Zdolności

Ponad trzy lata pełnoskalowej wojny udowodniły, że nie istnieje zachodnia broń, której ograniczone zastosowanie przyniosłoby długoterminowe skutki. Dominacja Bayraktarów nad polem bitwy trwała kilkanaście dni, Himarsów kilka miesięcy. Wypracowane wówczas przewagi udało się przekuć w chwilowe sukcesy – w drugim przypadku mające nawet postać pokaźnej rekonkwisty zajętych przez rosjan ziem – ale „dobre” nie trwało długo.

Jedną z cech wojny pozostaje adaptacja i dotyczy to obu stron konfliktu. Adaptacja zaś jest łatwiejsza, gdy przeciwnik nie przytłacza nowym rodzajem broni czy sposobem prowadzenia walki, daje więcej czasu i przestrzeni na wypracowanie taktyk i sposobów reakcji. Historycznie patrząc, tak właśnie było z zachodnim wsparciem dla Ukrainy – sprzętu, który mógłby dać Ukraińcom komfort trwałej technologicznej dominacji zawsze było za mało. Zbyt często docierał za późno.

ATACMS-ów Ukraina otrzymała raptem kilkadziesiąt sztuk, w tym momencie nie posiada już żadnej rakiety. Nieco lepiej wyglądały sprawy z pociskami Storm-Shadow/SCALP, ale i w tym przypadku mówimy o łącznych dostawach nie większych niż kilkaset sztuk. Ograniczona podaż dotyczy każdej innej nieco bardziej skomplikowanej technologii, od armato-haubic po samoloty wielozadaniowe.

Z czego to wynika? Zachodnia broń jest doskonała, ale i koszmarnie droga – już choćby z tego powodu jej produkcja i zapasy są ograniczone. Wiosną 2022 roku USA przekazały Ukrainie kilkanaście wyrzutni Himars i kilkaset rakiet do nich. Wystarczyło to do złamania rosyjskiej logistyki, a w konsekwencji do pokonania rosjan na Charkowszczyźnie. A teraz wyobraźmy sobie, że Ukraińcy mieliby dwieście wyrzutni – tyle ile armia USA – i cały ówczesny amerykański zapas rakiet, czyli kilkanaście tysięcy sztuk. Ich użycie, w połączeniu z dostępnym wtedy dla Ukraińców potencjałem, prawdopodobnie przesądziłoby o klęsce armii inwazyjnej. A gdyby dodać do tego niesymboliczną liczbę zachodnich czołgów? Dwie setki myśliwców? Kilkanaście baterii Patriotów?

Gdyby, gdyby… O tym, że tak się nie stało, decydowały nie tylko czynniki finansowe. Część najbardziej efektywnych systemów wymaga długotrwałego przeszkolenia. Miesięcy czy nawet lat, gdy mówimy o broni lotniczej. Odrębna kwestia to zaufanie – Ukraińcy nie mieli go „z marszu”, musieli udowodnić nie tylko kompetencje, ale i sojuszniczą wiarygodność. To wszystko ogólnie znane fakty, którym musi towarzyszyć świadomość, że rosjanie ostatnich trzech lat nie przespali. W różnych momentach konfliktu „podsypiali”, ale generalnie wyciągnęli mnóstwo wniosków. Zaadaptowali się. I dziś są w stanie rzucić na front kilkadziesiąt tysięcy dronów FPV miesięcznie, wyprodukować 500 bezzałogowców typu Szahed tygodniowo. Wysublimowane zachodnie uzbrojenie nie jest w stanie sobie z takim zagrożeniem poradzić. Nie w ilościach i liczbach, w jakich dysponuje nim Ukraina.

