Słodko-gorzki

Nie wiem, kto zabił prigożyna. W praktyce kryminalnej najbardziej oczywista odpowiedź – w tym przypadku wskazująca na putina jako zleceniodawcę – często okazuje się najbliższa prawdzie. Ale i po prawdzie zawsze warto rozważyć inne scenariusze, jak choćby najzwyklejszego komunikacyjnego wypadku. Nadzwyczajna śmierć – czy to za sprawą statusu umierających czy okoliczności ich zgonów – w sposób naturalny rodzi niezgodę na banalne wyjaśnienia. To tę cechę ludzkiej psychiki wykorzystał macierewicz, infekując opinię publiczną w Polsce rojeniami na temat katastrofy smoleńskiej. Przecież prezydent i przedstawiciele polskiej elity politycznej nie mogli zginąć na skutek zaniedbań i niekompetencji. Ano mogli. Mógł też prigożyn i towarzyszący mu bandyci.

Wagnerowska wierchuszka to specyficzne towarzystwo. Wojenni zbrodniarze, którzy mocno zaleźli za skórę Ukraińcom – co implikuje inną hipotezę. To ukraiński wywiad mógł ich posłać w diabły; robiono już takie akcje w historii tej wojny. Wątek z zaginionym właścicielem samolotu brzmi w tym ujęciu obiecująco.

Nie jestem specem od obrony przeciwlotniczej. Nie takim, który po obejrzeniu dostępnych filmików orzeknie, że do uszkodzenia samolotu – skutkującego jego zniszczeniem – użyto rakiety bądź dwóch. Niemniej hipoteza zakładająca przypadkowe porażenie odrzutowca wcale głupia nie jest. Moskwę noc po nocy nawiedzają ukraińskie drony, wojsku odpowiedzialnemu za jej obronę Kreml dał do zrozumienia, że traci cierpliwość. Niczym kiedyś Hitler na Goeringu (wtedy szło o Berlin), tak dziś putin na gierasimowie usiłuje wymusić „czyste niebo” nad stolicą. Groźbą i prośbą, wszak spokój moskwian jest dla putinowskiej władzy dużo ważniejszy niż komfort mieszkańców Buriacji, coraz bardziej przerażonych wysoką śmiertelnością pośród młodych mężczyzn. Dostawcy armatniego mięsa nie mają takiej siły sprawczej, jak wielkomiejska elita. Jest zatem moskiewska OPL nieco przewrażliwiona. Przy odpowiednim zamęcie informacyjnym ktoś decydujący o posłaniu rakiet mógł uznać cywilny odrzutowiec za zagrożenie. Niemożliwe? Ci gamonie – nie (pod)moskiewscy, ale jak najbardziej rosyjscy – dziewięć lat temu zestrzelili pasażerski liniowiec, przekonani, że strzelają do wojskowego transportowca.

A może za wypadkiem (zamachem) stał jeszcze ktoś inny? Zabici, własnymi i rękoma podwładnych, mordowali nie tylko w Ukrainie. Zła sława wagnerowców nie zrodziła się w Donbasie, a w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Piszę o tym z intelektualnej uczciwości, znając nieco metodologię formułowania hipotez śledczych. Ale nie sądzę, by uczciwe dochodzenie znalazło dowody na inny przebieg wydarzeń niż sprawstwo putina. Oczywiście w rosji nie będzie uczciwego śledztwa – publiczne wyjaśnienia zafałszują obraz sprawy. Poddani mają wiedzieć, że car ma długie ręce, ale nikt długości i możliwości tych rąk w papierach nie udokumentuje. Zadziwiający skądinąd jest ten szczątkowy rosyjski legalizm (jakże podobny do niemieckiego z czasów nazizmu). Ta potrzeba udawania, że proceduje się w myśl reguł typowego państwa. Czyż nie prościej byłoby machnąć ręką? Spadł to spadł, na chuj drążyć temat; wiadomo przecież, kto za tym stał. Pewnie byłoby prościej, ale wówczas rosja straciłaby resztki swej międzynarodowej wiarygodności.

Więc będzie spektakl – i zapewne obwiną w nim Ukraińców.

