Deklasacja

Z filmów udostępnianych przez ukraińską armię można wywieść błędny wniosek – że wojna na wschodzie to starcie rosyjskich pancernych kolumn z niewielkimi oddziałami piechoty, wyposażonej w wyrzutnie przeciwpancerne i drony. W rzeczywistości konflikt toczy się w znacznie szerszym spektrum, ma też bowiem charakter ciężkich lądowych zmagań zmechanizowanych formacji, wspartych potężnym ogniem artylerii lufowej i rakietowej. Przekaz ukraińskiej propagandy skupia się na działaniach, w których przewaga obrońców jest wyraźna. To sposób na budowanie morale własnego wojska i społeczeństwa, a jednocześnie metoda, która ma zaskarbić Ukrainie przychylność zachodnich opinii publicznych, będąc przy tym rodzajem podziękowania za udzielone materiałowe wsparcie. „Nie marnujemy przekazanej nam przez Zachód broni”, przekonują Ukraińcy. Jako że ma to pokrycie w faktach – także w wymiarze strategicznym (rosyjska porażka na północy Ukrainy) – zachodnie rządy w coraz większym zakresie dozbrajają armię obrońców. Minął już – zdaje się, że bezpowrotnie – okres wątpliwości, czy przekazany do Ukrainy sprzęt nie wpadnie w ręce Rosjan. Pojedyncze sztuki agresorzy oczywiście przejmują, sporo broni niszczą w trakcie walk, ale przede wszystkim otrzymują za jej sprawą potężne lanie. Dosłownie i w przenośni, w postaci upadłego już na dobre mitu „trzeciej armii świata”.

Ankara drwi z Moskwy

Spory udział w tej deklasacji mają tureckie drony Bayraktar TB-2, których kilkadziesiąt sztuk Ukraina zakupiła jeszcze przed inwazją. Bezlitośni zabójcy ciężkiego sprzętu Rosjan dorobili się kultowego statusu – o Bayraktarach powstała już piosenka, udostępniania przez dziesiątki milionów internautów z całego świata. Nazwa drona stała się imieniem dla kilku chłopców, urodzonych w Ukrainie po rozpoczęciu inwazji. Ukraiński zaś wzbogacił się o nowe słowo „bajraktarzyć”, znaczące, w zależności od kontekstu, „gromienie Rosjan”, „mieszanie szyków”, czy „sprowadzanie nieszczęścia”. Najeźdźcy stają na głowie, żeby z arsenału obrońców wyeliminować groźne bezzałogowce, lecz idzie im tak sobie. Z oficjalnych danych rosyjskiego MON wynika, że Ukrainie straciła już wszystkie TB-2 – i to kilka razy (generalnie, gdyby wierzyć rosyjskim statystykom, armii ukraińskiej powinno już nie być, a nieliczni żołnierze walczyliby teraz bagnetami i pięściami). W rzeczywistości dowodów na liczne strącenia brak, za to wciąż pojawiają się nowe nagrania ilustrujące ataki uzbrojonych w rakiety Bayraktarów. Moskwa posunęła się nawet do złożenia oficjalnego protestu w Turcji, ale w odpowiedzi urzędnicy Kremla usłyszeli, że producent dronów to prywatne przedsiębiorstwo, zaś do zakupów doszło przed inwazją. W tym ostatnim przypadku Turcy zadrwili sobie z Rosjan, wiadomo bowiem o co najmniej jednej dostawie uzbrojonej wersji dronów już po 24 lutego. I innych transportach nieuzbrojonych mini-Bayraktarów, służących do rozpoznania. Niemal równie groźnych, do czego dobitnie przekonuje film udostępniony przez Ukraińców w pierwszym tygodniu kwietnia. Jego bohaterem jest uciekający rosyjski żołnierz, spłoszony wiszącym nad nim bezzałogowcem. Wojskowy biegnie w sumie kilkaset metrów, do swoich, zdradzając tym samym ich pozycje. Próby zestrzelenia drona przez kolegów spełzają na niczym, maszyna przekazuje lokalizację własnej artylerii. Wkrótce cały rosyjski posterunek zostaje zlikwidowany.

W takim celu – rozpoznawania terenu i przekazywania koordynat artylerzystom – Ukraińcy używają także bezzałogowców Fly-Eye. To urządzenia zaprojektowane i wyprodukowane w Polsce przez firmę WB Electronics. Pierwsze egzemplarze „latającego oka” trafiły do Ukrainy w 2015 r. i dotąd były głównie wykorzystywane przez oddziały specjalne do śledzenia ruchów wojsk separatystów w Donbasie. Przez siedem lat Ukraińcy nie stracili żadnej maszyny – zarówno w wyniku zestrzelenia, jak i ataku radioelektronicznego – co pozwala wystawić wysoką ocenę polskim konstruktorom. Czy Fly-Eye okazały się równie niezawodne w pełnoskalowym konflikcie? Ukraińcy twierdzą, że tak, zaś Rosjanie nie przedstawili żadnych przekonujących dowodów na zestrzelenie czy przejęcie polskiego drona. Jedno wszak jest pewne – w rozkręcającej się drugiej fazie wojny, bitwie o Donbas, Fly-Eye będą mogły w pełni zademonstrować swoje możliwości. Warunki terenowe, inne niż w zurbanizowanej północnej Ukrainie, to idealna przestrzeń operacyjna dla czołgów i artylerii. W wojnie manewrowej na rozległym stepie szybkie lokalizowanie nacierających ugrupowań przeciwnika to sprawa życia i śmierci.

