„Sukcesy”

Zwycięskie przegrane. Co dla Rosjan i Ukraińców będzie sukcesem w toczonej wojnie?

Analitycy militarni zastanawiają się, jak będzie wyglądać najbliższa moskiewska parada z okazji Dnia Zwycięstwa, zwłaszcza jej naziemna odsłona. Rosjanom nie zabraknie historycznych modeli czołgów T-34, pieczołowicie przechowywanych w podstołecznych magazynach. Wystawią również najnowsze tanki T-14 – ich śladowa ilość i „problemy wieku niemowlęcego” sprawiły, że „czternastek” nie wysłano do Ukrainy. Na front pojechały za to inne paradne egzemplarze mniej nowoczesnych, za to solidnie (jak się wydawało…) zmodernizowanych wersji. Zwykle odpucowane, rdzewieją teraz na bitewnych polach wokół Charkowa, a dysponujące nimi elitarne dywizje rosyjskiej armii – 2 Tamańska i 4 Kantemirowska – jeszcze długo będą uzupełniać straty w ludziach. Tak zresztą jak i cała 1 Gwardyjska Armia Pancerna, w środowisku wojskowym określana mianem „pięści Kremla”, której Ukraińcy połamali niemal wszystkie palce. „Urraa!” nad Placem Czerwonym zapewne znów zabrzmi gromko, ale zamiast niezłomnych bohaterów kolejnej zwycięskiej „antyfaszystowskiej krucjaty”, zobaczymy raczej żołnierzy-statystów i czołgi wyciągnięte z głębokich rezerw.

Nie tak to miało być

24 lutego Władimir Putin poinformował świat, że gra o pełną stawkę – o zajęcie całej Ukrainy, zniszczenie jej armii i narzucenie marionetkowego rządu. Jego słowa współgrały z rozmachem rosyjskich działań – wojska inwazyjne uderzyły na pięciu różnych kierunkach, a siły powietrzne i rakietowe zaatakowały krytyczną infrastrukturę od wschodu po zachód kraju. Lecz minęło zaledwie kilka dni i okazało się, że Kreml przeszacował możliwości własnej armii, dramatycznie nie doszacował potencjału wojsk ukraińskich i woli obrony ukraińskiego społeczeństwa. Zagrywka va banque w stosunku do NATO i UE również obróciła się w mocno niekorzystny scenariusz, w którym Zachód szybko uruchomił sankcje i radykalnie zwiększył pomoc militarną dla Ukrainy. Po pięciu tygodniach krwawych walk Rosjanom nie udało się zająć ani Kijowa, ani Charkowa, umarły ich nadzieje na połączony białorusko-rosyjski atak na zachodnią Ukrainę. Donbas stał się areną wojny manewrowej, w której Ukraińcy hamują i ograniczają postępy wojsk inwazyjnych. Jedynym bezspornym sukcesem wydaje się być kampania na południu Ukrainy, choć nawet tam wciąż brakuje symbolicznego zwieńczenia w postaci zdobycia Mariupola.

Innymi słowy, nie tak to miało być. Wedle pierwotnych założeń, w drugiej połowie marca spec-operacja powinna się już zakończyć. Tymczasem gdy piszę te słowa, rosyjskie oddziały wycofują się spod Kijowa, co ma być wyrazem dobrej woli Moskwy. Siergiej Szojgu, minister obrony Federacji, deeskalację na odcinku kijowskim przedstawia jako skutek rozmów pokojowych w Turcji. Prawda zaś jest taka, że spod ukraińskiej stolicy wracają do domu jednostki najbardziej wykrwawione, niezdolne do dalszej kampanii. Dla Szojgu to żadna przeszkoda, by publicznie zadeklarować sukces „pierwszej fazy operacji specjalnej”. „Naszym celem od początku był Donbas”, zapewnia minister.

Szojgu kłamie, bo korekta zamiarów to odpowiedź na ukraiński opór. Korekta, która w dalszej perspektywie może oznaczać ponowną intensyfikację działań na kierunku kijowskim. W tym ujęciu odwrót jest jedynie zabiegiem taktycznym, zarówno w wymiarze politycznym (deklaracja rzekomej dobre woli), jak i wojskowym – a tak naprawdę chodzi o uśpienie czujności Ukraińców i zyskanie czasu na „odświeżenie” wojska. Druga możliwość zakłada rzeczywistą deeskalację na północnym zachodzie, by móc rzucić więcej sił na bardziej perspektywiczne odcinki frontu – w Donbasie i na południu. Wywiad elektroniczny NATO bezbłędnie „czyta” ruchy rosyjskich wojsk, wkrótce zatem będziemy wiedzieli, dokąd po odpoczynku i uzupełnieniach trafią wycofywane spod stolicy oddziały i ich ewentualni następcy.

Jeśli spełnią się przewidywania części analityków i Rosja uderzy mocniej na wschodzie Ukrainy, trzeba będzie przyjąć, że nowy rosyjski plan maksimum to zajęcie całego Zadnieprza. Czyli powrót do przeszłości, do nieudanych planów sprzed ośmiu lat, gdy mówiło się o powołaniu Noworosji. To oczywiście więcej niż Donbas, o którym wspominał Szojgu – i który wydaje się być rosyjskim planem minimum – lecz i tak są to ambicje odległe od idei wchłonięcia całej Ukrainy.

Przekroczenie czerwonej linii

A przecież nawet tak okrojony plan może zostać przez Ukraińców pokrzyżowany. W razie przeniesienia ciężaru walk na wschód, armia ukraińska też zdoła się przegrupować. Wiele analiz z pierwszych dni wojny zakładało szybkie rozbicie ukraińskich oddziałów na wschód od Dniepru. Rosyjska Stawka zapowiadała stworzenie kleszczy, które miały zacisnąć się od północy i południa, miażdżąc Ukraińców skoncentrowanych od Charkowa przez Połtawę, Dnipro, Zaporoże aż po Chersoń. Tymczasem gros tych wojsk nawet jeszcze nie weszła do walki, gros wciąż stawia silny opór, a gigantyczny kocioł na wschodzie nadal pozostaje niezrealizowanym marzeniem rosyjskich generałów. Jeśli z zachodu kraju przyjdzie Ukraińcom wsparcie, Rosjanom może zabraknąć sił na realizację czegoś więcej niż wspomniany plan minimum.

Chyba że rzucą do walki liczne i dodatkowe oddziały. Tylko skąd je wziąć? Rosja posiada nieznaczne rezerwy zawodowego i kontraktowego wojska. Od kilku dni sporo mówi się o poborze, który tradycyjnie zaczyna się 1 kwietnia. Kilkadziesiąt tysięcy rekrutów miałoby zostać skierowanych na front, w towarzystwie zmobilizowanych „przy okazji” (pod płaszczykiem branki) rezerwistów. Tyle że zarówno rezerwiści, jak i młode wojsko, potrzebują przeszkolenia. Tych pierwszych, od biedy, można posłać do walki po 2-3 tygodniach, szkolenie unitarne dla poborowych to kwestia 8-12 tygodni. A i tak w obu przypadkach mielibyśmy do czynienia z niskowykwalifikowanym „mięsem armatnim”, po czy w trakcie służby zasadniczej. Rosjanie ponieśli ogromne straty w oddziałach pancernych – na ich odtworzenie także trzeba czasu. Łatwo nauczyć żołnierza jazdy czołgiem „po sznurku”, ogarnięcie zawiłości taktyki – trików umożliwiających przetrwanie na polu walki, współpracę z innymi i przede wszystkim zabijanie przeciwnika – wymaga wielomiesięcznych szkoleń. I choć część rezerwistów może już „bazowe” kompetencje posiadać, nie zapominajmy, że wojna wymusza szkoleniowe korekty. Wiele z dotychczasowych rosyjskich założeń taktycznych zostało właśnie brutalnie sfalsyfikowanych. Konkludując, nie spodziewam się znaczących rosyjskich uzupełnień. Raczej większej brutalizacji działań z wykorzystaniem przewagi w artylerii i lotnictwie oraz dążenia do lokalnych wyłomów, z nadzieją, że przy którejś okazji ukraiński front się posypie.