A czy śmierć prigożyna coś zmieni? Boję się wróżyć z fusów – bo na takim etapie obecnie jesteśmy. Wiemy, że rosja to państwo mafijne, gdzie walka o władzę rozstrzyga się nie na drodze wyborczej, gdzie nad praworządnością nie czuwają sądy. Tam liczy się brutalna siła i dostęp do zasobów aparatu przemocy. Wygrywa ten, kto bije mocniej. putin – co nie zaskakuje – okazał się silniejszy od prigożyna, ale czy będzie silniejszy od ludzi, którzy za prigożynem stali? Śmierć oberwagnerowca to zapewne sygnał dla niepokornych, wysłany w ramach prób konsolidacji władzy. Ma mieć efekt mrożący, zastraszyć (potencjalnych) buntowników, ale równie dobrze może ich zjednoczyć do działania. Pucz prigożyna pokazał, że dla wywołania poważnego kryzysu w rosji wcale nie trzeba potężnych sił. Nie trzeba wielkiej odwagi. To wielka zasługa dawnego kucharza putina, większa nawet od tego, że dał się zabić, sprawiając radość milionom Ukraińców.

„Z czego oni się cieszą?”, spytał mnie dziś kolega, uzasadniając swój sceptycyzm słusznym skądinąd założeniem, że „prigożyn po puczu się skończył”. Owszem, ale to nie skończonego po marszu na Moskwę oberwagnerowca znienawidzili Ukraińcy. Porównałem kiedyś grupę Wagnera do Waffen-SS, biorąc pod uwagę rolę, jaką odgrywała na ukraińskim froncie w czasach swojej świetności. Fanatyczna formacja traktowana jako straż pożarna, wyposażona w nadzwyczajne przywileje, brutalna w walce i bestialska wobec cywilów. Najgorsza swołocz tej wojny. W takim ujęciu prigożyn stawał się kimś na miarę Himmlera, diabłem z najgłębszych czeluści piekła (to oczywiście porównanie symboliczne, gdzie bowiem szefowi wagnerowców do pozycji instytucjonalnej dowódcy SS). Himmler spiskował przeciwko Hitlerowi, ten drugi nigdy nie zdołał pierwszego ukarać. Ale gdyby mu się udało, rodziny ofiar esesmańskich zbrodni miałyby powody do satysfakcji. I tak właśnie jest z Ukraińcami – zbrodniarz wojenny nie żyje, a że stało się to z inspiracji innego zbrodniarza? Szkoda, ale to i tak lepsze niż bezkarność.

„Śmierć prigożyna to dla nas prezent na dzień niepodległości. Trochę słodko-gorzki, bo jednak wolelibyśmy oglądać zwęglone szczątki innego drania. Wiesz jakiego” – pisze mi koleżanka z Kijowa.

Wiem.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tak jak po puczu, tak po wczorajszym wypadku pozostanie mnóstwo mniej lub bardziej udanych memów. Ten (zamieszczam za Tygodnikiem NIE) jest jednym z lepszych.

Święto

Jutro specyficzny dzień – minie półtora roku od rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji („trzydniowej, specjalnej operacji wojskowej”), przede wszystkim jednak będzie to święto niepodległości Ukrainy. Wielu obserwatorów konfliktu przewiduje, że owa symboliczna kumulacja zaowocuje intensyfikacją działań zbrojnych – i to w wykonaniu obu stron.

Sądząc po wyprzedzających ruchach Ukraińców, coś na rzeczy jest. W ostatnich dniach ukraińskie drony zaatakowały dwie rosyjskie bazy lotnicze, w których stacjonują bombowce strategiczne Tu-22M. Pierwszy incydent Moskwa próbowała umniejszyć, przyznając się do niewielkich uszkodzeń jednej z maszyn, w przypadku drugiego moskale nabrali wody w usta. Tymczasem okazało się, że owe „lekkie uszkodzenia” to kompletnie spalony samolot. Źródła z ukraińskiego wywiadu twierdzą, że w obu akcjach zniszczono i uszkodzono łącznie pięć bombowców. Byłby to wielki sukces, rosja bowiem ma zaledwie 40, najwyżej 50 sprawnych „tutek” (choć wedle oficjalnych danych jest to setka samolotów). Sukces także w wymiarze symbolicznym, bo Tu-22M odpowiadają za najbardziej barbarzyńskie operacje rosyjskiego lotnictwa. Wiosną zeszłego roku to one bombardowały Mariupol (przy użyciu potężnych trzytonowych bomb), maszyny te biorą też udział w atakach rakietowych, śląc na ukraińskie miasta przestarzałe i koszmarnie niecelne pociski Ch-22, które zabiły dotąd co najmniej kilkaset cywilnych osób. Wyeliminowane bombowce oraz ich personel (a wiemy o co najmniej jednym zabitym pilocie i kilkunastu rannych lotnikach i mechanikach), nikomu 24 sierpnia krzywdy nie wyrządzą.

