Wsparcie

Pod Bachmutem ukraińskie pozycje można podzielić na trzy różne strefy. Pierwszą stanowi frontowa linia umocnień; świadomy uproszczenia, określę ją mianem okopów. Trzecia – oddalona o kilkanaście kilometrów – to domena artylerii. Dziś nie są to już statyczne stanowiska, nawet na tych odcinkach, gdzie trwają pozycyjne starcia. Drony i radary artyleryjskie – dramatycznie zwiększające ryzyko wykrycia, a więc i porażenia ogniem kontrbateryjnym – wymuszają mobilność, co dotyczy nie tylko dział samobieżnych, ale i holowanych armat. Między tymi dwiema składowymi frontu znajdują się centra operacyjne „droniarzy” – tych, którzy sterują małymi bezpilotowcami, przeznaczonymi do wykrywania oraz niszczenia rosyjskich pododdziałów. Niszczenia bezpośredniego – przy użyciu ładunków podczepianych pod aparaty – oraz pośredniego, poprzez wskazywanie dokładnych koordynatów artylerii.

Kilka dni temu byłem w jednym z takich centrów pod Bachmutem.

Z przyczyn oczywistych nie mogę wskazać dokładnej lokalizacji. Poprzestańmy na stwierdzeniu, że jest to solidnie zamaskowana, częściowo ulokowana pod ziemią baza. Jej „mózgiem” jest pomieszczenie, gdzie znajdują się dwa duże i kilka mniejszych monitorów; reszta obiektu to część magazynowa i socjalna. Centrum zarządza pracą kilkunastu operatorów dronów (rzecz w tym, by wysyłani na pierwszą linię „droniarze” nie dublowali zadań). Spięty w sieć system działa dzięki starlinkom, satelitom telekomunikacyjnym firmy SpaceX.

Drony rozpoznawcze przeczesują teren w poszukiwaniu „godnych” celów dla artylerii – większych skupisk piechoty, wozów bojowych, czołgów. Mniejsze, czterowirnikowce, polują na rozproszone grupki żołnierzy i ich stanowiska. Zmodyfikowane tak, by przenosić na przykład 750-gramowe ładunki termobaryczne, stanowią niezwykle skuteczną, śmiercionośną broń.

„Minus dwadzieścia dwa”, napisał kilka dni temu Swietosław, operator, którego poznałem podczas tej wizyty. Ta informacja znalazła się na profilu społecznościowym wojskowego, z następującym zastrzeżeniem: „nie, nie chodzi o pogodę”.

Chodzi o zabitych rosjan i dzienny „urobek” grupy. Weryfikowany (w miarę możliwości) wtórnymi nalotami bezpilotników nad porażone cele – o czym warto wspomnieć w kontekście rozważań na temat jakości danych dotyczących strat rosjan, podawanych przez Ukraińców. „Droniarze” dokumentują filmowo efekty swojej pracy.

– Dziennie potrafimy wyeliminować nawet czterdziestu rosjan – mówi Swietosław, demonstrując sposób montażu niewielkiej bomby termobarycznej. Wypala ona tlen z obszaru objętego eksplozją, powodując poważne oparzenia i urazy wewnętrzne („termobaryki” zabijają ogniem i skokiem ciśnienia; jest on niższy niż w przypadku tradycyjnych ładunków, ale trwa znacznie dłużej – stąd te urazy). – Oczywiście, rosjanie starają się nam przeszkadzać, zakłócać pracę dronów. Czasem tylko je oślepią, czasem strącą. Dbamy o nasze „ptaszki”, ale wiele z nich szybko odchodzi.

Jednostka Swietosława co rusz otrzymuje nowe aparaty – w minionym tygodniu 17 sztuk dostarczył konwój, jaki zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Co ciekawe, to cywilne urządzenia, dostępne na światowych rynkach także dla rosjan. Dronowa wojna ma więc i taki wymiar – rywalizacji wolontariuszy pracujących na rzecz obu stron, wykupujących sprzęt od producentów i dystrybutorów.

