Bohater

Pomnik i plac na cześć Narodowego Bohatera Gruzji Zuraba Iarajuliego w jego rodzinnej wiosce Zaridzeebi.

Historia gruzińskiego pilota to znakomity materiał na wojenny film. Niestety, taki bez happy endu.

Zurab urodził się w 1972 roku. Jako 16-latek zdał egzaminy do szkoły lotniczej w Wołgogradzie. Kilka miesięcy później,  9 kwietnia 1989 roku, oddziały armii radzieckiej brutalnie spacyfikowały pokojową manifestację w Tbilisi. Jej uczestnicy domagali się niepodległości dla Gruzji, co w tym czasie dla Kremla było opcją nie do zaakceptowania. Od kul i pod kołami transporterów zginęło 19 osób, kilkaset zostało rannych. Po tych wydarzeniach Iarajuli – który czuł się gruzińskim patriotą – postanowił wyjechać z Rosji.

W gruzińskiej armii, która powstała w marcu 1991 roku, Zurab przeszedł szkolenie na samolocie szturmowym Su-25. Gdy wybuchła wojna w Abchazji, młody pilot stanął do walki. W sumie wykonał 25 lotów, bombardując pozycje armii rosyjskiej i abchaskich separatystów. Na ostatnią misję poleciał 13 lipca 1993 roku. Oddziały rosyjskie atakowały wówczas wioskę Szroma, nalot, który przeprowadził Zurab, zmusił je do wycofania.

Po wykonaniu zadania pilot skierował maszynę do bazy w Kopitnari, by uzupełnić amunicję. Na miejsce nie doleciał – jego Su-25 został trafiony rakietą systemu Igła. Iarajuli zdołał się katapultować, lecz wiatr zepchnął jego spadochron na terytorium kontrolowane przez wroga.

Przez trzy dni – podejmując wiele prób – Gruzin usiłował przekroczyć linię frontu. Ostatecznie został okrążony przez abchaskich separatystów i wspierających ich czeczeńskich bojowników. Namawiany do poddania się, odmówił. W walce, która potem rozgorzała, zabił dwóch i zranił jednego przeciwnika. Abchazi twierdzą, że kapitan Iarajuli zginął podczas wymiany ognia, Gruzini – że już jako jeniec został zamordowany.

27 lipca 1993 roku strony konfliktu podpisały porozumienie o zawieszeniu broni. Tego samego dnia ojciec Zuraba odzyskał ciało syna i przewiózł je do Gruzji.

19 września 2013 roku Zurab Iarajuli został nagrodzony tytułem Bohatera Narodowego Gruzji.

002

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przedszkole

Do przedszkola w Zaridzeebi trafiam w porze śniadania. Gdy wchodzę do pomieszczenia dla najmłodszych wychowanków, dwu-trzy-latków, kucharka kładzie na talerzach kromki suchego chleba, a do kubków wlewa cienką herbatę. Kręcę głową, zdumiony zastanym obrazkiem. Gruzja jawi się nam, Polakom, jako kraj świetnego jedzenia, dobrego wina i wspaniałych widoków. Istny turystyczny raj. Ale to tylko jedna z jej twarzy…

– Tak wygląda śniadanie? – pytam dyrektorkę placówki.

Szorena Adwaszwili potwierdza, lecz zaraz dodaje:

– Zupa z mięsną wkładką będzie na obiad – zapowiada. – Karmimy dzieci najlepiej jak możemy. Większość z nich nie dostanie w domu nic lepszego.

Zaridzeebi to wioska leżąca w regionie Tianeti – w gruzińskich realiach głęboka prowincja. W okolicy bieda aż piszczy, a że przedszkola w tym kraju utrzymywane są przez samorządy, trudno o lepszą aprowizację.