U progu rewolucji

Doświadczenia z wojny za miedzą w sposób naturalny rodzą pytania o polskie możliwości w zakresie bojowego wykorzystania dronów. Prawdę powiedziawszy, jest z tym nawet gorzej niż przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji. Setka dronów kamikadze (tzw. amunicji krążącej), które były na wyposażeniu naszego wojska, w marcu trafiła do Ukrainy w ramach wsparcia materiałowego dla tamtejszej armii. Kilka lat temu ówczesny minister obrony Antoni Macierewicz zapowiadał kupno tysiąca Warmatów od WB Electronics, ale ostatecznie zignorował „prywaciarzy”, przekonując współpracowników, że państwowy koncern zbrojeniowy przedstawi konkurencyjną, wszechstronną ofertę dotyczącą dronów. PGZ do dziś nie potrafi zbudować takiej konstrukcji, skończyło się zatem na wspomnianych stu sztukach. Wojsko Polskie używa także kilkudziesięciu małych aparatów rozpoznawczych – izraelskich Orbiterów i polskich Fly-Eye. I to w zasadzie tyle. Ale…

Wiele wskazuje na to, że jesteśmy u progu dronowej rewolucji w naszych siłach zbrojnych. Latem zeszłego roku MON kupił od Turcji cztery zestawy (24 maszyny) uzbrojonych Bayraktarów, z pełnym pakietem szkolnym, logistycznym i amunicyjnym. Pierwsze samoloty miały trafić do Polski w 2022 r., lecz niedawno jeden z wiceministrów obrony skorygował ów termin na przyszły rok. Nie znamy przyczyny opóźnienia, możliwe, że Turcy przestawili moce produkcyjne na rzecz dostaw dla Ukraińców. Ci – w ramach realizacji kolejnego kontraktu z Ankarą – mieli uruchomić montownię TB-2 u siebie, ale wojna (wiele na to wskazuje) pokrzyżowała plany. Nie da się wykluczyć, że problem z dostawami dla Polski ma charakter polityczno-techniczny – na Turcji nadal ciąży amerykańsko-kanadyjskie embargo, które obejmuje wybrane elementy wyposażenia Bayraktarów. Co prawda Turcy zapewnili, że są w stanie znaleźć własne zamienniki, ale może mają z tym kłopoty.

Mimo przeszkód już dziś można założyć, że TB-2 skokowo podniosą potencjał WP. I to niebawem, bo dostawy mają się zakończyć w 2024 r. Do tego czasu arsenał naszej armii wzbogaci się również o amerykańskie rozpoznawczo-uderzeniowe MQ-9A Reaper – zapowiada ministerstwo obrony. „Żniwiarze” to dronowa super-liga. Te ważące z pełnym obciążeniem prawie pięć ton maszyny, mogą przebywać w powietrzu przez 27 h. Latają z prędkością 500 k/h i zabierają niemal 1,5 tony bomb i rakiet. Polska chce je pozyskać w tym roku, w ramach tzw.: pilnej potrzeby operacyjnej (zakup w trybie bezprzetargowym). „Pilne pozyskanie MQ-9A jest związane z sytuacją za wschodnią granicą Rzeczpospolitej”, tłumaczył okoliczności decyzji ppłk Krzysztof Płatek z Agencji Uzbrojenie. Z tych samych powodów trwają rozmowy między MON a Grupą WB Electronisc na temat zakupu zintegrowanych systemów obejmujących drony obserwacyjne i amunicję krążącą. Ustalenia objęte są tajemnicą – z przecieków wiadomo, że przedmiot potencjalnej umowy ma być wart miliard złotych, a dostawy zaczęłyby się jeszcze w bieżącym roku. „Na razie mogę tylko powiedzieć, że chłopaki od bezpilotowców nie nudzą się”, donosi moje źródło w WBE.

Z już zatwierdzonych kontraktów należy wspomnieć lutową umowę z WB Electronisc na 11 zestawów (44 maszyn) Fly-Eye. Z kolei w grudniu minionego roku Mariusz Błaszczak podpisał wart 170 mln zł kontrakt z PGZ na sto aparatów obserwacyjnych. Co ciekawe, dostawy mają się zacząć dopiero w 2024 r. i trwać przez trzy lata. Państwowy gigant wciąż nie ma gotowego projektu, a umowa jest de facto kroplówką i zarazem sposobem na sfinansowanie prac. Oby nie wyszedł z tego produkt podobny do rosyjskiego Orłana-10, podstawowego bezzałogowca najeźdźczej armii. Sprzęt warty wedle katalogu 120 tys. dol., to składak z części, które można nabyć w sklepie fotograficznym i na… śmietniku. „Oczy” Orłana okazały się być średniej jakości aparatem fotograficznym Canon (od kilku tygodni niedostępnym w Rosji z uwagi na sankcje). Za zbiornik paliwa zaś robiła… plastikowa butelka po wodzie. „Anałoga w miru niet”, zwykli chwalić swą broń Rosjanie. W rzeczy samej…

—–

Nz. Czy Polska zdecyduje się na kupno już kiedyś zapowiadanego tysiąca Warmatów?/fot. producenta

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 17/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przeżywalność

„Byłam wczoraj znów w Borodziance. Przyjechałam akurat, gdy strażacy kończyli czyszczenie kolejnej piwnicy. Tym razem znaleźli dwadzieścia pięć ciał. Ludzie mówili mi, że błagali ruskich, by ci pozwolili im pomóc uwięzionym pod gruzami. Ruskie śmiały się, że oczywiście pozwolą, ale każdy, kto spróbuje, zostanie zastrzelony. Strzelali do ludzi, którzy próbowali wyjść z mieszkań po wodę. Mieszkańcy bloków przez tydzień mieli z okien widok na ciała tych, którzy leżeli na podwórkach. Nagrywałam rozmowy z mieszkańcami miasta. Nagrałam dronem zniszczenia. Szkołę muzyczna, budynek UNESCO. Takie cholernie strategiczne i militarnie miejsca. (…) Jedyne, co zostało z kolejnych znalezionych pod gruzami ciał, to dziecięca czapka…” – pisze do mnie koleżanka. I załącza zdjęcie wspomnianego nakrycia głowy.

Po takiej lekturze nie stać mnie na współczucie, gdy czytam raporty na temat strat Rosjan. Ukraińskie media utrzymują, że podawana przez siły zbrojne liczba wyeliminowanych z walki najeźdźców w całości dotyczy poległych. Tych zatem ma być na dziś 20,5 tysięcy, obok aż 48 tysięcy rannych i poszkodowanych. Nie pierwszy raz spotykam się z tym rzędem wielkości strat. Zachodnie źródła ich nie potwierdzają, Rosjanie – co oczywiste – milczą. Siły zbrojne Ukrainy odsyłają do oficjalnych statystyk (gdzie 20,5 tysiąca to liczba zabitych, rannych i wziętych do niewoli), a jeden z moich rozmówców sugeruje, że mamy do czynienia z nadużyciem wynikłym z nieporozumienia. Te niemal 50 tysięcy ludzi to żołnierze czasowo niezdolni do walki, na skutek wyczerpania, chorób czy drobnych urazów.

