„Wyzwolenie”

Na początek historia z Sierakowa, z ostatniego spotkania autorskiego. Świetnie poprowadzonego, w fajnej atmosferze intelektualnego fermentu, zwieńczonego osobliwym, ale i ciekawym doświadczeniem.

– Dlaczego rząd w Kijowie nie zostawi w spokoju ludzi ze wschodniej Ukrainy, którzy chcieliby przyłączyć się do rosji? – pytał mężczyzna po pięćdziesiątce.

– A kto im zabrania wyjechać? – odparłem nieco prowokacyjnie. – Mówi pan językiem kremlowskiej propagandy, która kłamie, przeinacza fakty. Przed rokiem 2014 na Donbasie nie było tendencji secesjonistycznych. O oderwaniu regionu od Ukrainy myślał procent-dwa miejscowych; wynika to wprost z badań socjologicznych. Ideę separatystycznych republik, docelowo zintegrowanych z rosją, przynieśli na wschód Ukrainy rosyjscy wojskowi z Girkinem na czele. Rzekomi separatyści, do których przyłączył się miejscowy margines społeczny, by z bronią w ręku odkuć się za lata życiowych niepowodzeń. Ci bandyci sterroryzowali resztę…

– Przeprowadzono referenda – przerwał mi mężczyzna.

– Niby-referenda, których wyniki znano na długo przed „głosowaniem” – kontynuowałem. – Wracając do sedna, myli pan prorosyjskie sympatie czy sowiecki sentyment, obecne pośród części mieszkańców wschodniej Ukrainy nawet po 2014 roku, z gotowością do zdrady własnego kraju. Nie przeczę, byli tacy Ukraińcy, nadal są. Ale miażdżąca większość potraktowała armię rosyjską jako najeźdźców. Twierdzenie, że było/jest inaczej, to kłamstwo.

– Obraża mnie pan… – usłyszałem.

– Nie pana, tylko pańskie źródła informacji, jeśli już – powiedziałem. – Ale okłamujcie się tak dalej – dodałem. – Sam putin uwierzył w bzdury własnej propagandy. I założył, że Ukraińcy na wschodzie powitają jego żołdaków chlebem i solą. W efekcie stracił najlepszą część armii.

– A wie pan, jakiego pochodzenia jest prezydent Zełenski? – mężczyzna zmienił temat.

– No wiem, jest Żydem. I co z tego?

– Wszystko. To wszystko wyjaśnia…

Ciągu dalszego nie było. Mam w zwyczaju zamykać dyskusje, gdy pojawiają się antysemickie i teorio-spiskowe „argumenty”. Moderator myślał tak samo. Po wszystkim mój antagonista nie miał ochoty na rozmowę twarzą w twarz w kuluarach. No ale pojawił się na spotkaniu, co było dla mnie czymś nowym. Do tej pory stykałem się ze zwolennikami ruskiego miru wyłącznie wirtualnie, zwykle w formie komentarzy. Miałem wrażenie, że boją się konfrontacji (nie raz już odgrażali się, że wpadną na jakieś spotkanie i „zmiażdżą mnie retorycznie” – i na zapowiedziach się kończyło). Jak się okazuje, niektórym starcza odwagi – o czym nie piszę z uznaniem, boże broń; dla mnie to niczym hydra unosząca łeb, przejaw zepsucia debaty, w ramach której można dziś publicznie wyrażać swoje uznanie, sympatię dla zbrodniczego reżimu.

Kwestia wolności słowa to temat do odrębnych rozważań, a ja przytaczam tę historię z innego powodu. Spędziłem ostatnio trochę czasu z Ukraińcami ze wschodu. Z tymi, którym dane było poznać dobrodziejstwa włączenia do rosji. Oto mała próbka tych doświadczeń.

Olga Bunczuk, sołtyska ze wsi Zahorianiwka/fot. Marcin Ogdowski

Wieś Zahorianiwka leży 10 km na północ od Chersonia. Osada przetrwała okupację niemal nietknięta – większe rosyjskie oddziały tylko przez nią przejechały, wiosną zeszłego roku jako zdobywcy, jesienią jako uciekinierzy.

– Przez chwilę mieszkało u nas kilku rosyjskich oficerów – opowiadała Olga Bunczuk, sołtyska. – Gdy zaczęła się inwazja, część mieszkańców uciekła, zostawiła chałupy; okupanci potraktowali je jak własne.

– Prześladowali was fizycznie, dokuczali?

– Właściwie nie – Bunczuk pokręciła głową. – Czasem nagabywali, żeby przyjąć ich paszporty, ale ludzie kazali im iść w diabły. Na początku okupacji obsesyjnie szukali po domach atowszczików (weteranów operacji antyterrorystycznej w Donbasie z lat 2014-22 – dop. MO), a w sąsiedniej osadzie zabili trzech młodych mężczyzn, właściwie chłopców, cywilów. Rozstrzelali ich za współpracę z partyzantką – doprecyzowała kobieta.

– Bez sądu? – dopytywałem.

– A skąd, całą okupację traktowali nas jak gorszy gatunek. Niby chcieli z nas zrobić rosjan, a tak naprawdę mieli gdzieś, jak i z czego będziemy żyć. Zniszczyli sieć elektryczną, przez pięć miesięcy żyliśmy bez prądu. Rozkradli urządzenia z kurzej fermy, w której pracowało trzysta osób z okolicznych wiosek. Zaminowali pola, odbierając pracę tym, którzy żyli z roli. Nie musieli bić, by uprzykrzyć nam życie – Bunczuk uśmiechnęła się smutno.

– Pamięta pani moment wyzwolenia? – celowo zmieniłem temat.