—–

Ale samymi dronami tej wojny Ukraina nie wygra. Sporo w ostatnich dniach napisano o konieczności dostarczenia armii ukraińskiej jak największej ilości sprzętu ciężkiego, z czołgami włącznie. Swoistym fetyszem w tych dyskusjach stały się niemieckie leopardy, co w mojej ocenie przesłania nam istotę sprawy. Dlaczego?

Nie licząc okolic Bachmutu, a od kilku dni również wąskiego odcinka frontu w obwodzie zaporoskim, rosjanie w Ukrainie weszli w tryb przetrwania. Na nic więcej ich nie stać. Ich artyleria strzela dziesięć razy mniej niż latem zeszłego roku – bo i owszem, zapasy wyszły, armatnie lufy się zużyły. Lecz to nie jest cała prawda – spadek dynamiki rosyjskich działań wynika również z tego, że Moskwa przygotowuje się do kolejnej ofensywy. W tym celu chomikuje amunicję i inne niezbędne zapasy (co skądinąd jest dowodem słabości i niewydolności zarówno rosyjskiej armii, jak i przemysłu).

Z drugiej strony, wojsko ukraińskie nie ma dość sił, by rozpocząć jakiekolwiek operacje wyprzedzające, które miałyby szanse powodzenia. Ukraińcom pozostaje obecnie dobrze przygotować się na rosyjskie uderzenie.

Gdy patrzymy z boku, zachodnia pomoc wydaje nam się nie tylko spóźniona, ale i chaotyczna. Ci dadzą to, tamci tamto; w dyskusji nieustannie przeplata się argument koszmaru logistycznego, jaki Zachód funduje ukraińskiej armii, obdarowując ja systemami „od Sasa do lasa”. Trudno zaprzeczyć, że donatorzy zawalili sprawę, jeśli idzie o terminarz dostaw. Gdyby to, co trafiło do Ukrainy przez ostatnie 11 miesięcy, znalazło się tam przed 24 lutego, rosjanie ponieśliby dużo dotkliwsze straty, a ich zdobycze terytorialne najprawdopodobniej byłby dużo mniejsze. Skutkiem czego wojna mogłaby się już zakończyć. No ale – mleko się rozlało. Zachodni przywódcy musieli najpierw przekonać się o woli ukraińskiego oporu, sile i kondycji ukraińskich wojsk, o słabościach armii rosyjskiej i jej bestialstwie. Zmierzyć się z wyzwaniami, jakie rodziły pacyfizmy i egoizmy własnych społeczeństw. Pożenić wolę wsparcia z możliwościami budżetów i przemysłów. Ów proces (dochodzenia do spektakularnych transz wsparcia wojskowego) miał jeszcze wiele innych zmiennych – wśród nich szacowanie ryzyka biznesowego, sprowadzające się do pytania, czy opłaca się walczyć z rosją? Kunktatorstwo Niemiec jest w ostatecznym rozrachunku efektem takiej właśnie kalkulacji. Ale…

Ale nad tym wszystkim cały czas czuwali wojskowi. Eksperci od właściwego dawkowania pomocy w ramach warunków brzegowych wyznaczanych przez polityków. To oni dbali o to, by nic nie działo się „na rympał”. Dziś również dbają. Ostatnie trzy pakiety pomocy – które zostaną sfinalizowane w ciągu najbliższych tygodni – zmierzają do uzupełniania strat, jakie poniosła jesienią armia ukraińska oraz do zbudowania „straży pożarnej”. Mniej więcej trzybrygadowego komponentu o wysokiej mobilności i zarazem relatywnie dużej sile ognia, który posłuży do łatania dziur wszędzie tam, gdzie rosjanom uda się ukruszyć front.

Wróg uderzy wiosną, czasu na absorpcję właśnie pozyskanego sprzętu jest więc mało – ale powinno wystarczyć. Jednak nadal kluczowe znaczenie ma broń sowieckiej proweniencji – „na dziś” ukraińscy pancerniacy więcej pożytku będą mieli z czeskich T-72/polskich T-72/PT-91 niż z leopardów. Decyzja rządu RP o wyekwipowaniu całej ukraińskiej brygady zmechanizowanej to krok w najwłaściwszą stronę. Taką brygadę da się przygotować znacznie szybciej niż jej odpowiednik „sklecony” z leopardów pochodzących z kilku różnych krajów. Czołgi niemieckiej produkcji to opcja na czas po ofensywie rosjan. Na rekonkwistę, która winna się opierać na technologicznej przewadze Ukraińców (zatem nie tylko czołgi winny wejść wówczas do akcji…).