Przegrana sprawa? Nie, jeśli Zachód pomoże Ukraińcom zbudować większe zdolności WRE – walki radio-elektronicznej. Nad Dnieprem uczą się na co dzień, jak zagłuszać rosyjskie drony, lecz do stworzenia szczelniejszych i przede wszystkim rozleglejszych „kopuł” zwyczajnie brakuje pieniędzy. Ukraina musi też posiąść zdolność do niszczenia rosyjskich fabryk zbrojeniowych. Tych na naprawdę głębokich tyłach, gdzie teraz w najlepszym razie przedzierają się pojedyncze ukraińskie drony, zbyt małe, by wyrządzić poważne szkody. Tam muszą dolatywać ukraińskie rakiety i niszczyć zagrożenia „w zarodku” mocą półtonowych głowic. Raz za razem, by rosjanie nie zdołali odbudować możliwości produkcyjnych. Tu też potrzebne jest głównie finansowe wsparcie Zachodu, wszak dużą część technologii Ukraińcy już mają.

Ps. Ten tekst napisałem kilkanaście dni temu – jego obszerniejszą wersję znajdzie w portalu TVP.Info (oto link do materiału). Potem nastąpił ukraiński atak na rosyjskie lotnictwo strategiczne – niezwykle efektowny i efektywny. Czy jego przebieg unieważnia moje rozważania? Absolutnie nie – i piszę to świadom popularności narracji, wedle której drony mają być cudowną bronią, która deklasuje „wszystkie te skomplikowane i drogie zabawki”. To wycinkowe i krótkowzroczne postrzeganie spraw. W odniesieniu do niedzielnego ataku na rosyjskie bazy jakby umykał nam fakt, że przede wszystkim była to doskonale zaplanowana i przeprowadzona operacja wywiadowcza. Jak przyznają sami Ukraińcy, przygotowywana przez 1,5 roku. Wymagająca przerzucenia ludzi i długotrwałych działań pod biznesową przykrywką. Na finale zaś stosunkowo prosta, w tym znaczeniu, że wykorzystująca atut zaskoczenia, którego następnym razem już nie będzie. rosjanie nie spodziewali się dronów FPV na swoim głęboki zapleczu, teraz „wszyscy” wiedzą, że takie ryzyko istnieje. A można się przed nim stosunkowo łatwo zabezpieczyć – fizycznie (schrono-hangary) i dzięki zastosowaniu narzędzi WRE. Masowe użycie tych ostatnich, wraz z raczkującą, ale już efektywnie stosowaną bronią laserową, zdejmie z nieba każdy dron. rosji i Ukrainy na to nie stać, ale Zachód ma w tym zakresie wszelkie atuty techniczne, technologiczne i finansowe.

—–

Szanowni, zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Kamilowi Zemlakowi, Łukaszowi Podsiadło i Czytelnikowi o nicku Jack Strong.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Szczelność

W tle doniesień o rzekomej chęci putina do zakończenia działań wojennych, dzieją się kolejne akty rosyjskiej zbrodni. Pięć osób zabitych i 11 rannych – oto bilans ostatniego nalotu na Konstantynówkę w obwodzie donieckim. Wczoraj na miasto i okolice zrzucono co najmniej sześć bomb szybujących FAB-250, wyposażonych w moduł naprowadzania UMPK. Atak miał wybitnie terrorystyczny charakter – wszystkie ofiary to cywile, cywilne były też uszkodzone obiekty (w sumie to ponad 20 budynków mieszkalnych).

Dzień jak co dzień, można by ponuro skonkludować.

Ale są i dobre wieści – skuteczność używanych przez rosjan FAB-ów (KAB-ów wedle innej nomenklatury) drastycznie spadła, do czego przyznają się sami moskale (a ściślej – ich „wentyle bezpieczeństwa”, czyli mil-blogerzy, wszak MON oficjalnie nadal problemu nie widzi). Spadek ma wynikać z zakłócania modułów naprowadzania i dotyczyć całej linii frontu. To by oznaczało, że Ukraińcy zbudowali szczelną – przynajmniej na jakiś czas – zasłonę z użyciem środków WRE (walki radiowo-elektronicznej).

Tezę te potwierdza fakt, że w strefie walk masowo spadają też „oślepione” rosyjskie drony.

