Tory

W początkowym okresie zmagań o Donbas kilka razy byłem w Bachmucie, wtedy jeszcze Artiomowsku. Gdy w lutym 2016 roku weszły w życie przepisy ustawy dekomunizacyjnej, miejscowi nadal używali starej nazwy. Więc i ja mówiłem i myślałem „Artiomowsk”, gdy docierałem tam marszrutką, taksówką czy pociągiem. Nigdy nie spędziłem w mieście więcej niż kilka godzin – Bachmut nie stanowił celu podróży, był jedynie wygodnym węzłem przesiadkowym i zarazem kiepskim miejscem, by urządzać sobie w nim „bazę”. Większy pobliski Kramatorsk nadawał się do tego lepiej, choć i tam skromne zaplecze hotelowe na dobre zasiedliło wojsko. No ale było gdzie zjeść, napić się, złapać oddech po wyprawach na nieodległy front, nazywany eufemistycznie „linią rozgraniczenia”. A Artiomowsk? Artiomowsk to była czarna dziura – zapomniane przez boga, brzydkie i zaniedbane miasteczko. Spowite marazmem i beznadzieją, jakie widywałem w popegeerowskich osadach i o jakich czytałem w opracowaniach poświęconych ofiarom rodzimej transformacji.

„Czego tu kurwa bronić?”, zastanawiałem się podczas jednej z wizyt. Była to refleksja dotycząca Donbasu jako takiego, ale sprowokowana bachmuckimi widoczkami. Wcześniej, w oczekiwaniu na pociąg, zszedłem kawał miasta, utwierdzając się w przekonaniu, że za nic nie chciałbym tam mieszkać. „Czego?”, natrętna myśl nie odpuszczała. Lazłem wówczas jakimś wiaduktem, przystanąłem, bo kolejowe krajobrazy działają na mnie jak magnes. I wnet zyskałem odpowiedź.

—–

Toruński Podgórz, gdzie się wychowałem, to dzielnica przytulona do wielkiego węzła kolejowego. Osiedle położone jest na wzniesieniu, tory – kilkanaście równolegle biegnących nitek – znajdują się w dolinie, przez którą nieco dalej, odgrodzona wałem, płynie szeroka jak diabli Wisła. Ale nie o rzece chcę pisać, a o zapleczu dwóch stacji – toruńskich Kluczyków i Dworca Głównego. W najbliższej mi perspektywie w linii zabudowy były dwie wyrwy – dwie minuty spaceru od domu tworzył ją cmentarz, pięć minut tuptania pozwalało dotrzeć do parku. Z obu miejsc rozpościerał się hipnotyzujący widok. Uwielbiałem spoglądać na przejeżdżające pociągi, liczyłem węglarki i cysterny, przyglądałem się formowaniu składów, co odbywało się przy dźwięku zderzających się wagonów. Ów odgłos był dla mnie częścią dzieciństwa, któremu latem, przy wysokich temperaturach, towarzyszył zapach impregnatu do podkładów kolejowych. Urzekała mnie magia kolejowego ruchu – między innymi na jej bazie formowała się moja „tutejszość”, owo przywiązanie do najbliższej okolicy. Czegoś, co Niemcy nazywają jednym słowem – „heimat” – a co u nas określa się mianem „lokalnej ojczyzny”.

Wróćmy do Bachmutu. Patrzyłem więc na tory poniżej, na pobliską stację i jej zaplecze, a była późna wiosna z jej bujną zielenią ciągnącą się wzdłuż kolejowej drogi. I coś drgnęło. I zatęskniłem za domem, ale i zatrybiłem. Nie wiem, czy jakiś bachmucki chłopak patrzył na tamtejszy węzeł kolejowy z taką nostalgią jak ja na „swój”; pewnie tak, w końcu to dość uniwersalne fascynacje. Podstawmy jednak po kolejowy krajobraz cokolwiek innego związanego z rodzinną okolicą – osiedlowe podwórko, park, szkolne boisko – ludzi i doświadczenia z tym związane, by zdać sobie sprawę z sentymentu i stojącej za nim siły. Dojrzewałem w późnej komunie i początkach III RP – otaczający mnie świat też był koślawy, a warunki życia nielekkie. Ale to gdzieś umyka, traci na znaczeniu – chuj że rozbiłem nos na byle jak położonym chodniku, skoro stało się to w miejscu, które znałem na wylot, które było moje, w którym wydarzyło się tyle innych dobrych rzeczy.