Oczywiście, zdolności do takiego uderzenia należy budować już dziś – im szybciej zatem uda się „docisnąć” Berlin, tym lepiej.

PS. W zeszłym tygodniu w Bachmucie było pięciu polskich posłów z opozycyjnych partii – Hanna Gil-Piątek, Adam Szłapka, Piotr Borys, Witold Zembaczyński i Paweł Krutul. Jedyni zachodni politycy, którym udało się dojechać tak daleko (kolejnych zapewne jakiś czas nie będzie, bo w weekend rosjanie zyskali kontrolę ogniową nad drogą łączącą Konstantynówkę z Bachmutem). Wraz z nimi na miejsce dotarł konwój z pomocą (dla cywilów i wojska), i przeświadczenie o ponadpartyjnym konsensusie w sprawie wsparcia dla Ukrainy – istotne dla Ukraińców, gdy w Polsce mamy rok wyborczy. Ale wspominam o tym z innego powodu. Wiem (mniej więcej), co usłyszeli i zobaczyli nasi politycy w Bachmucie. I jestem pewien, że huk kanonady zostanie w ich głowach na zawsze, mając wpływ na decyzje dotyczące bezpieczeństwa i obronności. Kanclerz Scholz odwiedził Buczę, bezpieczną, długo po wyzwoleniu. Gdyby tak zafundować mu podróż do Bachmutu – czy gdziekolwiek indziej, gdzie usłyszałby to, co słyszało pokolenie jego rodziców, owo niepokojące dudnienie zapowiadające nadejście rosjan – zapewne spojrzałby na rosję z właściwej perspektywy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Pawłowi Ostojskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu i Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi. A także: Maxowi Maksimovičowi, Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale i Aleksandrowi Stępieniowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Aleksejowi Asajewiczowi i Bartoszowi Królikowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Dron przygotowany do przenoszenia ładunku termobarycznego/fot. Marcin Ogdowski

Refleksje

Pozwólcie, że na chwilę oderwę Was od niedzielnego chill-outu i zostawię z odrobiną refleksji. Pierwsza dotyczy natury adaptacji, przyzwyczajania się do nadzwyczajnych okoliczności. Ta zdolność dana jest nie tylko ludziom, ale i zwierzętom. Bachmuckie psy dla przykładu – te, których przebodźcowanie dźwiękami nie zabiło – nawykły już do huku kanonady. Uchwycone na zdjęciu czworonogi leżały sobie jak gdyby nic, wygrzewając się w słońcu. A armaty grzmiały i grzmiały…

Mundurowy, który głaszcze zwierzaki – a który chwilę później nakarmił je mięsem z puszki – to Jurij Łucenko. Ochotnik z Kijowa (w Bachmucie stacjonuje jeden z oddziałów stołecznej OT, przerzucony tam w listopadzie spod Chersonia). Łucenko pełnił funkcję ministra spraw wewnętrznych w czterech różnych rządach, przez trzy lata był prokuratorem generalnym Ukrainy. Dziś jest zwykłym żołnierzem. Ciekaw jestem, którzy z rodzimych ministrów (czy szerzej, polityków), znaleźliby w sobie dość odwagi, by w razie potrzeby zrezygnować z przywilejów i iść na front…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nadzabijanie

Gdy zapada zmrok, Ukraina wręcz tonie w ciemności. To wojenna profilaktyka, mająca utrudnić działania agresorom, ale i efekt rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną. W miastach odrobinę światła dają uliczne sygnalizatory, da się więc bezpiecznie podróżować. Ale wraz z rogatkami – w tym przypadku mającymi postać obsadzonych przez wojsko lub policję blok-postów – zaczyna się inny poziom wyzwań. Ukraina jest ogromna, między miastami można przejechać dziesiątki kilometrów i nie natknąć się na żadną osadę. Nawet w czasach pokoju oznaczało to brak choćby minimalnej poświaty. Dobry wzrok i solidne reflektory auta były zatem pożądane już wcześniej, w realiach wojny bez nich ani rusz.