Co zaś się tyczy KAB-ów – w szczytowym momencie rosjanie zrzucali ich nawet do 130-140 dziennie, dziś (opierając się o ukraińskie źródła), bomb szybujących przylatuje nawet dziesięć razy mniej. Zatem nie tylko spadła ich celność, ale i liczba ataków.

To ostatnie może mieć związek z pojawieniem się nad rejonami walk ukraińskich „efów” szesnastych. FAB szybuje na odległość 50-70 km, a to oznacza, że zrzucający bombę samolot musi wejść w pole rażenia rakiet F-16, jeśli ten również znajduje się w strefie przyfrontowej. Z nielicznych dostępnych zdjęć „efów” wynika, że latają one w misjach wsparcia wojsk lądowych, ale noszą też uzbrojenie „powietrze-powietrze”. Mówiąc wprost, ruskie najprawdopodobniej się ich przestraszyły.

Nie popadajmy jednak w nadmierny optymizm. Po pierwsze, Ukraińcy uszczelnili środkami WRE front. To znakomita wiadomość, bo FAB-y/KAB-y przez niemal cały 2024 rok wyrąbywały mikro-wyłomy w ukraińskich liniach; po uderzeniu pojedynczej bomby, w ruinach porażonych obiektów ginęły całe plutony wojska. Niestety, przyfrontowe miejscowości – jak Konstantynówka – nadal pozostają bezbronne (wszak zakłócanie ma ograniczony zasięg).

Po drugie, technicznie rosjanie mają możliwość zwalczania „efów” szesnastych z bezpiecznej odległości. Rakietą R-37M, zdolną razić cele na dystansie 250, a wedle niektórych źródeł i 300 km. Oczywiście, sprawa jest pozornie prosta, nie wystarczy podlecieć na odpowiednia odległość i odpalić rakiet. Trzeba do tego taktyki, kunsztu i odwagi pilota oraz koordynacji działań przez latające centra dowodzenia – atutów, z których nadal nie słynie rosyjskie lotnictwo. Lecz rosjanie – generalnie patrząc na przebieg wojny – również adaptują się i uczą, więc trzeba założyć, że przewaga wypracowana przez „efy” może być chwilowa.

Oby ta chwila trwała jak najdłużej. I w przypadku F-16, i w odniesieniu do parasola WRE nad liniami obronnymi.

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Ewakuacja rannej kobiety z domu w Konstantynówce/fot. NPU

WR(z)E?

W miniony weekend spore poruszenie w środowisku eksperckim – ale i pośród zwykłych obserwatorów wojny w Ukrainie – wywołały dwa zdjęcia opublikowane przez ukraińską armię. Przedstawiały one czołg typu Abrams, operujący – jak wynikało z udostępnionych informacji – w pobliżu linii frontu. Miejsce wykonania fotografii – a wedle załączonego opisu miała to być charkowszczyzna – stało się przyczynkiem do dyskusji o planach zarówno ukraińskiego, jak i rosyjskiego dowództwa. Dyskusji toczonej w oparciu o przekonanie, że jeśli gdzieś pojawiły się Abramsy, to wkrótce „coś się tam wydarzy, zapewne ważnego”.

Północno-wschodni odcinek ukraińsko-rosyjskiego frontu nie jest w ostatnim czasie terenem szczególnie zażartych walk. Po co zatem wysyłać tam najlepsze w arsenale ukraińskiej armii czołgi? Siły Zbrojne Ukrainy oficjalnie otrzymały od USA 31 Abramsów (dla jednego batalionu wedle tamtejszych standardów). Z nieoficjalnych informacji wynika, że ta liczba może być dwa razy większa, nie znamy też treści amerykańskich deklaracji dotyczących uzupełniania nieuniknionych strat w sprzęcie. Tak czy inaczej, Abramsów w ZSU nie ma za wiele, co oznacza m.in., że ich bojowy chrzest na tej wojnie musi zostać starannie przygotowany, ewentualnie być reakcją na naprawdę poważne zagrożenie.