No więc „czego tu bronić?”. A choćby i wspomnień splecionych z materialną tkanką konkretnego miejsca – gdy jest się tutejszym. Swoich wspomnień i miejsc przed zakusami agresora, gdy jest się skąd indziej, ale wróg ma niepohamowany apetyt i niezatrzymany, pójdzie dalej.

—–

Wróćmy na toruński Podgórz. W parku, o którym wspomniałem, były ruiny browaru; to na kawałku muru siadałem, by móc oglądać pociągi. Ów browar wyleciał w powietrze w styczniu 1945 roku, a wraz z nim zniszczeniu lub uszkodzeniu uległo 240 innych budynków. Także moja rodzinna kamienica „przysiadła” wtedy o niemal pół metra – szczęśliwie równomiernie i w sposób niezagrażający dalszej eksploatacji. Spustoszenia były efektem eksplozji 40 ton trotylu, zgromadzonego w dwóch wagonach stojących na wysokości browaru. Nie ustalono, czy wybuch spowodowała sowiecka bomba, Niemcy (i ich chęć zniszczenia lewobrzeżnej części Torunia przed opuszczeniem miasta), czy była to dywersja polskich kolejarzy, którym wcześniej kazano odstawić wagony do pobliskiej parowozowni. Mnie moi bliscy, którzy opowiadali o tych wydarzeniach po latach, przekonywali do wersji trzeciej, wyjaśniając, że dywersantom chodziło o ocalenie cennej parowozowni. Tak czy inaczej, zginęło co najmniej 31 osób spośród mieszkańców dzielnicy. Straty Niemców nie są znane, ale musiały być znaczne, bo w piwnicach browaru urządzono prowizoryczny szpital. Obiekt tymczasem przyjął na siebie największą część fali uderzeniowej i został kompletnie zgruzowany.

Nie wiem jak jest dziś, ale w latach 80. i 90. ta historia była częścią dzielnicowej tożsamości. Wciąż bez trudu można było znaleźć ślady tamtej destrukcji, wracała w opowieściach starszych mieszkańców, mówiło się o niej na zajęciach historii w lokalnej podstawówce. Teraz – patrząc wstecz – w niektórych relacjach odnajduję ślady traumy, ale jako dzieciak i nastolatek nie miałem ku temu odpowiedniej wiedzy i wrażliwości.

O czym wspominam, bo historia wróciła do mnie w styczniu tego roku.

– I właśnie o to chodzi rosjanom, po to głównie tak zaciekle atakują Bachmut – mówił Jurij Łucenko, ochotnik z Kijowa, w dawnym życiu minister spraw wewnętrznych Ukrainy i jej prokurator generalny, w tym zwykły żołnierz. Nasz pick-up przejeżdżał wiaduktem, po lewej stronie widziałem stację kolejową. Tę samą, na którą kilka lat wcześniej patrzyłem z innej perspektywy. – Moskale potrzebują tego węzła, bo ich logistyka opiera się przede wszystkim na transporcie kolejowym.

Kiwnąłem głową. Znam tę rosyjską słabość, zdarzyło mi się o niej pisać. A potem uśmiechnąłem się smutno. Rzeczy i obiekty, które uznajemy za wartościowe – abstrahując od ich użyteczności, a bazując przede wszystkim na sentymencie – są zarazem naszym przekleństwem. W 1945 roku śmierć przyszła z torów, w 2023 roku tory stały się powodem kolejnej śmiertelnej obróbki. Pierwsze ze zdarzeń nie angażowało mnie wcale, drugie tylko trochę, ale mam dość wyobraźni, by poczuć tę okrutną przewrotność rządzącą ludzkim życiem.

—–

W drodze powrotnej z Bachmutu, gdzieś między Równem a Lwowem, byłem świadkiem wypadku samochodowego. Jego ofiary – kobieta z dwójką dzieci – miały niebywałe szczęście. Po pierwsze, bo auto ześliznęło się do rowu pełnego rozmokłej gliny. Weszło miękko, stanęło bokiem. Po drugie, siedziałem w samochodzie z dwoma zawodowymi strażakami, w dodatku ratownikami medycznymi.

Zatrzymaliśmy nasze auto, ruszyliśmy na pomoc. Ledwie przebiegłem jezdnię i zauważyłem pierwszy radiowóz – który jak gdyby nic pojechał dalej. A jestem pewien, że jego załoga widziała miejsce wypadku.