Większość z nich zapewne potrzebuje tylko odpoczynku, a nie pomocy medycznej. Z którą zresztą, okazuje się, jest nielichy problem. Z danych ukraińskiego wywiadu wynika, że w białoruskich szpitalach przebywa niewielu rannych, w kostnicach za to zalegają wręcz ciała poległych żołnierzy. Rosja nadal nie spieszy się z ewakuacją zmarłych. Wysyłki do domów odbywają się w małych partiach, by nie wywoływać paniki w lokalnych społecznościach, z których pochodzili zabici.

W zachodnich i południowo-zachodnich regionach Rosji nadal nie odnotowano poważnego napływu rannych do placówek medycznych. Jak to pogodzić z danymi z oficjalnych raportów? Największe straty najeźdźcy ponoszą teraz w Donbasie, gdzie wykorzystuje się przede wszystkim siły zbrojne  ludowych republik. Regularna rosyjska armia zabezpiecza tyły, walczą mężczyźni noszący niegdyś ukraińskie paszporty. Biorąc pod uwagę jakość opieki medycznej w DRL i ŁRL (przeżywa tylko jedna trzecia rannych żołnierzy…), trudno oprzeć się wrażeniu, że dowództwo rosyjskie traktuje zmobilizowanych „Noworosjan” jak mięso armatnie. Przypominają mi się słowa mojej koleżanki, Ukrainki z Zaporoża. „ZSRR wysyłał do Afganistanu nieproporcjonalnie dużą liczbę Ukraińców, by tam ginęli. Teraz większość żołnierzy posyłanych do Ukrainy pochodzi z Kaukazu i innych autonomicznych republik narodowych Federacji Rosyjskiej. I masowo oddają tu życie. Mieszkańców okupowanego Donbasu również traktuje się arogancko jako prawie-Rosjan, mniej wartych niż ci <<prawdziwi Rosjanie>>”. Tak wygląda rasizm w praktyce.

Ale nawet „solidne” rosyjskie papiery nie gwarantują porządnej opieki żołnierzom walczącym na południu. Krym jeszcze w czasach ukraińskich nie słynął z dobrej służby zdrowia; okupanci nic w tym zakresie nie zmienili, postawili za to miejscowe placówki przed zwiększonymi wyzwaniami. Szpitale i lecznice ani nie są w stanie leczyć wojskowych na odpowiednim poziomie, ani też świadczyć usług cywilom, zwłaszcza w przypadku nagłych zdarzeń. Moskwa tymczasem pozostaje głucha na prośby o pomoc – nie dosyła lekarzy, sprzętu, skąpi na dostawach leków i materiałów opatrunkowych. W efekcie przeżywa tylko trzech na dziesięciu rannych Rosjan, odesłanych na półwysep. Tak złych statystyk przeżywalności regularne armie nie notowały od kilkudziesięciu lat…

Nz. Dziecięca czapeczka z gruzowiska w Borodziance/fot. Mirella Koniecko

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Warto?

Ukraińcy po raz pierwszy od wielu dni podali informację na temat własnych strat. Uczynił to sam prezydent Zełenski, w wywiadzie udzielonym CNN. „Zginęło trzy tysiące naszych żołnierzy”, przyznaje głowa ukraińskiego państwa. Aż 10 tys. wojskowych zostało rannych, wielu ciężko, więc – jak mówi prezydent – „trudno powiedzieć, ilu z nich przeżyje”. Władze kraju nie są w stanie podać dokładnej liczby ofiar wśród ludności cywilnej. „Nie wiemy, ile osób poniosło śmierć na obszarach zajętych przez okupanta”, przyznaje Wołodymyr Zełenski, wymieniając nazwy takich miejscowości jak Chersoń, Berdiańsk, Mariupol czy Wołnowacha. Z innych rozproszonych źródeł wyłania się dramatyczny obraz, zgodnie z którym do tej pory mogło zginąć od 30 do 50 tys. cywilnych Ukraińców (w samym Mariupolu co najmniej 20 tys.).

Ale Rosjanie również ponoszą straty – te osobowe przekroczyły już pułap 20 tys. (z których 12 tys. to polegli, reszta: ranni i wzięci do niewoli). Wojska najeźdźcze są wyraźnie osłabione, także z uwagi na gigantyczne ilości utraconego sprzętu. Szukając jakiegoś efektownego porównania, szybko doszedłem do wniosku, że w ciągu 50 dni inwazji Rosjanie wytracili tyle wyposażenia, ile posiada całe Wojsko Polskie (plus/minus rzecz jasna). Spora cena, jak za zyski terytorialne wielkości dwóch naszych województw.

I właśnie te straty – oraz widmo kolejnych – odpowiadają za wyraźne spowolnienie rosyjskich działań. Agresor się przyczaił, zbiera siły, ale wcale nie jest przesądzone, że będzie w stanie mocno uderzyć. Wywiady amerykański i ukraiński, powołując się na źródła w rosyjskiej armii, podają, że Rosjanie spodziewają się kolejnych 10 tys. zabitych żołnierzy oraz 30 do 50 tysięcy rannych w trakcie bitwy o Donbas – tylko w ciągu pierwszego miesiąca (w założeniu, ma on być rozstrzygający). Co do techniki, straty w przyszłej bitwie szacowane są na co najmniej dwa tysiące jednostek sprzętu w ciągu czterech tygodni aktywnych działań bojowych. Wśród nich wymienia się około 300 czołgów, co najmniej tysiąc bojowych wozów piechoty, 500 ciężarówek i do 200 sztuk różnego rodzaju artylerii. Rosyjskie lotnictwo może stracić nawet 50 samolotów i setkę śmigłowców. Ale nie to najbardziej martwi dowódców, a brak pewności, czy uda się utrzymać zdobyte w tak trudnych okolicznościach tereny. I nie chodzi tylko o resztę Donbasu – która byłaby celem ofensywy – ale przede wszystkim tereny już okupowane, zajęte po 24 lutego, głównie obwód chersoński. Mówiąc wprost, Rosjanom najwyraźniej brakuje sił do jednoczesnego uderzenia i takiego nasycenia zajętych terenów własnymi jednostkami, by nie wpadły na powrót w ręce Ukraińców.

Na końcu jak zawsze jest twarda kalkulacja, a z tej wynika, że suma dotychczasowych i przyszłych strat sprawi, iż Rosja pozbędzie się… połowy swojego parku czołgów (chodzi o maszyny zmodernizowane i utrzymywane w stanie gotowości; stojący pod chmurką, rzekomo głęboko zakonserwowany szmelc nie liczy się w tym zestawieniu). A ponieważ możliwości rosyjskiej zbrojeniówki zostały na skutek sankcji mocno ograniczone (w zasadzie nie ma już mowy, „do odwołania”, o produkcji nowych czołgów), w głowach tamtejszych generałów coraz częściej gości myśl „czy warto?”.