Owa staranność jest o tyle istotna, że debiut innych zachodnich czołgów – niemieckich Leopardów – wypadł fatalnie. Na Zaporożu wozy z niedouczonymi załogami rzucono na silnie zaminowane tereny, bez należytego wsparcia. Zemścił się wówczas m.in. brak dostatecznej liczby trałów, co skutkowało obrazkami płonących Leopardów. Ostatecznie zniszczeniu nie uległa duża liczba czołgów, ale efekt propagandowy był dramatycznie demoralizujący. Mniejsza o rosyjską pewność, że mogą zagraniczne „cuda techniki” niszczyć – dużo gorszy był sceptycyzm zachodnich polityków i opinii publicznych co do kompetencji ukraińskich żołnierzy i dowódców. „Przekazujemy im kosztowny sprzęt, a oni chyba nie potrafią go właściwie użyć” – oto sedno tych wątpliwości. Generalne niepowodzenie zaporoskiej kontrofensywy tylko je wzmogły.

„Staranne przygotowanie” sugeruje nam w pierwszej kolejności działania zaczepne. Wydaje się jednak, że nawet w lokalnej skali są one obecnie poza możliwościami armii ukraińskiej. Samymi czołgami ataków przeprowadzić się nie da, a w walkach na Zaporożu ZSU mocno wyczerpały zapasy amunicji artyleryjskiej. A zatem chodzi o przygotowania natury defensywnej, z rolą przewidzianą dla Abramsów? Czołgi co do zasady są bronią ofensywną, ale należy pamiętać, że lokalne kontrataki to element dobrze prowadzonej obrony. No i nie możemy zapomnieć o pochodzeniu amerykańskiej konstrukcji. To „dziecko zimnej wojny” (we współczesnej wersji rzecz jasna unowocześnione), zaprojektowane do masowego zwalczania sowieckich czołgów sunących po europejskich równinach. Dotychczasowe doświadczenia z użycia Abramsów przeciwko wozom radzieckiej proweniencji pokazują, że amerykańskie maszyny znakomicie wywiązują się z powinności bezwzględnego egzekutora.

Czyżby więc to rosjanie szykowali coś dużego? Coś, z czego zdaje sobie sprawę ukraińskie dowództwo? Przepowiednie dotyczące uderzenia w okolicach Charkowa – czy to z okupowanej ługańszczyzny czy poprzez ponowne otwarcie frontu na północy Ukrainy – pojawiają się regularnie. Zimą i wiosną tego roku przewidywano wejście do akcji 1. Gwardyjskiej Armii Pancernej, odbudowanej po wcześniejszych krwawych zmaganiach. Wedle rozmaitych scenariuszy, jej 700 czołgów i półtora tysiąca transporterów opancerzonych ruszyłoby na Charków czy wręcz na Kijów. W innej opcji owa pancerna pięść zostawiłaby miasta i skoncentrowanym uderzeniem na południe zmusiła Ukraińców do opuszczenia pozycji w Donbasie, w reakcji na możliwe okrążenie. Tymczasem szczytem rosyjskich możliwości okazało się zajęcie Bachmutu. Skąd więc przypuszczenia, że tym razem rosjanie mogą zagrać o większą stawkę?

Przemawiają za tym dwie przesłanki. Po pierwsze, jeśli zsumujemy wyniki częściowej mobilizacji z jesieni ub.r., rutynowych poborów (wiosennego i jesiennego) oraz bieżącej rekrutacji, po uwzględnieniu dotychczasowych strat wyjdzie nam, że rosyjskie wojska lądowe mogą mieć w odwodach poza Ukrainą nawet 100 tys. żołnierzy. Jeśli są odpowiednio wyposażeni, mówimy o znacznym potencjale ofensywnym. A czy są? Jednostki bezpośrednio zaangażowane w walki już od wielu miesięcy działają w realiach sprzętowych niedoborów. Brakuje 40, a niekiedy nawet 60 proc. etatowych czołgów, wozów bojowych czy armat. Stoi to w sprzeczności z doniesieniami rosyjskiej propagandy, sugerującej, że baza przemysłowo-remontowa działa pełną parą, dając wojsku wszystko, co niezbędne. Z dużym prawdopodobieństwem jest to „pic na wodę”, ale może też być tak, że ów sprzęt jednak powstaje/uzdatnia się go do użycia po wyjęciu z magazynów. Frontowcy go nie dostają, bo dowództwo chomikuje czołgi i całą resztę dla potrzeb dużej ofensywy.