Jak na razie wielkich szans na to nie ma. W ocenie amerykańskich służb, armia ukraińska zachowała ponad 80% wyjściowego potencjału. I wciąż jest dozbrajana. Brutalne ataki na cywilów nadal nie złamały woli oporu, „rozstrzygające” uderzenie przy użyciu broni masowego rażenia jest mało prawdopodobne. Jeszcze przed wizytą Joe Bidena w Europie, NATO dało do zrozumienia Kremlowi, że tego rodzaju eskalacja zostanie uznana za przekroczenie czerwonej linii, po której Sojusz zaangażuje się w działania zbrojne. Ustanowienie strefy no-fly nad Ukrainą w ciągu 2-3 dni wyeliminowałoby z akcji rosyjskie lotnictwo, co w dalszej kolejności przełożyłoby się na niepowodzenia na lądzie. A tak spotęgowanego blamażu Moskwie nie udałoby się przedstawić „swoim” jako zwycięstwa.

Ale i Ukraińcy nie mają lepiej, jeśli idzie o zwycięską narrację. Na obecnym etapie wojny niepodległość kraju zdaje się być niezagrożona, co obiektywnie patrząc, jest wspaniałym triumfem. Lecz z drugiej strony, straty terytorialne chyba są nieuniknione. I nie chodzi o Krym, z zajęciem którego Ukraińcy de facto się już pogodzili. Ani też o donbaskie quasi-republiki, które po 8 latach mafijnych rządów i rabunkowej gospodarki, są ekonomicznie, materialnie i społecznie zdewastowanie. Ich powrót na łono Ukrainy wiązałby się z gigantycznym obciążeniem, będącym zarazem – na skutek intensywnej rusyfikacji (a może bardziej „putinizacji”…) tamtejszej ludności – czymś na wzór brania odpowiedzialności za kukułcze jajo. Chodzi o świeżo podbite przez Rosjan tereny. W optymistycznym dla Ukrainy scenariuszu agresorzy wycofają się z północy (bo i po co im zdewastowane ziemie, na których tak bardzo ich nienawidzą?). Ale o dobrowolnym zwróceniu terytoriów łączących Krym z Donbasem Kijów może zapomnieć. A czy znajdzie siły, by je odbić?

—–

Nz. artyleria obrońców/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 15/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Jeśli docenisz moją pracę, proszę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dekapitacje

Wojskowi z całego świata przecierali oczy ze zdumienia, gdy w styczniu 2008 r. generał i pięciu wyższych rangą oficerów Polskich Sił Powietrznych nie przeżyło katastrofy samolotu CASA, który rozbił się pod Mirosławcem. Dwa lata później, gdy doszło do tragedii pod Smoleńskiem, szok był jeszcze większy – oto w pojedynczym wypadku śmierć poniosło aż dziewięciu najwyższych rangą dowódców Sił Zbrojnych RP. Tak jak w przypadku CASY, tak i Tupolewa, wojskowa międzynarodówka zachodziła na głowę, jakim cudem tak wielu ważnych ludzi wepchnięto na pokład pojedynczych maszyn. Szczęściem w nieszczęściu, obie tragedie wydarzyły się w czasie pokoju, lecz i tak polski „jakoś-tam-będzizm” (w innej odmianie „tupolewizm”), do dziś omawiany jest jako przykład skrajnej nieodpowiedzialności. Od kilkunastu dni wyrasta mu poważna konkurencja – rosyjska nonszalancja w traktowaniu życia własnych generałów i pułkowników, ginących na ukraińskim froncie.

Zemsta po latach

Do momentu złożenia tego numeru PRZEGLĄDU potwierdzono informacje o śmierci siedmiu rosyjskich generałów i co najmniej kilkunastu pułkowników. To pogrom, dla którego trudno znaleźć stosowne odniesienie, tak rzadko na współczesnych wojnach giną tak wysocy dowódcy, tak licznie, w tak krótkim czasie. Dla porządku wspomnę, że talibom udało się zabić pierwszego natowskiego generała – Amerykanina Harolda Greene’a – po niemal 13 latach wojny (w 2014 r.), podczas zamachu w szkole wojskowej w Kabulu. Nie była to zatem klasyczna sytuacja bojowa, wszak typowa dla asymetrycznego konfliktu, w którym większość poległych stanowiły ofiary zamachów i zasadzek. Rosyjskie wysokie szarże zaczęły ginąć już w pierwszym tygodniu inwazji. Listę otwiera Magomied Tuszajew, Czeczeniec, bliski współpracownik Razmana Kadyrowa. Tuszajew to generał tytularny (w armii rosyjskiej dosłużył się pułkownika), ale Witalij Gierasimow, pierwszy zastępca dowódcy 41. Armii, to już generał „prawdziwy”. Ten sam stopień w chwili śmierci nosił Andriej Kolesnikow, dowódca 29. Armii, oraz Andriej Suchowiecki, kolejny zastępca dowódcy 41. Armii. Następny zabity przez Ukraińców generał to Oleg Mitiajew, dowódca elitarnej 150 Dywizji Strzeleckiej. Jego los podzielił także Andriej Mordwiczew, stojący na czele 8. Armii Gwardii. Śmierć dopadła również gen. Jakowa Riezancewa ze sztabu 49. Armii. Warto też odnotować śmierć płk Siergieja Suchariewa, dowódcy 331 pułku spadochronowego, który podpadł Ukraińcom jeszcze w 2014 r., stał wówczas bowiem za masakrą oddziałów ukraińskich wycofujących się z kotła w Iłowajśku. Podczas walk pod Charkowem 252 pułk strzelców – oprócz utraty 30% stanów osobowych – pozbył się także dowódcy, płk Igora Nikołajewa. Właściwie każdy dzień przynosi podobne informacje i choć rosyjskie MON ich zwykle nie potwierdza, lokalne media w Rosji donoszą o pogrzebach wysokich przedstawicieli sił zbrojnych.

A co się dzieje po drugiej stronie? Ukraińcy przyznali się do utraty co najmniej kilku pułkowników (głównie pilotów), lecz nie wiemy nic o poległych generałach. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że bezpośrednio na froncie nie zginął żaden z nich – Rosjanie wykorzystaliby takie zdarzenie z jeszcze większą premedytacją niż Ukraińcy. Byłby to dla ich propagandy dowód na zwycięską kampanię i postępującą dezintegrację struktur dowódczych przeciwnika. Oczywiście, można założyć, że jakiś oficer poległ, a podwładni zdołali uchronić jego ciało przed przejęciem przez wrogów. No i pamiętajmy, że agresorzy, przy użyciu rakiet i bomb lotniczych, zaatakowali setki rozmaitych instalacji militarnych, w tym centra dowodzenia. Niewykluczone, że udało im się zabić któregoś z najwyższych rangą ukraińskich dowódców. Służby prasowe rosyjskiej armii nie informują o tym, bo nie mają pewności, Ukraińcy z kolei tylko w obliczu niepodważalnych dowodów potwierdzą stratę. Cała ich kampania informacyjna służy budowaniu morale, złe wieści przyniosłyby odwrotny skutek. Jeśli giną generałowie, to znak, że z wojskiem jest coś nie tak.

Pogarda dla życia

W teorii, dowodzenie oddziałami zaangażowanymi w walkę odbywa się na dwóch poziomach: organizacyjnym i bezpośrednim. W pierwszym przypadku dowódcy od majora wzwyż są od zapewnienia podwładnym wysokiej świadomości sytuacyjnej i wsparcia innych rodzajów broni. Odpowiadają m.in. za współpracę z sąsiadami, łączność i zabezpieczenie logistyczne. Na pierwszej linii angażują się dowódcy kompanii i niżej (kapitanowie, porucznicy, przy wydatnej pomocy podoficerów).

„Wodzowie” nie walczą już od dawna. Pouczająca może być historia, jaka wydarzyła się podczas ataku rebeliantów na bazę w Ghazni w Afganistanie w 2013 r. Dowodzący polskim kontyngentem gen. Marek Sokołowski – postać niezwykle barwna – w chwili pierwszego uderzenia siedział na fotelu dentystycznym. Zerwał się i z pistoletem w dłoni pobiegł na pierwszą linię – w miejsce, gdzie doszło do przerwania umocnień. Post factum pojawiły się głosy, że „Sokół” powinien był udać się do centrum dowodzenia. Na poziomie merytorycznym łatwo było ów zarzut odeprzeć – tak jak admirał floty nie jest dowódcą okrętu flagowego, a dowódca sił powietrznych nie powinien wydawać rozkazów kapitanowi samolotu, tak od organizacji obrony bazy był jej dowódca i jego sztab. Inna sprawa, czy generał mógł sobie pozwolić na ryzyko utraty życia i czy nie byłoby właściwsze udanie się do schronu.