We wtorek późnym popołudniem wyruszyłem z Bachmutu wraz z trzema kolegami – tak kończył się nasz udział w konwoju humanitarnym, który zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog. Było już ciemno, gdy znaleźliśmy się w okolicach Izjumu. Nasz terenowy nissan dobrze sobie radził z kiepską nawierzchnią drogi, ale ta nagle się skończyła. Stanęliśmy przed betonową barierą, ustawioną – jak się wkrótce przekonaliśmy – przed wjazdem na most. Zarwany, najprawdopodobniej celowo wysadzony przez wycofujących się rosjan. Jechaliśmy tędy rano, w drugą stronę, szybko więc doszliśmy do wniosku, że gdzieś w pobliżu musi być objazd prowadzący na tymczasową przeprawę. Tylko nijak nie mogliśmy go znaleźć.

Popędzany pęcherzem, ruszyłem na zwiady. Byliśmy w centrum jakiegoś przysiółku, po obu stronach rozoranej drogi stały typowo ukraińskie niewielkie chatki. I bez wojny wyglądające jak sto nieszczęść. Nissan dawał trochę światła, a i ja przyzwyczaiłem wzrok do ciemności. Widziałem już nie tylko kontury, ale całe, pokaleczone bryły. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wrak auta – sowieckiej jeszcze łady kopiejki. I śladu żywej istotny, choćby zdziczałego psa, których na Donbasie kręcą się całe hordy.

Osada była martwa i upiornie cicha.

Nie zamierzałem wchodzić między domy; za dnia naoglądałem się tabliczek „niebezpieczeństwo – miny”. Obróciłem się, strumień światła z latarki przeczesał ścianę jednego z budynków.

– Skurwysyny – zakląłem mimowolnie na widok litery „Z” wymalowanej między oknami zrujnowanego domostwa.

Wróciłem do auta, znaleźliśmy drogę, ruszyliśmy dalej. A mnie ta „zetka” chodziła po głowie przez kolejne godziny. Żołnierze putina w ten sposób pieczętowali „powrót” przysiółków i wiosek do „rosyjskiej macierzy”. „Z” znaczyło tyle co „to nasze”. Tyle że ta naszość zwykle wiązała się z destrukcją. Ruski mir przyniósł zagładę wielu wschodnio-ukraińskim wioskom. Totalną, sprowadzającą się do stwierdzenia: byli ludzie-nie ma ludzi. Między Izjumem a Bachmutem widziałem co najmniej cztery tak potraktowane miejscowości.

Śmierć i zniszczenie, jakie niesie ze sobą rosyjska armia, są ponadnormatywne. W języku angielskim istnieje termin „overkilling”, używany w kryminalistyce, ale i będący częścią wojskowej nomenklatury. Stosuje się go do opisania działań wojennych charakteryzujących się zbytnią przesadą, nieadekwatną projekcją siły. „Nadzabijanie”, bo tak dosłownie tłumaczy się to słowo na polski, też dobrze oddaje istotę rzeczy. rosjanie w Ukrainie nadzabijają, zabijają po wielokroć – ludzi, zwierzęta, przyrodę, a wraz z nimi całą materialną osnowę stworzoną przez człowieka, służącą mu w codziennym życiu. Armia rosyjska nie walczy jak zachodnie siły zbrojnie, wyczulone, by nie niszczyć bez wyraźnej potrzeby infrastruktury niezbędnej do przeżycia cywilów. Ten imperatyw – możliwy do realizacji dzięki coraz bardziej precyzyjnej broni – jest rosjanom obcy. Obcy nie tylko dlatego, że nie mają precyzyjnych narzędzi. To konsekwencja pogardy dla życia jednostki, mocno zakorzenionej w rosyjskiej kulturze. Co na wojnie tak stawia priorytety, że nie liczą się ludzie i ich dobytek, a zdobyty teren. A choćby i za cenę totalnej destrukcji. rosja może być w ruinie, może być byle jaka – grunt, że będzie wielka, rozległa.

