej przeciwnicy i wrogowie.

Problem w tym, że Stany Zjednoczone nie są średniej wielkości krajem w Europie, a jedynym supermocarstwem. Gdy Polska kichnie, świat tego nie zauważy, co najwyżej najbliższych sąsiadów dotknie jakiś ograniczony dyskomfort. Kichnięcie USA może wywołać efekt motyla – jakby nie było delikatne, na końcu zmienić się w tornado, niszczące dotychczasowy światowy porządek.

Gdy macierewicz rozpieprzał nam armię i cały sektor obronności, gdy bredząc o smoleńskim zamachu infekował nas wirusem polaryzacji, było to śmiertelnie niebezpieczne – dla Polski i Polaków. Gdy trump demontuje instytucje państwowe, gdy opowieścią o spisku liberalnych elit pcha Amerykanów w odmęty wojny amerykańsko-amerykańskiej, ryzyka mają charakter globalny. Zajęta sobą i osłabiona Ameryka przestanie być gwarantem bezpieczeństwa Zachodu. Ba, sama może stwarzać zagrożenie; strach pomyśleć, czym byłaby dla reszty świata wojna domowa w kraju posiadającym największy arsenał w historii ludzkości, w tym półtora tysiąca aktywnych głowic nuklearnych.

Nie, nie chcę Was straszyć i przekonywać, że tak się to właśnie skończy. Analogia z macierewiczem ma też i drugie dno. Armia przetrwała tego szaleńca, choć ten zafundował jej czystki, wypromował masę miernot, narzucił idiotyczne rozwiązania organizacyjne i pozbawił wielu użytecznych narzędzi. Nawet w czasie największej smuty trwała praca u podstaw, większość żołnierzy po prostu robiła dobrą robotę. Mimo wstrząsów zachowano instytucjonalną ciągłość, mimo hańbiących postaw części oficerów zręby etosu nie zostały naruszone.

A macierewicza kopnęli w dupę swoi, przerażeni tym, jak bardzo „rozwibrował system”.

I tak będzie ze Stanami Zjednoczonymi, głęboko w to wierzę. One do nas – do naszego świata, do normalności – prędzej czy później wrócą. Byleby po drodze nie wydarzyło się zbyt wiele złych rzeczy…

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Graf. domena publiczna

Obrzydliwca

Spotkanie Zełenski-trump, komentarz na szybko. Dostrzegam trzy warstwy tego wydarzenia, zacznę od emocjonalnej.

To było obrzydliwe zagranie ze strony amerykańskiego prezydenta. Coś jak pastwienie się nad ofiarą gwałtu – że sprowokowała, że nadal prowokuje, ba, że jest na tyle bezczelna, by dochodzić swoich praw przed sądem. „Nam się to nie podoba. Winnaś być bardziej uległa, skromna, pogodzić się z tym, co Cię spotkało”. Przyzwoici mężczyźni tak nie mówią, przyzwoici mężczyźni leją za takie teksty w ryj. Na studiach uczono mnie interpretacji mowy ciała, dostrzegłem więc, z jakim trudem Zełenski powstrzymywał się, by nie dać pomarańczowemu w ryj.

Dołożył mu inaczej, co pozwala nam przejść do drugiej warstwy – retorycznej. „Gdyby nie nasz sprzęt, wojna skończyłaby się w dwa tygodnie”, rzekł w pewnym momencie trump. „Tak, wiem, putin mówił, że w trzy dni”, odparł na to Zełenski. Rasowy idiota jest na tyle głupi, że nie dostrzega swojej głupoty. Nie sądzę, by trump przyznał – nawet przed samym sobą – że został w tym momencie, jak to zwykło się u nas mówić, zaorany. Ale został; to była wybitna riposta, która ofiarę emocjonalną czyni zwycięzcą retorycznym.

Tyle że nie emocje i nie retoryka są tu najważniejsze. Tak dochodzimy do trzeciej warstwy – polityki realnej.

Moim zdaniem, dzisiejsze przedstawienie ma posłużyć trumpowi za wymówkę. Pisałem o tym szerzej w tekście dla portalu Interia.pl – oto link. „Ukraina nie chce pokoju, nie jest na to gotowa”, amerykański prezydent mówi to już wprost. Usprawiedliwia się przed tymi, którzy go wybrali – że nie dotrzymał obietnicy szybkiego zakończenia wojny. Nie dotrzymał, bo jest kiepskim negocjatorem i ruscy wodzą go za nos, no ale do tego się nie przyzna. Lepiej zwalić winę na Zełenskiego.