Ta bieda ma też inny, bardziej materialny wymiar. Budynek, w którym na co dzień przebywa dwadzieścioro siedmioro dzieci, dosłownie się zapada. Ściany pękają, dach grozi zawaleniem. Znad podłóg wyziera grzyb pożerający fundamenty przedszkola. Robert Fijołek, budowlaniec z Polski, nie ma wątpliwości:

– Maksymalnie dwa lata – na tyle szacuje czas, jaki pozostał do katastrofy. – I to optymistyczny scenariusz, bo jeśli w tym roku przyjdzie solidna zima, czapa śniegu załatwi sprawę jeszcze szybciej – inżynier nie pozostawia złudzeń. – Tak naprawdę tym dzieciakom grozi śmiertelne niebezpieczeństwo…

Poprzedni budynek przedszkola dawno temu się zawalił...
Poprzedni budynek przedszkola dawno temu się zawalił…

– Nie mamy gdzie przenieść maluchów – Szorena Adwaszwili bezradnie rozkłada ręce. – Poprzedni budynek dawno temu się zawalił – kobieta wskazuje dłonią rumowisko za oknem.

*          *          *

Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej działa w Gruzji już od kilku lat. Finansowane m.in. ze środków naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, współpracuje z gruzińską organizacją non-profit Civitas Georgica. Na początku listopada br. obie fundacje przygotowały raport na temat stanu technicznego 84 placówek przedszkolnych w Gruzji (eksperci pracują w 44 kolejnych, co w sumie da dziesięć procent wszystkich przedszkoli w kraju). Dotychczasowe wnioski nie napawają optymizmem – większość miejsc, do których Gruzini posyłają swoje pociechy, daleka jest od standardów gwarantujących bezpieczny pobyt. Przedszkole w Zaridzeebi to jeden ze skrajnych przykładów – zwykle jest nieco lepiej. Lecz i tak niebezpiecznie.

– Niezabezpieczone instalacje eklektyczne i rozgrzane kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard – mówi Robert Fijołek.

– Tak, jak brak czujników dymu, gaśnic, odpowiednio zamontowanych drzwi i okien, pozwalających – w razie pożaru – na szybkie opuszczenie budynku – do rozmowy włącza się Dariusz Marczyński, emerytowany oficer straży pożarnej, również pracujący dla PCPM-u. – No i ta świadomość przedszkolanek, a właściwie jej brak… – strażak wzdycha głośno.

Rozgrzane (i niezabezpieczone!) kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard. I często jedyne ogrzewanie...
Rozgrzane (i niezabezpieczone!) kozy w pokojach pełnych dzieci, to tutaj standard. I często jedyne ogrzewanie…

W raporcie, o którym mowa, wskazano na bezwzględną konieczność stworzenia procedur ewakuacyjnych oraz szkoleń dla nauczycieli w zakresie ochrony przeciwpożarowej. Dla przygotowujących rekomendacje specjalistów pouczająca była rozmowa z jedną z opiekunek.

– Wiedziała, że w razie pożaru ma wyprowadzić dzieci na zewnątrz – relacjonuje Zwiad Esebua z Civitas Georgica. – Ale zaraz zapytała, co ma zrobić, gdy na dworze będzie padał silny deszcz. Bo przecież nie wyjdzie z maluchami w ulewę…

*          *          *

Najnowsza historia Gruzji pełna jest dramatycznych sytuacji. Wojna domowa z lat 90., rewolucja róż z początku wieku, konflikt z Rosją sprzed dekady. A do tego dzika prywatyzacja, potężna korupcja i faktyczna kapitulacja państwa w wielu obszarach odpowiedzialności za życie obywateli. Wszystko to da się wyczytać spomiędzy słów raportu na temat stanu przedszkoli. Okazuje się bowiem, że najwięcej kłopotów sprawiają budynki najnowsze, budowane już w czasach gruzińskiej niepodległości. Te radzieckie jakoś się trzymają.