Nieludzka, jak to kiedyś napisał Józef Czapski.

Nie potrafię inaczej skomentować tych zdjęć. A mam ich dużo, dużo więcej…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Konwój

Zlały mi się ostatnie dni w jeden i wciąż się gubię ze wskazaniem, kiedy co się wydarzyło. Czy w poniedziałek, czy w środę – jeden czort. Między niedzielą rano a wczorajszym wieczorem spałem w łóżku zaledwie 3,5 godziny, większość czasu spędzając w aucie na trasie Kraków-Kijów-Charków-Bachmut i z powrotem (plus kilka drzemek na siedzeniu pasażera; dość, by dalej funkcjonować, za mało, by odpocząć). O czym wspominam z prośbą o zrozumienie. Podzielę się niemal wszystkim, co zobaczyłem i usłyszałem podczas tego wyjazdu – ale na raty.

Dla porządku dodam, że konwój, z którym jechałem, dowiózł do Bachmutu 15 ton pomocy humanitarnej. Wojsko z kolei otrzymało drony i generatory. Wyjazd zorganizowała Fundacja Otwarty Dialog, od dawna zaangażowana w pomoc Ukrainie.

Pytacie mnie, jak jest w Bachmucie – i tym zajmę się na początek, zwłaszcza że kilka spraw wymaga wyjaśnienia.

Zacznijmy od tego, że miasto – wbrew pojawiającym się informacjom – nie jest kompletnie zrujnowane. Nam, Polakom, takie określenie kojarzy się ze zgładzoną przez Niemców Warszawą. Zrównaną z ziemią, szczególnie na terenie dawnego getta. Przedmieścia Bachmutu od wschodniej i północnej strony rzeczywiście wyglądają fatalnie, ale nawet tam nie sposób mówić o totalnej destrukcji. Niewiele jest całkiem rozbitych domów, choć sporo zostało na tyle poważnie uszkodzonych, że nie nadają się już do zamieszkania. Przykładem niech będzie rozdzielony detonacją blok ze zdjęcia. W centrum i pozostałej części miasta wiele budynków stoi nietkniętych, pośród nich wielkogabarytowe wieżowce. Mniej więcej jedna trzecia całej zabudowy nosi wyraźne ślady ostrzałów: wypalone mieszkania – czasem całe piętra – zarwane dachy, usiane dziurami od odłamków fasady, pozbawione szyb okna. Główne drogi – mimo iż zryte gąsienicami – pozostają przejezdne; powalone drzewa, lampy i słupy energetyczne na bieżąco usuwa z jezdni wojsko. Gdzieniegdzie widać leje, których liczba (wraz z opisanymi zniszczeniami) potwierdza, że Bachmut nie jest zasadniczym celem artyleryjskiego ostrzału. Bitwa toczy się pod miastem i nad nim.

Odgłosy przelatujących nad miejscowością pocisków często zlewają się w jeden nieprzerwany grzmot. Nasłuchując z pozycji „w środku miasta”, składają się nań przede wszystkim dźwięki wystrzałów, z rzadka eksplozji. „Bo biją nasi”, zapewniali mnie żołnierze. Jeden z nich, Jurij (poświęcę mu więcej uwagi w innym wpisie, gdyż to arcyciekawa postać) stwierdził wręcz: „jak zaczynały się boje o Bachmut, rosjanie mieli dziesięć razy więcej luf niż my. Teraz jest jeden do jednego”. Nie wiem, czy rzeczywiście tak się sprawy mają – z miejsc, w których byłem, miałem bliżej do pozycji ukraińskiej artylerii, a ta waliła gęsto.

„Są pięć kilometrów stąd”, mówił Jurij, gdy zatrzymaliśmy się na północno-wschodnich obrzeżach miasta. I wskazał przestrzeń u wylotu drogi prowadzącej do Sołedaru. „Na razie za daleko, by sięgnął nas ogień z broni ręcznej, ale cały czas próbują podchodzić bliżej”.