To na gruncie zachodniej tradycji wojskowej elementem kanonu stało się przekonanie o niewalczących „wodzach”. W armii rosyjskiej sprawy przed długi czas miały się inaczej. Pogarda dla żołnierskiego życia nie dotyczyła tylko szeregowych, a wyjątkowe kompetencje wysokich szarż nie dawały immunitetu na nietykalność. Dość wspomnieć absurdalne czystki w korpusie oficerskim z końca lat 30. XX w., które tak brutalnie osłabiły Armię Czerwoną w przededniu starcia z Wehrmachtem. „Ludzi u nas mnóstwo”, mawiał Stalin, mając na myśli także kandydatów na generałów. Trzeba było milionów ofiar, by ilość przerodziła się w jakość, co i tak nie przyniosło zmiany paradygmatu, bo na czele Armii Radzieckiej w 1945 r. stał Gieorgij Żukow, bezwzględny wobec podwładnych niezależnie od stopnia. Na to wszystko nakładał się istotny rys kulturowy – zakorzenione przekonanie o wadze osobistego przykładu. Podrywanie żołnierzy do boju wymagało wielkiej odwagi – to kwestia bezdyskusyjna – lecz wchodząc głębiej, dostrzeżemy mniej chwalebne składowe tej postawy. Rosyjskiemu wojsku często brakowało motywacji do narażania życia. Miliony czerwonoarmistów, które poddały się Niemcom w 1941 r., nie zrobiły tego wyłącznie ze strachu, ale też z niechęci do walki za państwo i ustrój, które kojarzyły im się z terrorem, wyzyskiem, biedą, śmiercią i powszechną nieufnością. Dopiero gdy Niemcy okazali się nie lepsi, przysłowiowy „Iwan” stał się dla nich śmiertelnym zagrożeniem.

Czuwające fatum

Dziś naczelną ideologią państwa rosyjskiego jest imperializm, rozumiany jako odbudowa (należnych!) wpływów. I jakkolwiek jest to intelektualnie atrakcyjna opcja dla Rosjan, chłopcy w mundurach nie bardzo garną się, by za to umierać. Zwłaszcza w Ukrainie, z którą związki kulturowe są tak bliskie. Moskwa każe żołnierzom wierzyć, że walczą z faszystami, niczym ich dziadkowie i pradziadkowie. Tymczasem wojskowi wchodzą na przedmieścia Charkowa i widzą, że to świat tak bardzo podobny do tego, który znają. Jeden z drugim nawet nie ma szans poczuć się wyobcowany kulturowo, jak czuł się wspomniany „Iwan”, idąc przez Polskę i rdzennie niemieckie ziemie. To wyobcowanie, ci ludzie „z innej planety”, miały istotny wpływ na mobilizowanie „radzieckich” do walki.

Dziś znów o mobilizację chodzi. Rosjanom nie udało się osiągnąć żadnego strategicznego celu. Kręcą się więc na pierwszej linii generałowie, by zmotywować podwładnych do działania. Przykład osobistej odwagi, ale i zastraszenie, tak istotne w armii ułożonej na radzieckich wzorcach, mają działać jak kopniak. Efekty są, jakie są, a Ukraińcy tylko korzystają z okazji. Andriej Suchowiecki zginął w trakcie walk o lotnisko w Hostomelu pod Kijowem. Zastrzelił go snajper. Skąd strzelec wiedział o obecności generała? Światło na sprawę rzuca śmierć Andrieja Mordwiczewa, który zginął po tym, jak użył niezabezpieczonego telefonu. Tajemnicą poliszynela jest, że Rosjanie mają gigantyczne problemy z łącznością, dowódcy więc sięgają po cywilne komórki, łatwe do namierzenia, albo starają się kompensować braki poprzez osobiste dowodzenie. W obu przypadkach wystawiają się na strzał. Nie bez znaczenia jest też fakt, że służą w armii, w której odpowiedzialność za porażki ma nie tylko dyscyplinarny czy karny charakter. Rosja jest krajem, gdzie nawet w czasie pokoju wielu generałów ginie w wypadkach lotniczych, wypada przez okno, popełnia samobójstwa bądź umiera na skutek szybko postępującej choroby alkoholowej. Każdy wysłany do Ukrainy dowódca wie, że czuwa nad nim fatum.

—–

Nz. Zniszczony rosyjski czołg w Ukrainie/fot. Ukraińskie Siły Zbrojne

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 14/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Doceniasz moją pracę? Proszę zatem:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Bandyci

Upadły mit „trzeciej armii świata”. Jak walczą Rosjanie i co z tego wynika?

Od kilku dni straty rosyjskie rosną w znacznie niższym tempie. Siedmio-ośmiokrotny spadek (z tysiąca wyeliminowanych z walki żołnierzy dziennie do 100-150), jest konsekwencją wytracanej przez konflikt dynamiki. Wojna – mimo lokalnych ataków i kontrataków obu stron – przybrała charakter pozycyjny, nawet na południu. Rosjanie okopali się na zdobytym terenie, Ukraińcy nie mają dość sił, żeby ich odrzucić.

Ale te dane mówią nam coś jeszcze. Rosjanie coraz lepiej kontrolują tyły, ograniczając możliwość ataków na konwoje z zaopatrzeniem. Obniża się też efektywność ukraińskich uderzeń w zgrupowania bojowe przeciwnika. Pouczające może tu być nagranie z zasadzki na rosyjski oddział pancerny, które kilka dni temu wypłynęło w sieci. Z jego treści wynika, że Ukraińcy zaskoczyli agresorów, ale ci szybko się otrząsnęli (ucieczka ze strefy rażenia, pokrycie ogniem rozpoznanych pozycji wroga itp.). Mniejsza o szczegóły taktyczne – istotne jest stwierdzenie, że Rosjanie nie wchodzą już jak dzieci we mgle pod lufy Ukraińców. Brakuje im rozpoznania, mają niewystarczające siły, ale potrafią się odgryźć. Obrońcy zaś nadrabiają odwagą. Na wspomnianym filmie odległość dzieląca operatora wyrzutni od obranego za cel czołgu jest iście samobójcza. Ukraińcy rzucili do walki rezerwy, nie tak dobrze wyszkolone jak ich poprzednicy – i nie wywodzę tego wniosku z pojedynczego nagrania, a w oparciu o większą liczbę źródeł. Jasnym staje się, że nie wystarczy samo nasycenie nowoczesną bronią przeciwpancerną (i przeciwlotniczą; oba systemy w ukraińskich realiach daleko wykraczają poza przeciętną dla współczesnych armii). Nauka obsługi wymaga czasu. Odpalić wyrzutnię może każdy, lecz aby zrobić to z głową, i później tę głowę wynieść cało, trzeba odpowiednich umiejętności. Na Ukraińcach mści się zwłoka, z jaką NATO zaczęło przekazywać im nowoczesną broń.

Los Mariupola

Rosjanie wysłali czytelny sygnał, że bardzo im się te transporty nie podobają. Tym właśnie był atak na ośrodek szkoleniowy, a realnie hub transportowy w okolicach Lwowa. Tuż przed nalotem Kreml zagroził, że ukarze winnych dozbrajania Ukrainy. W obliczu blamażu rosyjskiej armii, która zapowiadała 2-3-dniową kampanię, a po trzech tygodniach nie osiągnęła żadnego ze strategicznych celów, zabrzmiało to żałośnie, lecz nie lekceważyłbym takich sygnałów. Z każdym dniem maleje ryzyko uderzenia z Białorusi na zachodnią Ukrainę – korpus oficerski i podoficerski armii białoruskiej dał do zrozumienia, że z Ukraińcami bić się nie będzie, same zaś siły rosyjskie w tym kraju są niewystarczające. Niemniej bazy w Białorusi mogą stanowić zaplecze dla nalotów lotniczych i rakietowych, skutkujących odcięciem korytarza dostaw. Nie wyobrażam sobie, aby na tym etapie konfliktu uderzono w konwój po naszej stronie granicy, ale kolumny na ukraińskiej ziemi wydają się prawdopodobnym celem. Ryzyko porażania „natowców” odstręcza Rosjan od ostrzałów bezpośrednio przy granicy – stąd atak na nieco głębiej położony Jaworow – ale na Kremlu wiedzą, jakie byłyby skutki „przypadkowego” zabicia polskich czy amerykańskich logistyków w momencie przekazywania „darów”. Mają prawo założyć, że żądza odwetu nie byłaby tak silna, jak lęk przed eskalacją, na bazie którego pojawiłby się argument „że może lepiej dać sobie spokój z tą wojskową pomocą?”.

