Letarg

Jutro dojdzie do rozmowy telefonicznej donalda trumpa i putina – potwierdzili to przedstawiciele obu stron. Głównym tematem ma być ukraińsko-amerykańska propozycja 30-dniowego zawieszania broni. Co z tego wyniknie?

Moskwa nie odrzuca idei rozejmu, ale stawia zaporowe warunki odnośnie przyszłego porozumienia pokojowego. Przypomniał je dziś rano, w propagandowej Izwiestii, aleksandr gruszko, wiceminister spraw zagranicznych rosji.

– NATO wykluczy możliwość członkostwa Ukrainy w Sojuszu, a kraj ten pozostanie neutralny – wyliczał, dodając, że nie może też być mowy o wojskowej misji pokojowej. Jego zdaniem, dopuszczalne byłoby wysłanie nad Dniepr „nieuzbrojonych obserwatorów”, ale dopiero po wypracowaniu porozumienia pokojowego.

Co na to Kijów?

Minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha, w wywiadzie dla RBC Ukraine, wskazał ukraińskie „czerwone linie”.

– Po pierwsze, integralność terytorialna i suwerenność Ukrainy. Nigdy nie uznamy okupowanych terytoriów – mówił. – Po drugie, żadna obca siła nie ma prawa weta wobec decyzji narodu ukraińskiego dotyczących członkostwa w sojuszach, takich jak Unia Europejska czy NATO. Po trzecie, nie może być żadnych ograniczeń dotyczących zdolności obronnych Ukrainy, siły naszej armii i naszych możliwości.

Wróćmy na moment do rosjan i dodajmy dla porządku, że Kreml oczekuje również przekazania kontroli nad niezdobytymi obszarami w obwodzie chersońskim, zaporoskim i donieckim; te żądania formułowane są od dawna, ostatnio powtórzył je siergiej ławrow.

Co zaś się tyczy ukraińskiego „nie” dotyczącego okupowanych terytoriów – pozwólcie, że uszczegółowię. Nie chodzi tu o zakłamywanie rzeczywistości i „niedostrzeganie” faktu, że rosjanie kontrolują jedną piątą Ukrainy. Idzie o to, że Kijów nie zamierza zrzec się prawa do tych obszarów, co wcale nie wyklucza umowy pokojowej. Po prostu, musiałaby ona zawierać formułę o tymczasowym statusie prawnym rosyjskich zdobyczy, do uregulowania w przyszłości, w odrębnych porozumieniach. Na co Moskwa zgodzić się nie chce.

Bo rosja de facto oczekuje ukraińskiej kapitulacji. Łaskawie żąda tylko części terytorium, ale też powojennej Ukrainy jako słabego i samotnego państwa. Ciekawe dlaczego…?

Ukraińcy wiedzą dlaczego – i nie godzą się na rozbrojenie armii.

Ewentualny 30-dniowy rozejm niczego w tej układance nie zmieni. Przyda się obu wymęczonym armiom, które będą miały czas na odpoczynek i przegrupowanie – a potem znów rzucą się na siebie. Jeśli Amerykanie na poważnie traktują rolę mediatorów – myślą o czymś więcej niż krótkotrwałe zawieszenie broni – musieliby przede wszystkim docisnąć Moskwę. Trudno bowiem oczekiwać od Ukraińców, by wyrzekli się elementarnego prawa do samoobrony. Na razie wiemy, że administracji trumpa dociskanie rosjan nie wychodzi (mniejsza już o przyczyny). Wiemy też, że presja na Ukrainę – jakkolwiek silna – niespecjalnie podziałała; Kijów gotów byłby walczyć dalej bez wsparcia USA, zwłaszcza przy zwiększonej pomocy Europy, która z kolei, wszystko na to wskazuje, na dobre budzi się z pacyfistycznego letargu.

Czy obudzą się też Stany – i przypomną sobie, czym są i ile mogą?

