Letarg

Jutro dojdzie do rozmowy telefonicznej donalda trumpa i putina – potwierdzili to przedstawiciele obu stron. Głównym tematem ma być ukraińsko-amerykańska propozycja 30-dniowego zawieszania broni. Co z tego wyniknie?

Moskwa nie odrzuca idei rozejmu, ale stawia zaporowe warunki odnośnie przyszłego porozumienia pokojowego. Przypomniał je dziś rano, w propagandowej Izwiestii, aleksandr gruszko, wiceminister spraw zagranicznych rosji.

– NATO wykluczy możliwość członkostwa Ukrainy w Sojuszu, a kraj ten pozostanie neutralny – wyliczał, dodając, że nie może też być mowy o wojskowej misji pokojowej. Jego zdaniem, dopuszczalne byłoby wysłanie nad Dniepr „nieuzbrojonych obserwatorów”, ale dopiero po wypracowaniu porozumienia pokojowego.

Co na to Kijów?

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha, w wywiadzie dla RBC Ukraine, wskazał ukraińskie „czerwone linie”.

– Po pierwsze, integralność terytorialna i suwerenność Ukrainy. Nigdy nie uznamy okupowanych terytoriów – mówił. – Po drugie, żadna obca siła nie ma prawa weta wobec decyzji narodu ukraińskiego dotyczących członkostwa w sojuszach, takich jak Unia Europejska czy NATO. Po trzecie, nie może być żadnych ograniczeń dotyczących zdolności obronnych Ukrainy, siły naszej armii i naszych możliwości.

Wróćmy na moment do rosjan i dodajmy dla porządku, że Kreml oczekuje również przekazania kontroli nad niezdobytymi obszarami w obwodzie chersońskim, zaporoskim i donieckim; te żądania formułowane są od dawna, ostatnio powtórzył je siergiej ławrow.

Co zaś się tyczy ukraińskiego „nie” dotyczącego okupowanych terytoriów – pozwólcie, że uszczegółowię. Nie chodzi tu o zakłamywanie rzeczywistości i „niedostrzeganie” faktu, że rosjanie kontrolują jedną piątą Ukrainy. Idzie o to, że Kijów nie zamierza zrzec się prawa do tych obszarów, co wcale nie wyklucza umowy pokojowej. Po prostu, musiałaby ona zawierać formułę o tymczasowym statusie prawnym rosyjskich zdobyczy, do uregulowania w przyszłości, w odrębnych porozumieniach. Na co Moskwa zgodzić się nie chce.

Bo rosja de facto oczekuje ukraińskiej kapitulacji. Łaskawie żąda tylko części terytorium, ale też powojennej Ukrainy jako słabego i samotnego państwa. Ciekawe dlaczego…?

Ukraińcy wiedzą dlaczego – i nie godzą się na rozbrojenie armii.

Ewentualny 30-dniowy rozejm niczego w tej układance nie zmieni. Przyda się obu wymęczonym armiom, które będą miały czas na odpoczynek i przegrupowanie – a potem znów rzucą się na siebie. Jeśli Amerykanie na poważnie traktują rolę mediatorów – myślą o czymś więcej niż krótkotrwałe zawieszenie broni – musieliby przede wszystkim docisnąć Moskwę. Trudno bowiem oczekiwać od Ukraińców, by wyrzekli się elementarnego prawa do samoobrony. Na razie wiemy, że administracji trumpa dociskanie rosjan nie wychodzi (mniejsza już o przyczyny). Wiemy też, że presja na Ukrainę – jakkolwiek silna – niespecjalnie podziałała; Kijów gotów byłby walczyć dalej bez wsparcia USA, zwłaszcza przy zwiększonej pomocy Europy, która z kolei, wszystko na to wskazuje, na dobre budzi się z pacyfistycznego letargu.

Czy obudzą się też Stany – i przypomną sobie, czym są i ile mogą?

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz podczas szkolenia, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

Łobuz

Widmo rosyjskiej inwazji napędza wyobraźnię milionów ludzi w Europie. Zwłaszcza w krajach graniczących z federacją, doświadczonych już skutkami rosyjskiego imperializmu. Strach narasta w ostatnich tygodniach, po tym jak donald trump zdaje się „zwąchiwać” z władimirem putinem, a Stany Zjednoczone dążyć do resetu z rosją.

Brak USA jako rękojmi bezpieczeństwa i pokoju – scenariusz wcale nie przesądzony, ale coraz realniejszy – niepokoi także przywódców „starego” Zachodu. Dość wspomnieć prezydenta Emanuela Macrona, zdaniem którego Moskwa przygotowuje się do ataku na Europę. Zapowiedź premiera Donalda Tuska, o zorganizowaniu przez państwo masowych szkoleń (pro)obronnych, dobrze wpisuje się w to larum.