Najpierw wyciągnęliśmy z wraku dzieci. Wciąż miałem przed oczyma widok skłębionych ciał wciśniętych między porozrzucane toboły, przerażone buzie chłopca i dziewczynki, gdy zobaczyłem drugi radiowóz. I gębę policjanta, który gapił się na nas z zainteresowaniem – tylko co z tego, skoro oznakowany Duster się nie zatrzymał…

Poszkodowana kobieta zadzwoniła na policję, po kilkunastu minutach pojawiła się para gliniarzy. Byłem podejrzliwy, ale tamci szybko rozbroili moje obawy – zostawiliśmy więc rodzinę pod opieką mundurowych i pojechaliśmy dalej.

Dręczyły mnie te dwa pierwsze radiowozy. Wróciły wspomnienia, które po 24 lutego wypędziłem w odległe zakamarki. W słusznym gniewie na ruskich i współczuciu wobec napadniętych Ukraińców, nieco sobie Ukrainę wyidealizowałem. Aż przyszedł czas próby.

Przypomniałem sobie Ilję – właściciela taksówki z Dniepropietrowska, jak zimą 2015 roku wiózł mnie i kolegów na Donbas. W pewnym momencie wyprzedzała nas milicyjna łada, której załoga sygnalizowała, byśmy zjechali na pobocze. Gdy oba auta już stały, z radiowozu wysiadł wąsaty funkcjonariusz. Mężczyzna przeciągnął się, a potem – zwrócony twarzą do nas – splunął na jezdnię; gestem tak ostentacyjnym i tak obrzydliwym, że z miejsca poczułem odrazę. I złość – bo nie przywykłem do tego, by funkcjonariusz państwowy w taki sposób okazywał brak elementarnego szacunku.

Tymczasem Ilja uchylił okno i od razu powiedział, że wiezie dziennikarzy z Polski. A chwilę później z uśmiechem przyznał.

– Gdyby nie wy, daliby mandat za jazdę bez pasów (Ilija rzeczywiście nie miał ich zapiętych – dop. MO). To znaczy wzięliby łapówkę, korzystając z pretekstu. A tak skończyło się na pouczeniu.

Było to moje pierwsze zetknięcie z miejscową milicją (od 2016 roku policją). A potem zaliczyłem przyśpieszony kurs z zakresu ukraińskiej państwowości. Gdybym miał wówczas opisać tę państwowość dwoma słowami, wybrałbym „korupcję” i „obojętność”. Opisywały one cechy nie tylko struktur państwa, ale i przywary jego obywateli. Od których – uznałem w efekcie – trudno oczekiwać, by przejmowali się losem kraju, jeśli dla nich uosobieniem państwa są skłonni do permanentnych wymuszeń i kradzieży urzędnicy. Jeśli owo państwo nie oferuje nic poza tym (albo takie jest postrzeganie jego roli). Czy za taki kraj warto ginąć? – zastanawiałem się przed laty.

Czy za kraj, którego mundurowi ignorują miejsce wypadku, warto narażać życie? – ta myśl nie dawała mi spokoju, gdy po udzieleniu pomocy ruszyliśmy dalej.

Przekroczyliśmy granicę, w radiu usłyszałem „nasze” wiadomości. To w takich okolicznościach przyszła odpowiedź.

—–

Mam skomplikowane relacje z własną ojczyzną. Mnóstwo powodów, by nie szanować jej oficjalnych przedstawicieli, z których część najchętniej widziałbym za kratami. Długo by wymieniać systemowe słabości państwa polskiego – wiele z nich uwypukliło się po 2015 roku. Odrzuca mnie oferta ideologiczna obecnych władz, smucą nierówności, próby wykluczenia całych grup społecznych jako mniej wartościowych – i wiele, wiele innych spraw. Ale to wciąż jest mój kraj.

W 1945 roku przejęli go komuniści i dziś postrzegamy ten fakt przede wszystkim przez pryzmat sowieckiej dominacji. Nie wiemy, bądź nie chcemy wiedzieć, że w toku wojny właściwie wszystkie ugrupowania polityczne (te w konspiracji i te na wychodźstwie) radykalnie zmieniły podejście do kwestii gospodarczych i socjalnych. Polska po wojnie miała być lepsza, stać się prawdziwą rzeczpospolitą, a nie krajem należącym do wąskiej urzędniczo-wojskowej elity i protoplastów dzisiejszych oligarchów. Takie były społeczne oczekiwania, o taką Polskę bili się żołnierze w partyzantce i w regularnych armiach. Komunistyczna rewolucja w dziedzinie własności w tym kontekście wcale tak rewolucyjna nie była (inna sprawa, że aparat władzy PRL całkiem szybko zmienił się w nowych właścicieli Polski – ale to już odrębna historia).