Władimir Putin pewnie takich dylematów nie ma. Dla niego, zwłaszcza po utracie „Moskwy”, sprawa nabiera bardziej osobistego wymiaru. Putin upodobał sobie ów krążownik. Ponoć widział w nim emanację własnej osoby – niemłodej już, ale silnej postaci, zdolnej do hurtowego zastraszania „mniejszych zawodników”. Okręt zaś jak na złość spoczął na dnie, o czym rosyjskie media donosiły w tonie przerażenia i niedowierzania. „To wymaga zemsty!”, nawołują macherzy kremlowskiej propagandy. Żaden przy tym nie pochyla się nad losem załogi krążownika – mając ją gdzieś, bądź przyjmując za dobrą monetę zapewnienia dowództwa marynarki, że personel „Moskwy” został niemal w komplecie ewakuowany. Tymczasem rodziny marynarzy od trzech dni nie mają z nimi kontaktu. Przypomina Wam to coś? Bo ja wracam wspomnieniami do gorącego lata 2000 roku, gdy na dnie morza spoczął okręt podwodny „Kursk”, ówczesna duma rosyjskiej marynarki. Spoczął i choć część załogi można było uratować, Rosjanie nie zdecydowali się na odpowiednio szybkie przyjęcie zachodniej pomocy – a sami wydobyć żywych ludzi z wraku nie byli w stanie. Świadomość własnej niemocy nie stanęła na przeszkodzie, by przez kilka dób zwodzić żony i matki podwodniaków. Zapewniać je, że admiralicja robi wszystko, by wyciągnąć „naszych chłopców” na powierzchnię. Coś tam zrobiła, a potem uznała, że się nie da, i że prestiż Rosji, który ucierpiałby na skutek prośby o międzynarodową pomoc, jest ważniejszy niż życie marynarzy. Pamiętam relacje telewizyjne przedstawiające wyjące na spotkaniach z admirałami matki. Mój boże, jakie to było straszne…

Dziś znów duma Rosji ucierpiała. Ktoś uznał, że publicznej zniewagi byłoby za dużo, gdyby ujawnić, że większość załogi podzieliła los okrętu. Sączą więc władze informacje, a bliscy marynarzy żyją w niepewności. 22 lata temu decyzję w sprawie okłamywania marynarskich rodzin podjął Władimir Putin; takie były początki jego możnowładczej kariery. Dziś tylko on ma w Rosji tyle władzy, by w sprawie „Moskwy” decydować o tym, co ludziom mówić, a czego nie. Obyśmy mieli tu do czynienia z symboliczną klamrą, która zepnie dwa morskie dramaty wspólnym motywem kłamstwa, wyznaczając początek i koniec putinizmu.

I skoro o końcu mowa – dziś w Petersburgu pochowano gen. Władimira Florowa, zastępcę dowódcy 8 Armii. To ósmy rosyjski generał poległy w Ukrainie…

—–

Doceniasz moją pracę? Proszę zatem:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Odkupienie

Godzina 11.00. Przyszedł czas, by się pożegnać. „Nienawiść”, „Sigma” i Wadim poszli nad ranem do okopów, ścisnąłem więc dłonie kilku innym żołnierzom. I gdy doszedłem do „Paramedyka”, ten rzucił:

– Do zobaczenia w Moskwie!

Rozbawiła mnie ta zuchwałość, ale zaraz potem poczułem smutek. Żal mi było tych chłopaków, najpierw skrzywdzonych przez durnych ideologów, a potem przez własne państwo, którego inercja skazywała ich na bezsensowne trwanie w tym gruzowisku.

– Życzę wam szczęścia – odparłem po ukraińsku, zastanawiając się, ilu z nich przetrwa kolejne „małe wojny”.

—–

Tak zakończyłem napisany w lipcu 2015 roku reportaż z pobytu na ukraińskich pozycjach w Szyrokino. Tekst nosił tytuł „Chłopcy z Azowa bronią Mariupola, Ukrainy i białej Europy”, i w znacznej części poświęcony był znanemu już wówczas pułkowi (wtedy batalionowi). Tytułowi chłopcy to jeden z plutonów Azowa, rozlokowany w ruinach dawnego ośrodka wypoczynkowego Majak, na wzniesieniu, skąd stromą skarpą schodziło się wprost na piękną plażę. Mój boże, jak ja chciałem się wtedy wykąpać w tej lazurowej wodzie. Ale „tamci” walili z moździerzy, jak tylko ktoś wchodził do morza. Stopy zmoczyć można było, ale by się zanurzyć, należało pokonać spory kawał płycizny, gdzie człowiek wystawiał się już na widok „separów”. Skończyło się więc na spacerze wzdłuż plaży. Z której i tak później wialiśmy w podskokach – ja, mój fotoreporter Darek, Wadim i „Sigma” – bo jednak ktoś nas wypatrzył.

—–

A mój tekst bezbłędnie wypatrzyła kremlowska propaganda. I się zaczęło. Przetłumaczono go na rosyjski jeszcze tego samego dnia, emitując w kilku najpopularniejszych rosyjskojęzycznych portalach. W następnych dniach przyszły kolejne tłumaczenia, na jeszcze inne języki. Także na chiński, co było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. I wisiało tak to przez lata, nieźle zindeksowane, na zawsze już skojarzone z moim nazwiskiem. Po 24 lutego znów wybiło wysoko w rekordach Googla, co w chwilach słabości traktowałem jako osobistą zemstę orków na mojej osobie, a co tak naprawdę było skumulowanym efektem działań rosyjskiej propagandy i naturalnego zainteresowania internautów pułkiem Azow.

—–

Jest bowiem Azow formacją kontrowersyjną. Latem 2015 roku nie do końca wiedziałem, co zastanę na południowym odcinku donbaskiego frontu. Miałem świadomość, że Azow to prawicowe ugrupowanie, jednak obraz tego batalionu – budowany przez mainstreamowe media w Polsce – kazał przypuszczać, że nazistowska symbolika i durna ideologia to raczej incydenty, gówniarskie wybryki i powody do wstydu; coś, co będzie przed mną ukrywane. Tymczasem już w koszarach w Mariupolu – na oficjalnym spotkaniu – „dostałem po oczach” wszelkiej maści gapami, swastykami i azowską interpretacją wilczego haka. Na froncie zaś było jeszcze gorzej, jeszcze więcej tego syfu.