Nie, nie ludzką falą – jak często podaje się w mediach. Morska analogia jest o tyle zasadna, że rosjanie raz za razem atakują ukraińskie linie, ale nie masą. Wróg wysyła w bój kilku-kilkunastoosobowe grupy, które operują jednocześnie w wielu miejscach. „Kłują” ukraińską obronę z zamiarem zmęczenia obrońców. Wiele takich pododdziałów zostaje unicestwionych, te, którym udaje się zająć choć trochę nowego terenu, natychmiast się okopują. Determinacja i konsekwencja wsparta precyzyjnym jak na rosjan ogniem oraz umiejętnościami żołnierzy desantu. Jest ich pod Bachmutem coraz więcej, stopniowo zastępują wagnerowców. Nie chcę z tego wyciągać żadnych ogólnych wniosków, ale z tego, co usłyszałem, wynika, że w podbachmuckich bojach rosjanie przestają używać zmobilizowanych jesienią rezerwistów.

Napiszę o tym więcej w kolejnym materiale, a teraz wrócę jeszcze do miasta i jego mieszkańców. Zostało ich kilka tysięcy (taki rząd wielkości podają ukraińscy żołnierze). Starcy, którzy ani myślą opuszczać swoich domów, oraz ci, którzy nie mają gdzie, do kogo i za co uciekać. Spotkałem się z opinią, że sporo tam żulików – alkoholików, narkomanów, bezdomnych – z oburzającą jak dla mnie sugestią, że takim ludziom nie warto pomagać. Ani myślę brać udział w żenującej dyskusji, tym niemniej chciałbym zwrócić uwagę, że Bachmut pozbawiony jest prądu, gazu, ogrzewania. Że ludzie – jak mężczyzna na zdjęciu – nie zawsze mają dostęp do wody innej niż ta z kałuż. Spróbujcie przeżyć w takich warunkach, zimą, kilka tygodni – nawet najzdrowsza, rumiana buźka zmieni się w nieco żulikowate, opuchnięte oblicze, a najbardziej wyszukaną garderobę zastąpi wielowarstwowa „cebulka”.

Nie wiem, ilu spośród tych, którzy zostali, czeka na „wyzwolenie” przez armię rosyjską. Spotkałem we wtorek jedną taką osobę – starszego mężczyznę. „Będzie co będzie”, powiedział mi do kamery, wcześniej opowiadając o żonie i dzieciach, którzy jeszcze przed wojną wyemigrowali do rosji. „Chciałbym do nich, bo tu nic mnie nie trzyma”, przyznał, w rosyjskich żołnierzach widząc swój „pomost” do bliskich. Ot, donbaska rzeczywistość – w wydaniu, które słuszny gniew na rosjan często nam przesłania…

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Księżycowo

Okolice Bachmutu, zdjęcie satelitarne, a więc z kosmosu. Dosłownie i w przenośni, wszak mamy tu do czynienia z iście księżycowym krajobrazem. Z jakiegoś powodu rosyjska artyleria wybrała sobie za cel skrzyżowanie polnych dróg…

Oczywiście, takie dewastacje nie dotyczą całości obszarów, na których toczą się bądź toczyły walki. Zakres zniszczeń zwykle jest mniejszy, ma też różny charakter – inny w terenie polnym, leśnym, inny w obszarach zabudowanych. Przykład: „poza frontowymi częściami, Bachmut jednak nadal jako miasto istnieje. Zniszczeń jest sporo, ale w centrum niewiele jest złożonych budynków”, pisał mi przedwczoraj kolega-wolontariusz.

Sumarycznie (odwołuję się do słów Wołodymyra Zełenskiego sprzed kilkunastu dni), 174 tysiące kilometrów kwadratowych ukraińskiej ziemi zostało „skażonych” minami i niewybuchami. Odpowiada to mniej więcej obszarowi wielkości Kambodży czy Syrii. I ponad połowie powierzchni Polski…

Fot. Maxar Technologies

Ps. Sołedar nadal walczy, wbrew skarpetkosceptycznej urra!narracji.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -