Szabrownicy

17 września, wieczorem, poprosiłem Was o pomoc. Chodziło o danie odporu wzbierającej fali fejków, dotyczących śmierci oficera Wojska Polskiego. Ppłk Konrad Barnaś, szef sztabu 12 Bazy Bezzałogowych Statków Powietrznych, zmarł 12 września, po długiej, nieuleczalnej chorobie. Odszedł w hospicjum, gdzie spędził ostatnie tygodnie życia. Gdy pięć dni później informacja o jego śmierci pojawiła się w mediach, rozpętało się szaleństwo. Co rusz ktoś sugerował, że to nieprzypadkowy zgon, że pułkownika zabito, bo za dużo wiedział. Szybko pojawiły się sugestie, że śmierć Barnasia ma związek z dronami, które w nocy z 10 na 11 września przyleciały do nas… no właśnie, przyleciały z rosji, ale w teoriospiskowej narracji podważono ów fakt. Zmarły wiedział, skąd „tak naprawdę” wystartowały bezpilotniki – i musiał zginąć. W najbardziej pojechanych interpretacjach budowano opowieść o spisku władz Ukrainy i Polski, które wspólnie dokonały dronowego ataku pod obcą flagą. Zwalenie winy na rosję miało wciągnąć nasz kraj w wojnę, na czym rzekomo bardzo zależy obecnym władzom Rzeczypospolitej. Barnaś, z racji zajmowanego stanowiska (tu drony, tam drony, wiadomo…), wszedł w posiadanie niewygodnej wiedzy i resztę historii już znacie. Ale było też mnóstwo „stonowanych” sugestii typu „nie wiem, ale mi to śmierdzi”. Podejrzana miała być nie tylko koincydencja z wydarzeniami z nocy z 10 na 11 września, ale i milczenie ministerstwa obrony, które o śmierci pułkownika nie poinformowało opinii publicznej.

Wieczorem 17 września ten ściek insynuacji zmieniał się w rwący potok. Poinformowałem zatem Czytelników o rzeczywistych okolicznościach śmierci ppłk Barnasia i poprosiłem o udostępnianie tej informacji. Poza oczywistą potrzebą odkłamania sytuacji, stały za tym motywy nieco bardziej osobiste; uczciwość wymaga, bym Was o tym poinformował.

12 września byłem w Mirosławcu, w 12 Bazie; razem z operatorem z „Polski Zbrojnej” zamierzaliśmy zrealizować materiał na temat działalności jedynej w naszej armii jednostki wyposażonej w bezzałogowce Bayraktar. Temat klepnąłem na redakcyjnym kolegium miesiąc wcześniej, jeszcze w sierpniu z dowódcą Bazy ustaliliśmy konkretny termin wizyty.

Byliśmy w hangarze, gdzie trzymane są bezzałogowce, gdy płk Jacek Janowski, zwierzchnik Konrada Barnasia, otrzymał telefon o śmierci swojego szefa sztabu. Jacek – znamy się jeszcze z Afganistanu, więc będę też używał takiej formy – stał akurat przed kamerą, właśnie kręciliśmy jedną z „setek”. Odszedł na bok, by odebrać połączenie, a po chwili wrócił wyraźnie poruszony. Wyjaśnił nam, co się stało; gotowi byliśmy przerwać nagranie, ale dowódca Bazy zapewnił, że możemy działać dalej. Założył tylko przyciemniane okulary, by nie było widać załzawionych oczu. „Wybaczcie, straciłem nie tylko podwładnego, ale i dobrego kumpla”, tłumaczył, choć wcale nie musiał, bo przecież dobrze rozumieliśmy w czym rzecz.

Popołudniu – po kilku godzinach spędzonych z personelem Bazy – znów spotkaliśmy się z Jackiem, tym razem w jego gabinecie. Pułkownik czekał na żonę Konrada Barnasia, która miała przyjechać do jednostki i zabrać rzeczy zmarłego męża. Znów był poruszony, a ja cholernie mu współczułem. Wiedziałem, że to rutynowa procedura, wiedziałem, że takie są obowiązki dowódcy, ale wiedziałem też, że nie chciałbym być w jego skórze. „Brzemię dowodzenia”, przyszła mi do głowy ta fraza, zasłyszana niegdyś w jakimś wojennym filmie. „No ale to Jacek, twarda sztuka”, pomyślałem sobie. „Chłop po zestrzeleniu nad Irakiem wrócił do latania (na śmigłowcu Mi-24); kto ma sobie dać radę w trudnych sytuacjach, jak nie on”, z taką refleksją opuszczałem biuro, mijając się w drzwiach z żoną zmarłego.