—–

Moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane pozycje) znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Ukraiński żołnierz podczas szkolenia, zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

(De)mobilizacja

Ilość nie zawsze przechodzi w jakość, ale co do zasady, im większa armia, tym większe szanse na wojenne powodzenie. Wojny jednak kiedyś się kończą – i rzesze zmobilizowanych mężczyzn nagle pozostają bez zajęcia.

Ta sytuacja może przybrać pozytywny obrót, jak w przypadku „najwspanialszego pokolenia” – urodzonych w latach 20. XX wieku Amerykanów, których Waszyngton posłał na fronty II wojny światowej. Wróciwszy do domów, zdemobilizowani weterani zbudowali powojenną potęgę USA i własne, dobre życie.

Ale jest i scenariusz pesymistyczny, także znany z najnowszej historii. W tej opowieści miliony ocalonych z okopowego piekła mężczyzn trafiło w społeczną próżnię. Do przegranej ojczyzny, trawionej koszmarnym kryzysem i bezrobociem, gdzie dawnych bohaterów postrzegano jako darmozjadów.

„Stracone pokolenie” – tak ich nazywano, młodych Niemców, niepotrzebnych wojsku po 1918 roku. Frustracja, która w tym środowisku dojrzewała, kilka lat później znalazła tragiczne ujście. To pośród weteranów kajzerowskiej armii wykluł się faszyzm, to oni pchnęli Republikę Weimarską w objęcia zbrodniczego nazizmu.

—–

Dziś chyba możemy zaryzykować twierdzenie, że konflikt na Wschodzie zmierza do finału. Nie wierzę, by był to definitywny koniec, zakładam, że nastąpi nieco dłuższa, może nawet kilkuletnia pauza. Nie zacznie się ona jutro czy pojutrze, raczej w perspektywie najbliższych miesięcy. Tak czy inaczej, w obu armiach – rosyjskiej i ukraińskiej – służy obecnie niemal dwa i pół miliona ludzi; to o 150 proc. więcej niż przed 24 lutego 2022 roku. Jeśli podejść do sprawy racjonalnie, czas pokoju winien przynieść przynajmniej częściową demobilizację.

Co wówczas stanie się z weteranami? A może takie rozważania w ogóle nie mają racji bytu?

—–

Częściową odpowiedź przynosi nam kondycja rosyjskiej gospodarki. Parametry takie jak PKB czy bezrobocie mogą sugerować, że wszystko z nią w porządku, ale przyjrzyjmy się uważniej. Bezrobotnych jest niewielu, bo wojsko ściągnęło z rynku mnóstwo mężczyzn. Wojowanie to też robota, w rosji wyjątkowo opłacalna, tylko jaka jest wartość dodana tej pracy? Żołnierz tylko zużywa, nic nie produkuje. Z kolei wzrost PKB przede wszystkim wynika ze zwiększonej aktywności zakładów zbrojeniowych. Ale ich urobek w miażdżącej większości przepalany jest w Ukrainie. Dosłownie przepalany. Taki model gospodarowania jest skrajnie ekstensywny i uzależniony od występowania dwóch czynników.

Po pierwsze, wojny, bez której nie byłoby po co remontować i budować kolejnych partii sprzętu.

Po drugie, społecznej zgody na wyrzeczenia. Pracownicy zbrojeniówki zarabiają dwa-trzy razy więcej niż przed „spec-operacją”, ale pensje reszty obywateli nie rosną. Ba, spada jakość usług publicznych, zaniedbywane są inne gałęzie gospodarki, bo państwo połowę dochodów przeznacza na wojowanie. „Wszystko dla frontu, wszystko dla zwycięstwa!”. Patriotyczna retoryka jeszcze w rosji działa, ale po prawdzie nie ma dla niej alternatywy, tak jak nie ma alternatywy dla wojny. To znaczy byłaby, gdyby koniec konfliktu oznaczał natychmiastowy powrót do warunków wymiany gospodarczej sprzed inwazji. Co dałoby rosji sposobność zarabiania na eksporcie kopalin, dostęp do zachodnich rynków i technologii – a to z kolei tchnęłoby ducha w podupadłe przemysły i usługi. No ale na to się nie zanosi – na Zachodzie nie widać gotowości do drastycznych redukcji sankcji.