Strach przed eskalacją jest w Polsce powszechny. Nie tylko zresztą u nas. Przekłada się na wstrzemięźliwość europejskich polityków i dziś stanowi jedyną przeszkodę przed wprowadzeniem nad Ukrainą strefy wolnej od lotów, której status gwarantowałyby natowskie samoloty. Technicznie Sojusz zdolny jest niemal z dnia na dzień rozpocząć operację powietrzną, która wymiotłaby rosyjskie lotnictwo znad Ukrainy, co de facto miałoby też postać pomocy humanitarnej.

Rosjanie bowiem chcą złamać Ukraińców uderzeniami w ludność cywilną, poprzez ostrzały i bombardowania miast. Nie bardzo wierzę w możliwość ataku chemicznego, biologicznego czy atomowego – o których z pasją rozprawia część mediów (byłaby to kłopotliwa opcja, związana z ogromnym ryzykiem zaszkodzenia własnym wojskom). Ale sięganie po coraz brutalniejsze konwencjonalne środki to coś, co mieści się w logice działania rosyjskiej armii. Bomby próżniowe, amunicja kasetowa, pociski wykorzystujące trudny do wygaszenia biały fosfor – z dnia na dzień pojawia się coraz więcej informacji o kolejnych zastosowaniach tych niszczycielskich broni wobec obiektów cywilnych. Los Mariupola jest tu najlepszym dowodem.

Strategiczne okienko

Rosjanom kończy się czas – stąd wzmożenie bandyckich działań. Współczesne wojny o wysokiej intensywności zwykle nie trwają dłużej niż trzy-cztery tygodnie, po których zapasy materiałowe armii ulegają wyczerpaniu. To również moment, kiedy należy przestawić gospodarkę na wojenne tory – ograniczyć produkcję w „niepotrzebnych” gałęziach, zwiększyć w priorytetowych dla wysiłku wojennego, zebrać z rynku walutę niezbędną dla finansowania konfliktu. Kreml poza tymi „standardowymi” wyzwaniami, ma jeszcze na głowie skutki sankcji.

A armii już teraz brakuje pocisków manewrujących. Wyprodukowanie korpusów i silników może i nie będzie czasochłonnym wyzwaniem, ale zapewnienie im niezbędnej elektroniki już tak. Tylko Chińczycy mogą poratować Rosjan w zakresie wysokich technologii. Bez wsparcia z Dalekiego Wschodu rosyjska zbrojeniówka nie wyposaży rakiet w nowoczesne żyroskopy i systemy celownicze. Stare linie produkcyjne, oferujące analogowe rozwiązania, już nie działają, nowych – gdzie na końcu mielibyśmy nowoczesny cyfrowy produkt – Rosjanie wdrożyć nie potrafią. Są w tyle o kilkanaście lat, bez widoków na zmiany. Sankcje z 2014 r. odcięły ich od odpowiedniego know-how. Nie bez powodu rosyjski przemysł nie jest w stanie wyprodukować własnego ajfona. „Zniesiemy ochronę prawną dla waszych patentów!” – odgraża się Zachodowi Putin. I co dalej, gdy tak bardzo „nie umie się” w miniaturyzację?

Wspominam o tym, bo niezależnie od tego, jak skończy się inwazja, rosyjska armia nie będzie nam zagrażać przez kilka lat. A wiemy dobrze, ile warte są rosyjskie zapewnienia o nieagresji, w przypadku Ukrainy wypowiadane jeszcze dzień przed atakiem (!). Poza tym już pojawiają się groźby. „Prawda” nazwała nas w minionym tygodniu „hieną Europy”. Tak jak Ukraina była błędem Lenina, tak Polska błędem Stalina – przekonywali redaktorzy wpływowej gazety. „Pora zdenazyfikować Polskę”, zachęcali. W Rosji takich słów nie wypowiada się bez przyzwolenia Kremla, więc nie był to zwykły medialny wybryk. Lecz póki co można go zignorować. Proste odtworzenie gotowości bojowej po wojnie z Ukrainą (gdyby ta zakończyła się lada moment), to dla armii rosyjskiej proces rozpisany na dwa-trzy lata. W sytuacji dociśnięcia gospodarki nawet dłuższy, bo 130 mln ludzi musi coś jeść i państwo nie będzie mogło pozwolić sobie na rozbuchane zbrojenia. Natrafią one na technologiczne bariery – pogłębiające się, bo niezamierzonym skutkiem Putinowskiej polityki na długo pozostanie militaryzacja Zachodu, a więc i kolejne technologiczne innowacje, dla których NATO ma odpowiednią bazę. Jeśli dobrze wykorzystamy ten czas, okienko dla rosyjskiej agresji może się już nigdy nie otworzyć.

Upadły mit „trzeciej armii świata” dobrze ilustruje popularny ostatnio dowcip:

Dwóch kolegów rozmawia o polityce.

– Co nowego?

– NATO jest w stanie wojny z Rosją.

– I jak to wygląda?

– Rosja straciła kilkanaście tysięcy żołnierzy, ponad sto samolotów i śmigłowców, kilkaset czołgów i pojazdów opancerzonych, trzy okręty, wymienialność waluty, Ikeę, McDonalda i grozi jej bankructwo w ciągu kilku tygodni.

– A jak trzyma się NATO?

– NATO jeszcze nie zaczęło.

Medialny obraz

Oczywiście, nie da się wykluczyć innego scenariusza – że w obliczu zamykającego się „okienka strategicznego”, Kreml uderzy na Polskę na zasadzie „teraz albo nigdy, bo później będziemy już tylko słabsi”. Warto zatem przyjrzeć się wnioskom, jakie płyną z przebiegu walk w Ukrainie dla Wojska Polskiego.

W listopadzie ub.r. ukraińska armia po raz pierwszy wykorzystała bojowo tureckie bezzałogowce Bayraktar TB-2. Drony zlikwidowały stanowiska artyleryjskie donbaskich separatystów, co Moskwa odebrała jako policzek. Wymierzony przez Ukraińców i Turków, których prezydent do niedawna zarzekał się, że Bayraktary nie trafią na front. Ich wysłanie w rejon walk wymagało zgody dostawcy systemu. Akcja dronów zbiegła się z innym debiutem w Ukrainie – amerykańskich wyrzutni przeciwpancernych Javelin (przez armię USA używanych od 2003 r.). One też – tym razem wedle zapewnień Amerykanów – miały nie być używane w Donbasie. Tymczasem zniszczono za ich pośrednictwem kilka pojazdów pancernych. Fakt, iż armia ukraińska zdecydowała się na wykorzystanie obu systemów wobec prorosyjskich separatystów sugerował skoordynowaną akcję NATO (albo przynajmniej Turków i Amerykanów). Rodzaj ostrzeżenia dla Rosji – że Ukraińcy dysponują bardzo skutecznymi rodzajami broni, których mogą użyć podczas pełnoskalowej rosyjskiej inwazji.

Moskwa zignorowała ten sygnał. A doniesień o skuteczności tureckich bezzałogowców nie brakowało. W lutym 2020 r. Bayraktary zdziesiątkowały dozbrajane przez Rosję syryjskie wojska rządowe w prowincji Idlib. Latem 2020 r. Turcja wsparła Azerbejdżan w wojnie z Armenią o Górski Karabach. Bayraktary Azerbejdżanu dopiekły wówczas Ormianom. Prezentowane przez Azerów i Turków efektowne filmiki z akcji TB2 nie zostały spreparowane. Ale – zakładali analitycy z całego świata – Ormianie i Syryjczycy nie posiadali obrony przeciwlotniczej z prawdziwego zdarzenia. Rosja zaś, zdawało się, bezbronna w tym zakresie nie była. Ukraińscy operatorzy TB-2 powiedzieli „sprawdzam!” – i okazało się, że drony to zmora rosyjskich kolumn pancernych i transportowych.