Przedszkole w Zaridzeebi oddano do użytku zaledwie pięć lat temu. I na pierwszy rzut oka nie wygląda źle. Tymczasem:

– Dach przytwierdzono bezpośrednio do krokwi, a same krokwie mają przekroje trzy-cztery razy mniejsze niż wymagane – zaczyna wyliczać Robert Fijołek. – Fundament jest za płytki i źle zabezpieczony. O jakości wykończeniówki mógłbym mówić przez wiele minut. Poza tym proszę spojrzeć na tak prozaiczną rzecz jak łazienka – nie ma w niej dziecięcej armatury. Zwykłe korzystanie z klozetu jest dla dzieci niebezpieczne.

– W Polsce sanepid by tego nie odebrał – raczej stwierdzam, niż pytam.

– Ani sanepid, ani straż pożarna, ani nadzór budowlany – mówi z przekonaniem inżynier.

Gruzińskie państwo nie ma narzędzi do przeprowadzenia takich kontroli – brakuje zarówno instytucji, jak i procedur.

Słabość państwowych struktur widać też w innych obszarach.

– Jeszcze nie zaczęła się budowa, a pieniądze na nią znikły – opowiada dyrektor Szorena Adwaszwili.

– Jak to znikły, skąd? – dopytuję.

– Z konta w banku. Ale potem znów się pojawiły, choć mniej – słyszę w odpowiedzi. – Stary budynek się zawalił, czas naglił, budowa ruszyła ostrą zimą, przy bardzo niskich temperaturach.

Dyrektor Adwaszwili do dziś pamięta robotników grzejących się przy ognisku rozpalonym w jej przyszłym gabinecie.

*          *          *

W rejonie, za który odpowiada Tamaz Mecziauri, mer Tianeti, znajduje się kilka przedszkoli. Spotkanie z przedstawicielami PCPM i CG samorządowiec zaczyna od podziękowań – za kopię raportu oraz instalację czujników dymu w podległych mu placówkach. Zapytany o przedszkole w Zaridzeebi, każe sekretarce przynieść dokumenty.

– To z czasów mojego poprzednika – zastrzega.

Tamaz Mecziauri, mer Tianeti.
Tamaz Mecziauri, mer Tianeti.

W opasłym segregatorze można znaleźć m.in. umowy gwarancyjne podpisane przez wykonawcę przedszkola. W części poświęconej dachowi mowa jest o… 25-letniej gwarancji. Żaden budowlaniec o zdrowych zmysłach nie podjąłby się takiego zobowiązania. Chyba że działałby ze świadomością, iż jest ono nic niewarte.

Szybko uzyskuję potwierdzenie tej hipotezy.

– Ta firma już nie istnieje, a jej właściciel zapadł się pod ziemię – Mecziauri uśmiecha się smutno. O kontakt z przedsiębiorcą mer zabiegał wiele miesięcy wcześniej, po tym, jak dyrektor placówki z Zaridzeebi zaczęła się uskarżać na pękające ściany. – Jeśli nie zmusimy wykonawcy do przeprowadzenia remontu, zostaje nam tylko zwrócić się o pomoc do rządu. W naszej kasie pieniędzy na rekonstrukcję budynku nie ma.

*          *          *

Dzięki uprzejmości Mili Chodoły, koordynatorki projektu z PCPM, dzień po wizycie w Zaridzeebi spotykam się z wysokiej rangi urzędniczką gruzińskiego ministerstwa edukacji. Nino Beselia, szefowa departamentu odpowiedzialnego za nauczanie przedszkolne, chętnie opowiada o standardach, jakie Gruzja zamierza wprowadzić do 2021 roku. Krótko mówiąc, będzie tak, jak w Unii Europejskiej, do której ów kraj aspiruje. Co oczywiste, w tych standardach nie ma miejsca dla placówek, którym grozi zawalenie. Czy inne, mniejsze ryzyka, dające się wyeliminować zarówno na etapie inwestycji, jak i eksploatacji budynków.

Nino Beselia i Aleksander Kalandadze; oboje zadeklarowali pomoc dla przedszkola w Zaridzeebi.
Nino Beselia i Aleksander Kalandadze; oboje zadeklarowali pomoc dla przedszkola w Zaridzeebi.