Ale czy naprawdę jest się czego bać?

I tak, i nie, co postaram się wyjaśnić, sięgając po nieco ułomną (zaraz przekonacie się dlaczego) analogię. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący młodszych, słabszych, mniejszych kolegów z tej samej szkoły. Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; to ta słabość analogii, mimo której szkolne uniwersum pozostaje użytecznym narzędziem). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – chyba nawet to lubi, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami.

Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

—–

Jest i w tej opowieści klasa – której uczniowie nazywają siebie Sojuszem – gdzie trzech chłopaków również ma pistolety. Jeden z nich dojeżdża z daleka, dwóch, podobnie jak reszta towarzystwa, to sąsiedzi zza szkolnego płotu. „Dojazdowiec” ma największego „gana”, jest z zasobnej rodziny, fizycznie to „byczek” o świetnej kondycji. W uczciwej bójce z łobuzem starłby tamtego w proch, o czym rozrabiaka wie doskonale, unika więc otwartej konfrontacji. Po prawdzie to unikają jej i ten zły, i ten dobry, wiedzą bowiem dobrze, że bójka mogłaby zmienić się w strzelaninę. Nie do wygrania przez żadnego z nich, wszak w pistolety umieją obydwaj, a moc nabojów jest taka, że urywa głowy.

Nieco mniejszą, ale równie dekapitacyjną siłę mają pistolety pozostałej dwójki z Sojuszu. Generalnie jednak klasa składa się z chłopców o średniej i mikrej posturze. To dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią. Niektórzy nawet potrafią się bić, i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

—–

Szczęśliwie klasa nie na darmo nazywa się Sojuszem – jej członkowie są jak paczka, scementowana gwarancją „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Ta dewiza stoi na drzwiach klasy, chłopcy z Sojuszu mają ją na wpinkach, więc nawet ci najsłabsi nie muszą przemykać korytarzami i bać się napaści w szkolnym kibelku. Choć młodociany terrorysta nie jest zbyt inteligentny, język siły czyta doskonale i wie, że „kupą go dojadą”. Owszem, docina, wyzywa, stroi groźne miny – zwłaszcza wobec najsłabszych z Sojuszu – jednak łapy trzyma w kieszeniach. Są inni, na których się wyżywa, których okrada, upokarza, zmusza do uległości. Nie zawsze mu wychodzi, ale to już inna historia.

A w zasadniczej opowieści coś zaczyna się psuć. „Dojazdowiec” chyba myśli o zmianie szkoły i porzuceniu paczki, ba, popada w niezdrową fascynację łobuzem. Po prawdzie irytuje go też, że w chwilach próby klasa często chowa się za jego plecami, choć jest na tyle liczna, sprawna i silna, że razem rozniosłaby niejednego szantażystę. „A radźcie sobie sami!”, mówi i zmierza ku wyjściu ze szkoły. „Wyjdzie czy nie?”, oto jest pytanie. „Co dalej?”, martwi się reszta klasy, świadoma, że w pojedynkę większość chłopców nie przetrwa starcia z łobuzem, albo wyjdzie z niego koszmarnie poturbowana. A przecież drań może teraz poczuć się rozochocony. Co prawda dostał wciry podczas bójki z twardzielem z innej klasy, ale – obawiają się ci z Sojuszu – możliwe, że szybko się wyliże. Tymczasem chłopcy z paczki świetnie współpracują podczas olimpiad, zajęć praktycznych czy na wuefie, ale bić się umieli tylko pod komendą „Dojazdowca”. Czy bez niego dadzą radę?

I w takim miejscu jest obecnie Europa, owa klasa, i Polska, jako uczeń w tejże.

—–

Jesteśmy średniakiem z tej opowieści. Nie mamy pistoletu – broni jądrowej – jak Francja czy Wielka Brytania. Nie zaszantażujemy rosji groźbą wzajemnych dotkliwych strat, z umownym odstrzeleniem głowy włącznie. Ale możemy ją odstraszyć siłą naszych konwencjonalnych pięści, ryzykiem, że atakując nas, moskiewski łobuz straci zęby. Możemy wreszcie przyczynić się do tego, by zbój wiedział, że nic się nie zmieniło, że nadal „w kupie siła”. Nie demontować europejskiej wspólnoty, a ją wzmacniać, współbudować jej twardy potencjał i nade wszystko decyzyjność.