– O tak! – tym razem uśmiech kobiety był szeroki i radosny. – Miałam kontakt z synem, który służy w obronie terytorialnej. Pisał, że idą na Chersoń, że jego koledzy przejdą przez Zahorianiwkę. Noc z 10 na 11 listopada spędziłam w piwnicy. Słyszałam jakieś głosy, ruch na drodze, ale bałam się, że to rosjanie, że mnie zabiją. Wyszłam z ukrycia jedenastego, była czternasta, gdy zobaczyłam pierwszych naszych chłopców.

Ostatni rosjanie przeszli przez wioskę kilka godzin wcześniej. Zahaczyli o bibliotekę, skąd ukradli dwa laptopy, telewizor i karaoke.

– Książek nie wzięli. Znamienne… – zauważyła miejscowa bibliotekarka. – A elektroniki szkoda, bo była jak okno na świat. To biedna okolica, dzieciaki przesiadywały tu na internecie, co piątek robiliśmy imprezy z karaoke. Biblioteka uczyła, bawiła, tętniła życiem. Aż rosjanie postanowili nas wyzwolić – w głosie kobiety słychać było nutę rozgoryczenia.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi, Magdalenie Kaczmarek i Piotrowi Maćkowiakowi. A także: Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi i Tomaszowi Sosnowskiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Bogusławowi Topolskiemu, Czytelnikowi o imieniu Paweł, Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Marii Machole.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Cztery miesiące po wyzwoleniu mieszkańcy Zahorianiwki wciąż borykają się ze skutkami okupacji. Zniszczona i rozgrabiona infrastruktura oznacza brak pracy, a więc i potrzebę elementarnego wsparcia. Świadczy je – w postaci paczek z żywnością i chemią gospodarczą – m.in. Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej/fot. Marcin Ogdowski

Niedogodności

Piszę dziś „do papieru”, więc w ramach relacji tylko dwie króciutkie retrospekcje.

– Obudził Was alarm? – spytała właścicielka pensjonatu w Mikołajewie.

Pokiwałem głową – wycie syren o 3.30 rzeczywiście przerwało mi sen.

Ania – wolontariuszka z Polski – machnęła ręką.

– Coś tam słyszałem, ale niespecjalnie się rozbudziłam – dodała.

– Tak to już u nas jest, wojenne niedogodności, do których można się przyzwyczaić – skwitowała Ukrainka. I za chwilę uśmiechnęła się szeroko. – Na was nie zrobiło to wrażenia, miałam ostatnio gości z Anglii, którzy reagowali podobnie. Ale Włosi – kobieta zawiesiła głos. – Mój boże, cały pensjonat na nogi postawili, tak głośno szukali schronu…

Prawdę powiedziawszy, nie wiem, czy w pensjonacie był jakiś schron. Na pewno były płyty pilśniowe w oknach na parterze, co sprawiało, że w skąpo oświetlonej jadali panował z lekka piwniczny klimat. Jak w schronie.

—–

O ile z alarmami musi żyć cała Ukraina, o tyle jedna niedogodność ma wybitnie lokalny charakter. Mikołajów nie posiada własnego ujęcia wody pitnej – najbliższa stacja, czerpiąca wodę z Dniepru, znajduje się w Chersoniu. Ale rosjanie – wzorem hitlerowców z czasów II wojny światowej – stosują taktykę spalonej ziemi. I w jej ramach zniszczyli zarówno punkt poboru, jak i infrastrukturę przesyłową. W efekcie, półmilionowe miasto zmuszone jest korzystać z wody morskiej, która w żadnym razie nie nadaje się do picia. Władze Mikołajewa zdecydowały, że wodociągi będą ją podawać wyłącznie w celach technicznych – można tym spłukać klozet, można się umyć (choć śmierdzi i wygląda zielonkawo), od biedy da się i prać. Ale picie grozi poważnymi problemami zdrowotnymi.

Piją więc „mikołajewscy” wodę dostarczaną przez wojsko, miejskie służby i organizacje pomocowe – w beczkowozach, wielkich zbiornikach i butelkach, które stały się nieodłącznym elementem tamtejszego krajobrazu.

Stały się nim również wozy techniczne, co rusz jeżdżące do kolejnych awarii, bo słona woda „nie lubi się” z rurami i pompami. Niszczy też urządzenia domowe, więc rosjanie mają na sumieniu nie tylko te pralki i zmywarki, które zdołali ukraść.

Odbudowa infrastruktury? Owszem, raz już tego dokonano, ale orki nie dały za wygraną i ostrzelały z artylerii przywróconą do życia stację.

– Nic mnie nie swędzi – raportowałem żonie po dwóch kąpielach w mikołajewskich „solankowych źródłach”. Nadal nie swędzi.

—–

Obwód chersoński to nie Kijów i jego okoliczne gminy. Tu nie ma mowy o szybkiej odbudowie zniszczonych domów i obiektów użyteczności publicznej. Pamiętam serię zdjęć ze stolicy i satelickich miasteczek, zestawionych tak, by pokazać, że kilka miesięcy po uszkodzeniu jakiegoś budynku, wygląda on jak nowy.

Południowy wschód nie jest tak zasobny, a i wciąż wisi nad nim groźba eskalacji jeśli nie walk, to przynajmniej ostrzałów i bombardowań, które zniszczyłyby to, co właśnie odbudowane.

Posad-Pokrowskie, do którego wraca życie, wracają ludzie, dobrze ilustruje ów problem. W całej dużej wiosce widziałem raptem jeden odbudowywany dom. Widziałem też sporo chałup zakrytych niebieskimi płachtami – chronią one resztki dobytku przed całkowitym zniszczeniem przez śnieg i deszcz. To inicjatywa jednej z organizacji wolontariackich, podjęta pod nieobecność właścicieli posesji (o czym wspominam, bo na początku wydawało mi się, że to wstęp do odbudowy i że chodzi o domy obecnych na miejscu mieszkańców).