Jeśli raport przygotowany przez polskich i miejscowych specjalistów jest reprezentatywny dla wszystkich gruzińskich przedszkoli (a zdaniem przedstawicieli Civitas Georgica jest), obecnie większość z nich nie uzyskałaby wymaganej akredytacji. Patrząc zatem z tej perspektywy, trzy lata to oka mgnienie. Ale jednocześnie to zbyt dużo czasu dla dzieci z Zaridzeebi.

– Zimą dach może im spaść na głowy… – zauważam.

– A co byście wy, Polacy, zrobili w takiej sytuacji? – pyta Beselia.

– U nas taki budynek nie zostałby dopuszczony do użytkowania. A gdyby w trakcie eksploatacji doszło do sytuacji grożącej katastrofą, dzieci przeniesiono by gdzie indziej – odpowiadam zgodnie z najlepszą wiedzą (i przekonaniem).

Urzędniczka milczy przez chwilę.

– Postaram się pomóc – deklaruje.

Godzinę później, w tbiliskiej siedzibie Civitas Georgica, Aleksander Kalandadze, jeden z szefów fundacji, oznajmia:

– Poprosiłem o pomoc samorząd i już szukamy zastępczego budynku. Nikt przecież nie chce, by dzieci zginęły w przedszkolu.

Oddycham z ulgą.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Krym”

Zimą i wiosną 2014 roku świat z napięciem śledził doniesienia z Krymu i wschodniej Ukrainy. Pamiętam nastroje panujące wówczas w Polsce, zwłaszcza na ścianie wschodniej. Baliśmy się, że „ruskie wejdą i do Polski”, a każdy rutynowy ruch naszego wojska – przejazd na ćwiczenia czy zwykły wymarsz na strzelnicę – wielu interpretowało jako przygotowania do wojny. Jednocześnie, uspokajani przez specjalistów, nieco kurczowo trzymaliśmy się myśli, że przecież u nas „nie ma bazy dla działalności zielonych ludzików”. Że nie mamy mniejszości rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej, której interesów miałyby bronić oddziały Putina – uprzednio prowokując sytuacje, które byłby dla nich zagrożeniem.

Panika nie wybuchła, z wojną za miedzą nauczyliśmy się żyć. I nawet szaleniec Macierewicz nie był w stanie podkręcić naszych lęków. „Niech żyje zdolność adaptacji i racjonalizacji!” – chciałoby się rzec. Owszem, niech żyją, tyle że sytuacja w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno się zmieniła. Wspomniany strategiczny atut poszedł sobie bowiem w cholerę wraz z masowym napływem ukraińskiej migracji do Polski. Tak, ten milion czy nawet dwa miliony przybyszów zza wschodniej granicy jest dziś doskonałą bazą dla rosyjskiej aktywności.

Pozornie rzecz nie trzyma się kupy – przecież Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, a Putin zrobił wszystko, by między zaprzyjaźnionymi niegdyś narodami wykopać głęboki rów. Dlaczego więc Ukraińcy mieliby wspierać destrukcyjne akcje Kremla? Już wyjaśniam.

Po pierwsze, Rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców. Dobrze pamiętam obrazki z Donbasu, gdzie „armię Kijowa” często traktowano niczym najeźdźcze oddziały.

Po drugie, strukturalnym problemem państwa ukraińskiego jest totalne zinfiltrowanie przez rosyjskie służby. Agenci Kremla są wszędzie i potrafią umiejętnie wpływać na procesy decyzyjne rozmaitych instytucji naszego wschodniego sąsiada. Dziś nie jest żadną tajemnicą, że porażki armii ukraińskiej na froncie nie raz wynikały z działalności zdrajców we własnych szeregach. Wracając na grunt polski – byłoby naiwnością zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników „ruskiego miru”.

Po trzecie, społeczności emigranckie mają naturalne skłonności do konsolidacji i mobilizacji w obliczu wspólnych dla grupy wyzwań. Ma to zarówno pozytywny, jak i negatywny wymiar.