Co chcę przez to powiedzieć? Polskie doświadczenia z czasów II wojny nie są wyjątkowe. Społeczeństwa angażują się w konflikty także pod hasłami walki o przyszłość. Kobiety i mężczyźni biją się również o marzenia. Z domu bym nie wyszedł, gdyby chodziło o Kaczyńskiego, klikę ziobrystów czy gamoni z opozycji – ale przecież nie dla nich byłoby moje poświęcenie. Świadomości ponoszonych kosztów/składanej ofiary zawsze towarzyszy przekonanie, że robi się to po „duże coś”, dla kogoś (dla bliskich, to jasne, ale nie chcę się skupiać na oczywistych motywacjach). Nie dla łupiących obywateli i obojętnych policjantów, nie dla złodziejskich oligarchów narażają zdrowie i życie ukraińskie dziewczęta i chłopcy. Idzie o coś z jednej strony trudno uchwytnego – ideę (nową Ukrainę), wiarę w dobrą zmianę (mój boże, jak ta fraza została wyświechtana, ale brakuje mi lepszej…), o wspomniany wcześniej sentyment na stałe powiązany z jak najbardziej uchwytną fizycznością. Wszak każdy z tych żołnierzy ma jakieś swoje „tory”.

Od dawna staram się zrozumieć fenomen motywacji, jaka stoi za ludźmi gotowymi walczyć. Znam szereg mądrych wyjaśnień, ale wybaczcie proszę – musiałem to sobie rozpisać po swojemu, nie tylko na argumenty, ale i na uczucia.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Bachmut, siedziba władz miejskich, styczeń 2023 roku/fot. Marcin Ogdowski

Inni

Antyukraiński hejt w Polsce ma się naprawdę dobrze. Przez rok od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji, wymierzone w Ukraińców wypowiedzi zamieszczone w naszym Internecie, zebrały pół miliarda odsłon – wynika z analizy przeprowadzonej przez Stowarzyszenie Nigdy Więcej, o której pisze dzisiejsza „Rzeczpospolita”.

Niekwestionowanym rekordzistą, a zarazem twarzą akcji szerzenia nienawiści, pozostaje poseł Konfederacji Janusz Korwin-Mikke. W ciągu ostatnich 12 miesięcy na jego Twitterze ukazało się 7,7 tys. wpisów o wydźwięku antyukraińskim, które wygenerowały 14,3 mln odsłon.

Autorzy raportu pod tytułem „Jak policzyć nienawiść? Hejterzy o Ukraińcach”, wzięli na warsztat nie tylko Twittera, ale i Facebooka. Za pomocą platformy SentiOne Listen (wykorzystującej sztuczną inteligencję do monitorowania internetu), badacze przejrzeli profile Konfederacji, jej liderów – obok Mikkego także Grzegorza Brauna i Krzysztofa Bosaka – przepuścili też narzędzie przez profile prawicowych kanałów: wRealu24, Mediów Narodowych i eMisji.tv.

Wnioski? Cytowana przez „Rzepę” Anna Tatar z Nigdy Więcej, współautorka raportu, wylicza, że w ciągu roku w polskim Internecie pojawiło się 400 tys. antyukraińskich wypowiedzi. To one dały wspomniane pół miliarda odsłon. Najpopularniejszym hasłem skarpetkosceptyków okazała się „ukrainizacja” i powiązany z nią hashtag #stopukrainizacjiPolski. Za tym „sukcesem” stoi Grzegorz Braun, który upowszechnił owo wezwanie. W wymiarze praktycznym mówimy o 11,3 tys. wzmianek oznaczonych wspomnianym z hashtagiem, mających 11,6 mln odsłon.

„Banderowcy”, „banderyzm” lub „banderyzacja” pojawiły się w 5,2 tys. wzmiankach i wygenerowały 3,4 mln odsłon. „Ukropol” – z około 700 wzmiankami i 727 tys. wyświetleniami – zajął trzecie miejsce. Ciekawa jest konsekwencja profilu eMisja.tv w używaniu określenia „Ukropolin”. „Czy powinniśmy żegnać się z naszą Rzeczpospolitą Polską, która wkrótce przeistoczy się w Ukropolin?” – martwią się redaktorzy. „Polin” to Polska, w językach jidysz i hebrajskim – słowo używane przez antysemitów w negatywnym kontekście, ilustrujące rzekome „zażydzanie” naszego kraju. Mamy tu zatem do czynienia z połataniem dwóch szowinizmów i ksenofobii – nienawiści i lęku wobec Ukraińców oraz Żydów.