„Wioska ruin”, przyszło mi do głowy, gdy z dachu lokalnej szkoły – także zniszczonej – kontemplowałem widok.

Ale życie pośród ruin również musi trzymać pewne standardy. Odbudowę można/trzeba odłożyć, ciał zasypanych ludzi (albo po prostu zabitych, bo nie wszyscy ginęli na skutek zawałów) zostawiać nie wolno. Z różnych powodów, także tych pragmatycznych. Rozkładające się zwłoki śmierdzą, a to już nieakceptowalna niedogodność.

Rzecz w tym, że niektóre ciała nawet po uprzątnięciu zostawiały po sobie zapachowy ślad. Jak sobie z tym poradzić? Mieszkańcom wyzwolonych terenów południowo-wschodniej Ukrainy pomógł… COVID. A konkretnie zapasy płynów dezynfekcyjnych, zalegające w magazynach. Wystarczyło rozlać ciecz w miejscach, gdzie leżały rozkładające się zwłoki.

Ot, ponura wojenna pomysłowość.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Widok na Posad-Pokrowskie/fot. Marcin Ogdowski

Pomoc

Samoloty pojawiły się znienacka, w towarzystwie potężnego huku. Leciały w parze, na bardzo niskiej wysokości – aparat zniekształcił perspektywę, na zdjęciu jedna z uchwyconych maszyn wydaje się maleńkim, odległym punktem. Ale w rzeczywistości śmignęły na tyle blisko, że bez trudu rozpoznałem sylwetki szturmowików i dostrzegłem ich charakterystyczny „cyfrowy” kamuflaż.

Zoja – moja rozmówczyni – patrzyła w niebo z niepokojem. Co prawda jej dom poważnie uszkodził rosyjski pocisk artyleryjski, ale pobliską szkołę rozbebeszyły lotnicze bomby. I to bomby odpowiadały za dużą część zniszczeń w Posad-Pokrowskie – w wiosce, w pobliżu której przez wiele tygodni przebiegała linia frontu.

– To wasze – stwierdziłem na głos, robiąc jednocześnie zdjęcia. – Su-25 – dodałem.

Odrzutowce pomknęły w stronę Chersonia.

– Z Polski? – spytała mnie Zoja, nieco starsza ode mnie kobieta, którą chwilę wcześniej zastałem na porządkowaniu zdemolowanej posesji. W pierwszej chwili nie zrozumiałem pytania; byliśmy już po słowie, Ukrainka wiedziała, że jestem Polakiem. Wnet mnie olśniło.

– Samoloty? – chciałem się upewnić.

– No tak, czy to te z Polski? – usłyszałem.

Byłem zaskoczony. Po prawdzie, nie spodziewałem się u „zwykłych ludzi” takiego rozeznania w temacie pomocy wojskowej. A jednak Zoja dobrze wiedziała, że polskie władze zdecydowały o przekazaniu samolotów bojowych Ukrainie. Nie Suchojów, a MiG-ów 29, ale nieznajomość typu to w tym kontekście nic nieznaczący szczegół.

– Nie, nie – zaprzeczyłem. – My wam dajemy inne. Takich jak te – wskazałem ręką kierunek, w którym odleciały szturmowce – nasze wojsko nigdy nie miało.

Kobieta kiwnęła głową.

– Mój boże – westchnęła. – Dobrze, że nam tak pomagacie – stwierdziła i… objęła mnie mocno. Niby nic, a mało się nie popłakałem ze wzruszenia.

Zoja na terenie własnej posesji. W tle zbombardowana szkoła/fot. Marcin Ogdowski

—–

W okolicach Chersonia regularnie znika zasięg ukraińskich sieci komórkowych. Telefony „przejmują” rosyjscy nadawcy, a na wyświetlaczach pojawia się informacja o roamingu. To samo tyczy się stacji radiowych – im bliżej Dniepru, za którym rozciąga się nadal okupowane terytorium Ukrainy, tym łatwiej wyłapać rosyjskie rozgłośnie.

– Czekaj, posłuchamy, co powiedzą – Lesia, wolontariuszka z Odessy, zwróciła się do Julii, która prowadziła nasze auto. Wcześniej, przez prawie trzy godziny, słuchaliśmy radia Bayraktar („muzyki ukraińskiego zwycięstwa”, jak reklamuje się rozgłośnia). Ale w głośnikach zaczęło trzeszczeć, trzeba więc było poszukać czegoś innego.

Trafiliśmy na wiadomości, czytane po rosyjsku śmiertelnie poważnym tonem. Najpierw mówiła spikerka, potem jakiś korespondent, a ostatecznie puszczono fragment przemówienia Dmitrija Miedwiediewa, poświęcony – jak zdołałem się zorientować – systemowi motywacyjnemu dla pracowników rosyjskiej zbrojeniówki.

– Zrzygam się… – zapowiedziała Julia. – Nie mogę tego słuchać – stwierdziła i skorzystała z prerogatyw kierowcy. Radio zamilkło.

– Słyszałeś Marcin? – upewniała się Lesia. – Co mówili o polskim krabiku…

Przytaknąłem, śmiejąc się szeroko. Nim wybrzmiał głos Miedwiediewa, korespondent donosił o zniszczeniu „na południowym odcinku specjalnej operacji wojskowej polskiej samobieżnej armato-haubicy Krab”.

– Kłamią – dla Lesi było to oczywiste.