Z ryzykiem wojny jest jak z ryzykiem katastrofy lotniczej – nawet jeśli jest niskie, bliskie zeru, to i tak – z uwagi na ewentualne skutki – należy traktować je bardzo poważnie. Wypadki lotnicze zdarzają się rzadko, ale w ich efekcie ginie mnóstwo ludzi. Podobnie z wojnami. Więc nie jest żadną fanaberią „dmuchanie na zimne”, śrubowanie procedur i norm, zabezpieczanie się. Szkolenie, zbrojenie, budowanie potencjału przemysłu obronnego. Wracając na grunt szkolnej analogii: robienie formy i dobrej kondycji, obkucie zasad zespołowej bitki.

Elity polityczne rosji cechuje wyraźna skłonność do ryzykanctwa, gry va banque oraz bezwzględna determinacja. Chcemy czy nie, musimy założyć, że rosjanie będą szukać swojej szansy. Presją dyplomatyczną, ekonomiczną (surowcową) i militarną (poniżej progu wojny) dążyć do osłabienia sojuszniczych więzi, wyizolowania ze wspólnoty pojedynczych państw. Bo tylko jeden na jednego mogą nam zrobić krzywdę. Gdy będziemy razem, nawet bez Ameryki, również mogą nam…

…skoczyć.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Piotrowi Habeli, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi posługującemu się nickiem Ravfr, Adamamowi Andrzejowi Jaworskiemu, Marcie Müller-Reczek, Dariuszowi Chabiorowi (za „wiadro kawy”!), swoje dorzucił również Igor Horków.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst pierwotnie opublikowałem na łamach portalu Interia.pl

Rura

Weekend przyniósł dalsze pogorszenie sytuacji oddziałów ukraińskich w obwodzie kurskim. Mil-blogerzy prognozują, że Sudża – największa miejscowość zajęta przez Ukraińców – zostanie odbita w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin. To się jeszcze okaże, co nie zmienia faktu, że rosjanie próbują, sięgając w tym celu po desperackie kroki.

W nocy z 7 na 8 marca usiłowali przeniknąć za ukraińskie linie, wykorzystując w tym celu nitkę nieczynnego gazociągu „Przyjaźń”. Ukraińcy potwierdzają, że przeciwnik – w silne kompanii wojska – wyszedł na ich tyły, zaznaczają jednak, że doszło do tego na obrzeżach Sudży. I że zagrożenie zostało „szybko wyeliminowane”. Źródła rosyjskie rozpisują się z kolei o długiej i dramatycznej walce w centrum miasta. Choć obie strony różnią się w ocenie dynamiki zajść i wskazują inne lokalizacje, zgodnie przyznają, że „atak z rury” już się zakończył, że rosjanom nie udało się zdobyć przyczółku i doczekać do nadejścia większych sił.

Skąd pomysł na taką akcję? Wbrew doniesieniom części mediów, nie jest to pierwszy przypadek użycia nieczynnych rurociągów w tej wojnie. Kilkanaście miesięcy temu – podczas zmagań o Awdijiwkę – rosjanie również przedostali się w ten sposób za ukraińskie pozycje. Patrząc bardziej wstecz – w doskonałym filmie wojennym „Wróg u bram” jest scena, w której sowieccy snajperzy przechodzą nad pozycjami Niemców rurami służącymi do transportu pary. Ten element scenariusza zaczerpnięto z rzeczywistych wydarzeń – zmagań o Stalingradzką Fabrykę Traktorów z jesieni 1942 roku. Bitwa o Stalingrad ma wymiar ikoniczny, zwłaszcza w rosji; niektóre jej epizody mogą inspirować nie tylko filmowców.

Co jeszcze wiemy o „ataku z rury”? Większość z ponad setki ludzi, którzy wzięli w nim udział, stanowili byli najemnicy z Grupy Wagnera. Dziś służą oni w brygadzie o nazwie „Weterani”, będącej regularną jednostką rosyjskiej armii. Ten status nie zmienia faktu, że nadal są to ludzie do zadań szczególnie trudnych, wnioskując zaś po skutkach, po prostu samobójczych. „Weterani” mieli do pokonania ponad 12-kilometrowy odcinek gazociągu o średnicy140 centymetrów. Nie wiemy, ile czasu zajęło im przebycie tego dystansu, ale źródła po obu stronach podają, że wielu wojskowych opuściło instalację z objawami zatrucia metanem. Na ujawnionych przez Ukraińców filmikach – pochodzących z telefonów zabitych lub wziętych do niewoli rosjan – widać, że tylko część dywersantów wyposażono w maski przeciwgazowe. A podkreślmy raz jeszcze – mowa o gazociągu, który z uwagi na swą specyfikę musi być szczelny, oraz o instalacji, w której nie ma naturalnego przewiewu.