Widok jej znękanej twarzy wrócił, gdy kilka dni później natknąłem się na cytowane wyżej wysrywy. Przypomniałem sobie smutnego Jacka, poruszonego młodego porucznika i jego kolegów, gdy dowiedzieli się o śmierci Barnasia. Te niestworzone historie biły w pamięć o zmarłym oficerze i już z tego powodu były niestosowne, ale zdałem sobie sprawę, że pokrzywdzonych jest więcej. Że spotkałem tych ludzi, że byłem świadkiem ich emocjonalnych reakcji – i że także z tego powodu nie powinienem milczeć.

Stąd mój apel do Czytelników.

Ale to nie koniec tego wpisu, cała sytuacja bowiem wymaga komentarza, gdyż dobrze ilustruje znacznie szersze zjawisko. Zacznijmy od przypomnienia definicji „użytecznego idioty”, wieloosobowego podmiotu będącego kluczowym narzędziem Rosji w prowadzonej przeciwko nam wojnie hybrydowej. „Użyt-idioci” to uczestnicy wymiany informacji propagujący korzystne dla Moskwy narracje. Niekoniecznie (a po prawdzie to z rzadka) prorosyjscy, za to pielęgnujący przydatne rosjanom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści. Są wśród także cyniczni gracze, dla których atencja to kapitał – rozumiany dosłownie jako mechanizmy „monetyzujące treści” czy pośrednio jako sposób na budowanie politycznych wpływów. Tak czy inaczej, dla szeroko definiowanego zysku tacy ludzie gotowi są podać dalej największą brednię. Nawet jeśli skutkiem jest dezawuowanie instytucji państwa polskiego, co w przypadku polityków nadaje ich czynom wyjątkowo amoralnego charakteru.

Co podkreślam, gdyż po pierwsze, teorie spiskowe wokół śmierci ppłk Barnasia to dobry przykład pożywki, na której wyrasta nieufność do armii i państwa, bo przecież „oni coś ukrywają!”. Po drugie, w tym konkretnym przypadku głos zabrali także politycy (działający otwarcie, bądź kryjący się za rzekomo społecznikowskimi profilami), dla których „sprawa Barnasia” stała się wygodnym pretekstem, by przywalić w politycznych konkurentów. Nie będę łobuzów reklamował z nazwiska (łatwo te treści znaleźć, jeśli komuś na tym zależy), ale dla ilustracji zjawiska przywołam komentarz jednego z nich: „wrócił Tusk, znikają ludzie”. Nie mógł się drań – jeden z drugim – powstrzymać. Jak szabrownik, u którego złodziejski instynkt bierze górę nad instynktem samozachowawczym. W tej analogii nasz złodziejaszek wychodzi na miasto, nad którym szaleje huragan, i kradnie cegły z muru oddzielającego miejscowość od kipiącego morza. „Przecież jak wezmę kilka, konstrukcja nie runie, a ja będę miał z czego dokończyć swój dom. Zresztą może wiatr ucichnie, morze się uspokoi i nic złego w mieście się nie wydarzy”, kalkuluje taki drań. Rozumiecie przenośnię? Burzą jest rosja, wiara w instytucje murem, polsko-polskie napierdalanki – i szerzej, patrząc już poza politykę, wszystkie działania, w których nie możemy się powstrzymać, by „dowalić”, „wykorzystać”, „zabłysnąć” czy „zmonetyzować” – rozbieraniem jego fragmentów. Może nic się nie wydarzy i jakoś to będzie – a co, jeśli nie?