„Pewnie tak”, uznałem, wszak rosjanie, jak w filmie z gatunku „zabili go i uciekł”, „zniszczyli” lub „uszkodzili” wszystkie przekazane Ukrainie Kraby – i to tak ze dwa-trzy razy. Szybko jednak spoważniałem – udało się ruskim czy nie, fakt, że mówili o tym w wiadomościach był znamienny. „Druga armia świata” chwaliła się zniszczeniem pojedynczej haubicy – oto sukces na miarę rosyjskich możliwości. Ale i dowód, jak bardzo kremlowskiej propagandzie zależy na podkreślaniu polskiego udziału w tej wojnie. „Zaleźliśmy ruskim za skórę”, skwitowałem w myślach tę sytuację.

Jedna z przekazanych Ukrainie haubico-armat Goździk – tę rzeczywiście udało się rosjanom zniszczyć/fot. Marcin Ogdowski

—–

Dawno nie czułem się tak dobrze ze swoją polskością, jak przez ostatnich kilka dni w Ukrainie. Zewsząd słyszałem opowieści o córkach i wnuczętach, które znalazły w Polsce schronienie. Niemal każdy z moich rozmówców ma lub miał u nas kogoś bliskiego. Chciałem czy nie, stałem się obiektem, wobec którego wyrażano wdzięczność za ten zbiorowy wysiłek. O co było tym łatwiej, że pojechałem na chersońszczyznę dokumentować wysiłki podejmowane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (przy współpracy z ukraińską Fundacją Wieża). Brałem zatem udział w dystrybucji żywności i chemii gospodarczej, dotarłem do przyfrontowych wiosek – omijanych przez inne organizacje – gdzie PCPM finansuje odbudowę infrastruktury energetycznej. W takich okolicznościach utożsamiony z pomocą, stałem się adresatem następującego pytania:

– Dlaczego nam tak pomagacie? – jeden z dzielnych ludzi, elektryków, którym zdarza się pracować mimo rosyjskiego ostrzału, nie był podejrzliwy, a zwyczajnie ciekawy.

Co miałem powiedzieć? Wzruszyłem ramionami, bo dla mnie to oczywista powinność, gdy wróg sąsiada okazuje się barbarzyńcą. Gdy grozi i nam, gdy próbuje podważyć sojusze, na których opiera się nasze bezpieczeństwo. A jego ewentualne zwycięstwo i podejście do naszych granic uczyniłoby mój kraj strefą ekonomicznego ryzyka, zbyt dużego dla wielu obcych kapitałów.

– Bo to też nasza wojna – odparłem i wyliczyłem argumenty.

– Moskale was za tę pomoc nienawidzą…

– Więc tym bardziej musimy Was wspierać.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Przelatujący nad Posad-Pokrowskie ukraiński Su-25. A właściwie próba jego uchwycenia przy pomocy aparatu…/fot. Marcin Ogdowski

Wyprawa

Przez ostatni tydzień przebywałem w Ukrainie, głównie w obwodzie chersońskim. Na Facebooku – gdzie panel administracyjny jest najłatwiejszy do obsługi – prowadziłem na bieżąco relację z wyjazdu. Blog wymaga nieco więcej zabiegów i lepszego niż miałem dostępu do Internetu – stąd taki wybór medium. Nie chcę jednak, by FB pozostał jedynym nośnikiem tej relacji, więc post factum zamieszczam wszystkie wpisy w ich oryginalnej postaci.

21 marca 2023 r.

Co jest na tym zdjęciu? Niby nic, a jednak to kawałek wojenno-podróżniczej rzeczywistości Ukrainy. Kotary w przedziałach i na korytarzach muszą być zasłonięte, tak, by na zewnątrz nie wydostawało się zbyt wiele światła. Zaciemnienie dotyczy również pociągów – o czym przypomina/informuje załoga składu.

Jadę więc przy zaciągniętych.

22 marca 2023 r.

ruskie chciałyby tu być, ale nie dla… nich Odessa. Czają się gdzieś daleko za horyzontem, tchórze, ładując rakietami z okrętów. Wczoraj lokalna OPL zestrzeliła jeden z orkowych pocisków – niestety, odłamki upadły na miasto.

– Zginęły trzy osoby – mówi miejscowy taksówkarz.

—–

Czas na więcej szczegółów. Jutro wieziemy pomoc humanitarną do wiosek w regionie chersońskim. Dziś w Odessie załadowaliśmy samochody – chemią i żywnością. Konwój organizuje miejscowa Fundacja Wieża, od naszej strony Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

W składzie, gdzie przechowywane są produkty, znalazłem ciekawą „ekspozycję”.

– To pozostałości ruskiego miru – mówi Ihor z Wieży. Fundacja, poza wsparciem typowo humanitarnym, zajmuje się również rozminowywaniem i zbieraniem amunicyjnych resztek.

Na zdjęciu urobek z jednego tygodnia, z okolic dwóch wiosek na chersońszczyźnie – widoczny na pierwszym planie Grad, resztki bomb kasetowych i pocisków artyleryjskich.

– Śmieci – podkreśla Ihor, a z kontekstu jasno wynika, że nie chodzi mu tylko o żelastwo…

23 marca 2023 r.

Psy wojny/fot. Anna Radecka

—–

Ot, biblioteka, nic niezwykłego. Nieduża, wiejska, w miejscowości Zagaraniwka (region chersoński). Bieda tu aż piszczy, spotęgowana wojną; stąd potrzeba pomocy i nasz humanitarny konwój.

Ukraińcy wyzwolili osadę 11 listopada. Wcześniej bibliotekę wyzwolili rosjanie – od sprzętu komputerowego i innej elektroniki, będącej oknem na świat dla lokalnej dzieciarni.

Widziałem mnóstwo wojennego kurestwa, ruskie – zdawało się – nie są w stanie mnie zaskoczyć. Ale żeby zajebać dzieciakom laptopa, telewizor i kareoke, to już naprawdę trzeba być… No właśnie – kim, czym, jakim?