Tyle „tytani”. Na drugim biegunie mamy „szare myszki”, robiące ogony oglądalności, które jednak w swej masie składają się na pokaźną całość. Wśród nich jest mój „ulubieniec” – prorosyjski aktywista medialny, relacjonujący wojnę z rzekomo badawczej perspektywy. Przypadkiem zupełnie w sposób zgodny z linią propagandową Kremla, choć – gwoli uczciwości – czasem pozwala sobie na krytyczne uwagi. Te jednak nie podobają się czytelnikom, traktującym facebookowy profil rzeczonego jako strefę skarpetkosceptycznego komfortu.

Nie podam linku i nazwiska, gdyż nie zamierzam człowiekowi podbijać zasięgów, lecz klnę się na własną rzetelność – typ istnieje i ciężko pracuje.

Stosując przy tym ciekawą technikę – ograniczania możliwości komentowania postów. Co czyni selektywnie i po czasie, najpierw bowiem wpuszcza kilka osób, które „ubogacają” wpisy swoimi opiniami. W praktyce przybiera to postać forum, na którym wyrażane są wszelkiej maści antyukraińskie i prorosyjskie treści – od obrzydliwych bluzgów, przez propagandowe kłamstwa, po niestworzone teorie spiskowe. I tak dla przykładu, pod postem omawiającym sytuację w Bachmucie czytamy:

„Oni są straceni, a Zełeński zachowuje się jak Hitler” – przekonuje komentujący X.

Pod wpisem o śmierć Dmitrija Kotsybajły, żołnierza armii ukraińskiej:

„Denazyfikacja postępuje” – stwierdza Y

„Żadne śmierci mnie nie cieszą. Ale… Jednego bandyty mniej” – dodaje Z.

Pod tekstem o potędze (a jakże!) rosyjskiej artylerii dyskusja powędrowała w stronę polityki:

„Rosja nie straszy bronią atomową. Wręcz przeciwnie. Pan Władimir Putin, prezydent Federacji Rosyjskiej, oświadczył publicznie, że Rosja nie użyje pierwsza broni jądrowej. I dodał, że jeżeli jakieś państwo użyje broni jądrowej przeciw Rosji, to z tego państwa nie zostanie kamień na kamieniu. Ukraina kupuje broń od państw ‘Kolektywnego Zachodu’. Rosja też ma prawo kupować broń! Bo w istocie to nie jest wojna Rosji przeciw Ukrainie. To jest wojna Rosji przeciw światowemu Hegemonowi. (…) Hegemon będzie walczył do ostatniego Ukraińca. (…) Ameryka ma swoje bazy wojskowe w 80 państwach, a Rosja?” – pyta retorycznie inny czytelnik. Biedna ta rosja, prawda? (wybaczcie zapis z wielkiej, ale tak to wygląda w oryginale).

Ciekawy (hahaha) wątek pojawia się w komentarzach pod krótkim artykułem o ukraińskim lotnictwie:

„Miejmy świadomość, że Ukraina dostaje sprzęt lotniczy z Europy, nasze MiG-29 z Mińska Mazowieckiego już zostały zestrzelone” – donosi jeden z najaktywniejszych komentatorów.

Pod serią zdjęć ze zagładzonej podczas walk Marijanki czytamy:

„Politycy Ukrainy nie chcą Pokoju i Spokoju, bo mają darmową reklamę dla Polityki Ukrainy i darmowe wsparcie, i nie obchodzi ich, że narażają swoje państwo i społeczeństwo na śmierć i tułaczkę pośród wojennych zgliszczy” – martwi się pewna pani.

„Jako Słowianie daliśmy się rozpracować dokładnie tak samo, jak plamiona indiańskie napuszczane jedne na drugie za paciorki i wodę ognistą” – złości się pewien pan.

I tak dalej, i temu podobne. I tak przez cały miniony rok. Większość komentujących to Polacy, posługujący się językiem polskim. Niby takim samym jak mój, a jakbym czytał ludzi z równoległej rzeczywistości…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Jeniec

Śniła mi się wczoraj wojna. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz, ale z niespotykanej dotąd perspektywy.

Byłem jeńcem. Żołnierzem armii ukraińskiej, wziętym do niewoli przez rosjan. Było nas więcej, szykowaliśmy się do wymarszu. Ruskie dały nam białe kamizelki – mieliśmy założyć je na mundury. Czemu białe, czemu kamizelki – nie mam pojęcia; sny rządzą się swoją logiką.

Nie chciałem założyć tej szmaty, nie chciałem dołączyć do już sformowanej kolumny. Bałem się. Trudno mnie przestraszyć, ale ten strach był paraliżujący. Wiedziałem, że mnie zabiją, ale tak bardzo nie chciałem umrzeć w tej jebanej kamizelce.