Idźmy dalej. Polską rządzą dziś politycy, dla których bazą nie jest zakotwiczony w wartościach demokratycznych i liberalnych elektorat. Ostatnie wybory dobitnie to potwierdziły. PiS jest partią numer jeden dzięki obyczajowej konserwie, akceptującej autorytarne formy rządów i hołubiącej nacjonalizm. A ponieważ przekonanie o religijnej i etnicznej wyjątkowości prowadzi do ksenofobii, ta ostatnia stała się narzędziem władzy (jej utrzymania i poszerzania). Spot wyborczy PiS-u poświęcony migrantom – i ich zgubnego wpływu na Polskę – najlepszym tego dowodem. To zarazem czwarty powód, dla którego tak liczna obecność Ukraińców w Polsce może zostać wykorzystana w agresywnych planach Moskwy.

Jak? Już dziś nie brakuje napięć między Polakami a mieszkającymi u nas Ukraińcami. Wielokrotnie spotykałem się z argumentem, że odbierają nam pracę. Że tworzą zamknięte enklawy, nie integrując się z otoczeniem. I choć generalnie te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, bardzo łatwo znaleźć pojedyncze przykłady – zwolnionego z pracy Polaka, czy mieszkańców jakiegoś budynku, w którym obcy zaburzyli dotychczasowy spokój. A teraz wyobraźmy sobie, że „ktoś” postanowił „podkręcić” sytuację. Że doszło do jakiejś polsko-ukraińskiej scysji, że w wyniku większej bójki polała się krew. Media, łase na takie kąski, puszczą informacje w świat. Media w jakikolwiek sposób związane z Moskwą, zrobią z tego wydarzenie dnia/tygodnia. Mam inteligentnych Czytelników, którzy dobrze wiedzą, jakimi mechanizmami rządzą się pogromy i lincze. Jak łatwo eskalować napięcie, zwłaszcza gdy pielęgnuje się wszelkiej maści fantazmaty – poczucie wyższości, krzywdy, przekonania o konieczności wymierzenia dziejowej sprawiedliwości (nie brakuje w Polsce wariatów, deklarujących gotowość do bicia Ukraińców „za Wołyń”; z tamtej strony też mamy środowiska nawołujące do „wyrównania starych rachunków”). Gdy łączy nas tak skomplikowana historia, z nieporozumień o charakterze socjalnym mogą wyniknąć dalsze problemy. Wystarczy dolać oliwy do ognia. Zaatakowani będą się bronić, aż w pewnym momencie zjawisko nabierze takich rozmiarów, że stanie się poważnym problemem. Także politycznym.

Gdy liczba kryminalnych incydentów wzrośnie, pojawi się postulat wyrzucenia Ukraińców z Polski. Co, jeśli nałoży się to na kalendarz wyborczy? Łagodzenie konfliktu może się nie powieść. A i tak bardziej prawdopodobnym jest scenariusz „dokręcenia śruby” – PiS bowiem nie raz już udowodnił, że jest władzą o nastawieniu konfrontacyjnym. No i pod presją „prawdziwych patriotów” może po prostu nie mieć wyjścia (tak przynajmniej to postrzegać). Stan wyjątkowy, wojsko na ulicach i masowe, przymusowe deportacje. A w mediach prawdziwy karnawał przemocy – prawdziwych i fejkowych informacji o kolejnych polsko-ukraińskich incydentach.