—–

Podążałem dziś w okolicach Chersonia śladem prezydenta Zełenskiego – początkowo nieświadomie, choć – jak mawiają – znaki były. Zetknąłem się na przykład z jego „głęboką ochroną” – ludźmi i sprzętem strzegącym nieba w rejonie prezydenckiej wizyty. Mniejsza o szczegóły – nie czuję się upoważniony – tym niemniej nie było zaskoczenia, gdy na gruzach wsi Posad-pokrowskie usłyszałem od nielicznych ocaleńców, że właśnie minąłem się z głową ukraińskiego państwa („jaki on chłopięcy!”, dziwili się miejscowi).

Ufam, że będzie jeszcze okazja, ale ja nie o tym.

Mam nieco staroświeckie podejście do narodowych symboli. „Flaga rzecz święta” – uczyli mnie od dziecka i jakkolwiek po drodze moje relacje z Polską harmonijne nie były, respekt do biało-czerwonej pozostał. I zobaczyłem dziś naszą flagę na dachu zrujnowanej szkoły w Posad-pokrowskie. Budynek zniszczyły rosyjskie bomby (bo tak…), biało-czerwoną zawiesili Polacy z Legionu, walczący o miejscowość w listopadzie zeszłego roku.

Gest zacny, zaakceptowany przez miejscowych, tyle że po drodze flaga zmarniała. Zabrudzona, lekko podarta, częściowo leżała na resztkach dachu, bo drzewiec się obniżył i nadłamał. No więc durny łeb zaprogramował się na misję ratowania biało-czerwonej, co wymagało wspinaczki po zarwanych kondygnacjach i spaceru po strychu, którego podłoga trzymała się na słowo honoru.

Pomógł pan Wiktor, jeden z miejscowych Robinsonów. Pierwotny pomysł był taki, by flagę odwinąć i unieść, by znów dumnie powiewała, ale gdy już do niej dotarliśmy, zmieniłem zdanie.

– Zabiorę ją do domu, do Polski – postanowiłem.

– Pomogę zdjąć – Wiktor z miejsca wziął się do roboty. A ja chwyciłem za aparat i telefon, w głowie układając szatański plan.

Wystawię tę flagę na aukcji, a zebrane pieniądze przeznaczę na pomoc Ukrainie; wojskową/humanitarną – niech to pozostanie decyzją zwycięzcy (który proporzec szanować musi – to jasne jak słońce). Za ułamek (mam nadzieję) zebranej kwoty kupię nową biało-czerwoną, z solidnym drzewcem – i osobiście, bądź przy pomocy przyjaciół, zadbam, by trafiła do Posad-pokrowskie.

– Dobry plan – skwitował pan Wiktor.

A Wy co na to?

Ps. Budynek szkoły idzie do rozbiórki. Jak zapewnił prezydent Zełenski, wieś ma zostać odbudowana.

24 marca 2023 r.

Dziś o 3.30 miałem problem natury egzystencjalnej. Zawył alarm przeciwlotniczy, a mnie przyszło do głowy, że będzie głupio, jak „w razie cuś” znajdą mnie w samych gaciach. No więc wstałem, założyłem koszulkę i poczułem się wyraźnie lepiej.

Przebudzony, zerknąłem w telefon. A tam otagowana moim nazwiskiem twitterowa gówno-burza, z której wynika, że jestem „ośrodkiem dezinformacji, wciągającym polską opinię publiczną w konflikt zbrojny/pod ciężarówkę z gruzem”. Jakiś skarpetkosceptyk z naszym (?) paszportem wykonał zestawienie „szkodliwych influencerów”, zaliczając do nich i mnie.

Ból ruskomirskich tyłków to powód do radości i gwarancja dobrego, mocnego snu. Wyspany, donoszę o tym z satysfakcją.

A teraz wracam do pracy, dla której tu przyjechałem.

Na filmiku powód mojego przebudzenia. Z tego co wiem, syreny wyły dziś nie tylko w Mikołajewie.

—–

Wolną chwilę wykorzystuję na spacer.

A te skur…yny ładują po mieście i okolicy. Łaskawie, bo tylko co kilka minut. Dźwięki eksplozji dochodzą z różnych miejsc (mieszają się z wystrzałami, więc nasi odpowiadają). Jestem w centrum, lokalnych kanonada nie rusza. Snują się leniwie, nie przerywają połączeń, nie wstają z ławeczek. Natykam się na panie, które właśnie wyszły z jakiegoś biura. Papierosek, rozmówki o niczym. Łup!

– Nasi – komentuje jedna z nich.

Posyła mi uśmiech, zaciąga się fajeczką.

Łup!

– Ka… py! – mówi z obrzydzeniem, używając nieprawilnego dla cenzorów fejsbuka określenia orków.

Odpowiadam smutnym uśmiechem, idę dalej.

Naprawdę czuć wiosnę, jest chyba ze 20 stopni. Chodnik skąpany w słońcu, nie widzę, po czym depczę. W końcu dostrzegam wyrysowany kredą napis.

– Bądź światłem dla samego siebie – czytam na głos.

Pozytywna moc tych słów wręcz bije z asfaltu…

Łup!

…na przekór gównianym okolicznościom.

—-

– Ludzie u nas biedni, ale o swoje walczyć potrafią – przekonuje Oleh Pilipienko, starosta gromady Szewczenkowe w regionie mikołajewskim.

Gdy zaczęła się inwazja, Oleh – oficer rezerwy armii ukraińskiej – skrzyknął wokół siebie setkę sąsiadów. Bić się nie było czym, ochotnicy skupili się zatem na utrudnianiu życia rosjanom. Poświęcę temu więcej uwagi w obszerniejszym wpisie – na dziś dość powiedzieć, że ruskim przyszło się mierzyć z plagą jeżyków. Takich, jak ten ze zdjęcia.