Niezależnie od tego, w jakiej faktycznie byli kondycji, „Weterani” przeszli na ukraińskie tyły. I tu wersje obu stron się rozjeżdżają. Ukraińcy twierdzą, że w porę zorientowali się o zagrożeniu i już na rosjan czekali. Na dowód przedstawiają dwa filmy z drona, gdzie widać opuszczających rurę mężczyzn, „witanych” salwami. Z kolei rosyjskie źródła przekonują, że udało im się przeciwnika zaskoczyć – i na tej podstawie budują narrację o „wielogodzinnym związaniu walką”.

Motyw „podtrutych, ale dzielnych wojowników” podchwyciło już wielu rosyjskich propagandystów. Hołubienie straceńczego bohaterstwa to „abecadło” rosyjskiej propagandy i polityki historycznej, nie ma w tym więc niczego dziwnego. Szczególnie, że takie przeniesienie akcentów pozwala odwrócić uwagę od porażki całego przedsięwzięcia.

Tym niemniej generalna sytuacja w obwodzie kurskim jest dla rosjan korzystna. O czym piszę w tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto aktywny link do tego materiału.

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. rosjanie w sudżańskiej rurze/fot. rosyjski profil propagandowy

Debiut

W piątek nad ranem rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak rakietowo-dronowy na ukraińską infrastrukturę energetyczną.

Cele znajdowały się głównie w zachodniej i południowej Ukrainie. Co istotne, po raz pierwszy od wielu tygodni w uderzeniu wzięły udział okręty floty czarnomorskiej, które wystrzeliły rakiety Kalibr. Warty odnotowania jest również inny fakt – do odparcia ataku wykorzystano m.in. przekazane Ukrainie samoloty Mirage 2000 F-5; był to oficjalny bojowy debiut francuskich maszyn w tej wojnie.

Nie wiemy, ilu Miraży użyto w akcji (z dostępnych danych wynika, że obecnie Ukraińcy dysponują co najmniej ośmioma z kilkunastu obiecanych przez Paryż myśliwców). Nie znamy też ich „urobku”. Ukraińskie siły powietrze poinformowały, że łącznie zestrzelono 25 pocisków manewrujących Ch-101/Ch-55, osiem Kalibrów, jedną rakietę Ch-59/69 i setkę dronów Szahid. Nosicielami pocisków Ch-59/69 są najnowsze rosyjskie samoloty wielozadaniowe Su-57. Choć rosjanie deklarują, że  Suchoje mają wszelkie właściwości maszyn 5. generacji – a więc i „niewidzialność” – pięćdziesiątki-siódemki trzymają się z dala od ukraińskich granic. Piątkowej nocy trzy maszyny operowały nad nieobjętymi walkami obszarami obwodu kurskiego – i to stamtąd wystrzeliły rakiety.

Opisany atak był pierwszym, który nastąpił po odcięciu Ukraińców od danych wywiadowczych pozyskiwanych przez Stany Zjednoczone. W nalotach z wykorzystaniem lotnictwa strategicznego – bombowców Tu-95, strzelających pociskami Ch-101/Ch-55 – zerwana współpraca na tej płaszczyźnie może wpływać na szybkość ukraińskiej reakcji. Do tej pory dane z amerykańskiego zwiadu satelitarnego pozwalały m.in. na podnoszenie gotowości obrony przeciwlotniczej zaraz po zaobserwowanym starcie rosyjskich maszyn, na co dzień stacjonujących poza polem widzenia ukraińskich systemów rozpoznawczych. Jednak wolta Amerykanów nie musi oznaczać „ślepoty” Ukrainy, którą wspiera wywiadowczo także Francja i Wielka Brytania, a i sami Ukraińcy mają mocny wywiad osobowy na terenie rosji.

O innych istotny wydarzeniach na rosyjsko-ukraińskim froncie – także dyplomatycznym – przeczytacie w tekście, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna. Nim przejdziecie do lektury zalinkowanego materiału, pozwólcie, że uzupełnię kwestię odcięcia Ukraińców od danych wywiadowczych. Po wykryciu startu rosyjskich maszyn uruchamiane są alerty przeciwlotnicze, powtarzane następnie, gdy rosjanie dolatują do miejsc zrzutu oraz gdy rakiety zostają już wystrzelone i namierzone przez ukraińskie radary. Możliwe zatem, że i w tej procedurze mieliśmy/mamy zwłokę, co zasługuje na miano igrania z losem cywilnych Ukraińców…

—–

Szanowni, moje ukraińskie materiały powstają także dzięki Waszemu wsparciu, za które niezmiennie dziękuję. I polecam się na przyszłość.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Grafika stosowna do charakteru dzisiejszych działań…

Przegrany

W prowincji Ghazni w Afganistanie była droga, która cieszyła się złą sławą. Nasi żołnierze nazwali ją „ajdisztrase”, od angielskiego IED (improwizowany ładunek wybuchowy) i niemieckiego „strasse”. Czasem po prostu mówiło się „droga śmierci”, tyle tam było min-pułapek.