Po drugie, moskale już od kilku tygodni zostawiają szereg śladów sugerujących, że rozmieścili przy północnej granicy Ukrainy znaczny komponent przeznaczony do walki radiowo-elektronicznej (WRE). Mam tu na myśli szereg urządzeń służących do zakłócania pracy satelitów, dronów, precyzyjnej amunicji, łączności, pomocnych nie tylko w fizycznym niszczeniu potencjału przeciwnika, ale i przy maskowaniu ruchów własnych wojsk. I oczywiście, takie działania mogą być elementem „maskirówki” (dezinformacji), ale w tej chwili za mało wiemy, by wykluczyć, że są to realne przygotowania.

Ps. Wczoraj w Ukrainie poległ kolejny rosyjski generał – władimir zawadzki. Formalnie zastępca dowódcy 14. Korpusu Armijnego, faktycznie – zwłaszcza w sytuacjach bojowych – jego rzeczywisty dowódca. Niezły rzemieślnik, więc śmierć zawadzkiego jest dla Ukraińców dobrą wiadomością. Wóz generała najechał na minę, oficer zginął na miejscu.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraiński Abrams w pobliżu linii frontu (jedna z dwóch ujawnionych fotografii)/fot. ZSU

Korek

„Na południu bez zmian”, przekonują nas (pro)rosyjscy aktywiści medialni, relacjonujący konflikt w Ukrainie. Co mają na myśli? Ano ukraińska kontrofensywa na Zaporożu wygasa, „utopiona w morzu krwi”, a rosjanie zasileni przez elitarne oddziały powietrznodesantowe w wielu miejscach odzyskują inicjatywę. Jest zatem „stabilnie”, co w tym przypadku oznacza, że „niczego już nie stracimy”, a słabnące, choć wciąż ponawiane ukraińskie ataki, „przybierają formę prób rozpaczliwego zdobycia czegokolwiek”. W tej narracji przydatne okazują się słowa gen. Marka Milley’a, dowódcy amerykańskiej armii, zdaniem którego Ukraińcy mogą jeszcze atakować przez 30-45 dni. Sformułowanie wyrwane z kontekstu sugeruje, że także w ocenie Pentagonu siłom zbrojnym Ukrainy kończą się zapasy oraz rezerwy niezbędne do prowadzenia operacji zaczepnych. Innymi słowy – przekonują agenci rosyjskiej propagandy – „wygrywamy!”. Jak kiedyś pod Kurskiem, gdzie armia radziecka wykrwawiła nacierających Niemców, ostatecznie odbierając im strategiczną inicjatywę – to jedna z popularniejszych analogii używanych przez polskich wielbicieli „ruskiego miru”. Tyleż nieprawdziwa, co idiotyczna, wszak w 1943 roku to nacierający byli agresorami, wiodły ich nazistowskie idee, a samą bitwę (serię bitew) zwieńczył potężny zwrot zaczepny w wykonaniu dotychczasowych obrońców. Na Zaporożu tymczasem atakują napadnięci, (neo)nazistowskie elementy pozostają istotną częścią ideologii broniących się rosjan, niezdolnych obecnie do jakichkolwiek poważniejszych ataków. Wszystko co najważniejsze jest zatem „na odwrót”, no ale – jak widać – medialnym szujom niespecjalnie to przeszkadza.