„Druga armia świata” jeździ na badziewnych kitajeckich oponach, gumy więc pękały raz za razem.

Za swą zuchwałość Pilipienko zapłacił trzymiesięcznym pobytem w rosyjskiej niewoli.

– Grunt, że napsuliśmy im krwi – uśmiecha się szeroko. – My i nasze jeżyki – ostatnie ze słów wymawia z urzekającą czułością.

25 marca 2023 r.

Czemu ruskie bombardują szkoły? Bo w szkołach są piwnice. A Ukraińcy mają być zaszczuci, przekonani, że nigdzie nie znajdą bezpiecznego schronienia.

Nz. szkoła we wsi Zielony Gaj

—–

Weekend, czyli czas na piękne widoczki. Nad Ingulcem sprawy mają się następująco. Wojna, choć tak blisko (słychać artylerię), wydaje się być tak daleko…

26 marca 2023 r.

To ja jeszcze o Chersoniu, przebitka z przedwczoraj.

Grzmiała artyleria, a panowie ze zdjęcia ani myśleli opuścić skąpanej w słońcu ławeczki.

Przysiadłem na chwilę.

– Przywykliśmy – usłyszałem.

Wczoraj rosyjski pocisk zabił mężczyznę, równolatka moich przypadkowych rozmówców. Chersończyk spacerował nad Dnieprem, wszak znów była piękna pogoda. Prosił się o śmierć – powie ktoś. Niemal na pewno nie – odpowiem.

Miasto od wyzwolenia jest pod stałym ostrzałem rosyjskiej artylerii. Nękający ogień ma mieszkańcom uzmysłowić, że lepiej byłoby im w rosji (fakt, Ukraińcy okupowanego przez orków Chersonia nie ostrzeliwali…). Czy też po prostu ich sterroryzować, ukarać. Czasem jest to ogień na rympał, czasem precyzyjnie kierowany przez kolaborantów, którzy zostali w mieście. W drugim przypadku celem może się stać – jak przed kilkoma dniami – punkt pomocy humanitarnej.

Bandyckie metody, bandyckiej armii.

A cywile? Ileż można siedzieć w piwnicy, kryć się, zredukować życie do czynności ściśle związanych z przetrwaniem? Tydzień, dwa, trzy? Jednym pierwszy szok przechodzi szybko, inni bujają się z nim dłużej, ale większość ostatecznie przywyka. Zwłaszcza gdy ogień nie jest huraganowy, pociski spadają z rzadka, na obszarze niemałego przecież miasta.

Zwłaszcza gdy przychodzi wiosna, a słońce i odradzająca się zieleń są jak zapowiedź lepszego jutra…

—–

Wracam do domu. Przede mną długa droga, większość spędzę w pociągu; będzie okazja, by na spokojnie pomyśleć o tym, co zobaczyłem i usłyszałem przez ostatnich kilka dni.

Odbyłem kilkanaście rozmów, zrobiłem tysiąc zdjęć ilustrujących dramat, jaki na chersońszczyznę sprowadzili rosjanie. Skala materialnej destrukcji i ludzkiej krzywdy poraża; mam grubą skórę, ale zdarzyło mi się uciekać w kąt, by nie ujawniać swych emocji (one są niczym przy doświadczeniach moich rozmówców).

Ten ból zostanie ze mną na dłużej.

Ale wiozę w głowie coś jeszcze – dwie istotne obserwacje.

W Ukrainie dokonuje się ZMIANA – celowo zapisana z wielkiej litery. To głęboki psychologiczny i socjologiczny proces rozbratu z szeroko rozumianą rosyjską kulturą. „To nie ludzie, to zwierzęta” – mówią o żołnierzach putina mieszkańcy wyzwolonych terenów. Mówią po ukraińsku, nie rosyjsku, wstyd bowiem używać tego samego języka, co pijane i okrutne żołdactwo. Postrzegane tam, na południowym-wschodzie, jako emanacja rosji. Figura rowu wykopanego między rosjanami a Ukraińcami – dotąd będąca dla mnie przejawem nieco abstrakcyjnej publicystyki – nabrała realnych kształtów. Więc faktycznie putlerze, dokonałeś rzeczy naprawdę wielkiej…

Ale wracam też z czymś bezdyskusyjnie dobrym – z NADZIEJĄ. Zniszczona posesja w Posad-pokrowskie znajduje się przy ul. Zwycięstwa. Trudno o lepszy splot symbolu z brutalną rzeczywistością. W chersońskiej czy mikołajewskiej oblasti nikomu nie trzeba tłumaczyć, że cena oporu była, jest i będzie wysoka.

– Jeszcze wiele domów zostanie zniszczonych, zginie wielu dobrych ludzi, ale zwyciężymy – przekonywała mnie Lesia, wolontariuszka z Odessy. Nie ona jedyna.

27 marca 2023 r.

Tomaryne od Nowej Kachowki dzieli jakieś 8 km, licząc razem z Dnieprem To już poza zasięgiem snajperów i moździerzy, ale wciąż w promieniu rażenia dział. A ruscy polują na elektryków przywracających prąd w wyzwolonych wioskach po naszej stronie rzeki.

Dlatego ukraińscy fachowcy pracują w hełmach i kamizelkach.

Wcześniej robili to z własnej inicjatywy, teraz ich działania finansuje Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Zapowiadam tekst na ten temat, a zarazem chciałbym zacząć tydzień optymistycznym akcentem – od wskazania nieoczywistego bohaterstwa.