Jednak to nie one, nie klasyczne operacje lotnicze, ani nawet liczne relacje z działań artylerii i wojsk rakietowych zdominowały medialny obraz tej wojny. Bazując na dostępnych materiałach można odnieść wrażenie, że istotną walk w Ukrainie – poza rosyjskim mordowaniem cywilów – są polowania ukraińskich „oszczepników”, operatorów wyrzutni przeciwpancernych. Tymczasem wiadomo, że toczą się tam również ciężkie pancerne pojedynki – i że to one wyhamowały natarcia agresorów w okolicach Kijowa i Charkowa oraz zadecydowały o rosyjskich sukcesach na południu. Żadna ze stron nie ogrywa ich propagandowo, bo żadna nie jest w stanie wykazać swojej dominacji. Nieco większe straty Rosjan wynikają tu z lepszej świadomości sytuacyjnej Ukraińców, wspartych rozpoznaniem NATO – którego też nie można pokazać w kampanii informacyjnej.

„Zamiast inwestować w czołgi, powinniśmy dążyć do maksymalnego nasycenia oddziałów WP bronią przeciwpancerną. Będzie taniej i efektywniej”, postulują „eksperci” w oparciu o dostępny materiał filmowy. Jeśli przeciwnik postąpi tak samo, to po co nam broń przeciwpancerna? – mógłbym zbić ów argument retoryczną sztuczką, ale nie w tym rzecz. Ukraińska wojna dowodzi sprzętowej, koncepcyjnej, operacyjnej i organizacyjnej słabości wojsk pancernych Federacji Rosyjskiej, co nas może przywieść do wniosku, że czas pozbyć się z arsenału poradzieckich tanków (choć nie zapominajmy, że Ukraińcy też takimi walczą). Inne konkluzje są nieuprawnione, choćby z tego powodu, że nowoczesne zachodnie czołgi mają coś, czego brakuje rosyjskim odpowiednikom – aktywne systemy obronne, zdolne zmylić/zniszczyć nadlatujące rakiety.

Ukraiński konflikt nie potwierdza zasadności koncepcji armii opartej o lekką piechotę (takiego WOT-u na sterydach). Pokazuje, jak ważna jest obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa – bez niej Kijów byłby dziś dymiącym rumowiskiem. Z tego samego powodu unaocznia potrzebę posiadania licznych sił powietrznych. „Duch Kijowa” – symboliczna emanacja kilku ukraińskich pilotów – nie tylko fizycznie broni stolicy, ale też buduje morale. Rosyjska flota czarnomorska samą obecnością na akwenie angażuje kilka brygad ukraińskiej armii, które obrońcy mogliby wykorzystać gdzie indziej, a trzymają w Odessie, na okoliczność desantu. Rosjanie co rusz tracą generałów, zabijanych głównie przez ukraińskich komandosów, co dowodzi potrzeby posiadania silnego komponentu wojsk specjalnych. O Ukrainie mówi się, że jest wielka – bo jest – lecz rosyjskie wojska wdarły się najwyżej na 200 km w głąb kraju. A i tak posypała im się logistyka, co w kontekście polskich doświadczeń z redukcją „tyłów” brzmi złowieszczo. Wymieniać można by sporo, dość jednak wspomnieć o jednym niezwykle istotnym aspekcie ukraińsko-rosyjskich zmagań – wojnie informacyjnej. W tym wymiarze Ukraińcy biją Rosjan na głowę. Nieporadna obsługa medialna zeszłorocznego kryzysu granicznego w wykonaniu naszych wojskowych speców od informacji pokazuje, jak wiele i my musimy się tu nauczyć.

Nz. Rosyjski śmigłowiec bojowy Ka-52/fot. MO Rosji

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 13/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rezerwy

Kilka dni temu na podkijowskim odcinku rosyjsko-ukraińskiego frontu doszło do małej pancernej bitwy. Natarły na siebie dwa oddziały, nim padł ostatni strzał, dziewięć czołgów i cztery inne wozy bojowe zostały zniszczone. „Oszczędziliście nam trzynastu javelinów”, zadrwili Ukraińcy, mając na myśli śmiertelnie skuteczne amerykańskie wyrzutnie przeciwpancerne. W istocie bowiem był to przykład friendly fire, jak w natowskiej nomenklaturze określa się sytuację pokrycia ogniem własnych wojsk. Rosjanie, nim się zorientowali, że weszli w bratobójczy kontakt, spopielili kilkudziesięciu towarzyszy. Na wojnie – zwłaszcza nocą bądź przy ograniczonej przez pogodę widoczności – takie sytuacje się zdarzają. Dlatego wszystkie nowoczesne armie starają się wyposażyć żołnierzy w sprzęt poszerzający ich świadomość sytuacyjną. W tej konkretnej sytuacji Rosjan mógłby uratować odpowiednik zachodniego systemu BFT (ang. Blue Force Tracker). Mowa o pozycjonerze własnych (niebieskich) wojsk, czymś na wzór cywilnego GPS-a, uwzględniającego położenie innych oddziałów, nawet do poziomu pojedynczych wozów, oraz zawierającego dodatkowe informacje na temat sytuacji w określonym rejonie. Ów terminal służy jednocześnie do wzajemnej komunikacji, zarówno głosowej, jak i pisemnej – tak, by każdy podpięty mógł na bieżąco aktualizować dane. Prawdziwe cudo techniki i praktyczna ilustracja czegoś, co nazywa się siecio-centrycznym polem walki. Rosjanie, uważano dotąd, i na tym obszarze nie pozostawali w tyle.

Trauma generałów Putina

Tymczasem wojna w Ukrainie brutalnie weryfikuje paradygmat geopolityczny, oparty na przekonaniu o możliwościach armii rosyjskiej. Każdy dzień dostarcza kolejnych dowodów na indolencję dowódców, co do której zorientował się już Władimir Putin, dymisjonując ośmiu generałów. Na każdym kroku daje o sobie znać niskie morale żołnierzy, z jednej strony porzucających sprawny sprzęt, z drugiej, dopuszczających się grabieży, gwałtów i innych aktów nieuzasadnionej przemocy wobec cywilów. Leży kompletnie rosyjska logistyka, co jest efektem zarówno fatalnej kultury organizacyjnej, jak i skuteczności działań ukraińskiej armii, która jednym z priorytetów uczyniła przerwanie linii zaopatrzeniowych agresora. Nawet na południu, gdzie Rosjanom wiodło się najlepiej, działy się w ubiegłym tygodniu nieprawdopodobne historie; a wspominam o tych, które dało się potwierdzić w niezależnych źródłach. W Chersoniu, na zajętym przez Rosjan lotnisku, Ukraińcy zniszczyli trzydzieści (!) śmigłowców, sprawnie łącząc elementy działań partyzanckich z dostępem (dzięki NATO) do wyników rozpoznania satelitarnego. Konsekwencje? Na tym odcinku frontu agresorom długo nie uda się odtworzyć możliwości transportu śmigłowcowego. Ale wróćmy do wspomnianego boju spotkaniowego pod Kijowem. Już wcześniej, za sprawą porzuconego rosyjskiego sprzętu, można było się przekonać, że duża jego część to szmelc. Bratobójczy incydent dostarcza kolejnych argumentów na rzecz tezy o technologicznym zapóźnieniu rosyjskiej armii. Dowodzi, jak niska jest świadomość sytuacyjna Rosjan, których przez jakiś czas zawodziła nawet tradycyjna łączność radiowa. Najeźdźcy, jak przed kilkudziesięciu laty, zbierają informację za pomocą prostych technik wizualnych. Dlatego tak ważne dla nich są te wszystkie oznaczenia – Z, V itp. – którymi gęsto obmalowują swoje wozy. Armia XXI wieku…

I oto Kreml stanął przed kolejnym wyzwaniem. Dla Rosjan coraz bardziej kluczowe staje się bezpośrednie włączenie do wojny Białorusi. W wymiarze politycznym chodzi o podzielenie się odpowiedzialnością, „umiędzynarodowienie” konfliktu. By móc na zewnątrz – ale przede wszystkim wobec swoich – przedstawić „operację specjalną” jako wspólny wysiłek zatroskanych krajów (w innej narracji – Słowian), mający na celu „denazyfikację i rozbrojenie agresywnej Ukrainy”. W Rosji próbę zajęcia Ukrainy prezentuje się jako wspólną akcję trzech państw – Federacji, Donieckiej oraz Ługańskiej Republiki Ludowej. Przydałby się i czwarty, poważniejszy partner. Czeka na to rosyjska propaganda, czekają też kremlowscy generałowie. Rosjanie wprowadzili już do akcji wszystkie siły przeznaczone do inwazji na Ukrainę. Rosyjskie wojska lądowe liczą ćwierć miliona ludzi; 70% tego potencjału zaangażowano w działania zbrojne. Więcej za bardzo się nie da, bo Kreml i generalicja pielęgnują swoje lęki i trzymają niemałe siły na Dalekim Wschodzie (a nuż uderzą Chińczycy…), w północno-zachodniej części kraju (czyhające NATO…), no i w rejonie Kaukazu, który mimo trzech dekad pacyfikacji nadal spędza Rosjanom sen z powiek. Wysiłek zabezpieczenia kraju (na granicach bądź w Ukrainie) mogą w większym stopniu ponieść wojska wewnętrzne (200 tys. ludzi), ale to „armia gorszego sortu”. Pozostają jeszcze wojska powietrznodesantowe (50-60 tys. żołnierzy), już częściowo zaangażowane. Reszta sił zbrojnych Rosji – w sumie liczących 900 tys. osób – to lotnictwo, marynarka wojenna i wojska strategiczne (jądrowe). Tych ostatnich na pierwszą linię rzucić nie sposób, marynarka (Flota Czarnomorska; pozostałe floty, nawet gdyby była taka decyzja, na Morze Czarne już się nie dostaną), szachuje Ukraińców groźbą desantu na Odessę. Lotnictwo zaangażowało spory kontyngent, ale działa asekurancko, oddając pola do rozstrzygnięć na lądzie.