Obudziłem się. Chwilę mi zajęło, nim doszedłem do siebie, ale byłem cały i zdrów. Miałem szczęście.

Mężczyzna ze zdjęcia go nie miał. To, co go spotkało, wydarzyło się naprawdę. Załączony kadr pochodzi z filmiku nagranego przez rosjan. Właśnie ujęli ukraińskiego żołnierza, pozwolili mu zapalić. Mężczyzna powie za chwilę „sława Ukrainie!” i padnie skoszony seriami z karabinów. „Suka!”, zaklną strzelający rosjanie.

To wszystko jest na filmie udostępnionym przez oprawców. Wypuszczonym do sieci, by pokazać, że „z nami nie ma żartów”. Puszą się ruskie niesłychanie, komentując owo dzieło. „Taki los czeka wrogów rosji!”, zapowiadają.

Nie załączę nagrania, nie podam linku; czy to dotyczyło moich własnych materiałów, czy innych – unikałem pokazywania wprost ludzkiej śmierci. Umierania. Dla mnie to tabu – i tak ma pozostać. Ale kto chce, bez trudu znajdzie ów film. Ostrzegam – przerażający.

O mężczyźnie ze zdjęcia od kilku godzin powstają niezliczone grafiki, ukraiński internet na różne sposoby przetwarza jego ostatnie słowa. Ten człowiek już jest bohaterem, a jego zidiociali zabójcy nie unikną srogiej kary.

Bo takiej zbrodni nie wolno puścić płazem.

Bo nie zabija się jeńców.

Człowiek, który składa broń, jest nietykalny, ale barbarzyńcy sądzą inaczej. Dlatego z nimi, ruskimi, rzeczywiście nie ma żartów, ich trzeba wziąć na poważnie. Żeby nikogo już nie zabili i żeby nikt nie miał przez nich sennych koszmarów…

Także i w tym wymiarze ta wojna była, jest i będzie nasza.

—–

Nz. Jedna z grafik powstałych w reakcji na mord na żołnierzu. Zwróćcie uwagę na literę „O”…

(Mniej)cenni

W weekend wrzuciłem na facebookowym profilu zdjęcia z kompletnie zrujnowanej Marjinki, frontowego miasteczka w obwodzie donieckim. Czytelnicy dostrzegli analogię z Warszawą, zniszczoną podczas powstania i niemieckiej akcji wyburzania z przełomu 1944 i 1945 roku. „Morze ruin”, komentowano także w wielu innych miejscach, często wprost zestawiając ilustracje z Marjinki z kadrami z naszej stolicy.

Zdjęcia dokumentujące dramat donieckiej miejscowości przeszły też przez profile (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. Oczywiście bez komentarza, że chodzi o dowód rosyjskiej zbrodni, a na zasadzie niewyrażonej wprost przestrogi („patrzcie, co się dzieje, jeśli zmusza się rosję do użycia siły”). Prymitywny zabieg propagandowy, obrzydliwy, gdy podany – jak w przypadku mojego „ulubieńca” – w sosie rzekomej troski i antywojennej, humanistycznej refleksji („nieszczęsna wojna”…).

Ale to jeszcze nic. U jednego z rodzimych wielbicieli ruskiego miru znalazłem taki komentarz pod zdjęciami z Marjinki. „Niszczą atakujący, niszczą obrońcy. Kto wie, czy ci drudzy nie bardziej, w końcu mówimy o zajadłych (i tu padło określenie na Ukraińców jak ze skryptu dla skarpetkosceptyków – dop. MO). Szkoda, że taki sam los spotyka teraz Bachmut. Biedne miasto” – koniec cytatu.

Nosz kurwa. Znów ta odwrócona logika, owo dążenie do symetryzmu i relatywizacji ocen i postaw. Panie i panowie od „to-nie-naszej-wojny” usiłują nas przekonać, że „rosja się tylko broni”, że „nie jest wcale zła” itp., co w odniesieniu do większości Polaków – z oczywistych powodów nastawionych rusofobicznie – jest działaniem o niskiej skuteczności. Stąd wersja light – „źli są jedni i drudzy”, a w dodatku „rosja to potęga – lepiej z nią nie zadzierać”. No i „Wołyń!”, a więc „może i ruskie złe, ale Ukraińcy jeszcze gorsi”.