Jest więc rosja skazana na wojnę i dalsze przejadanie oszczędności. Przez kilka lat można w ten sposób funkcjonować, a przecież putin nie myśli w kategoriach długoterminowych, jest starcem. Chce utrzymać władzę teraz i w najbliższym czasie. Co będzie po nim, chyba niespecjalnie go zajmuje.

—–

No dobrze, tylko jak to się ma do perspektywy wygaszenia konfliktu, o której piszę kilka akapitów wyżej? Ano tak, że wojny nie będzie, ale wojenne wzmożenie owszem. Mobilizacja – ludzi i zasobów – bo przecież „wróg czuwa”, a dotychczasowe rozstrzygnięcia wymagają dogrywki. W takim scenariuszu koszary nadal będą pełne i choć to rozwiązanie drogie w utrzymaniu, to i tak tańsze niż regularne wojowanie. Co więcej, dające sposobność odbudowy utraconego parku sprzętowego armii, stworzenia zapasów, które teraz „przejada” front. Same korzyści…

Idźmy dalej. Płaca minimalna w rosji to odpowiednik naszych dziewięciuset złotych, przy cenach podobnych do polskich. Na „głubince” – rosyjskiej prowincji – takie wynagrodzenie to standard, nieliczni zarabiają więcej. Armia tymczasem oferuje kilkanaście razy wyższe pensje. Czy nawykli do takich zarobków weterani zgodzą się na powrót do starego – do marnych cywilnych pensji i równie marnej egzystencji? Kto im zapłacić porównywalne z żołdem pieniądze? Co zrobią, gdy armia się na nich wypnie?

Historycznie patrząc, bunty żołnierskich mas i w rosji miały moc obalania reżimów. Czy putin zaryzykuje gniew setek tysięcy zdemobilizowanych, nawykłych do przemocy mężczyzn? Zapewne wybierze opcję trzymania ich „pod parą”, w wojsku.

—–

Ukraina również płaci wojskowym więcej, niż zarabiają zwykli obywatele. W realiach pełnoskalowej wojny żołnierz ZSU otrzymuje przeciętnie pięciokrotność średniego wynagrodzenia (na nasze to ponad 10 tys. złotych). Więc i tam demobilizacja oznaczałaby materialną degradację weteranów, tym większą, jeśli ukraińska gospodarka nie ruszyłaby z kopyta. Po prawdzie, niewiele tu zależy od samej Ukrainy, a tego, ilu zagranicznych partnerów zdecyduje się pomóc w odbudowie poturbowanego kraju i w nim zainwestować. Prężny rozwój zagospodarowałby potencjał weteranów, marazm, recesja, życie w ruinach – dosłownie i w przenośni – mogłyby pchnąć zdemobilizowanych mężczyzn ku radykalizacji. Mniejsza jakiej, na pewno niebezpiecznej dla ukraińskiej demokracji.

Zresztą, nie trzeba jakiejś szczególnej obstrukcji – wystarczy, by masy byłych żołnierzy wyjechały z kraju (o co formalnie będzie łatwiej, gdy zniesiony zostanie stan wyjątkowy). Ukraina już straciła dużą część najcenniejszego potencjału demograficznego, byłby to zatem kolejny dotkliwy cios.

—–

Ale nie takiego ciosu najbardziej obawiają się w Kijowie. Fakt, iż ukraińskie władze nie rozważają drastycznej demobilizacji nawet jeśli uda się zawrzeć z rosjanami jakieś porozumienie, wynika z czego innego. Z nieufności i przekonania, że rosja – niezależnie od formalnych deklaracji – i tak spróbuje doprowadzić do terminacji ukraińskiej państwowości. Że ponownie zaatakuje.

To dlatego Kijów tak głośno protestuje przeciwko pomysłowi redukcji swoich sił zbrojnych, co miałoby być jednym z warunków pokoju. Dlatego nie godzi się na oddawanie bez walki Zaporoża, Chersońsczyzny i Doniecczyzny – by nie ułatwić rosjanom przyszłej inwazji. Dlatego wreszcie usilnie zabiega, by gwarancje bezpieczeństwa obejmowały mechanizmy, które zabezpieczą finansowanie wojska na co najmniej obecnym poziomie. Bo Ukraina sama wielkiej armii nie utrzyma, a bez niej zginie.