Mimo nominalnie wysokich stanów osobowych, armia rosyjska stoi zatem w obliczu poważnego kryzysu rezerw. Może powołać rezerwistów w większej liczbie; ten rezerwuar jest na tyle znaczący, że teoretycznie w dość krótkim czasie Rosjanom udałoby się wymienić wszystkich wojskowych, którzy stanęli na ukraińskiej ziemi. Tyle że następcy to w większość tacy sami poborowi, jak ci służący obecnie. Kiepsko wyszkoleni i słabo zmotywowani adepci zasadniczej służby wojskowej, co więcej, od jakiegoś czasu będący poza koszarowym rygorem. No i nie da się ich powołać niezauważalnie, a przecież „operacja specjalna” idzie jak należy, a Ukraina wkrótce padnie. Jest dobrze, więc czemu jest tak źle? Pomysł na białoruską alternatywę to także sposób, by uniknąć niewygodnych pytań. Problem w tym, że białoruscy żołnierze niespecjalnie garną się do bitki. Ich użycie jest tyleż kuszące, co ryzykowne, można bowiem spodziewać się fali dezercji i spektakularnych przejść na drugą stronę. Tymczasem skutki ukraińskiej obrony są paraliżujące do tego stopnia, że rosyjskie władze i dowództwo nie zamierzają zabierać ciał swoich zabitych. Wolą, by pochówkami zajęli się Ukraińcy – byle tylko odroczyć konsekwencje, jakie przyniosłyby masowe powroty „naszych chłopców” w trumnach. Putinowscy generałowie (wówczas, w większości, młodsi stopniem oficerowie) wciąż żyją traumą, jaką zgotowały armii matki i żony poległych w Czeczeni żołnierzy. Niby zabitych nie było wielu, niby ruch społeczny rozsierdzonych rodzicielek nie miał charakteru masowego. A jednak na tyle rezonował w rosyjskim społeczeństwie, dotykał tak czułych elementów rosyjskiej mentalności, że w konsekwencji na lata zniechęcił Rosjan do służby, co było jedną z przyczyn zapaści sił zbrojnych.

III wojna światowa

Takich problemów nie mają wojska ukraińskie, w czym kryje się pozorny paradoks. Bo choć w Ukrainie mieszka trzy razy mniej ludzi niż w Rosji, dla Ukraińców to wojna o wszystko, więc cały swój potencjał militarny mogą skierować do odparcia agresji. Na froncie mają nawet liczbową przewagę (250 vs 200 tys.), przygniatającą, gdy dodamy do zestawienia formowane w każdym mieście jednostki ochotnicze. To rzecz jasna nie jest zawodowe wojsko, wyposażone jak regularne oddziały, ale służy w nich wielu ostrzelanych weteranów ośmioletniej wojny w Donbasie. A rezerw ukraińskiej armii nie ubywa – od rozpoczęcia inwazji do kraju wróciło ponad 120 tys. osób. Niektórzy, by wydostać z niebezpieczeństwa bliskich, większość, by przyłączyć się do walki. Z taką samą intencją przyjeżdżają do Ukrainy coraz liczniejsze zastępy ochotników z całego świata. Wezwał ich pod koniec pierwszego tygodnia walk prezydent Wołodymyr Załenski, choć po prawdzie pierwsi pojawiali się w Ukrainie z własnej inicjatywy, zaraz po rozpoczęciu przez Rosjan inwazji. To przede wszystkim Anglosasi i zachodni Europejczycy, ale nie brakuje również Skandynawów, Polaków, Czechów, Słowaków, Gruzinów czy egzotycznych przedstawicieli z Azji i Ameryki Południowej. Są też – co ciekawe – Białorusini, Czeczeni i etniczni Rosjanie, niepogodzeni z działaniami własnego rządu. Jednym z ochotników – który zdecydował się ujawnić swoją tożsamość – był 30-letni Ben Grant, który przez pięć lat służył w Royal Marines. Jego matka to Helen Grant, deputowana do brytyjskiej Izby Gmin z ramienia Partii Konserwatywnej, doradczyni premiera Borisa Johnsona ds. edukacji dziewcząt, w latach 2013-15 minister sportu. Ważna persona, której syn tak tłumaczył „Gardianowi” swoje motywacje: „Zobaczyłem film zrobiony w bombardowanym budynku. Usłyszałem krzyk dziecka i pomyślałem, że przecież sam jestem ojcem trójki. A gdyby to były moje pociechy, co bym zrobił? Uznałem, że poszedłbym walczyć. Ukraina potrzebuje ludzi z doświadczeniem bojowym, więc jestem”.

Brytyjczyk nie przyznał się matce, że wyjeżdża do Ukrainy. Jego koledzy w służbie czynnej także działają na własną rękę. „Jesteśmy świadomi tego, że niewielka liczba żołnierzy nie zastosowała się do rozkazów, jest nieobecna w jednostkach bez usprawiedliwienia i mogła udać się do Ukrainy”, przyznał w rozmowie ze Sky News rzecznik brytyjskiej armii, podkreślając, że dezerterzy muszą liczyć się z konsekwencjami dyscyplinarnymi. Komunikat w podobnym tonie wydała też londyńska policja, ostrzegając swoich funkcjonariuszy. Mimo to ochotników wciąż przybywało – gdy w piątek zamykaliśmy ten numer PRZEGLĄDU, ukraińskie władze informowały, że Legia Międzynarodowa osiągnęła stan 20 tys. osób. Wśród nich znalazł się również mężczyzna ukrywający się pod pseudonimem „Wali”, kanadyjski snajper, który swego czasu zasłynął celnym strzałem z odległości 3540 metrów, w wyniku którego zginął afgański rebeliant. Jak wszyscy zagraniczni ochotnicy, Kanadyjczyk musiał podpisać trzyletni kontrakt z ukraińskimi wojskami obrony terytorialnej. To sposób, by zapewnić ochotnikom pełną ochronę prawną, w przeciwnym razie – w przypadku trafienia do niewoli – traktowano by ich jak najemników, co w realiach regularnego konfliktu zbrojnego oznacza status niemal równy bandycie.