Ci ludzie mają nerwy ze stali. Ledwie dojechali na miejsce, a kilkanaście metrów od wozu upadł artyleryjski pocisk. Szczęśliwie skończyło się na wyrytym w ziemi leju (widocznym na drugim zdjęciu).

– To było dla nas – uznał Koła, członek ekipy, ów wniosek wywodząc z faktu, że skończyło się na pojedynczym wystrzale. – Chcieli nas przestraszyć.

Przestraszyli?

No jak widać – nie…

28 marca 2023 r.

(…) Jestem farciarzem.

Wczoraj odebrała mnie z pociągu córka, a ja nie musiałem się martwić, że po drodze na dworzec jakiś pijany orczy żołdak zechce jej zrobić krzywdę.

W domu przez kilka godzin czekałem aż wróci z pracy żona – bez lęku o to, czy nie dopadnie jej po drodze artyleryjski ostrzał lub atak rakietowy.

Wcześniej wyściskałem swoje psy (zwłaszcza suczkę, która była tak stęskniona, że z radości aż się posikała). Wąchałem ich futra, mając przed oczyma te biedne czworonogi ze strefy wojny. Straumatyzowane, nieufne, otępiałe, albo przeciwnie – lgnące do człowieka, spragnione jego bliskości i opieki.

W tym, czego wczoraj zaznałem, nie było niczego nowego – moje wojenne czy okołowojenne wyjazdy zawsze kończyły się wrażeniem powrotu z odległej galaktyki. Ale kulturowa i geograficzna bliskość tej wojny i Ukrainy potęgują egzystencjalny lęk, że „to, co tam, mogłoby się przytrafić i tu”. Inaczej przeżywam wojnę w Ukrainie, inaczej niż tę iracką czy afgańską.

Nie chcę uciekać w trywialne moralizatorskie tony, napiszę więc tylko, że żyjemy w lepszej części świata. Przytłoczeni rozmaitymi trudami, często o tym zapominamy. Umyka nam świadomość, jakimi jesteśmy farciarzami.

Na załączonej fotografii zerwany wiadukt kolejowy w okolicach Chersonia. Wysadzili go uciekający za Dniepr rosjanie. Zrobiłem to zdjęcie świadom symboliki obrazka. Tak właśnie się dzieje, gdy na drodze życia staje nam jakiś ork…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Tym razem pojechałem do Ukrainy wspierać i dokumentować pracę wolontariuszy z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i ukraińskiej Fundacji Wieża. Obie organizacje pracują na terenie wyzwolonej chersońszczyzny, o czym szerzej napiszę w kolejnych postach. Nz. mieszkanka wsi Shidne/fot. Marcin Ogdowski

Kursanci

Czym się różni amerykański pilot myśliwski od rosyjskiego? Użyjmy analogii. Załóżmy, że mamy samochód z literą L na dachu, w którym siedzi dwóch mężczyzn – Amerykanin i rosjanin. Obydwaj mogą poprowadzić auto, ale to ten pierwszy posiada papiery i umiejętności instruktora, drugi – zaledwie kursanta.

I tak to mniej więcej wygląda.

Kilkanaście miesięcy temu żachnąłbym się na takie porównanie. Uznał je za dowód irytującego amerykańskiego poczucia wyższości. Ale wojna w Ukrainie pokazała, że rosyjskie lotnictwo taktyczne w zasadzie nie istnieje. Mimo imponującej przewagi liczebnej, rosyjscy myśliwcy nie byli w stanie sparaliżować ukraińskich sił powietrznych, nie są w stanie przeprowadzać misji bezpośredniego wsparcia oddziałów na lądzie. Latają rzadko, asekurancko, z marnymi efektami. Niczym kursanci.

A niebawem będzie im jeszcze trudniej, bo Ukraińcy otrzymają niemal 30 MiG-ów 29. Trzynaście ze Słowacji, resztę z Polski.

Gdyby nie lotnictwo strategiczne – bombowce rażące cele znad rosji, z bezpiecznej odległości setek kilometrów od ukraińskich granic, przy użyciu rakiet i pocisków manewrujących – nie byłoby o czym mówić w kwestii rosyjskich operacji lotniczych.

Oczywiście, skarpetkosceptyczny Internet ma na ten temat inne zdanie. Po wymuszonym kolizją z rosyjskim Su-27 wodowaniu amerykańskiego Reapera, moskale oszaleli z zachwytu. Czytając ichnią prasę i Telegram można odnieść wrażenie, że orkom udało się zatopić lotniskowiec z setką samolotów na pokładzie. W trakcie lektury osoba z zewnątrz wnet poczuje dysonans – identyczny jak w sytuacji sprzed kilkunastu tygodni, gdy zdobycie Sołedaru odtrąbiono w rosji jako wielki sukces. Agresorzy chcieli zajmować ukraińską stolicę, szereg miast obwodowych, po czym okazało się, że realnie mogą przejąć miasteczko satelickie powiatowego Bachmutu oraz znajdujący się na jego obrzeżach sklep ogrodniczy. Takie sukcesy to w rzeczy samej „anałoga-w-miru-niet”.

I tak jest z utopionym w Morzu Czarnym MQ-9. Nieuzbrojony dron to rzeczywiście godny przeciwnik dwóch uzbrojonych po zęby maszyn myśliwskich. Jak poinformowało rosyjskie MON, bohaterscy piloci zostali właśnie odznaczeni za niedopuszczenie amerykańskiej maszyny w rejon „specjalnej operacji wojskowej”. Tym samym szojgu w pełni legitymizował działania nieudacznych pilotów, którzy 12 razy próbowali zalać amerykański dron paliwem, aż w końcu jeden z nich doprowadził do kolizji z bezzałogowcem. To ta kolizja – efekt nieogaru ruskiego pilota – sprawiła, że uszkodzonego Reapera Amerykanie musieli skierować ku morzu i zatopić. Natowski pilot za taką akcję – ryzykowane manewry mogące doprowadzić do utraty myśliwca – dostałby naganę. Zwłaszcza że samolot, który zawadził o śmigło MQ-9, też przy okazji oberwał. No ale w rosji wszystko podporządkowane jest logice propagandy, a ta pozwala przedstawić sprawę w taki sposób, że „nasz wrócił do domu, amerykański spadł do morza”.