Nie tylko zresztą Ukraina…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę (wkrótce uzupełnioną o wyprzedane tytuły) znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst pierwotnie opublikowałem na łamach portalu Interia.pl

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. SzG ZSU

Łobuz

Widmo rosyjskiej inwazji napędza wyobraźnię milionów ludzi w Europie. Zwłaszcza w krajach graniczących z federacją, doświadczonych już skutkami rosyjskiego imperializmu. Strach narasta w ostatnich tygodniach, po tym jak donald trump zdaje się „zwąchiwać” z władimirem putinem, a Stany Zjednoczone dążyć do resetu z rosją.

Brak USA jako rękojmi bezpieczeństwa i pokoju – scenariusz wcale nie przesądzony, ale coraz realniejszy – niepokoi także przywódców „starego” Zachodu. Dość wspomnieć prezydenta Emanuela Macrona, zdaniem którego Moskwa przygotowuje się do ataku na Europę. Zapowiedź premiera Donalda Tuska, o zorganizowaniu przez państwo masowych szkoleń (pro)obronnych, dobrze wpisuje się w to larum.

Ale czy naprawdę jest się czego bać?

I tak, i nie, co postaram się wyjaśnić, sięgając po nieco ułomną (zaraz przekonacie się dlaczego) analogię. Zgodnie z nią, rosja jest niczym wyrośnięty łobuz, terroryzujący młodszych, słabszych, mniejszych kolegów z tej samej szkoły. Poza zwalistą posturą i długimi ramionami bezkarność gwarantuje ancymonowi trzymany za pazuchą pistolet (u ucznia; to ta słabość analogii, mimo której szkolne uniwersum pozostaje użytecznym narzędziem). Nasz negatywny bohater nie boi się sięgać po przemoc – chyba nawet to lubi, a na pewno w ten sposób kompensuje sobie życiowe niepowodzenia wynikłe z marnego statusu materialnego. Zwykle działa z zaskoczenia, chociaż w obliczu słabeuszy niespecjalnie się kryguje. Ciosy wyprowadza mocne, nie przejmując się skutkami.

Ma też i słabości – nie jest okazem zdrowia, jada byle co, co również przekłada się na kondycję, odkrył już alkohol i bywa nietrzeźwy. Zdarzało się więc, że przegrywał bójki z mniejszymi i słabszymi chłopcami, którzy potrafili wykorzystać jego niedyspozycje. Co nadal nie zmienia faktu, że samą posturą może zrobić krzywdę, no i chwycić za tę nieszczęsną „klamkę”.

—–

Jest i w tej opowieści klasa – której uczniowie nazywają siebie Sojuszem – gdzie trzech chłopaków również ma pistolety. Jeden z nich dojeżdża z daleka, dwóch, podobnie jak reszta towarzystwa, to sąsiedzi zza szkolnego płotu. „Dojazdowiec” ma największego „gana”, jest z zasobnej rodziny, fizycznie to „byczek” o świetnej kondycji. W uczciwej bójce z łobuzem starłby tamtego w proch, o czym rozrabiaka wie doskonale, unika więc otwartej konfrontacji. Po prawdzie to unikają jej i ten zły, i ten dobry, wiedzą bowiem dobrze, że bójka mogłaby zmienić się w strzelaninę. Nie do wygrania przez żadnego z nich, wszak w pistolety umieją obydwaj, a moc nabojów jest taka, że urywa głowy.

Nieco mniejszą, ale równie dekapitacyjną siłę mają pistolety pozostałej dwójki z Sojuszu. Generalnie jednak klasa składa się z chłopców o średniej i mikrej posturze. To dzieciaki z dobrych domów, „mózgowce” świetnie radzące sobie w szkole i poza nią. Niektórzy nawet potrafią się bić, i mają na tym polu jakieś sukcesy, ale są pośród nich i maluchy, które nie miałyby prawa przetrwać starcia ze szkolnym lujem. Nawet jeśli udałoby się im raz czy dwa dotkliwie go ugryźć.