Pal ich licho, wracajmy do sedna. Jak wygląda sytuacja na ukraińskim froncie? Nim odpowiem na to pytanie, pozwólcie, że odniosę się do słów gen. Milley’a. Szef kolegium połączonych sztabów nie miał na myśli technicznych i ludzkich możliwości ZSU. Mówił o pogodzie, która za kilka tygodni może znacząco utrudnić prowadzenie działań ofensywnych. Może (sam nie raz pisałem o uciążliwościach rasputicy), ale wcale nie musi. Sięgnijmy pamięcią do zeszłego roku i tego, co działo się wówczas na południu Ukrainy. Działania zaczepne ZSU na chersońszczyźnie zaczęły się latem, na dobre rozkręcając się jesienią. Punkt kulminacyjny wypadł na przełomie października i listopada – to wtedy zmuszono rosjan do ucieczki na wschodni brzeg Dniepru. Chersoń wyzwolono 11 listopada, aktywne działania o dużym nasileniu trwały jeszcze kilka dni. Zatem patrząc od dziś, można przyjąć, że Ukraińcom zostały dobre dwa miesiące, zwłaszcza że długoterminowe prognozy nie przewidują gwałtownego załamania pogody. A na Zaporożu najgorsza i najtrudniejsza część roboty została przez ZSU wykonana.

Budowanie umocnionych linii granicznych to istotny element rosyjskiej myśli wojskowej, sięgający czasów wczesnego Księstwa Moskiewskiego. W odmianie uwzględniającej bardziej nowoczesne wyzwania pola walki, obecny w podręczniku autorstwa gen. Wasilija Nowickiego z 1915 roku oraz jego późniejszych, sowieckich odmianach. Do tego rezerwuaru wiedzy odwołali się budowniczy pozycji obronnych na Zaporożu. I owszem, możemy się śmiać z rosyjskiej bylejakości oraz złodziejstwa, które tworzeniu „linii surowikina” towarzyszyły, ale nie zmienia to faktu, że umocnienia przygotowano przyzwoicie. Co więcej, nasycając je polami minowymi w skali, która pięć do dziesięciu razy przekraczała radzieckie normy. Prawdą jest, że ukraińskie plany zakładały różne scenariusze, w tym szybkie przełamanie nieprzyjacielskich linii dzięki skoncentrowanemu, silnemu atakowi jednostek pancernych i zmechanizowanych na wybrane punkty. Prawdą jest, że nic z tego nie wyszło, że koniecznym okazało się zastosowanie metody stopniowego wykruszania rosyjskiej obrony poprzez systematycznie ponawiane ataki niedużych grup szturmowych, wspartych silnym, precyzyjnym ogniem artylerii. W takich uwarunkowaniach nie powinno dziwić, że dzienny „urobek” ukraińskich oddziałów nie przekraczał 100-200 metrów, co przy głębokości rosyjskiego lądowego korytarza na Krym mogłoby oznaczać nawet dwuletnie zmagania.

Ale 60 proc. posiadanych na południu sił i środków rosjanie skierowali na pierwszą linię, druga i trzecia są dużo wątlejsze i słabiej obsadzone. Tymczasem ukraiński postępy pod Werbowe i Nowokropopiwką mają wszelkie cechy klasycznych wyłomów. Rosyjskie próby ich flankowania poprzez wściekłe ataki oddziałów WDW hamują ukraińskie postępy – ZSU bardziej skupia się na ochronie skrzydeł niż pogłębianiu występu. Ale w działaniach wojennych nie ma żadnej magii i innych cudów (jak rzekomy nadwiślański) – jest twardy konkret sprowadzający się do m.in. jakości sprzętu, wydolności logistyki, wyszkolenia, dowodzenia, motywacji. To musi jebnąć – że tak pozwolę sobie na nieco knajacki komentarz. Ktoś musi pęknąć. Jeśli rosjanie, ukraińskie oddziały będą niczym gaz wypuszczony z otwartej butelki. Jeśli pierwsi osłabną Ukraińcy, rosjanom uda się utrzymać korek w buzującej butelce. Skumulowana energia nie wydostanie się na zewnątrz i nie spustoszy rosyjskiego zaplecza.