Tyle że to wcale nie musi być „koniec świata”. Rozumiem i po części podzielam emocjonalne powody do lamentu, ale na boga, niech przemówią fakty. A na to potrzeba jeszcze trochę czasu.

Możliwości są dwie. Zła, czyli taka, kiedy USA wycofają wsparcie dla Ukrainy. Ale jest i lepsza – w ramach której Ameryka wciąż będzie Ukraińców wspierać. Paradoksalnie teraz może to być nawet łatwiejsze, wszak trump „udowodnił” już, że szybki pokój nie jest możliwy.

Poczekajmy kilka dni, by mieć w tej materii jasność.

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Wpis trumpa, którym zaznacza brak gotowości Zełenskiego do negocjacji.

Zmieleni

Armia rosyjska traci dziennie od tysiąca do półtora tysiąca wojskowych (zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli). Innymi słowy, niemal wszystko, co wyrzuci z siebie „maszynka mobilizacyjna”, jest następnie „mielone” na froncie. Rosyjska propaganda zapewnia, że armia na brak ochotników nie narzeka, ale wiele wskazuje na to, że to dobra mina do złej gry.

Po pierwsze, niedawno znów, po raz szósty od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji, podniesiono uposażenie uczestników spec-operacji. Najwyraźniej dotychczasowa oferta nie była już dość atrakcyjna.

Po drugie, w rosyjskiej infosferze mnożą się doniesienia o masowym posyłaniu na pierwszą linię niedoleczonych, wcześniej rannych i kontuzjowanych żołnierzy. Niekiedy przybiera to wręcz groteskową postać, gdy w strefę rażenia pędzeni są mężczyźni o kulach i w temblakach (co rejestrują nie tylko ukraińskie drony, ale i sami rosjanie, oburzeni takim postępowaniem).

Po trzecie wreszcie, Kreml coraz liczniej sięga po zagraniczną pomoc. Pojawienie się na froncie Koreańczyków z północy – do których wkrótce ma dołączyć kolejne 3 tys. żołnierzy Kim Dzong Una – to najbardziej spektakularny przejaw tej praktyki. A przecież nie jedyny, wszak rosja od dawna wabi gastarbeiterów z Afryki i Dalekiego Wschodu (na przykład ze Sri Lanki), oferując im lepsze pieniądze za założenie munduru niż za pracę w cywilu.

Idźmy dalej. Wojna w Ukrainie znacząco przetrzebiła rosyjskie więzienia. Dziś w gułagach osadzonych jest około 300 tys. ludzi, przed trzema laty było ich ponad 450 tys. Masowe wysyłanie więźniów na front zaczęło się w połowie 2022 roku. Kryminalistów traktowano instrumentalnie, rzucając na najgorsze odcinki – tylko bitwa o Bachmut kosztowała życie i zdrowie 40 tys. z nich. Na Kremlu niespecjalnie się tym przejmowano, hekatombę skazańców traktując wręcz jako dobry sposób na „utylizację zbędnego materiału ludzkiego”. O czym wspominam, bo Moskwa znów planuje masowy pobór za kratami, który w 2025 roku ma objąć 120 tys. osadzonych. Co poza nieludzkim wyrachowaniem dowodzi również desperacji.

Nie mniej desperacka jest inna praktyka. „Wśród nowych żołnierzy trzy czwarte to starsi mężczyźni”, skarżył się jeszcze jesienią ub.r. oficer wojsk powietrznodesantowych. Jego słowa zacytowała „Wiorstka”, opozycyjna rosyjska redakcja. Z jej ustaleń wynika, że w ostatnich miesiącach 2024 roku nasiliła się tendencja, której skutkiem było starzenie się wojska. Ten problem dotykał rosjan już wcześniej (Ukraińców też), ale czym innym jest średnia wieku poborowych oscylująca w okolicy czterdziestki, a czym innym sytuacja, gdy żołnierze mają 10 lat więcej.

„I co z tego? Są energiczni, są ojcami. Są doświadczeni”, przekonywał „Wiorstkę” jeden z rozmówców z ministerstwa obrony. Ignorując fakt, że starsi żołnierze nie radzili sobie z noszeniem ciężkich plecaków, kopaniem rowów i okopów. „Chorują. Wszyscy są chorzy. Bolą ich nogi, boli ich głowa, są powolni”, relacjonował jeden z wojskowych.