—–

Szczęśliwie klasa nie na darmo nazywa się Sojuszem – jej członkowie są jak paczka, scementowana gwarancją „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Ta dewiza stoi na drzwiach klasy, chłopcy z Sojuszu mają ją na wpinkach, więc nawet ci najsłabsi nie muszą przemykać korytarzami i bać się napaści w szkolnym kibelku. Choć młodociany terrorysta nie jest zbyt inteligentny, język siły czyta doskonale i wie, że „kupą go dojadą”. Owszem, docina, wyzywa, stroi groźne miny – zwłaszcza wobec najsłabszych z Sojuszu – jednak łapy trzyma w kieszeniach. Są inni, na których się wyżywa, których okrada, upokarza, zmusza do uległości. Nie zawsze mu wychodzi, ale to już inna historia.

A w zasadniczej opowieści coś zaczyna się psuć. „Dojazdowiec” chyba myśli o zmianie szkoły i porzuceniu paczki, ba, popada w niezdrową fascynację łobuzem. Po prawdzie irytuje go też, że w chwilach próby klasa często chowa się za jego plecami, choć jest na tyle liczna, sprawna i silna, że razem rozniosłaby niejednego szantażystę. „A radźcie sobie sami!”, mówi i zmierza ku wyjściu ze szkoły. „Wyjdzie czy nie?”, oto jest pytanie. „Co dalej?”, martwi się reszta klasy, świadoma, że w pojedynkę większość chłopców nie przetrwa starcia z łobuzem, albo wyjdzie z niego koszmarnie poturbowana. A przecież drań może teraz poczuć się rozochocony. Co prawda dostał wciry podczas bójki z twardzielem z innej klasy, ale – obawiają się ci z Sojuszu – możliwe, że szybko się wyliże. Tymczasem chłopcy z paczki świetnie współpracują podczas olimpiad, zajęć praktycznych czy na wuefie, ale bić się umieli tylko pod komendą „Dojazdowca”. Czy bez niego dadzą radę?

I w takim miejscu jest obecnie Europa, owa klasa, i Polska, jako uczeń w tejże.

—–

Jesteśmy średniakiem z tej opowieści. Nie mamy pistoletu – broni jądrowej – jak Francja czy Wielka Brytania. Nie zaszantażujemy rosji groźbą wzajemnych dotkliwych strat, z umownym odstrzeleniem głowy włącznie. Ale możemy ją odstraszyć siłą naszych konwencjonalnych pięści, ryzykiem, że atakując nas, moskiewski łobuz straci zęby. Możemy wreszcie przyczynić się do tego, by zbój wiedział, że nic się nie zmieniło, że nadal „w kupie siła”. Nie demontować europejskiej wspólnoty, a ją wzmacniać, współbudować jej twardy potencjał i nade wszystko decyzyjność.

Z ryzykiem wojny jest jak z ryzykiem katastrofy lotniczej – nawet jeśli jest niskie, bliskie zeru, to i tak – z uwagi na ewentualne skutki – należy traktować je bardzo poważnie. Wypadki lotnicze zdarzają się rzadko, ale w ich efekcie ginie mnóstwo ludzi. Podobnie z wojnami. Więc nie jest żadną fanaberią „dmuchanie na zimne”, śrubowanie procedur i norm, zabezpieczanie się. Szkolenie, zbrojenie, budowanie potencjału przemysłu obronnego. Wracając na grunt szkolnej analogii: robienie formy i dobrej kondycji, obkucie zasad zespołowej bitki.