Nie, to jeszcze nie jest scenariusz, w którym Rosja wchodzi do Polski. Na tym etapie świat nie kupiłby bajeczki o konieczności wysłania nad Wisłę „misji pokojowej”. Zresztą, po co Rosjanie mieliby to robić? PiS od trzech lat robi wszystko, by osłabić nasze więzi z Unią Europejską. Niby zabiega przy tym o większe zaangażowanie NATO we wschodniej części Europy, jednocześnie jednak rozbraja polskie wojsko. W efekcie z prymusa staliśmy się kłopotliwym członkiem i sojusznikiem. Czy do kogoś takiego warto wyciągać pomocną dłoń? Czy nie znajdą się na Zachodzie politycy, którzy w naszej sytuacji znajdą pretekst, by dokonać „amputacji, która uratuje wspólnotę”. „Przecież Polska masowo łamie prawa człowieka, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej na Ukraińcach!” – zagrzmi jeden z drugim. I nawet jeśli nie będzie miał racji, służby Kremla dostarczą mu odpowiednich „dowodów”. Przez cały 2015 rok karmiły Europę „newsami” o ekscesach uchodźców – wiedzą, jak się gra w te klocki.

I tak zostaniemy sami. I nawet jeśli rozwiążemy „problem ukraiński”, spadną na nas kolejne gromy. Choćby załamanie na rynku pracy, bo bez Ukraińców nie jesteśmy w stanie rozwijać naszej gospodarki. O konsekwencjach „wylania z Zachodu” aż strach pomyśleć.

Wnioski? Nie, nie nawołuję do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Tych, którzy przyjechali tu pracować, potrzebujemy jak płuca powietrza. Tym, którzy uciekli przed wojną, winniśmy udzielić schronienia. Czas przestać być beneficjentem pomocy od innych i zacząć spłacać długi wdzięczności.

Przede wszystkim jednak czas pogonić ludzi, którzy demolują polską politykę zagraniczną, którzy rozmieniają na drobne potencjał polskiej armii. Czas powiedzieć „do widzenia” politykom flirtującym z nacjonalistami, faszystami i stadionową chuliganerią. Piewców supremacji – białych, katolików, „prawdziwych Polaków” i bóg wie czego jeszcze – odesłać gdzie ich miejsce: kryminalistów do więzień, resztę poza margines społecznego dyskursu. Czas zacząć budować służby specjalne, które zajmą się tropieniem „zielonych ludzików”, a nie zabezpieczaniem interesów ludzi władzy. Czas na pozytywny program edukacyjny, który pozwoli Polakom zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą koniec wspólnoty homogenicznej. Podoba nam się to czy nie, jesteśmy skazani na obcych. Czas najwyższy zatem tak zdefiniować politykę państwa, by uwzględniała nieuniknione procesy demograficzne. Ukraińcy (i wszyscy inni, którzy tu przyjadą), muszą znaleźć w Polsce swój drugi dom – nie mogą być niczym robotnicy na platformie wiertniczej, otoczeni groźnym, nieprzyjaznym morzem.

Tak unikniemy polskiego Krymu.

—–

Nz. Budynek lokalnej administracji w jednym ze wschodnio ukraińskich miast/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Kler”

Twierdzenie, że „Kler” jest obrazem antyreligijnym czy antychrześcijańskim, to jak mówienie, że sekwencja lądowania w Normandii – która otwiera „Szeregowca Ryana” – propaguje militaryzm. Absurd w najczystszej postaci. Smarzowski akurat jest ateistą, ale ów film równie dobrze mógłby nakręcić głęboko wierzący reżyser – gdyby tylko zechciał uczciwie podejść do tematu. „Kler” to nie jest głos w filozoficznej dyspucie o (nie)istnieniu boga. To film o braku boga – w sercach i umysłach tych, którzy roszczą sobie prawo do bycia „boskimi przedstawicielami”.

Czy odmalowując obrzydliwą gębę tytułowego kleru, Smarzowski kłamie? A czy nieprawdą jest, że kościół ma problem z pedofilią? Że usiłuje tuszować związane z tym skandale, chroniąc przy tym gwałcicieli? Że księża są jedną z grup zawodowych najmocniej narażonych na alkoholizm? Że – używając ich własnego języka – cudzołożą? Że kłamią, klną, dają się zaczadzić nacjonalizmem, rasizmem i innymi chorobami umysłu? Że instytucja, która za nimi stoi, ma niejasne (z zewnątrz) i niekontrolowane przez państwo mechanizmy finansowania? Że w kościelnych placówkach wychowawczych (sic!) od zawsze pleniły się przemoc i gwałt? No właśnie…