Warto przy okazji wspomnieć, że Tu-22M podzieliły los innych rosyjskich bombowców – Tu-95 i T-160 – które po wcześniejszych atakach na ich bazy zostały przeniesione za koło podbiegunowe (w pobliże Murmańska). To skądinąd znamienne, że rosja nie potrafi upilnować swoich strategicznych aktywów, ba, traci je na własnym terytorium. Pomijając kwestię łatwości, z jaką operują nad federacją ukraińskie drony, to również efekt braku odpowiednich zabezpieczeń – w tym przypadku schrono-hangarów. Takie konstrukcje budowano niegdyś masowo w „demoludach” i w Ukrainie – co tłumaczy, przynajmniej w pewnym zakresie, wysoką przeżywalność tamtejszych sił powietrznych. Z jakichś powodów strategiczne lotnictwo rosji stało sobie dotąd „pod chmurką”; teraz zresztą też stoi, tyle że w bezpiecznej – jak zakładają rosjanie – odległości. Niestety dla nich, owo założenie również może okazać się błędne, wiele bowiem wskazuje na to, że ostatnich ataków na Tu-22M dokonano dronami, które wcale nie startowały z Ukrainy i nie operowały na odległym zasięgu. Szkód narobili rosjanom sabotażyści „zza miedzy” – a skoro działali w obwodzie nowogrodzkim, zapewne będą też mogli i na Półwyspie Kolskim (co ciekawe, 100-150 km od granic natowskiej Norwegii i Finlandii…).

Wróćmy jednak do kwestii wyprzedzających działań Ukraińców. Przez kilka ostatnich tygodni Odesa była głównym celem rosyjskich ataków rakietowych. Na portową infrastrukturę – a przy okazji i na zabytkowe centrum miasta – leciały m.in. wystrzeliwane z pokładów jednostek floty czarnomorskiej rakiety Kalibr, którym często towarzyszyły używane w trybie ziemia-ziemia pociski przeciwokrętowe Oniks. Te ostatnie przylatywały z Krymu, gdzie rosjanie rozmieścili przenoszące oniksy mobilne zestawy rakietowe Bastion. Tymczasem dziś nad ranem Krym stał się areną potężnego ukraińskiego uderzenia, przeprowadzonego z wykorzystaniem lotniczych pocisków manewrujących Storm Shadow oraz najprawdopodobniej dronów. Zanotowano co najmniej siedem poważnych eksplozji, w wyniku których rosjanie utracili m.in. radar obrony powietrznej oraz elementy systemu Bastion (nie wiem, czy była to jedna czy kilka wyrzutni). Najdotkliwsze jednak – także w wymiarze prestiżowym – jest dla nich skuteczne porażenie zestawu S-400 Triumf (efektowny filmik z tej akcji udostępnił w południe ukraiński wywiad wojskowy). Zniszczeniu uległa co najmniej jedna wyrzutnia najnowocześniejszego obecnie (spośród będących w służbie) rosyjskiego systemu OPL. Jak wynika z moich informacji, S-400 z krymskiej Oleniwki wcześniej służył do obrony Moskwy – przeniesiono go na półwysep w miejsce utraconego/wysłanego na front zestawu, gdy okazało się, że w oparciu o miejscowe zasoby nie sposób zabezpieczyć infrastruktury przed atakami z powietrza. No to teraz rosjanom będzie jeszcze trudniej…

A skoro jesteśmy przy Moskwie – wczesnym rankiem znów spadły na nią drony. Ataki na rosyjską stolicę stały się „chlebem powszednim” tej wojny – media już nie odnotowują ich w kategoriach sensacji, niektóre redakcje zupełnie je pomijają. Ukraińcy nie ukrywają, że ich celem jest przede wszystkim oddziaływanie psychologiczne – moskwianie mają się czuć tak, jak mieszkańcy ukraińskich miast. Nie będzie to łatwe z uwagi na odległość, używany sprzęt (drony to nie rakiety…), ale i powściągliwość Ukraińców, którzy nie walą z premedytacją po celach cywilnych. Tym niemniej już dziś nasuwa mi się skojarzenie z wojną iracko-irańską (1980-88). Front – mimo angażowania ogromnych sił i toczonych tam niezwykle krwawych walk – nie przyniósł rozstrzygnięcia, obie strony zaczęły się więc ostrzeliwać rakietami. Spadały one przede wszystkim na stolice, o czym regularnie donosiły ówczesne media, także w Polsce (telewizyjne przebitki z „wojny miast” to jedno z moich wspomnień z lat 80.). I ta kampania nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, w wyniku czego zastosowano formułę status quo ante bellum (łac.) – obie strony zgodziły się na zakończenie konfliktu przez powrót do stanu posiadania sprzed wybuchu wojny. Czy tak skończy się rosyjsko-ukraińska wojna? Nie wiem. Wiem za to, że jutrzejsze święto to odpowiedni (jakkolwiek cynicznie to brzmi…) pretekst do ataków na obie stolice.