Rosjanie nieszczególnie się takimi „didaskaliami” przejmują i już wiele dni temu rzucili do walki kontraktorów z grupy Wagnera. Najemników, cieszących się wyjątkowo ponurą sławą, po akcjach pacyfikacyjnych w Syrii i Libii (swego czasu zresztą, w Syrii właśnie, mocno zdziesiątkowanych przez amerykańskie lotnictwo). W tej wojnie ci byli żołnierze sił specjalnych Rosji operowali już w Kijowie, usiłując wywołać panikę w ukraińskiej stolicy. Zdaniem zachodnich wywiadów, część tej grupy nadal przebywa w mieście, „zamelinowana”, z zadaniem ujęcia bądź zabicia prezydenta Załenskiego. Pod miastem z kolei stoją kadyrowcy, Czeczeni z osobistej gwardii putinowskiego namiestnika w tej kaukaskiej republice, Razmana Kadyrowa. Rosjanie zapowiedzieli też „braterską pomoc” ochotników z Syrii – żołnierzy z armii Baszszara Al-Asada, któremu interwencja Moskwy uratowała przed laty życie i fotel wszechwładnego prezydenta Syrii. Arabowie – doświadczeni w bojach z syryjską zbrojną opozycją – mają pomóc Putinowi w szturmowaniu ukraińskich miast-twierdz. Dodajmy do tego, że w rosyjskiej armii służą nie tylko etniczni Rosjanie, ale i mnóstwo przedstawicieli ludów środkowej Azji. Że jedna trzecia zawodowej i kontraktowej kadry podoficerskiej to muzułmanie o nieeuropejskich korzeniach. Zwróćmy uwagę, że w sojuszniczej „armii” Donieckiej Republiki Ludowej nie brakuje na przykład Serbów – ochotników, którzy pojawili się tam wraz z wybuchem konfliktu w Donbasie w 2014 roku. Tym sposobem zyskujemy barwną, wielonarodową i wieloetniczną mozaikę, która ukraińską wojnę już teraz czyni konfliktem światowym. Z uwagi na skalę ekonomicznej presji na Rosję oraz fakt, że całe NATO – sojusz rozłożony po obu stronach Atlantyku – wspiera dostawami sprzętu wojskowego Ukrainę, bez żadnej przesady możemy powiedzieć, że na naszych oczach rozgrywa się III wojna światowa. Otwartym pozostaje pytanie, na jakim jest etapie…

—–

Nz. Zapraszam Was na spotkanie on-line ze mną – już w najbliższą środę 16 marca/fot. Warbook

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 12/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Mgła

Co się wyłania z wojennej mgły? Jak, czym i o co walczą Ukraińcy i Rosjanie – podsumowanie pierwszego tygodnia rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Generałowie obiecali Putinowi, że uporają się z armią Ukrainy w ciągu dwóch-trzech dób. Następnie, do połowy marca, miała potrwać akcja wyłapywania niedobitków i pacyfikacji przejawów obywatelskiego oporu. Gdy pisałem te słowa – w ósmym i dziewiątym dniu inwazji – Ukraińcy nadal się bronili, a lokalnie, zwłaszcza w okolicach Kijowa, przechodzili do kontrataków. Świat przecierał oczy, zdumiony ukraińską determinacją i skutecznością, ale przede wszystkim rosyjską nieudolnością. Objawiała się ona na tyle sposobów, że w internetowych trendach indolencja najeźdźców górowała nad ich barbarzyństwem. Internauci – a więc spora część globalnej społeczności – częściej kpili z kompetencji Rosjan, niż oburzali się ich brutalnością. W kręgach wojskowych i analitycznych – w Polsce i na Zachodzie – zaczęto wręcz mówić o wrażeniu deja vu. Pierwsza wojna w Zatoce Perskiej z 1991 r. pokazała światu, że sprzęt made in USSR jest w dużej mierze niskiej jakości. „Radzieccy” tłumaczyli, że to błędny wniosek i że w odpowiednich rękach (nie Irakijczyków) uzbrojenie „dałoby radę”. Dziś ich następcy dostarczają kolejnych dowodów na słabą jakość posowieckiej i rosyjskiej techniki, ale też rosyjskiej sztuki wojennej (na pewno w wymiarze operacyjnym i taktycznym). Dramatyczna sytuacja Ukrainy po pierwszym tygodniu zmagań nie była bowiem skutkiem kunsztu rosyjskich dowódców i rzemiosła żołnierzy armii Federacji. To ilość – jak przed 70 laty – pozostawała najważniejszym rosyjskim atutem.

Spuszczone spodnie generałów

„Nabraliśmy się na putinowską propagandę rzekomej armii XXI wieku” – przyznawali nieoficjalnie moi rozmówcy ze struktur dowódczych WP. Zaraz jednak apelowali, by nie tracić z oczu całości obrazu. Ukraina to spory kraj – trudno zatem mówić o błyskawicznych postępach lądowych ofensyw. Poza tym, w odróżnieniu od nieudolnej kampanii na północy, siły rosyjskie z powodzeniem kontynuowały natarcie na południu. W całości składało się to na obraz dwóch wojen, uprawniający do konkretnych wniosków. Po pierwsze, operację uderzenia z Krymu i uzyskania lądowego połączenia z okupowaną od 2014 r. częścią Donbasu, planowano i przygotowywano od dawna. Działania z północy nosiły zaś wszelkie znamiona czynionych ad hoc. Po drugie więc, uprawnione wydają się twierdzenia, że koncentracja Rosjan wzdłuż północnych granic Ukrainy niemal do samego końca była blefem, służącym wiązaniu ukraińskich sił. Decyzja Kremla o ataku na Charków i Kijów zastała rosyjskich dowódców „ze spuszczonymi spodniami”, niegotowych. Słabe wyszkolenie, wadliwy sprzęt, niskie morale z jednej, oraz determinacja Ukraińców z drugiej strony, zrobiły resztę. A trzeba zaznaczyć, że na Charków natarła 1. Gwardyjska Armia Pancerna. W jej składzie znajdują się dwie elitarne dywizje ciężkie, której czołgi możemy oglądać na paradach w Moskwie. Na najbliższej, jeśli się odbędzie, zabraknie wielu maszyn. Zwykle odpucowane, zapłonęły na podejściu do Charkowa. Albo stanęły w polu. Prezydent Wołodymyr Załenski zaapelował do Rosjan, by porzucili ciężki sprzęt i wracali do domów; niektórzy wzięli to sobie do serca. Może nie masowo, ale licznie rosyjscy pancerniacy spuszczali paliwo z czołgów – i meldowali, że nie są w stanie dalej jechać, niektórzy zaś oddawali się do niewoli.

Te szokujące sytuacje miały co najmniej kilka powodów. „Nie chcemy z wami walczyć, bo jesteście naszymi braćmi”, tłumaczył jeden z rosyjskich jeńców. Zabiedzony, młody chłopak, co przypomina, że armia wielkiego imperium wciąż opiera się na rekrucie z przymusowego poboru. Traktowanego przez dowódców z pogardą i nonszalancją. Niegodnego solidnego wsparcia – na północy już po trzech dniach walk doszło do załamania się logistyki. W efekcie, głodni rosyjscy żołnierze szabrowali sklepy, wymuszali jedzenie od cywilów, okradali bankomaty i mieszkania. U pancerniaków szybko pojawił się trwały efekt psychologiczny „obróbki” tanków przez ukraińskie wyrzutnie przeciwpancerne. Napisać, że załogi poczuły respekt, to jakby nic nie napisać. To ważna lekcja dla zwolenników utrzymywania w WP poradzieckich czołgów T-72 (i ich zmodernizowanej wersji PT-91). Putin wysłał do Ukrainy wozy o lepszych parametrach, a i tak okazały się trumnami na gąsienicach. W czym wydatnie pomogło… rosyjskie lotnictwo, które nawet po ośmiu dniach walki nie wywalczyło dominacji w powietrzu. Jego aktywność nad Ukrainą można nazwać symboliczną – na przekór ekspertom, którzy jeszcze dzień przed inwazją zapowiadali, że siły powietrzne Rosji zasypią Ukraińców pociskami balistyczny z bombowców, rakietami z maszyn wielozadaniowych, że „zaciemnią niebo” nad polem bitwy.

„Szrot” na łasce rolników

Strach podobny jak u pancerniaków, udzielił się też pilotom. Baterie ukraińskich rakiet przeciwlotniczych i ręczne wyrzutnie rakietowe – do spółki z lotnictwem – zadały Rosjanom dotkliwe ciosy. To blamaż na całej linii, bo teoretycznie armia rosyjska posiada wszelkie narzędzia, by pozbawić Ukraińców „parasola”. Najeźdźcom ewidentnie zabrakło taktycznych rakiet balistycznych i pocisków samosterujących, zdolnych do precyzyjnych rażeń lotnisk i stanowisk obrony przeciwlotniczej. Amerykański wywiad sugeruje, że armia Federacji – rozpoczynając inwazję – miała ich tylko na dziesięć dni oszczędnych działań. Walka z operatorami naramiennych wyrzutni wymaga z kolei ścisłej współpracy lotnictwa z oddziałami na ziemi. Rosjanom od lat szwankuje łączność i dokucza brak doświadczeń w tym zakresie. W efekcie samoloty wzbijały się w powietrze rzadko, by nie paść ofiarą Stingerów i naszych Piorunów, wojska na ziemi pozostały bez wsparcia – i błędne koło się zamykało. A że ukraińskie lotnictwo przetrwało pierwsze uderzenie, samo przystąpiło do akcji. Strącało samoloty – jak choćby pełnego spadochroniarzy Iła-76 – i dziesiątkowało kolumny czołgów. Obrońcy użyli też kupionych w Turcji dronów TB-2 (zamówionych również przez Polskę), siejąc dodatkowe spustoszenie. Przy okazji brutalnie zweryfikowano możliwości rosyjskiej obrony przeciwlotniczej, zabezpieczającej przemarsz wojsk. Zadziwiająco wiele zestawów rakietowych nie było w stanie towarzyszyć kolumnom z powodu awarii i usterek. „Szrot” zostawał w tyle, zdany na łaskę ukraińskiej armii bądź… miejscowych rolników. Wieloletnie prężenie muskułów – wszystkie te spektakularne, „niezapowiedziane” ćwiczenia – wyraźnie zużyły posiadany przez Rosjan sprzęt.