Czy „Kler” jest antypolski? Jeśli za część polskości uznać uległość instytucji państwa wobec hierarchów i ich podwładnych – to tak. W filmie Smarzowskiego jest kilka scen, w których paniska w sutannach „ustawiają” czy to polityków, czy policjantów. Wymysł? Wolne żarty. Przypomina mi się historia z początku lat 90, kiedy kilku moich kumpli, gówniarzy, włamało się do jednej z parafii. Pośród wyniesionych „fantów” były też kasety wideo, na których zarejestrowano seksualne uciechy panów księży. Zwyczajne homoseksualne akty dorosłych ludzi, w tamtych jednak czasach raczej szokujące. Świeżo przemianowana na policję milicja (pamiętam, że jeszcze przez kilka lat o „glinach” mówiło się na dzielni per „milicja”), szybko dorwała złodziejaszków. „Zapomnimy o sprawie, jeśli kasety wrócą do właścicieli” – obiecał chłopcom jeden z policjantów. Słowa dotrzymał. „Mieli czerwonego pana, teraz mają czarnego” – skwitowała Babcia, której opowiedziałem tę historię. Później, już jako dziennikarz, wiele razy przyglądałem się różnym sytuacjom, w których dostrzegałem rażącą asymetrię w relacjach przedstawicieli państwa i kościoła. Zresztą, co tu dużo mówić – wystarczy poczytać konkordat. Albo wysłuchać czołobitnych wystąpień byłego ministranta, Andrzeja Dudy, prezydenta RP…

Nie naśmiewam się z ministrantów. Sam nim kiedyś byłem. Ba, wyniosłem z tego doświadczenia pozytywne wspomnienia (władzy – gdy dzwoniłem, a setki ludzi zgromadzonych na mszy padało na kolana – czy finansowej satysfakcji, gdy ksiądz pozwalał zarobić na kolędzie). Nikt mnie nie skrzywdził, a jedynym zagrożeniem byliśmy sami dla siebie, usiłując – czasem skutecznie – podpierdzielić księdzu mszalne wino. Co więcej, działo się to w latach 80., kiedy lokalny kościół – jak zresztą większość w Polsce – był miejscem redystrybucji zachodniej pomocy. Do dziś mam w ustach smak, a przed oczami widok żółtego sera, który trafił na stół w moim domu, via parafia, z Holandii.

To jednak był ten sam kościół (ta sama instytucja), w którym jednocześnie – w cieniu, w szarej strefie – działy się rzeczy straszne i obrzydliwe. Jest w „Klerze” scena z nabożeństwa patriotycznego z lat 80., prowadzonego przez księdza, który chwilę wcześniej zgwałcił ministranta. Część widzów może ją odebrać jako obrazoburczą, uderzającą w legendę kościoła jako podpory opozycji antykomunistycznej. Ale przecież nie brakuje świadectw ofiar pedofilów, których przykre doświadczenia sięgają czasów sprzed 89’ roku. Dla mnie, antyklerykała, zło w kościele jest czymś oczywistym – „Kler” nie jest więc filmem, który może zmienić moje przekonania. To film dla tych, którzy nie widzieli, bądź nie chcieli widzieć. Jego przesłanie jest jasne – czas dojrzeć grzech i słabość kościoła, które współistnieją z jego dobrymi stronami. Czas wyciągnąć z tego wniosek. Jaki? Wiara nie potrzebuje takiego kościoła. A sam kościół musi się zmienić. „Kler” kończy niezwykle symboliczna sekwencja – samospalenia nawróconego na dobro kapłana. Bez radykalnych kroków, bez wypalenia tego, co złe, zinstytucjonalizowany katolicyzm nie przetrwa. Ja płakał nie będę.

PS. To nie jest najlepszy film Smarzowskiego. Ale grzechem byłoby nie pójść i nie obejrzeć.

Postaw mi kawę na buycoffee.to