A może do czegoś bardziej spektakularnego?

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zdjęcie ilustracyjne – Ukraińcy obchodzą dziś bowiem dzień flagi. Wykonałem je zimą 2015 roku w okolicach Debalcewa/fot. własne

Precedensy

A gdyby tak zaplecze dla ukraińskich F-16 – lotniska, warsztaty i zbrojownie – wynieść poza Ukrainę? Kijów – na czas działań wojennych – uniknąłby konieczności adaptacji własnej infrastruktury, co nie jest niewykonalne, ale czemu towarzyszyłoby ogromne ryzyko rosyjskich ataków i będących ich skutkiem zniszczeń. A ze „świeżutkiego”, ale dziurawego pasa „szesnastka” nie wystartuje. Tymczasem pod obcym niebem samoloty byłyby bezpieczne, ich obsługa odbywałaby się w komfortowych warunkach. Na przykład w Polsce, Słowacji czy w Rumunii. Brzmi jak war/political-fiction? Owszem, ale precedensy już są.

W czymś, co od biedy można nazwać polską doktryną obronną, przewidziano czasową dyslokację naszych F-16 na lotniska we wschodnich Niemczech. Chodzi rzecz jasna o potencjalny konflikt z rosją, odbywający się przy założeniu (nad prawomocnością którego nie będę się teraz rozwodził), że Moskwa nie odważy się atakować celów rozmieszczonych na terytorium RFN. Tak zachowano by uderzeniowy potencjał naszego lotnictwa, niezbędny do operacji obronnej i planowanej po przybyciu sił sojuszniczych kontrofensywy. Kogo bardziej taki scenariusz interesuje, zapraszam do lektury „Międzyrzecza”, powieści, którą wydałem przed czterema laty.

Wracając zaś na grunt „tu i teraz” – nade wszystko jednak precedens stworzyli sami rosjanie. Chodzi o sposób, w jaki wykorzystują Białoruś. Relacje między Moskwą a Mińskiem są inne niż w przypadku Kijowa i Warszawy czy Bukaresztu, nie mielibyśmy więc do czynienia z sytuacją jeden do jednego, niemniej skutki prawno-międzynarodowe byłyby podobne. Armia rosyjska regularnie korzysta z białoruskiego zaplecza militarnego. Z terytorium północnego sąsiada Ukrainy startują rosyjskie samoloty, wystrzeliwane są rakiety, w początkowej fazie „spec-operacji” na Białorusi znajdowały się pozycje wyjściowe wojsk lądowych federacji. A mimo to Mińsk formalnie pozostaje neutralny, armia łukaszenki nawet niejawnie nie angażuje się w działania bojowe, Ukraina zaś – pomijając warstwę retoryczną/zmagania propagandowe – nie przeprowadza uderzeń odwetowych – ani w miejsca koncentracji rosjan, ani tym bardziej w białoruskie instalacje wojskowe. Jeśli współcześnie coś zasługuje na miano „dziwnej wojny”, to są to właśnie relacje ukraińsko-białoruskie.

Czy rosjanie pozostaliby równie powściągliwi? A czy atakują hub logistyczny w rzeszowskiej Jasionce, przejścia graniczne, przez które nieprzerwanie płynie pomoc wojskowa dla Ukrainy? Wiosną zeszłego roku zupełnie poważnie rozważałem scenariusz prewencyjnego ataku moskali na lotnisko w Malborku czy Mińsku Mazowieckim, gdzie stały nasze MiG-i-29. Wtedy po raz pierwszy zaczęto mówić o ich przekazaniu, kilka iskanderów – kalkulowałem – załatwiłoby sprawę, patrząc z perspektywy Moskwy. Wojny pewnie by z tego nie było – przewidywałem – przeszacowując rosyjskie skłonności do gry va banque. Rok później MiG-i poleciały do Ukrainy (część z nich; część przekazanych maszyn dotarła na wschód rozebrana, transportem kołowym), startując z lotniska w Krakowie. Za sterami siedzieli, a jakże, ukraińscy piloci. Podobny scenariusz zrealizowano w przypadku dostaw słowackich „dwudziestek-dziewiątek”. Nikt się reakcjami Moskwy nie przejmował, Kreml nabrał wody w usta. Dostawy samolotów miały być kolejną „czerwoną linią”, po przekroczeniu której rosja – straszyli jej przedstawiciele – podejmie dramatyczne kroki. Tych linii przekroczono do dziś tak wiele, że nie jestem w stanie ich zliczyć. Mam za to pewność, że federacja, obecnie – z tak dramatycznie osłabioną armią konwencjonalną – nie odważyłaby się ryzykować otwartego konfliktu z NATO.