W 2025 roku nic się w tej materii nie zmieniło – młodszych ochotników wciąż rosyjskiej armii brakuje. Więc ta albo sięgnie po przymus – powszechną mobilizację, która obejmie także chronione dotąd grupy rekrutów, czyli „białych”, wielkomiejskich i prawosławnych rosjan. Albo jej dowództwo (i polityczne przywództwo kraju) zaakceptuje postępujące osłabienie. Oba scenariusze obarczone są sporym ryzykiem – wewnętrznej rewolty – wszak etniczni rosjanie chcą końca wojny, a nie wysyłki na front – lub porażki na froncie. Czego świadomość winien mieć na przykład Donald Trump. Amerykański przywódca zapewne byłby bardziej asertywny wobec putina, gdyby wiedział (zechciał wiedzieć…), jak bardzo rosjanom „się nie klei”…

Ten tekst istnieje także w rozbudowanej formie, opublikowanej na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości.

Szanowni, w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Mielenie w toku (z perspektywy mielących)…/fot. Sztab Generalny ZSU

Szczelność

W tle doniesień o rzekomej chęci putina do zakończenia działań wojennych, dzieją się kolejne akty rosyjskiej zbrodni. Pięć osób zabitych i 11 rannych – oto bilans ostatniego nalotu na Konstantynówkę w obwodzie donieckim. Wczoraj na miasto i okolice zrzucono co najmniej sześć bomb szybujących FAB-250, wyposażonych w moduł naprowadzania UMPK. Atak miał wybitnie terrorystyczny charakter – wszystkie ofiary to cywile, cywilne były też uszkodzone obiekty (w sumie to ponad 20 budynków mieszkalnych).

Dzień jak co dzień, można by ponuro skonkludować.

Ale są i dobre wieści – skuteczność używanych przez rosjan FAB-ów (KAB-ów wedle innej nomenklatury) drastycznie spadła, do czego przyznają się sami moskale (a ściślej – ich „wentyle bezpieczeństwa”, czyli mil-blogerzy, wszak MON oficjalnie nadal problemu nie widzi). Spadek ma wynikać z zakłócania modułów naprowadzania i dotyczyć całej linii frontu. To by oznaczało, że Ukraińcy zbudowali szczelną – przynajmniej na jakiś czas – zasłonę z użyciem środków WRE (walki radiowo-elektronicznej).

Tezę te potwierdza fakt, że w strefie walk masowo spadają też „oślepione” rosyjskie drony.

Co zaś się tyczy KAB-ów – w szczytowym momencie rosjanie zrzucali ich nawet do 130-140 dziennie, dziś (opierając się o ukraińskie źródła), bomb szybujących przylatuje nawet dziesięć razy mniej. Zatem nie tylko spadła ich celność, ale i liczba ataków.

To ostatnie może mieć związek z pojawieniem się nad rejonami walk ukraińskich „efów” szesnastych. FAB szybuje na odległość 50-70 km, a to oznacza, że zrzucający bombę samolot musi wejść w pole rażenia rakiet F-16, jeśli ten również znajduje się w strefie przyfrontowej. Z nielicznych dostępnych zdjęć „efów” wynika, że latają one w misjach wsparcia wojsk lądowych, ale noszą też uzbrojenie „powietrze-powietrze”. Mówiąc wprost, ruskie najprawdopodobniej się ich przestraszyły.

Nie popadajmy jednak w nadmierny optymizm. Po pierwsze, Ukraińcy uszczelnili środkami WRE front. To znakomita wiadomość, bo FAB-y/KAB-y przez niemal cały 2024 rok wyrąbywały mikro-wyłomy w ukraińskich liniach; po uderzeniu pojedynczej bomby, w ruinach porażonych obiektów ginęły całe plutony wojska. Niestety, przyfrontowe miejscowości – jak Konstantynówka – nadal pozostają bezbronne (wszak zakłócanie ma ograniczony zasięg).

Po drugie, technicznie rosjanie mają możliwość zwalczania „efów” szesnastych z bezpiecznej odległości. Rakietą R-37M, zdolną razić cele na dystansie 250, a wedle niektórych źródeł i 300 km. Oczywiście, sprawa jest pozornie prosta, nie wystarczy podlecieć na odpowiednia odległość i odpalić rakiet. Trzeba do tego taktyki, kunsztu i odwagi pilota oraz koordynacji działań przez latające centra dowodzenia – atutów, z których nadal nie słynie rosyjskie lotnictwo. Lecz rosjanie – generalnie patrząc na przebieg wojny – również adaptują się i uczą, więc trzeba założyć, że przewaga wypracowana przez „efy” może być chwilowa.

Oby ta chwila trwała jak najdłużej. I w przypadku F-16, i w odniesieniu do parasola WRE nad liniami obronnymi.

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Ewakuacja rannej kobiety z domu w Konstantynówce/fot. NPU