—–

Przez cały pobyt wśród azowców miałem wrażenie kompletnego surrealizmu. Ci chłopcy bronili ojczyzny przed zbójeckim najeźdźcą, a jednocześnie schlebiali morderczej ideologii, której ofiarami swego czasu padli moi i ich przodkowie. Intelektualnie ogarniałem temat, wiedziałem, że dla azowców (neo)hitlerowska symbolika pozostawała atrakcyjna z uwagi na swój antysowiecki i antyrosyjski charakter. Tak naprawdę niewielu tam było zdeklarowanych rasistów, o co zresztą byłoby trudno, biorąc pod uwagę wieloetniczny charakter ukraińskiego społeczeństwa (ponad setka różnych etnosów), widoczny także w szeregach batalionu. Ci ludzie wyekstraktowali z nazizmu nienawiść do Rosjan, nie pozbywając się symbolicznej otoczki szerszego w gruncie rzeczy zjawiska. Ich osobisty dramat polegał też na tym, że większość nawet nie znała ukraińskiego i mówiła po rosyjsku, w języku wrogów.

—–

„Nie chcę tam jechać” – zareagowałem po raz pierwszy na propozycję kolegów, byśmy wybrali się do Azowa. Gardzę naziolami w jakimkolwiek wydaniu, niezależnie od tego, jakie noszą paszporty. Zwyciężył jednak racjonalny argument – że nie ja przecież decyduję o tym, kto z kim walczy. Mogę tylko zdecydować, czy chcę o tym pisać/robić materiały. A ostatecznie chciałem, bo tak rozumiem swoją dziennikarską powinność. Bo zamykanie oczu na problem nie sprawia, że ten znika. Pojechałem więc, napisałem obszerny reportaż i dziś nie zmieniłbym w nim ani słowa. Bo owszem, spotkałem dzielnych ludzi, szaleńczo oddanych ojczyźnie, ale zwichrowanych przez ideologię. Orki to podchwyciły, pragnęły bowiem, wciąż pragną!, przekonać cały świat, że ukraiński romans z nazizmem to powszechne zjawisko. A to oczywista nieprawda. Skrajnie prawicowe formacje ochotnicze stanowiły nieznaczny odsetek ukraińskich sił. Tolerowano je z uwagi na bitność i zasługi w powstrzymywaniu rosyjskiej agresji – i tylko do czasu.

—–

Azow jest obecnie częścią ukraińskiej gwardii narodowej. Przeszedł kadrową czystkę, sprofesjonalizował się. Na miano nazistów bardziej zasługują walczący z nim Rosjanie, którzy przecież nie kryją, że chodzi im o eksterminację ukraińskich elit i wynarodowienie reszty społeczeństwa. Dawne grzechy pułk odkupuje w Mariupolu, wiążąc wielokrotnie silniejsze rosyjskie oddziały. Azowcy walczą dziś na terenie jednej z tamtejszych stalowni, w gąszczu fabrycznej infrastruktury. Myślę, że w ruinach Azostalu wykuwa się kolejny ukraiński mit, podobny do epopei cyborgów z donieckiego lotniska. Te mity mają państwowotwórczą moc, będą – jak cała ta wojna – stanowić zręby nowej ukraińskiej tożsamości. Następne pokolenia nie będą musiały odwoływać się do moralnie wątpliwych wydarzeń i postaci z przeszłości, mając takie wzorce na wyciągnięcie ręki. Tym samym, w mojej ocenie, Azow spłacił swój honorowy dług.

—–

A chłopcy ze zdjęcia? Jeden zginął jeszcze w Donbasie, w 2016 roku. Drugi wciąż służy w pułku. Nie wiem, co stało się z trzecim. Darek, mój fotoreporter, dostarcza właśnie pomoc ukraińskiej armii; jest teraz gdzieś na północ od Kijowa. No a ja, za bardzo przez wojnę pokopany, piszę te słowa w pociągu z Krakowa do Warszawy. W wagonie, w którym Ukraińców jest chyba tylu, ilu Polaków, co niesie świadomość, że i nas ta wojna zmieni na zawsze. Co zaś się tyczy chłopców ze wstępu. „Nienawiść” nie żyje (zawsze chciał, żeby jego skalp z takim hasłem-tatuażem na głowie wziął sobie jakiś Rosjanin na pamiątkę; „będę im przypominał o mojej do nich nienawiści”, tłumaczył). „Sigma” nie żyje. Wadim wrócił kilka lat temu do Polski, dokończyć studia. Nie znam jego dalszych losów

Nz. Autor (w środku) i fotoreporter Darek Prosiński w towarzystwie żołnierzy Azowa/fot. z archiwum autora, lipiec 2015 roku

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Poligon…

…Ukraina. Wojna na wschodzie to okazja do wielu testów.

Wojna w Ukrainie to pierwszy od niemal 80 lat tak intensywny konflikt zbrojny w Europie. Naprzeciw siebie stanęły dwie regularne armie, wyposażone w potężne arsenały konwencjonalnych środków walki. Rosjanie i Ukraińcy mierzą się przede wszystkim na lądzie, ale wojna toczy się również w powietrzu i, w mniej spektakularnej skali, na morzu. Polem ostrej wymiany ciosów jest także przestrzeń informacyjna oraz środowisko cybernetyczne. Jest to zatem konflikt totalny, do którego obie strony delegowały pół miliona żołnierzy – a mowa tu wyłącznie o „tradycyjnych”, kinetycznych zmaganiach. Który swym zasięgiem obejmuje całość Ukrainy – pod względem wielkości będącej piątym krajem na kontynencie – i symboliczne skrawki Rosji. I który wreszcie rozlał się we wszystkie strony świata – w jego cyfrowym wymiarze oraz dosłownie, w postaci rzeki uchodźców docierających nawet za ocean.