Jak się domyślacie, moim zdaniem spustoszy. Ukraińcy wyjdą na drugą i trzecią linię i jest to kwestia najbliższych kilkunastu dni. Nie musi to oznaczać posypania się rosyjskiej obrony na Zaporożu – takim optymistą nie jestem – ale kampania z pewnością przyśpieszy. Po czym wnioskuję? Przesłanek jest mnóstwo, podrzucę Wam kilka z nich.

W rosyjskim sztabie generalnym trwają gorączkowe analizy poświęcone temu, jak zreorganizować obronę na Zaporożu. Moskiewscy generałowie zdają się wierzyć, że pchnięte do walki oddziały powietrznodesantowe jeszcze jakiś czas powstrzymają Ukraińców, ale co dalej? Opcje są dwie – trwanie przy obronie liniowej, wzdłuż całego frontu lub skupienie się na utrzymaniu najważniejszych miast. W takim scenariuszu twierdzami stałyby się Melitopol oraz Berdiańsk. Nie wiadomo, co ostatecznie wymyśli rosyjska „stawka”, ale fakt, że na poważnie rozważa się uporczywą obronę dwóch punktów dowodzi kruchości rezerw. Sam pomysł głupi nie jest – Ukraińcy przećwiczyli go w Bachmucie, miesiącami angażując i skrwawiając nieproporcjonalnie duże rosyjskie siły. Problem w tym, że rozciągnięta w linii obrona, to jednocześnie bardziej rozproszona logistyka – upierdliwa, jednak bezpieczniejsza. Obrona punktowa zaś oznacza większą koncentrację wojska w jednym miejscu, czyli większe zapotrzebowanie przy mniejszej liczbie dostępnych szlaków komunikacyjnych. To pogodzenie się z realiami „wąskiego gardła”, i to w sytuacji, kiedy Ukraińcy już nie raz udowodnili, że potrafią na tej szyi – rosyjskiej logistyce – zadzierzgnąć pętlę. Jest jeszcze inna obawa pośród rosyjskiej generalicji, wynikająca z typowych dla niej doświadczeń. Założenie wokół miasta pierścienia okrążenia i pójście dalej, w głąb nieprzyjacielskiego terytorium, to „klasyk” sowieckiej sztuki operacyjnej. A co jeśli Ukraińcy postąpią w ten sposób z Melitopolem i Berdiańskiem? – martwią się oficerowie „stawki”. Moim zdaniem, trochę na wyrost, bo taka koncepcja użycia sił możliwa jest do realizacji, gdy posiada się miażdżącą przewagę liczebną (trzeba ludzi i sprzętu, by ustanowić odpowiednio skuteczne oblężenie i zarazem zachować zdolność do działań ofensywnych). Ukraińcy takiej przewagi na Zaporożu nie mają.

Idźmy dalej – dowództwu operującej na południu 42. Dywizji Zmechanizowanej przyporządkowano niedawno kilka dodatkowych pułków. Zwracają na to uwagę analitycy ze Stratpoints, pisząc o „wyczerpaniu możliwości struktur dowodzenia na poziomie operacyjnym”. Co się kryje za tym specjalistycznym językiem? Gorzka, dla rosjan, prawda. Dowództwo 42. DZ ma teraz pod sobą dwa razy więcej ludzi nie dlatego, że jest takie dobre. Po prostu zarządza zbieraniną, bo nikt inny tego zrobić nie może. Na froncie wciąż ginie nieadekwatnie wysoka liczba wyższych rangą oficerów rosyjskiej armii, co jest skutkiem ukraińskich „polowań” na punkty dowodzenia, nonszalancji samych oficerów, ale i obiektywnej potrzeby ich przebywania w rejonach walk, co z kolei wynika z niedoskonałości systemu łączności i niskiej motywacji podwładnych. W ostatecznym rozrachunku niedosyt oficerów wpływa na obniżenie efektywności całych jednostek (a choćby za sprawą wydłużonego procesu decyzyjnego). A ów czynnik – z którym Ukraińcy nie mają takich problemów jak rosjanie – jest nie do przecenienia w szybko zmieniającym się środowisku pola walki, gdzie wygrywa ten, kto szybciej wie, co robić.