Arteria miała kluczowe znaczenie dla funkcjonowania kontyngentu NATO, wiedzieli o tym talibowie, stąd ich szczególna uwaga i ogromną pomysłowość w zakładaniu coraz to wymyślniejszych ładunków.

Wiedzieli też nasi i dlatego na „ajdisztrase” wyruszały kolejne patrole rozminowania. Polacy niewiele tu mogli zrobić – nie mieliśmy specjalistycznych zestawów RCP, przeznaczonych do wynajdywania wybuchowych niespodzianek. To była głównie robota Amerykanów, których dowódcy wykazywali się ogromną determinacją. „Droga śmierci” miała być przejezdna, niezależnie od kosztów. Pojazdy RCP wylatywały w powietrze, żołnierze ginęli, zostawali ranni; istny, nieprzerwany młyn. „Oni są jak sowieci”, myślałem o amerykańskich dowódcach i tej ich żelaznej konsekwencji.

Ale to nie byli sowieci, bo armia amerykańska – jakkolwiek wymagająca wobec własnych żołnierzy – zarazem robiła mnóstwo, by ułatwić im robotę. By zapewnić im maksymalne bezpieczeństwo, by zabezpieczyć ich medycznie. Sowieci puściliby tłum ludzi przez zaminowaną drogę, tak by ją oczyścili. Amerykanie rzucili super technikę – jak każda, i ona bywała zawodna, ale redukowała straty do poziomu, o którym sowieci (i neosowieci) mogliby tylko pomarzyć.

Przyglądałem się armii USA w działaniu – w Iraku, w Afganistanie. To imponująca machina, o nieprawdopodobnych możliwościach. „Dobrze, że mamy ich po swojej stronie”, cieszyłem się, świadom, że w ewentualnej konfrontacji Amerykanie staraliby nas w proch.

Gdyby chcieli i gdyby wykorzystali całe, bądź większość spektrum swoich możliwości.

Co po raz ostatni USA uczyniły podczas II wojny światowej. W każdym kolejnym konflikcie Amerykanie nigdy nie szli na całość. Nawet w Wietnamie, gdzie zaangażowali ogromny kontyngent i gdzie ponosili wielkie straty. Brakowało politycznej woli i społecznego wsparcia. Więc w ostatecznym rozrachunku technologiczna przewaga (i mnóstwo innych przewag kompetencyjnych) nie dawały Ameryce zwycięstwa. Walcząc jedną ręką (nawet jeśli tej dłoni używano bez pardonu), Stany w najlepszym razie remisowały (jak w Korei).

A swoją ostatnią wojnę – w Afganistanie – po prostu przegrały.

O czym wspominam w kontekście niesławnej awantury w Białym Domu. W pewnym momencie trump zarzucił Zełenskiemu, że ten przegrywa wojnę (więc nie powinien podskakiwać). Naprawdę? Ukraina od trzech lat toczy pełnoskalowy konflikt z silniejszym przeciwnikiem. Ani rosja, ani Ukraina nie są technologicznymi mocarstwami, co nie zmienia faktu, że biją się ze sobą regularne armie, wyposażone w ogromny arsenał środków. W asymetrycznej, na niekorzyść Ukrainy, relacji.

A mimo to rosjanie Ukrainy nie pokonali i nie mają szans na rozstrzygnięcie wojny na froncie.

Tymczasem Amerykanie w 2021 roku zwiali przed bandą wysoce zmotywowanych, ale przecież fatalnie wyszkolonych i wyposażonych bojowników. Rozkaz odwrotu wydał Joe Biden, ale decyzję podjął trump, podczas swojej pierwszej prezydentury, warto podkreślić.

Więc tenże trump mógłby się ugryźć w język. To on, nie Zełenski, przerżnął swoją wojnę.

Ps. Decyzja o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Ukrainy jest moim zdaniem próbą przymuszenia Zełenskiego, by się przed trumpem pokajał. Ukraiński prezydent pewnie połknie tę żabę, dla dobra własnego kraju. Wszak jest przywódcą, a nie egotykiem z emocjami siedmiolatka…

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

Nz. Patrol RCP w Afganistanie/fot. własne