Dotąd tylko w byłej Jugosławii, pod koniec XX w., walczyły ze sobą regularne wojska, z których część przeszła drogę od ochotniczych milicji po państwowe armie. Później nastał Donbas, gdzie po raz pierwszy starli się Ukraińcy z Rosjanami, ale tych drugich oficjalnie tam nie było. Kreml przekonywał nas bowiem, że mamy do czynienia z secesjonistami (słynnymi już „traktorzystami, górnikami i hutnikami”…). No i ta wojna miała samoograniczający się charakter, gdyż obie strony – choć używały broni ciężkiej – szybko zrezygnowały z działań lotniczych. I bałkańskie, i donbaskie zmagania cechowały się okresowo wysoką intensywnością, głównie jednak miały charakter „tlącej się wojny”, no i rozgrywały się na niewielkich obszarach. W przypadku Ukrainy dotyczyło to 7% terytorium, w dawnej Jugosławii większość walk toczyła się w maleńkiej Bośni. Sprzyjało to „zapominaniu” o konflikcie, nie tylko przez „resztę świata”. Gdy w Krajinie w 1995 r. grzmiały działa, w Zagrzebiu dyskoteki pękały w szwach. W 2015 r. we Lwowie widziałem sporo mundurowych i mnóstwo rekrutacyjnych bilbordów, cztery lata później życie w mieście przebiegało tak, jakby kraj nie był na wojnie.

Teraz jest inaczej i nawet na odległy od frontu Lwów spadają rakiety, a w metropolii kilka razy dziennie rozlegają się syreny alarmowe. Przez miasto i pod miastem co rusz przejeżdżają wojskowe konwoje, z których część wiezie dostarczane do Ukrainy zagraniczne uzbrojenie. O ile Donbas został przez Zachód w dużej mierze zignorowany, o tyle inwazja, która zaczęła się 24 lutego, zmobilizowała zachodnich przywódców do intensywnych działań. Wbrew temu, co zwykło się mówić, nie jest to sytuacja bez precedensu w powojennej historii Europy. Właśnie w byłej Jugosławii Zachód testował wszystkie możliwe strategie reakcji na kryzys – od obojętności, przez skrytą pomoc, po zaangażowanie militarne. To ostatnie także ewoluowało – od wymuszenia strefy wolnej od lotów nad Bośnią, po klasyczną operację wojskową skierowaną przeciw Serbii w 1999 r. Wspominam o tym, gdyż ważne jest, byśmy mieli świadomość istnienia innych aktorów niż Rosja i Ukraina. Konflikt „za miedzą” należy traktować jako starcie wielu podmiotów (III wojnę światową?), tak jak wiele jest płaszczyzn, na których się toczy. Na potrzeby tekstu podzieliłem je na trzy „poligony”. Podział ten jest oczywiście umowny, choćby dlatego, że wszystkie kategorie wzajemnie się przenikają.

Poligon strategiczno-operacyjny

Władimirowi Putinowi zamarzyła się wojna na miarę XXI w. W stylu znanym z amerykańskiej kultury strategicznej, gdzie szybkość łączy się z obezwładniającym charakterem pierwszych uderzeń. Minister obrony Siergiej Szojgu, który kilkanaście lat wcześniej otrzymał zadanie zmodernizowania wojska, zapewne zameldował prezydentowi, że armia „da radę”. Najpierw przeprowadzono atak przy użyciu pocisków manewrujących i rakiet balistycznych. Za cel obrano punkty dowodzenia, stanowiska obrony przeciwlotniczej, lotniska, składy materiałowe i inne krytyczne elementy ukraińskiej infrastruktury militarnej. Rakiety i bomby zrzuciły również samoloty, które jeszcze nie zdołały wrócić do baz, gdy do akcji wkroczyły oddziały lądowe. To było pierwsze odstępstwo od zasad nowoczesnej wojny, która przewiduje, że wstępna kampania lotnicza to operacja rozpisana na wiele dni. Wszystko po to, aby odpowiednio „zmiękczyć” obronę przeciwnika. Ta ukraińska została ledwie draśnięta, o czym Rosjanie szybko przekonali się na własnej skórze. Pancerne i zmechanizowane kolumny wjechały do Ukrainy z pięciu kierunków, rozpoczynając działania, które w terminologii wojskowej określa się mianem „rajdów”. Czołówki gnały przed siebie, kierując się do wyznaczonych miast-celów. Niczego po drodze nie zajmowano, nigdzie nie zostawiano tyłowych formacji. O ile ów wyścig można wytłumaczyć, o tyle podzielenie relatywnie małych sił (cały inwazyjny kontyngent – 200 tys. ludzi – to dwie trzecie armii ukraińskiej), okazało się kolejnym błędem rosyjskich generałów. Ukraińcy bowiem z brutalną skutecznością zaatakowali rozproszone kolumny i niechronione tyły.

O czym pewnie byśmy nie wiedzieli, gdyby akcja sił powietrznodesantowych (WDW) pod Kijowem zakończyła się sukcesem. Śmigłowcowy rajd na Hostomel w wykonaniu batalionu spadochroniarzy miał pozwolić na zajęcie lotniska, gdzie następnie wylądowałyby samoloty z zasadniczą częścią desantu. Lekkozbrojna, mobilna piechota – elita rosyjskiej armii – ruszyłaby na stolicę z zamiarem zajęcia rządowych budynków i pochwycenia ukraińskich przywódców. Po takiej „dekapitacji” – zakładali rosyjscy sztabowcy – opór Ukraińców zostałby zdławiony w zarodku. Tyle że operację przeprowadzono bez należytego rozpoznania. W efekcie żołnierze WDW wpadli w zasadzkę i w ciągu kilkunastu godzin zostali zdziesiątkowani.

Podobny los spotkał oddziały pancerne i zmechanizowane dążące do szybkiego zajęcia Charkowa. Ukraińska obrona spaliła rosyjskie czołgi na podejściu do miasta. Do centrum wdarły się jedynie lżejsze pojazdy, lecz i to na niewiele się zdało. Zdjęcia płonących tigrów – dumy rosyjskiego przemysłu motoryzacyjnego – wkrótce obiegły cały świat.

Już w trzecim dniu inwazji jasne było, że zaimplementowana na grunt rosyjski strategia wojny błyskawicznej się nie sprawdza. A ukraiński opór tężeje. Wkrótce agresorzy zaczęli zmagać się z poważnymi problemami logistycznymi. Wojna miała nie być intensywna, potrwać kilkadziesiąt godzin, z których większość to czas potrzebny na uchwycenie celów. Rosjanom zatem zaczęło brakować paliwa, amunicji i przede wszystkim żywności. Rachityczne dostawy paraliżowali ukraińscy obrońcy, a duże miasta jak na złość okazywały się twierdzami. Co więcej, niebo nadal nie było bezpieczne, mimo liczebnej przewagi rosyjskiego lotnictwa. Drugi rzut operacyjny, który miał już tylko porządkować sytuację, musiał wejść do twardej walki. Drugi rzut strategiczny, który wedle rosyjskiej myśli wojskowej powinien wymienić pierwszoliniowe formacje zmęczone po pierwszych dniach walki… nie istniał. Kreml nie przygotował rezerw i nie był w stanie ich znaleźć. Pierwszy rzut strategiczny rzucono do boju w radzieckim stylu, jakby za nim stało ogromne zaplecze materiałowe i ludzkie. Gdy się więc zużył, rosyjska machina wojenna stanęła.