Pytanie czy NATO byłoby gotowe mimo wszystko podbijać stawkę?

Na potrzeby tego tekstu – by móc rozważyć opisany scenariusz wsparcia dla wojennej eksploatacji ukraińskich „efów” – załóżmy, że tak. I co mamy? Ano brutalny realizm.

Pamiętacie (z lektur), co się działo z niemieckimi pilotami myśliwców, którzy w czasie bitwy o Anglię, w ferworze walki, za daleko bądź na za długo zapuścili się nad terytorium wroga? Kończyli w morzu (w Kanale) i często był to koniec oznaczający śmierć. Niewystarczający zasięg messerschmittów był jedną z przyczyn porażki flotylli Hermana Goeringa w zmaganiach z brytyjskim RAF-em. Dlaczego o tym wspominam? W potocznych wyobrażeniach umyka nam fakt, że Ukraina to naprawdę rozległy kraj (dwa razy większy od Polski), co ma istotny wpływ na sposób prowadzenia działań wojennych, także operacji lotniczych. F-16 może dużo, ale ma ograniczenia. Patrząc na nominalny zasięg – wynoszący ponad trzy tysiące kilometrów – możemy tego nie dostrzegać. Tyle że to maszyna bojowa, przenosząca uzbrojenie, w warunkach wojennych nielecąca „po sznurku”, a manewrująca, zaś jej pilot po wykonaniu zadania musi jeszcze wrócić do bazy. Nie sposób znieść zależności między masą amunicji a masą paliwa; tu zawsze bierze się jedno kosztem drugiego. W efekcie promień działania „efów” jest znacząco niższy niż zasięg – i wynosi 550 km. „Szesnastki” startujące z Polski mogłyby realizować zadania nad zachodnią i centralną Ukrainą, samoloty bazujące w Rumunii „ogarniać” częściowo południe. A co z resztą terytorium, zwłaszcza z obszarem działań bojowych na wschodzie kraju?

Co więcej, „efy” są szybkie, ale czaso-przestrzeni nie zaginają. Rutynowe patrole z pewnością by nie wystarczyły, samoloty musiałyby działać w reżimie QRF, sił szybkiego reagowania. Realnie rzecz ujmując – albo mieć blisko, albo cały czas „wisieć w powietrzu”. Oczywiście, w takim scenariuszu można myśleć o użyciu powietrznych tankowców, ale: Kijów ich nie posiada, NATO nie planuje transferu, własnych maszyn w rejon walk nie wyśle, powietrzne tankowanie to już „wyższa szkoła jazdy” (co kłóci się z pomysłem uczenia ukraińskich pilotów „na szybkości”), no i koniec końców, nie da się nad Ukrainą zabezpieczyć procesu podejmowania paliwa.

Idźmy dalej. F-16 to samolot amerykański, przewidziany do użycia zgodnie z zachodnią filozofią prowadzenia operacji lotniczych. By nie wchodzić w zbędne szczegóły, skupmy się na kwestii wsparcia misji „efów” przez samoloty AWACS. To te maszyny z radarami na grzbietach, służące do nadzoru przestrzeni powietrznej. AWACS-y „widzą” dalej niż pozwalają na to radary maszyn myśliwskich – w sprzyjających warunkach nawet na odległość do 600 km i mogą śledzić równocześnie wiele celów (od kilkudziesięciu do kilkuset). Służą zatem poszerzaniu świadomości sytuacyjnej pilotów maszyn bojowych, do których na bieżąco kierowane są informacje pozyskane z obserwacji. W takich warunkach można działać z wyprzedzeniem, możliwa jest też koordynacja pracy całych ugrupowań lotniczych. Ukraińcy takim sprzętem nie dysponują, natowskie AWACS-y latające wzdłuż dostępnych granic lądowych i morskich Ukrainy nie dałyby pełnego rozwiązania. No i znów mielibyśmy problem aktywnego wspierania operacji bojowych ukraińskiego lotnictwa. I w tym przypadku precedens już jest: podczas tropienia, zakończonego zatopieniem krążownika „Moskwa”, misję rozpoznawczą na rzecz Ukraińców prowadził amerykański bezzałogowiec. Tym niemniej najbardziej korzystną sytuację wypracowałby klasyczny AWACS operujący nad centralną Ukrainą – na co Sojusz sobie nie pozwoli.