W tej narracji da się dostrzec istotną cechę rosyjskiej dumy – świecącej światłem odbitym od USA i Amerykanów. „Jesteśmy wielcy nie dlatego, że mamy wspaniałe osiągnięcia w kulturze, technice i bóg wie czym jeszcze, tylko dlatego, że udało nam się zagrać na nosie Amerykanom”. To sznyt wspólny z ideologiami państwowymi Korei Północnej i Iranu, których reżimy budują wrażenie własnej potęgi poprzez wskazywanie realnych bądź wydumanych atutów pozwalających zaszkodzić Ameryce. „Jesteśmy wspaniali, gdyż możemy przeciwstawić się Wielkiemu Szatanowi!”. A że nasi obywatele nie mają co jeść, srają na dworze i żyją o 20 lat krócej niż mieszkańcy znienawidzonej Ameryki czy Europy – kto by się przejmował takimi szczegółami.

Psychologicznie rzecz ujmując – mamy tu do czynienia z niskim poczuciem własnej wartości, jako składową tożsamości etnicznej.

Wracając do sedna – lotcziki dostały medale, a marynarze rzucili się do szukania wraku. Na ujawnionych zdjęciach satelitarnych widać aż osiem jednostek floty czarnomorskiej w rejonie, gdzie spadł Reaper. Na marginesie – takiego ruchu w interesie nie było, gdy zatonęła „Moskwa”, a wraz z nią sporo marynarzy (rodziny ponad stu z nich nadal nie doczekały się powrotu synów i ojców). No ale wtedy – jak dwie dekady wcześniej z „Kurskiem” – chodziło o blamaż, nie-do-ogrania przez propagandę. Tu – choć wiadomo, że Amerykanie co najcenniejsze w dronie już zniszczyli (poprzez zdalną detonację) – wyjęcie z wody okazałego kawałka płatowca da propagandzie masę paliwa. Publiczna prezentacja skrzydła czy kadłuba posłuży za dowód „wielkiego zwycięstwa”, tym większego, że na prawdziwym froncie nawet tych małych nie udaje się odnieść.

Tylko że działania mają skutki. Medale dla pilotów są jak wzięcie pełnej odpowiedzialności przez Kreml za incydent nad Morzem Czarnym. A ponieważ stoi za tym ryzyko rozochocenia i eskalacji, Waszyngton musi zareagować. Jest oczywistym, że utrata bezzałogowca tylko wzmoże amerykańską chęć pomocy Ukrainie – pomijając inne motywacje stojące za wsparciem, „odwijanie się” ruskim rękoma Ukraińców jest dla USA bardzo wygodnym rozwiązaniem. Na pewno nikt w Białym Domu się nie przeląkł, jak sugerowała część mediów. Amerykanie nie zawiesili operacji zwiadowczych przy użyciu bezzałogowców – dziś nad ranem i przed południem jeden z nich znów latał nad Morzem Czarnym. I zapewne będą latać kolejne.

Skąd to przekonanie? Przez lata obserwowałem amerykańską armię w działaniu. W Afganistanie byłem świadkiem determinacji, która wówczas – muszę przyznać – lekko mnie zszokowała. W prowincji Ghazni była droga nazywana przez naszych „ajdisztrase”, słynąca z wielkiej liczby improwizowanych ładunków wybuchowych i talibskich zasadzek. Pech chciał, że wiodła między dwoma ważnymi ośrodkami, więc dla Amerykanów było nie do pomyślenia, żeby droga pozostawała nieprzejezdna. Pchali nią konwoje raz za razem – mimo iż ciągle coś tam wybuchało. Ludzi nie ginęło przy tym wielu, ale sprzętu tracono masę. „Daliby sobie spokój”, myślałem. „Znaleźli inną drogę. Zbudowali ją sobie”, kalkulowałem. Ale Amerykanie w obliczu większego ryzyka postąpili tak, jak zakłada ich filozofia wojowania – nie odpuszczali, ale zwiększali zaangażowanie środków technicznych, by w ten sposób redukować straty w ludziach. I dopiąć swego. Nad „ajdisztrase” latały drony, co chwila pojawiały się śmigłowce, jezdnię co rusz czesały zestawy RCP (specjalistyczne pojazdy saperskie). Afgańczykom naprawdę trudno było sadzić kolejne miny-pułapki. „My byśmy już dawno odpuścili”, słowa oficera Wojska Polskiego nie były dowodem braku odwagi, a wynikiem kalkulacji „koszt-zysk”. „No ale, kto bogatemu zabroni…?”, skwitował ów wojskowy.

I w tym rzecz. Jeśli ryzyko operacji nad Morzem Czarnym wzrosło, odpowiedzią Amerykanów nie będzie wycofanie się, a redukcja tegoż ryzyka. Na przykład poprzez dołożenie do maszyn zwiadowczych – załogowych czy bezzałogowych – eskorty. Wówczas ruskim odechce się rumakować w towarzystwie amerykańskich myśliwców. Bo kursant instruktorowi może co najwyżej grzecznie się ukłonić. Oczywiście, może go ponieść fantazja, ale dobrze wiemy, jak kończą zbyt pewni siebie, niedoświadczeni kierowcy…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Amerykańskie F-18 podczas operacji nad Afganistanem/fot. USAF