I tak dochodzimy do jednej z największych tajemnic tej wojny, zawartej w pytaniu: dlaczego Moskwa potrzebowała aż miesiąca, by zdać sobie sprawę, że popełniła błąd? Już drugi tydzień inwazji obnażył błędy rosyjskich założeń dotyczących możliwości własnej armii i zdolności bojowych przeciwnika. A także woli oporu stojącego za nim społeczeństwa. Odpowiedzią może być przyjęta przez Rosjan taktyka bandyckich uderzeń w ludność cywilną. „Nie tak, to może tak?”, testowali Ukraińców rosyjscy generałowie, zakładając, że ktoś wreszcie pęknie. Albo cywile powiedzą „dość!” – jak swojego czasu warszawiacy powstańcom. Albo armia złamie się pod presją strat zadawanych mieszkańcom bombardowanych miast. W końcu każdy żołnierz ma jakąś rodzinę…

Niezależnie od intencji, jakie stały za działaniami Rosjan, z początkiem kwietnia ich dowództwo musiało przyznać się do porażki. Bo tym de facto jest wycofanie się z północy Ukrainy i przeniesienie ciężaru wojny na wschód.

Poligon technologiczny

W Ukrainie najnowsza technika mierzy się i przenika ze starszymi rozwiązaniami. Krzem konfrontuje ze stalą. Doskonała jakość wykonania zachodniej broni z bylejakością radzieckiej produkcji seryjnej. Moc medialnego obrazu z siłą kinetycznego uderzenia. Tylko śmierć pozostaje ta sama.

„Nie chciałbym być rosyjskim czołgistą…”, komentuje internauta film przedstawiający atak ukraińskiego „oszczepnika”, operatora ręcznej wyrzutni przeciwpancernej javelin. Na zarejestrowanym materiale dobrze widać skutki uderzenia pocisku. Po pierwotnej eksplozji następuje wybuch zgromadzonej w pojeździe amunicji. Potężna wieża wylatuje w powietrze i ląduje kilkadziesiąt metrów dalej. Z wnętrza kadłuba wydobywa się ogień, nikt z trzyosobowej załogi nie ma prawa przeżyć takiego piekła. Czołgi T-72 weszły na uzbrojenie ówczesnej armii radzieckiej na przełomie lat 70. i 80. XX w. Używane w Ukrainie egzemplarze mają po 30 lat i w wersji B3/B3M są przykładem solidnie przeprowadzonej modernizacji. Ale nie dość dobrej w konfrontacji z javelinem, „dzieckiem XXI w”. Gwoli rzetelności dodać należy, że Rosjanie dysponują podobnymi systemami przeciwpancernymi i zagłada ukraińskich czołgów (też przecież radzieckiej proweniencji) wygląda tak samo. Na tej wojnie czołgiści obu stron mają pod górkę.

Lecz istotnie, gorzej mają najeźdźcy. I nie chodzi tylko o naturalną przewagę obrońców, walczących u siebie. Świadomość sytuacyjna armii ukraińskiej jest wyższa niż rosyjskiej, w czym kryje się pozorny paradoks. Rosja ma satelity i dysponuje szerokim wachlarzem lotniczych środków rozpoznawczych, ale to Ukraińcy „widzą” więcej. I przede wszystkim – szybciej docierają do nich niezbędne dane. Rosyjski zwiad kosmiczny jest zdekompletowany, a wydajność i jakość pracy lotnictwa pozostawia wiele do życzenia. Już zebrane informacje trudno zaś w bezpieczny sposób przekazać dowódcom polowym, bo „trzecia armia świata” nie dorobiła się solidnego systemu komunikacyjnego. Osławiona Era – szczyt możliwości rosyjskiej branży hi-tech – opiera się o rozwiązania sprzed kilkunastu lat. Jest „dziurawa” do tego stopnia, że rosyjscy oficerowie często sięgają po nieszyfrowaną łączność radiową czy wręcz zwykłe komórki.

Tymczasem Ukraińców wspiera NATO. Dane satelitarne – głównie pozyskiwane przez Amerykanów – uzupełniają informacje zbierane przez samoloty. Jeszcze nim rozpoczęła się inwazja, maszyny AWACS (wczesnego ostrzegania) regularnie latały wzdłuż ukraińsko-rosyjskiej i ukraińsko-białoruskiej granicy. Po wybuchu wojny przeniosły się nad terytorium Polski i państw nadbałtyckich. Zasięg ich sensorów pozwala zbierać różnorakie sygnały z obszarów walk i głębokiego zaplecza, czyniąc „widzialnymi” właściwie każdy rodzaj aktywności wojsk rosyjskich pośrednio czy bezpośrednio zaangażowanych w konflikt. Co istotne, dzieje się to bez gryfu tajemnicy – ruchy samolotów, latających z włączonymi transponderami, można śledzić na popularnej aplikacji w czasie rzeczywistym. Intensyfikacja lotów rozpoznawczych począwszy od 24 lutego jest imponująca.

Imponujący jest również system dystrybucji danych, zbudowany przez Ukraińców. A warto mieć świadomość, że obrońcy unikają tworzenia dużych zgrupowań, które byłyby łatwym celem dla rosyjskich rakiet i lotnictwa. Walczą w grupach zadaniowych wielkości batalionu (600-800 żołnierzy), a na tyłach przeciwnika w formacjach nie większych niż kompanie (do 100 osób). Aby każdy otrzymał niezbędne informacje, potrzebna jest wydajna i dobrze zarządzana sieć. Tajemnicą poliszynela jest, że w pracach nad jej stworzeniem pomagali Amerykanie. Przy tej okazji wspomnieć należy, że jeszcze kilka lat temu Rosjanie mieli pokaźny wgląd w tajemnice ukraińskiego wojska. Poziom inwigilacji korpusu oficerskiego był bardzo wysoki, czym tłumaczy się m.in. początkowe porażki sił zbrojnych Ukrainy w Donbasie. Po 2014 r. Kijów przeprowadził co najmniej kilka personalnych czystek w armii, istotnie utrudniając pracę rosyjskiej agentury. Fakt, iż Moskwa przed inwazją tak niewiele wiedziała o możliwościach przeciwnika, świadczy o skuteczności tych działań.