Elity polityczne rosji cechuje wyraźna skłonność do ryzykanctwa, gry va banque oraz bezwzględna determinacja. Chcemy czy nie, musimy założyć, że rosjanie będą szukać swojej szansy. Presją dyplomatyczną, ekonomiczną (surowcową) i militarną (poniżej progu wojny) dążyć do osłabienia sojuszniczych więzi, wyizolowania ze wspólnoty pojedynczych państw. Bo tylko jeden na jednego mogą nam zrobić krzywdę. Gdy będziemy razem, nawet bez Ameryki, również mogą nam…

…skoczyć.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Piotrowi Habeli, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Arkowi Drygasowi, Tomaszowi Krajewskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Monice Rani. A także: Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Adamowi Cybowiczowi, Wojciechowi Bardzińskiemu, Krzysztofowi Krysikowi, Bognie Gałek, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Sławkowi Polakowi, Mateuszowi Jasinie i Grzegorzowi Dąbrowskiemu.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi posługującemu się nickiem Ravfr, Adamamowi Andrzejowi Jaworskiemu, Marcie Müller-Reczek, Dariuszowi Chabiorowi (za „wiadro kawy”!), swoje dorzucił również Igor Horków.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Ten tekst pierwotnie opublikowałem na łamach portalu Interia.pl

Rura

Weekend przyniósł dalsze pogorszenie sytuacji oddziałów ukraińskich w obwodzie kurskim. Mil-blogerzy prognozują, że Sudża – największa miejscowość zajęta przez Ukraińców – zostanie odbita w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin. To się jeszcze okaże, co nie zmienia faktu, że rosjanie próbują, sięgając w tym celu po desperackie kroki.

W nocy z 7 na 8 marca usiłowali przeniknąć za ukraińskie linie, wykorzystując w tym celu nitkę nieczynnego gazociągu „Przyjaźń”. Ukraińcy potwierdzają, że przeciwnik – w silne kompanii wojska – wyszedł na ich tyły, zaznaczają jednak, że doszło do tego na obrzeżach Sudży. I że zagrożenie zostało „szybko wyeliminowane”. Źródła rosyjskie rozpisują się z kolei o długiej i dramatycznej walce w centrum miasta. Choć obie strony różnią się w ocenie dynamiki zajść i wskazują inne lokalizacje, zgodnie przyznają, że „atak z rury” już się zakończył, że rosjanom nie udało się zdobyć przyczółku i doczekać do nadejścia większych sił.

Skąd pomysł na taką akcję? Wbrew doniesieniom części mediów, nie jest to pierwszy przypadek użycia nieczynnych rurociągów w tej wojnie. Kilkanaście miesięcy temu – podczas zmagań o Awdijiwkę – rosjanie również przedostali się w ten sposób za ukraińskie pozycje. Patrząc bardziej wstecz – w doskonałym filmie wojennym „Wróg u bram” jest scena, w której sowieccy snajperzy przechodzą nad pozycjami Niemców rurami służącymi do transportu pary. Ten element scenariusza zaczerpnięto z rzeczywistych wydarzeń – zmagań o Stalingradzką Fabrykę Traktorów z jesieni 1942 roku. Bitwa o Stalingrad ma wymiar ikoniczny, zwłaszcza w rosji; niektóre jej epizody mogą inspirować nie tylko filmowców.

Co jeszcze wiemy o „ataku z rury”? Większość z ponad setki ludzi, którzy wzięli w nim udział, stanowili byli najemnicy z Grupy Wagnera. Dziś służą oni w brygadzie o nazwie „Weterani”, będącej regularną jednostką rosyjskiej armii. Ten status nie zmienia faktu, że nadal są to ludzie do zadań szczególnie trudnych, wnioskując zaś po skutkach, po prostu samobójczych. „Weterani” mieli do pokonania ponad 12-kilometrowy odcinek gazociągu o średnicy140 centymetrów. Nie wiemy, ile czasu zajęło im przebycie tego dystansu, ale źródła po obu stronach podają, że wielu wojskowych opuściło instalację z objawami zatrucia metanem. Na ujawnionych przez Ukraińców filmikach – pochodzących z telefonów zabitych lub wziętych do niewoli rosjan – widać, że tylko część dywersantów wyposażono w maski przeciwgazowe. A podkreślmy raz jeszcze – mowa o gazociągu, który z uwagi na swą specyfikę musi być szczelny, oraz o instalacji, w której nie ma naturalnego przewiewu.