Jeszcze kilkanaście dni temu świat z obawą spoglądał na manewry, które odbywały się w Białorusi. Po rozpoczęciu inwazji wydawało się oczywistym, że i stamtąd wyjdzie rosyjskie uderzanie wzdłuż granicy z Polską. Elementarz działań operacyjnych przewiduje odcięcie przeciwnika od wsparcia z zewnątrz, a to właśnie przez nasz kraj już od dawna przechodzą dostawy broni z Zachodu. W Białorusi pod koniec lutego pozostawało niemal 40 tys. rosyjskich żołnierzy – wyliczali analitycy. Do tego sporo ciężkiego sprzętu; pozornie dość, by zamknąć Ukraińcom życiodajny „kurek”. Tyle że Rosjanie po pierwszych porażkach nie pchali już do walki komponentu bojowego bez należytego wsparcia logistycznego. A tego – w ósmym i dziewiątym dniu wojny – wciąż im w Białorusi brakowało, choć czynione były uzupełnienia. Inna sprawa, to ryzyko operacji lądowej w zachodniej Ukrainie, gdzie najeźdźcy mogą się spodziewać fanatycznego oporu – to w końcu najbardziej ukraińska z ukraińskich prowincji kraju. W każdym razie nieprawdą okazały się doniesienia, zgodnie z którymi to NATO – w ramach zakulisowych ustaleń – wymusiło na Moskwie ustanowienie strefy zakazu lotów bojowych nad zachodnią Ukrainą.

Miasta uporczywej obrony

Sojusz jednak nie próżnował. Transporty broni to nie wszystko. – Pomagamy im – potwierdził moje przypuszczenia dotyczące wsparcia wywiadowczego NATO dla Ukraińców jeden z najważniejszych polskich generałów. – Ale to oni walczą, a sposób, w jaki to robią, czapki z głów. Nie spodziewałem się tak dobrego dowodzenia i tak twardego oporu. Myślę, że przez następne dekady będzie się o tym uczyć w akademiach wojskowych – usłyszałem. Ukraińcy od początku nie mieli szans na rozległą, manewrową operację obronną – było ich za mało, musieli reagować na zagrożenia z kilku kierunków, brać pod uwagę możliwość otwarcia kolejnych frontów. Zorganizowani w stosunkowo niewielkie, a liczne grupy bojowe, skupili się na rozbijaniu kolejnych kolumn transportowych. Finalnie, rosyjskie czołówki pancerne stawały w pół drogi, bez paliwa, często mając za sobą zarwane przez Ukraińców mosty. I stały w gigantycznych korkach, narażone na ataki z ziemi i powietrza. Rosjanie niby zajmowali jakieś miasta, po czym nagle okazywało się, że na jednostki drugiego rzutu czy zaopatrzenia organizowano zasadzki. Tak „szarpany” nieprzyjaciel w końcu docierał do metropolii, z których co najmniej kilka – w tym stolicę – Ukraińcy przewidzieli do obrony. Uporczywej.

W trakcie bezpośrednich walk szybko dała znać o sobie olbrzymia różnica w umiejętnościach taktycznych między Ukraińcami i Rosjanami. Na przestrzeni ośmiu minionych lat niemal 70 tys. ukraińskich żołnierzy przeszło szkolenie pod okiem natowskich instruktorów (także Polaków). Ich taktyka nosi wiele znamion partyzantki miejskiej, co może być dla Rosjan zapowiedzią trudnej okupacji – gdyby do niej doszło. Ale i lotnictwo Ukrainy operowało w specyficznym rygorze. Rozśrodkowane w zaimprowizowanych bazach w zachodniej Ukrainie, z konieczności (radary i zestawy rakietowe Rosjan) „chadzało” na niskich wysokościach. Nieco asekurancko, ale to wystarczało, by co jakiś czas skutecznie zaatakować kolejną kolumnę rosyjskich wozów, zestrzelić helikopter czy samolot wroga. Wspomniany już wcześniej szok, jaki temu towarzyszył, sami Rosjanie porównali skalą do innego niespodziewanego zdarzenia. A właściwie serii zdarzeń, mowa bowiem o postawie etnicznych Rosjan-obywateli Ukrainy. Najeźdźcy oczekiwali przyjęcia chlebem, solą, wódką i kwiatami. I masowego przyłączenia się do „antyfaszystowskiej” krucjaty. Już pod dwóch dniach wojny stało się jasne, że agresorzy mocno się przeliczyli.

Korytarze dla cywilów

Pojęcie Nebel des Krieges – mgły wojny – wprowadził do wojskowych podręczników pruski generał Karl von Clausewitz. Odnosi się ono do niepewnej sytuacji w teatrze działań wojennych. W strategicznych grach komputerowych widzimy ją pod postacią zasłoniętych części planszy, pod którymi nie wiadomo co się kryje. Po pierwszym tygodniu walk mgła wojny zaczęła opadać na Ukrainę. Spektakularny atak na stację przekaźnikową w Kijowie – transmitującą sygnał telewizyjny – był częścią większej kampanii. Wkrótce z różnych części kraju popłynęły doniesienia o problemach z dostępem do sieci GSM i Internetu. Rosjanie, po sześciu dniach wojny zorientowali się, że telewizja służy do komunikacji władz ze społeczeństwem i przeciwdziałaniu dezinformacji. Że sieć wzmacnia ducha oporu Ukraińców i pozwala na kolportowanie niekorzystnych dla agresora treści. Poza „ciosaniem” infrastruktury, zaczęli też korzystać z przewagi radio-elektronicznej – i masowo zakłócać komunikację. Ukraińskiemu wojsku – wspartemu przez „oczy i uszy” NATO – wielkiej krzywdy nie zrobili, ale cywilny obieg informacji mocno ograniczyli. Media zatem w jeszcze większej mierze skazano na oficjalne doniesienia obu stron, niechętnie dopuszczających dziennikarzy do miejsc walk.

Mimo info-szumu i niedostatku potwierdzonych doniesień, pod koniec minionego tygodnia jasnym było, że Rosjanie otrząsnęli się z pierwszego szoku. Doszło do przegrupowania i zmiany sposobu działania – gros wysiłków spadło na artylerię, która skupiła się na terrorystycznych ostrzałach miast. Z iście radzieckim rozmachem, liczonym wagonami zużytej amunicji. I z zamysłem godnym wojennych zbrodniarzy, przewidującym złamanie ducha oporu Ukraińców brutalnym uderzeniem w cywilów. Z analizy ruchu rosyjskich wojsk można było wysnuć wniosek, że Kreml dąży do zajęcia wschodniej Ukrainy, do linii Dniepru. Zamysł polityczny wydaje się być tożsamy z tym, co Niemcy zrobiły z Republiką Francuską w 1940 r., kiedy część kraju poddano okupacji, a w pozostałej stworzono kadłubowe państwo Vichy, z kolaboracyjnym rządem. Czy to realny scenariusz? W piątek, kiedy zamykaliśmy ten numer „Przeglądu”, Rosjanie wykazywali się wielką determinacją. Walki nie ustawały mimo rozmów pokojowych, toczonych na ukraińsko-białoruskiej granicy. A i same negocjacje miały mocno pragmatyczny wymiar, zdominowały je bowiem rozmowy o tworzeniu korytarzy humanitarnych, przeznaczonych do ewakuacji cywilów z oblężonych miast. Załogi tych twierdz nie zamierzały składać broni.

—–

Nz. Jeden z wielu zniszczonych rosyjskich czołgów/fot. Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 11/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić kilka postów, zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Doceniasz moją pracę? Proszę zatem:

Postaw mi kawę na buycoffee.to