Skuteczna okazuje się też „społecznościowa agencja wywiadowcza”, jak przechrzczono użytkowników aplikacji e-Wróg. Sama idea zbierania od cywilów danych o przeciwniku nie jest niczym nowym. Telefony w tym celu wykorzystywano już kilkadziesiąt lat temu. W czasie wojny w Iraku Amerykanie śledzili „gęstość” połączeń komórkowych, towarzyszących przemieszczaniu się ich oddziałów; na tej podstawie lokalizowali sieci informatorów ruchu oporu. Ukraińcy wykorzystują aplikację powstałą na bazie serwisu do komunikacji z administracją publiczną (z apki mogą korzystać wyłącznie obywatele Ukrainy). Z dostępnych informacji wynika, że e-Wroga używa ponad 200 tys. osób. Apka umożliwia współdzielenie się informacjami o ruchach wrogich jednostek, ich wyposażeniu, służy także do zgłaszania przeprowadzonych przez Rosjan ataków. W połączeniu z danymi pozyskanymi przez wojsko, pozwala to na pełniejsze mapowanie aktywności najeźdźców. Skutki okazują się dla nich tragiczne – do momentu oddania tego tekstu, bezpowrotne straty rosyjskie wynosiły 20 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli żołnierzy.

Poligon logistyczny

Straty nie byłby tak dotkliwe, a ukraiński opór tak twardy, gdyby nie zachodnie dostawy. Patrząc przez pryzmat lekkiej broni przeciwpancernej i przeciwlotniczej, armia ukraińska jest dziś najlepiej wyposażonym wojskiem świata. Nawet Amerykanie nie mogą pochwalić się podobnym nasyceniem tego rodzaju środkami walki. Dostawy zaczęły się na długo przed inwazją, choć wówczas nie miały spektakularnego wymiaru. Sprzętu jednak dotarło na tyle dużo, że Ukraińcy zdołali wyszkolić instruktorów i sporą liczbę operatorów. Gdy transporty ruszyły z kopyta, sprawnie poradzono sobie z wdrażaniem kolejnych żołnierzy. Z oficjalnych informacji dowództwa sił ukraińskich wynika, że zużycie tego rodzaju amunicji utrzymuje się na poziomie 300-500 sztuk tygodniowo. Cena pojedynczej rakiety waha się między 100 a 250 tys. dol., co daje obraz kosztów tej wojny. A na stingerach, piorunach czy javelinach Ukraińcy nie muszą oszczędzać – NATO wciąż dostarcza nowe pakiety amunicji.

Przodują Amerykanie, którzy od 24 lutego wysłali do Ukrainy broń o wartości 1,7 mld dol. Na ujawnionej przez Pentagon liście widnieje m.in. ponad 1,4 tys. ręcznych zestawów przeciwlotniczych Stinger, 5 tys. zestawów Javelin, 7 tys. innych wyrzutni przeciwpancernych, tysiące sztuk broni ręcznej, 50 mln sztuk amunicji oraz 45 tys. kompletów ochrony balistycznej (kamizelek i hełmów). W drugim tygodniu kwietnia Senat USA wskrzesił ustawę Lend-Lease z czasów II wojny, która pozwalała na szybkie (w oparciu o decyzje prezydenta) zaopatrywanie aliantów, głównie ZSRR, w niezbędny do walki z Niemcami sprzęt. Dziś beneficjentem de facto darmowych dostaw ma być nie tylko Ukraina, ale też kraje wschodniej flanki NATO. W oparciu o mechanizmy L-L Waszyngton zapowiedział wysyłkę tysięcy dronów-kamikaze, które w momencie druku tego numeru PRZEGLĄDU będą już zapewne w Ukrainie.

Ale Kijów potrzebuje również broni ciężkiej, bez której nie zatrzyma rosyjskiego naporu na wschodzie oraz nie przejdzie do działań kontrofensywnych. Czołgów, wozów bojowych, zestawów artylerii rakietowej, systemów przeciwlotniczych. „Dajcie nam jeden procent tego, co macie!”, apelował kilka tygodni temu prezydent Wołodymyr Załenski. Z konieczności musiałby to być sprzęt pochodzenia radzieckiego, znany Ukraińcom – ci bowiem nie mają czasu na wielotygodniowe czy wielomiesięczne szkolenia. Polska jest w Sojuszu największym dysponentem tego rodzaju broni, ale to Czesi zaczęli dostawy jako pierwsi. Czołgi T-72 i transportery BWP-1 z zasobów czeskiej armii trafiły do Ukrainy na początku kwietnia. Wcześniej baterię systemu przeciwlotniczego S-300 przekazała Ukraińcom Słowacja, otrzymując w zamian amerykańskie Patrioty. To oczywiście kropla w morzu potrzeb, ale widać jednocześnie, że po długich wahaniach coraz więcej natowskich rządów skłonnych jest wysyłać coś więcej niż lekką broń. Gdy piszę te słowa, w drodze do Polski znajduje się transport samochodów pancernych, które Ukrainie podarowała odległa Australia. Warszawa jeszcze nie podjęła decyzji w sprawie donacji sprzętu ciężkiego, ale zapewne i to się zmieni. Z Polski na front mogłyby trafić m.in. czołgi T-72 (w dalszej kolejności ich zmodernizowane wersje TP-91), samobieżne haubice Goździk, wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe Grad.

Dostawy oparte są o transport lotniczy, do którego wykorzystuje się lotniska na Słowacji, w Rumunii, przede wszystkim jednak w południowo-wschodniej Polsce. Stamtąd ciężarówkami broń trafia na granicę. Nie jest tajemnicą, że w tym celu otwarto kilka tymczasowych przejść, gdzie dostawy przeładowywane są na ukraińskie samochody. Zapakowane auta rozjeżdżają się następne do rozproszonych po całej zachodniej Ukrainie centrów logistycznych. Dla Rosjan to jedne z ważniejszych celów, a mimo to nie potrafią poradzić sobie z ich lokalizacją i niszczeniem.

—–

Nz. Australijskie wozy opancerzone w drodze do Ukrainy/Departament Obrony Australii

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 16/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Jeśli doceniasz moją pracę, proszę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to