Niezależnie od tego, w jakiej faktycznie byli kondycji, „Weterani” przeszli na ukraińskie tyły. I tu wersje obu stron się rozjeżdżają. Ukraińcy twierdzą, że w porę zorientowali się o zagrożeniu i już na rosjan czekali. Na dowód przedstawiają dwa filmy z drona, gdzie widać opuszczających rurę mężczyzn, „witanych” salwami. Z kolei rosyjskie źródła przekonują, że udało im się przeciwnika zaskoczyć – i na tej podstawie budują narrację o „wielogodzinnym związaniu walką”.

Motyw „podtrutych, ale dzielnych wojowników” podchwyciło już wielu rosyjskich propagandystów. Hołubienie straceńczego bohaterstwa to „abecadło” rosyjskiej propagandy i polityki historycznej, nie ma w tym więc niczego dziwnego. Szczególnie, że takie przeniesienie akcentów pozwala odwrócić uwagę od porażki całego przedsięwzięcia.

Tym niemniej generalna sytuacja w obwodzie kurskim jest dla rosjan korzystna. O czym piszę w tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto aktywny link do tego materiału.

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. rosjanie w sudżańskiej rurze/fot. rosyjski profil propagandowy

„Przechwycone”

Niebawem miną trzy lata od wyzwolenia podkijowskiej Buczy i ujawnienia masakry, jakiej dopuścili się tam rosjanie. Przypomnijmy: w okupowanym między 5 a 31 marca 2022 roku miasteczku zabito ponad czterystu cywilów. Mordercami z ul. Jabłońskiej – gdzie znaleziono szczególnie dużo ofiar – byli żołnierze 234. pułku desantowo-szturmowego z Pskowa. Wojskowych zidentyfikowano na podstawie sprzętu, naszywek i radiowych kodów. Pomocne w odtworzeniu chronologii wydarzeń okazały się zapisy z kamer monitoringu, zeznania świadków oraz treści przechwyconych przez ukraiński wywiad rozmów telefonicznych rosjan.

Obok formalnych dochodzeń, własne śledztwa w sprawie buczańskiej masakry prowadzili też dziennikarze, m.in. z „New York Timesa”. „Zbrodnia w Buczy była częścią celowego i systematycznego, bezwzględnego aktu zabezpieczenia drogi do Kijowa”, napisali amerykańscy reporterzy w swoim raporcie. Żołnierze „przesłuchiwali i strzelali do nieuzbrojonych mężczyzn w wieku poborowym i zabijali tych, którzy stanęli im na drodze, niezależnie od tego, czy były to rodziny z dziećmi próbujące wydostać się z miasta, miejscowi wychodzący do sklepu, czy po prostu jadący do domu na rowerze”.

Idźmy dalej. Wiosną 2023 roku opublikowano raport komisji dochodzeniowej Rady Praw Człowieka ONZ. Wyszczególniał on cały katalog zbrodni popełnionych przez rosjan w Ukrainie. „Wiele umyślnych zabójstw, przypadków nielegalnego pozbawiania wolności, gwałtów i aktów przemocy seksualnej nastąpiło podczas przeszukań domów, których celem było znalezienie członków ukraińskich sił zbrojnych lub broni”, stwierdzał raport. Samowolnie więzieni ludzie byli często przetrzymywani przez rosyjskie siły zbrojne w fatalnych warunkach w przepełnionych celach. „W jednym przypadku dziesięcioro starszych ludzi zmarło z powodu nieludzkich warunków w piwnicy jednej ze szkół, a inne więzione osoby, w tym również dzieci, musiały dzielić to samo pomieszczenie z ciałami zmarłych”. Podczas gwałtów członków rodziny, także tych najmłodszych, zmuszano do oglądania zbrodni.