By nie odbiegać od sedna wpisu – ów „biedny Bachmut”, niby-troska stojąca za tym hasłem, prezentuje sprawy w wersji kuriozalnej. Bachmut nie byłby niszczony, gdyby go nie broniono. Marjinkia stałaby dalej, gdyby w 2014 roku pozwolono bandytom – rzekomym separatystom i dowodzącym nimi rosjanom – włączyć miasto do tzw. donieckiej republiki ludowej. Wieluń, zdemolowany przez Luftwaffe 1 września 1939 roku, ocalałby najpewniej, gdyby wcześniej Rzeczpospolita przystała na koncesje terytorialne i ograniczenie własnej podmiotowości na rzecz III Rzeszy. W Leningradzie nie musiałoby zginąć niemal milion ludzi, gdyby sowieci poddali się Wehrmachtowi. I można by tak długo „rodżerołotersować” (czy „franciszkować”), ale takie myślenie to obraza intelektu, przyzwoitości, a w ostatecznym rozrachunku także zamykanie się na współodczuwanie i zrozumienie lęku innych. Ukraińcy nie musieliby bronić Bachmutu (niczego nie musieliby bronić…), gdyby rosja nie napadła ich kraju. Mogliby w którymś momencie odpuścić, gdyby to nie była walka o wszystko – o wolność, o tożsamość, o lepsze życiowe szanse (z dala od posowieckiej beznadziei i bardaku), o życie zagrożone rosyjskim zamiarem eksterminacji i „zwyczajnym” bandytyzmem/bestialstwem rosyjskiej armii. Jens Stoltenberg, sekretarz generalny NATO, mówił jesienią zeszłego roku w wywiadzie dla niemieckiej telewizji: „jeśli rosja putina przestanie walczyć, wtedy będziemy mieli pokój; jeśli Ukraina przestanie walczyć, przestanie istnieć jako niezależny, suwerenny naród”. Mychajło Podolak, doradca prezydenta Ukrainy, nawiązując do tych słów rzekł: „Jeśli przestaniemy się bronić, przestaniemy istnieć. Dosłownie. Fizycznie”.

Trzeba dodawać coś więcej?

Wróćmy do Bachmutu. Pod koniec zeszłego tygodnia wydawało się, że miasto upadło. Embargo informacyjne sprawia, że trudno weryfikuje się takie doniesienia, tym niemniej na dziś nadal nie można mówić o rosyjskim zwycięstwie. Nie zaryzykuję już stwierdzenia, że jest ono albo nieuchronne, albo niemożliwe – bo owszem, determinacja rosjan jest nieprawdopodobna, ale towarzyszy jej również determinacja Ukraińców i ich dowództwa.

Zasadnicza bitwa o Bachmut zaczęła się 31 sierpnia ub.r. (choć miasto już wcześniej było przez rosjan ostrzeliwane). Od tego czasu rosyjskie wojska posunęły się o kilkanaście kilometrów, zajmując część miejscowości położoną na wschodnim brzegu rzeki Bachmutówka. Ujęły też miasto w kleszcze od północnej i południowej strony, ale jak dotąd nie zdołały ich domknąć. A wszystko za cenę, ostrożnie licząc, 50 tys. zabitych i rannych żołnierzy oraz wagnerowców. Raz jeszcze to podkreślmy – 50-tysięczne straty podczas nadal niezakończonych prób przejęcia powiatowego miasta (liczącego przed wojną 70 tys. mieszkańców).

To jeden z obrazów tej determinacji.

Inny rysuje reporter „Kiev Independent”, a więc solidnego źródła, w oparciu o rozmowy z obrońcami. „Nasz batalion trafił tu w połowie grudnia, jakieś 500 ludzi”, opowiada sanitariusz imieniem Borys „Miesiąc temu było nas już tylko 150”, wylicza. „Kiedy wychodzisz na pozycję, szanse, że wyjdziesz stamtąd żywy, nie rozkładają się pół na pół”, dodaje Serhij, kolejny rozmówca. „Bardziej jak 30 na 70 proc.”.

„Walą do nas moździerzami z siedmiu-dziewięciu kilometrów”, opowiada Serhij. „Czekają, aż dom zaczyna się walić, a my musimy wyskoczyć. I wtedy próbują nas wykończyć”, żołnierz opowiada o taktyce atakujących. Z ustaleń KI wynika, że rosyjski ogień jest stosunkowo precyzyjny dzięki dużej liczbie dronów, większej, niż mają do dyspozycji na tym odcinku frontu Ukraińcy. W efekcie takiej obróbki, obrońcy tracą coraz więcej miejsc, w których mogliby się schronić. Borys wspomina o kolegach, którzy zginęli, gdy ich umocnione pozycje zawaliły się od ciężkiego rosyjskiego ognia – żołnierze po prostu zostali zasypani.