To wszystko skłania mnie do opinii, że transfer F-16 do Ukrainy to raczej opcja na powojnie. Pierwszy poważny krok w kierunku westernizacji ukraińskich sił powietrznych i budowania ich potencjału odstraszania. Ukraina za kilka lat – dysponująca dwoma setkami zachodnich maszyn (nie tylko „szesnastkami”), zapleczem i dobrze wyszkolonym personelem – będzie dla rosji zbyt wymagającym przeciwnikiem, by Moskwa zaryzykowała kolejną próbę inwazji. Nie znaczy to, że „efy” nie zdążą powalczyć w tej wojnie. Zapewne stanie się to udziałem kilku maszyn i pilotów. Misje, które zostaną przeprowadzone, nie wykorzystają pełnego spektrum możliwości F-16, obciążone też będą znacznie większym ryzykiem. Pouczające w tym zakresie mogą być doświadczenia z czołgami Leopard – wykorzystane po krótkim szkoleniu i w uboższym ekosystemie wojskowym niż natowski, tanki wcale nie okazały się super-bronią. Udowodniły wyższość nad rosyjskimi odpowiednikami, ale i tak płonęły. „Efy” też będą płonąć i spadać, czego warto mieć świadomość już dziś. Lepszy bowiem realizm niż karmienie nierealistycznych oczekiwań…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Polskie „efy” podczas misji Air Policing w krajach nadbałtyckich/fot. Bartek Bera

Zawziętość

Zdjęcie Wołodymyra Zełenskiego na tle F-16, w towarzystwie holenderskiego premiera Marka Rutte, rozeszło się wczoraj po sieci niczym burza. Co ciekawe, w Ukrainie nie było aż tak popularne, jak można by się tego spodziewać; mimo iż „selfiak” niósł niezwykle istotną dla kraju wiadomość, o jego percepcji zadecydował wizerunek prezydenta, który nie ma już takiego rządu dusz jak w pierwszych miesiącach wojny. W zakresie polityki wewnętrznej sytuacja w Ukrainie ulega stabilizacji – jakkolwiek prezydencka władza pozostaje niezagrożona, w coraz większym stopniu musi się mierzyć z ponownie wyrażanymi partyjnymi i środowiskowymi interesami. Mam też wrażenie, że Ukraińców męczy już celebrycki nieco charakter autoprezentacji głowy państwa (co za granicą czyni Zełenskiego wciąż niezwykle lubianym politykiem). Ale to uwagi na marginesie – dziś chciałbym się zająć istotą tematu, czyli „efami”.

O F-16 w kontekście Ukrainy napisano mnóstwo tekstów, nie zamierzam więc powielać łatwo dostępnych informacji. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii.

Zacznijmy od liczby zadeklarowanych samolotów. Zełenski mówił wczoraj o 42 sztukach z Holandii, kilkadziesiąt minut  później pojawiła się informacja o gotowości Danii do przekazania 19 F-16. Czyli razem byłoby to 61 sztuk; niebagatelna siła. Dla porządku przypomnijmy – Polska zakupiła 20 lat temu 48 „efów”. Problem w tym, że strona holenderska nie potwierdza danych Zełenskiego. Niderlandy mają obecnie 24 operacyjne (sprawne) „efy”, około dwudziestu pozostałych maszyn jest w stanie nielotnym, a część z nich służy jako rezerwuar części zamiennych. I zapewne w takim charakterze te maszyny zostaną przekazane Kijowowi. Spośród sprawnych 24 holenderskich F-16, jeden samolot już de facto został Ukraińcom podarowany – latają nim ukraińscy piloci, kilka dni temu maszyna była nawet w Ukrainie. Zostają zatem 23 myśliwce, co z 19 duńskimi daje 42 sztuki (jestem pewien, że taki był kontekst wypowiedzi Zełenskiego). Czterdzieści dwa samoloty to nadal dużo, no i pamiętajmy, że Holandia i Dania jedynie przecierają szlak – że będą inni donatorzy, w tym USA, gdzie najnowsza wersja rozwojowa „efów” nadal jest produkowana.