Spojrzyjmy na te wydarzenia z innej perspektywy. W lipcu 2022 roku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) opublikowała fragment przechwyconej rozmowy rosyjskiego żołnierza z żoną. „Nie masz pojęcia, co się tutaj dzieje. Nie wiem, jak po czymś takim mam wrócić do normalnego życia”, mówił do partnerki mężczyzna. „Wiesz, ile trupów widziałem? (…) Bez głowy, bez nóg, bez tułowia, bez niczego (…) Tu jest tylko mięso” – rosjanin opowiadał o stertach ciał poległych towarzyszy. „Cholera, tak bardzo chcę wrócić do domu, to wszystko jest takie bolesne. Ale (…) nie wyobrażam sobie świata, w którym trzeba płacić rachunki, w którym jeżdżą samochody”, słychać było na ujawnionym nagraniu. Dalej wojskowy zapewniał, że jeśli wróci do domu, odwiedzi cmentarz, gdzie pochowano jego babcię, „anioła stróża”. „Potem pójdę do klasztoru, odwiedzę wszystkie kościoły”, zaklinał przyszłość rosjanin.

A teraz do brzegu. Rozmowy rosyjskich żołnierzy z ich bliskimi stanowią sedno filmu dokumentalnego Oksany Karpowicz pt.: „Przechwycone”. Materiał dźwiękowy dzieła – tytułowe przechwycone – pochodził z nasłuchu SBU i przez tę służbę został autorce dostarczony. Z rozmów wynika wprost, że rosjanie są ogłupieni nienawiścią do Ukraińców. Że dotyczy to zarówno żołnierzy, jak i ich matek, żon, rodzeństwa, dzieci, wszystkich, którzy zostali w kraju. I owszem, od czasu do czasu słyszmy ślady krytycznej refleksji – świadomości, że rosjan w Ukrainie nie chcą, że Ukraińcy potrafią się bić i że poziom życia w napadniętym kraju jest wyższy niż w rosji. Tyle że ta refleksja nie eliminuje poczucia wyższości, pogardy, ba, nierzadko służy za uzasadnienie dla rabunku, skoro tamci się nie poddają i lepiej żyją.

Jest więc treść ujawnionych i wykorzystanych w filmie nagrań tożsama z ukraińskim przekazem propagandowym, malującym rosjan w jak najczarniejszych barwach. Co otwiera pole do zarzutu, że „Przechwycone” to nie jest niezależne dzieło, a obarczony słabościami nieobiektywizmu i manipulacji element wojny informacyjnej. Film stworzony w oparciu o wyselekcjonowany materiał, pod tezę o „złych ruskich”. I można by go za taki uznać – zwłaszcza że Karpowicz jest Kanadyjką ukraińskiego pochodzenia – gdyby nie jedno „ale”. Takie mianowicie, że wszystko, co da się w „Przechwyconych” usłyszeć, znajduje pełne potwierdzenie w czynach rosyjskich żołnierzy. Oni naprawdę mordują, grabią, gwałcą, giną masowo w bezsensownych szturmach, tracą zmysły na skutek tych wszystkich doznań. Wiemy to nie tylko z ukraińskiej opowieści o tej wojnie. Dlatego przywołałem „New York Timsa” czy ONZ, ale przecież to niejedyne źródła dające dowód szaleństwa i zbrodni rozgrywających się na Wschodzie.

Co dziś trzeba podkreślać nie tylko w kontekście filmu Karpowicz. Oto bowiem doczekaliśmy czasów, kiedy kłamliwe narracje na temat działań rosjan w Ukrainie przestały być domeną rosyjskiej propagandy. Kiedy w szyte na Kremlu buty wchodzi prezydent USA, opowiadający o dzielnych rosyjskich żołnierzach, których poświęcenie musi zostać docenione daniną z ukraińskich ziem. Świat stanął na głowie i jakkolwiek to niewygodna pozycja, ludzi przyzwoitych nie zwalnia z obowiązku mówienia prawdy.

Od 7 marca br. „Przechwycone” można obejrzeć w wybranych kinach studyjnych. Szczegółowe informacje na temat seansów znajdziecie na stronie organizacji Watch Docs.

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Powyższy felieton opublikowałem również w portalu „Polska Zbrojna”, oto link.

Nz. Kadr z filmu/fot. za Watch Docs