Co gorsza, brakuje amunicji. Illia, artylerzysta obsługujący moździerz 120 mm: „Otrzymujemy 10 pocisków dziennie. To wystarczy na jedną minutę pracy”. A mimo to dowództwo oczekuje utrzymania pozycji, niedostatki wyrównując w iście rosyjskim stylu – poprzez dosyłanie kolejnych żołnierzy obrony terytorialnej, w większości żółtodziobów, z innych rejonów Ukrainy. Nowi trafiają na pierwszą linię w nocy, nad ranem, gdy następują szturmy (rosyjska armia nadal po ciemku nie walczy z braku odpowiedniego sprzętu do obserwacji), zastają one obrońców nieobeznanych z otoczeniem, co generuje wysokie straty.

Nieobeznanych, ale i – co podkreśla „Kiev Independent” – słabo wyszkolonych, co znów przywodzi skojarzenia z rosyjskimi generałami i ich strategią „murowania frontu” ludzkimi masami.

Czemu ma to służyć? Skądinąd wiadomo, że gros najlepszych ukraińskich jednostek, zdjętych wcześniej z pierwszej linii, trafiło na tyły w Zaporożu. Moich znajomych, którzy przez kilkanaście tygodni walczyli w Bachmucie, przesunięto z kolei bardziej na północ, do Łymania. Drugi manewr może mieć związek ze wzrastającą aktywnością rosjan w tej okolicy (natarcia z rejonu Kreminnej), pierwszy wpisywałby się w plany zapowiadanej ukraińskiej kontrofensywy na południu. Koncept Bachmutu jako „zastępczej bitwy” (patrząc z perspektywy obrońców), toczonej, by odwrócić uwagę rosjan i skrwawiać ich bez naruszania najcenniejszych zasobów ukraińskiej armii, nowy nie jest. Ale jeśli determinacja ukraińskiego dowództwa rzeczywiście weszła na poziom nieliczenia się z życiem tych „mniej cennych”, mamy tu nową jakość.

No i pytanie, ile ci „mniej cenni” jeszcze wytrzymają?

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu, Jakubowi Kojderowi i Ewie Pawelec.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Bachmut, połowa stycznia br./fot. Marcin Ogdowski

Ułamki

„Walczymy z całym Zachodem! Z NATO!”, przekonuje rosyjska propaganda, ruskie bowiem nie są w stanie pogodzić się z faktem, że wciry otrzymują przede wszystkim od Ukraińców. Owszem, wspieranych przez Zachód, ale Ukraińców – tych pogardzanych przez wielkoruskich panów „dzikusów” i „wieśniaków”.

No to spójrzmy, jak się sprawy mają. Na załączonej grafice widzimy, jaką część budżetów wojskowych za 2022 rok sojusznicy przeznaczyli na wsparcie dla Ukrainy. Imponujący wkład w stosunku do własnych możliwości wnieśli natowscy maluczcy – Estonia i Łotwa (44,5, 39,9 proc.). Sporym wysiłkiem wykazali się średniacy – znajdująca się w tej kategorii Polska przeznaczyła na pomoc jedną piątą budżetu wojskowego za miniony rok. Ale chodząca w pierwszej lidze Wielka Brytania już niecałe 9 proc. (choć w liczbach rzeczywistych jest to imponująca kwota 4,5 mld euro). A lider – Stany Zjednoczone – operuje już niemal resztówkami (5,9 proc.). W liczbach rzeczywistych Amerykanie dają najwięcej – to prawie dwie trzecie całej wartości wsparcia, wynoszącego po roku wojny 65,3 mld euro.

Innymi słowy, dla tych, którzy wnoszą najwięcej, wsparcie dla Ukrainy nie jest żadnym wielkim wysiłkiem. Naziole putina nie walczą więc z „całym NATO”. Walczą z Ukrainą, wspartą ułamkiem możliwości Zachodu.

Wołodymyr Zełenski był jakiś czas temu gościem talk show amerykańskiego dziennikarza Davida Lettermana (program można obejrzeć na Netfliksie). I opowiedział tam taki dowcip:

Rozmawiają dwaj odescy Żydzi. Jeden pyta drugiego: „Jak tam sytuacja na świecie? Co mówią ludzie?”. Drugi odpowiada: „Mówią, że jest wojna”. „Jak to wojna?”. „Rosja wojuje z NATO”. „I jak tam?”. „No jak tam: zginęło 70 tysięcy rosyjskich żołnierzy, stracili prawie wszystkie rakiety, masa sprzętu została uszkodzona”. „A co z NATO?”. „NATO jeszcze nie przyjechało”.

I raczej nie będzie musiało…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zełenski i Letterman/fot. Netfliks