Holenderskie i duńskie „szesnastki” młode nie są, ale pozostały resurs pozwala na ich intensywną eksploatację jeszcze przez kilka lat. Z powodu wieku nie są też demonstratorami szczytowej zachodniej techniki lotniczej, były jednak modernizowane i stanowią groźną broń. Ich zasadniczą zaletą jest możliwość przenoszenia zachodnich systemów uzbrojenia, pełnego spektrum, obejmującego zarówno amunicję do niszczenia celów powietrznych, różnego rodzaju bomby, lotnicze pociski manewrujące, a nawet rakiety przeciwokrętowe. Są do tego zaprojektowane, więc dla ukraińskiego lotnictwa skończy się okres „radosnej” improwizacji – nie trzeba już będzie integrować „na siłę” zachodniej amunicji z poradzieckimi samolotami, na czym zwykle cierpiała skuteczność tej pierwszej.

Do tej pory wyprodukowano ponad 4,5 tys. „szesnastek”, co przy trwającej nadal produkcji oznacza – przynajmniej potencjalnie – brak kłopotów, z jakimi borykają się obecnie siły powietrzne Ukrainy. Posowiecki sprzęt się zużywa, niszczeje w akcji, a możliwości jego zastępowania w zasadzie już nie ma. Ukraina nie produkuje własnej broni tej klasy, zasoby sojuszników niegdyś korzystających z uzbrojenia wyprodukowanego w ZSRR są na wyczerpaniu, a rosyjski przemysł z oczywistych powodów nie stanowi żadnej alternatywy. W tej chwili ukraińska flota powietrzna ma około 60 sprawnych maszyn różnych typów – przy obecnej dynamice działań bojowych za rok większość z nich zostanie zniszczona lub „zajechana na amen”. Jest więc transfer „efów” nie tyle sposobem na zbudowanie nowej jakości ukraińskiego lotnictwa, co przede wszystkim metodą na podtrzymanie jego zdolności bojowych; jakościowa zmiana in plus to w tym ujęciu „bonus”.

Ale i nie czarujmy się co do skali tej zmiany. F-16 napsują rosjanom krwi, ale radykalnych rozstrzygnięć nie przyniosą. Wynika to z dwóch rodzajów czynników – ludzkich i technicznych – wzajemnie się przenikających. Wielu z nas ma błędne wyobrażenia na temat jakości ukraińskich pilotów. Legenda „Ducha Kijowa” i późniejsze działania propagandy każą postrzegać ich jako doświadczonych zawodowców. Nic bardziej błędnego. Ukraińskie lotnictwo po 1991 roku funkcjonowało w realiach permanentnego kryzysu – nie zmieniła tego nawet wojna w Donbasie, bo między 2014 a 2022 rokiem prawie nie używano tam lotnictwa. Dość wspomnieć, że większość pilotów mogła się pochwalić nalotami na poziomie 30-40 proc. niezbędnego minimum. Pełnoskalowy konflikt niewiele w kwestii wyszkolenia zmienił. Brytyjskie źródła wywiadowcze szacują, że do tej pory rosjanie stracili około 70 samolotów, Ukraińcy 60. Tylko kilka maszyn – głównie ukraińskich – spadło na skutek starć powietrznych; miażdżąca większość strat obu stron to skutek porażenia przez systemy obrony przeciwlotniczej (niekiedy własnej…). Słabi nie tylko liczbowo, ale i jakościowo Ukraińcy nie walczą z rosjanami o uzyskanie przewagi powietrznej. Realizują przede wszystkim misje wsparcia wojsk lądowych i to w iście partyzanckim stylu: wystartuj, leć jak najniżej, doleć jak najbliżej, poślij rakiety/bomby, wiej (znów ryzykując otarcie spodu samolotu o korony drzew). Te zadania wymagają wielkiej odwagi, poprawiają ogólne zdolności pilotażu, ale nie czynią z lotników fachowców o umiejętnościach absolwentów Top Gun. Szczęśliwie u rosjan jest niewiele lepiej – kompetencje są na tyle niskie, że siły powietrzne rosji nie potrafią wykorzystać atutu, jaki daje im nowocześniejszy i liczniej posiadany sprzęt. W efekcie strony konfliktu szachują się własnymi słabościami. Konkludując wątek – Ukraina nie wyśle na Zachód supermenów, tylko taką kadrę, jaką ma. I ona owszem, mogłaby na „efach” zrobić „cuda na kiju” – ale na to potrzeba czasu, lat intensywnych szkoleń.