Kolejna kwestia – udział jednostek powietrznodesantowych. Wbrew niektórym opiniom, to wciąż elita rosyjskiej armii. Owszem, odtworzona po zeszłorocznych krwawych bojach, ale w oparciu o najlepszy dostępny w rosji materiał ludzki i sprzęt. Na Zaporożu walczy w tej chwili połowa rosyjskich dywizji WDW (7., 76. i 104. DPD). Sam fakt sięgnięcia po najcenniejsze rezerwy (i popłoch, w jakim odbywał się ich przerzut), świadczy o trudnej sytuacji rosjan. Obiektywnie patrząc, spadochroniarze biją się dobrze, ale przełomu jak dotąd nie wywalczyli, za to solidnie się skrwawili. A gdy straż pożarna zdziesiątkowana, komu przyjdzie gasić ogień?

Oczywiście Ukraińcy też ponoszą straty – i to niemałe (choć między bajki można włożyć dzisiejsze wynurzenia putina o 71 tysiącach zabitych na Zaporożu od początku czerwca żołnierzach ZSU). Z piętnastu zaangażowanych dotąd w kontrofensywę brygad, żadna nie utraciła więcej niż 20 proc. personelu (Ukraińcy rotują oddziały co kilka-kilkanaście dni, stąd równomierność strat). Moje dobre źródło w ukraińskiej armii mówi o 13 tysiącach zabitych i rannych od momentu rozpoczęcia kontrofensywy – choć nie mogę się doprosić odpowiedzi na pytanie o relację między liczbą poległych a zranionych. Sporo, ale z drugiej strony pamiętajmy, że kilka tygodni temu padliśmy ofiarą rosyjskiej propagandy i popłochu pośród rodzimych analityków militarnych. Mówiło się wówczas o dziesiątkach utraconych czołgów i bojowych wozów piechoty. Otrzeźwienie przyszło kilkanaście dni temu, dzięki analizie dostępnych danych – wynika z nich, że Ukraińcy bezpowrotnie utracili mniej niż 10 proc. przekazanych im przez Zachód czołgów. Straty wśród BWP-ów były dwukrotnie wyższe, lecz zostały już dawno skompensowane poprzez dostawy kolejnych partii sprzętu. W efekcie, największe ukraińskie jednostki pancerne i zmechanizowane nadal posiadają odpowiednio duży potencjał do przeprowadzenia rajdów na rosyjskie tyły. Wystarczy wybić im korek.

Wybijanie korka to nie tylko pogłębianie wyłomów, to także robota na zapleczu, polegająca na niszczeniu rosyjskiej artylerii i środków transportu. W minionym tygodniu Ukraińcy puścili z dymem aż 250 systemów artyleryjskich rosjan (większość na Zaporożu) – najwięcej od wybuchu wojny. Zniszczono też niemal 300 ciężarówek i cystern – a to wyłącznie zweryfikowane straty. Osłabianie rosjan w tych obszarach trwa już od wielu tygodni, od kilku dni ZSU regularnie biją w najcenniejsze (obok pól minowych) aktywa rosjan. Tylko wczoraj i dziś Ukraińcy opublikowali trzy filmy przedstawiające uderzenia precyzyjnej artylerii rakietowej w stanowiska operatorów lancetów. Drony-kamikadze ostro dały się we znaki armii ukraińskiej, jeśli nagle są tak łatwo niszczone, Ukraińcy musieli zyskać większe możliwości w zakresie rozpoznania rosyjskich terenów przyfrontowych. Ich dronom obserwacyjnym łatwiej się zapuszczać na rosyjskie tyły, co może oznaczać przynajmniej częściowy paraliż wrogich systemów WRE, służących do zakłócania.

A walka trwa…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria/fot. Sztab Generalny ZSU