„Ale przecież ukraińscy piloci już od dawna się szkolą w USA” – słyszę i czytam. Wiem o jednej takiej grupie, która w połowie zeszłego roku poleciała za ocean, inne doniesienia znam wyłącznie z dziennikarskich spekulacji. Wspomniana grupa miała doskonalić techniki pilotażu i obsługi na poradzieckim sprzęcie, zgromadzonym swego czasu przez Amerykanów. I niejako przy okazji zapoznawać się też z produktami made in USA. Wobec braku politycznej zgody na transfer samolotów z tej drugiej opcji nic nie wyszło. Ukraińcy czasu nie zmarnowali, zwłaszcza że to przy ich pomocy testowano możliwości adaptacji zachodniego uzbrojenia do sowieckich maszyn. Niemniej wrócili do ojczyzny bez większych doświadczeń za sterami „efów”. Część z nich już zresztą nie żyje, bo to z tego grona pochodzą piloci obsługujący posowieckie samoloty, wyposażone w zachodnią amunicję – a na ten personel, i te samoloty, rosjanie polują z szaloną zawziętością.

Polować też będą na „efy”, gdy już pojawią się na ukraińskiej ziemi; za pewnik można uznać, że zniszczenie jak największej liczby F-16 będzie dla moskali punktem honoru. Co oznacza, że transferowi samolotów muszą towarzyszyć dostawy nowoczesnych systemów OPL – na przykład patriotów. Mało kto zdaje sobie sprawę z tej korelacji (konieczności) – i jej możliwych implikacji. Wyrzutnie Patriot czy NASAMS to koszmarnie drogie „zabawki”, Ukraińcy nie mają ich dość, by skutecznie bronić wszystkich większych miast, a możliwości finansowe i produkcyjne donatorów nie są z gumy. Chronić cywilów czy cenne uzbrojenie? – oto dylemat, przed jakim mogą stanąć ukraińskie władze. Tym większy, że samoloty to jedno. Drugie wynika z faktu, że „efy” potrzebują specyficznej infrastruktury lotniskowej. Dość o tym napisano w innych publikacjach, zauważę więc tylko, że przebudowanych lotnisk, nawet jeśli pustych (konieczność częstych przebazowań to jedna z wojennych oczywistości) i tak trzeba będzie bronić.

Chyba że… – o czym jutro, w kolejnym wpisie. Do lektury którego zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi i Patrycji Złotockiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Marcinowi Lyszkiewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Prezydent Ukrainy i premier Holandii/fot. Wołodymyr Zełenski

„Wiatr”

32 lata temu nie było aż tak gorąco jak dziś; klimat mieliśmy deczko inny. Ale zrobiło mi się gorąco, gdy przyszły wieści z Moskwy.

„I to już, ledwie dwa lata i koniec?” – dręczyło mnie to pytanie. Pucz Giennadija Janajewa, który miał na celu restytucję Związku Sowieckiego, postrzegałem jako niebezpieczny regres. „Te diabły znów tu przyjadą” – orzekła Babcia, która raz już wizytę bolszewickich żołdaków przeżyła, zimą 1945 roku. Nie znajdywałem argumentów, by jej zaprzeczyć. Miałem 15 lat; za mało, by mieć na zawołanie sensowne i przekonujące pocieszenia, dość, by zupełnie świadomie się bać. Przeżyłem w komunie 13 pierwszych lat życia, groza wcale nie była dominującym doświadczeniem tamtych czasów, ale obawiałem się, że powrót starego w towarzystwie sowieckich czołgów nie będzie niczym dobrym.

Tego dnia sprawy postrzegało w ten sposób wielu Polaków. A ulubiona wówczas rozgłośnia – Radio PiK – raz za razem nadawała „Wind of change” Scorpionsów. Po 1989 roku z Moskwy wiał wiatr zmian. Dobrych zmian, które chcieliśmy, by trwały.

Czołgi i komusze ryje aparatczyków odbierały nadzieje.

Na szczęście puczystom nie pykło. A sowiety wkrótce ostatecznie się rozpadły. Polska weszła w okres prosperity, na lata zapominając o rosyjskim zagrożeniu.

Aż putinowi zechciało się wojować; zamarzył mu się Związek Sowiecki 2.0. W 2014 i w 2022 roku dał nam, szuja, mnóstwo powodów do strachu.

Strachu, z którego mnie na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy wyleczyli Ukraińcy. Nie boję się już dziś „diabłów ze wschodu”. Wiem, że mają broń jądrową, ale my (wolny świat) też ją mamy, co czyni zagrożenie mocno abstrakcyjnym. Wiem, że gdyby rosjanie zwrócili się przeciw nam, zginęłoby wielu ludzi – tak, jak giną teraz Ukraińcy. Ale wiem też, że nie są niepowstrzymani, że można im spuścić łomot i zachować wolność. Dla mnie to ożywcza świadomość, prawdziwy wind of change.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Borys Jelcyn, zwycięzca puczu, następnie „ojciec” nieudanej próby demokratyzacji rosji/fot. Kremlin.ru