Z czym zostaniemy, jeśli uwierzmy, że władza przeciw nam spiskuje, a armia zabija swoich oficerów? Gdzie będziemy, jeśli generalnie przestaniemy ufać w nasze instytucje, ba, stracimy zaufanie do innych, skoro „wszyscy kłamią” i „każdy ma coś do ukrycia”? Jaka będzie nasza społeczna odporność na zewnętrze zagrożenia, gdy tak naprawdę nie będziemy już społeczeństwem, a masą żyjących w tłumie odludków?

Nie potrafię przestać o tym myśleć, stąd też ten mój wpis.

Z uwagi na to, co robię, często pytają mnie, czy nie boję się, że wybuchnie wojna. To pytanie ma dwa wymiary – jeden związany z ryzykiem, drugi egzystencjalny. W pierwszym idzie o prawdopodobieństwo; nie będę się teraz nad tym rozwodził, poruszam bowiem tę kwestię regularnie, na użytek tego wywodu napiszę tylko, że moim zdaniem, inwazja rosji na Polskę jest mało realnym scenariuszem. Jeśli zaś idzie o wątek egzystencjalny, zwykle odpowiadam, że nie bez powodu przez lata zajmowałem się korespondencją wojenną; trudno mnie przestraszyć, a wizja ruskich czołgów i dronów nie jest czymś, co mnie paraliżuje. Gdyby stała się rzeczywistością, przyłączę się do ludzi, którzy będą rosjan zabijać – nie wiem, na ile będę w tym efektywny, ale na pewno się postaram. Koniec-kropka.

Jednak skłamałbym, gdybym napisał, że nie ma we mnie lęku, który czasem mnie paraliżuje.

Kilka lat temu wydałem powieść pt.: „Stan wyjątkowy” – w jej finale rosjanie niemal bez walki zajmują połowę Polski, a w niektórych miejscach wita się ich wręcz entuzjastycznie. Mam do tej książki mieszany stosunek, bo z jednej strony ów scenariusz był niezwykle prawdopodobny – w uniwersum „Stanu…” Polska zmaga się z koszmarną pandemią, dużo gorszą, niż ta z rzeczywistości, co skutkuje częściowym rozkładem struktur społecznych i państwowych. Taki kraj łatwo się atakuje… Z drugiej jednak, owa łatwość wydawała mi się, wciąż wydaje, nieco obrazoburcza. No bo jak to, my nie walczymy? Mimo różnych defetystycznych interpretacji nastrojów społecznych – co rusz obecnych w naszej publicystyce – ja w gruncie rzeczy nadal obstaję przy wizji, że w razie potrzeby, jako państwo i społeczeństwo, damy w ryj, komu trzeba.

Ale co, jeśli się mylę? Przecież mierzymy się z czymś znacznie gorszym niż tamta pandemia, z chorobą, która toczy nasze procesy poznawcze, ogłupia, nastawia wrogo wobec swoich. Z zakażeniem, którego trudno się pozbyć, bo przekazywać je dalej, to mieć doraźne korzyści. Nasi wrogowie o tym wiedzą – prowokują więc i wykorzystują nadarzające się okazje, by szerzyć wszelkiej maści dezinformacje. A one nas zmieniają i w którym momencie może się okazać, że na tyle mocno, że nie będzie już komu stawać do walki. Bo czego tu bronić, skoro nie ma żadnej świętości i żadnej wspólnoty?

Tego naprawdę się boję.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Prowokacje

Wtargnięcie dronów nad Polskę i Rumunię, rajd odrzutowców nad wodami terytorialnymi Estonii, ataki hackerskie na infrastrukturę krytyczną i podpalenia obiektów użyteczności publicznej w krajach wschodniej flanki czy wreszcie intensyfikacja operacji szpiegowskich wymierzonych w członków NATO – oto katalog rosyjskiej aktywności, zarejestrowanej na przestrzeni ostatnich tygodni. Wojna hybrydowa rosji nabrała tempa, ale co się za tym kryje? Czy Moskwa rzeczywiście dąży do otwartej konfrontacji z Sojuszem?

Mimo wyraźnej eskalacji i wciąż podkręcanej, wrogiej wobec Zachodu retoryki rosyjskiej propagandy, ten drugi scenariusz wydaje się skrajnie mało prawdopodobny. Nic nie przemawia za tym, by rosjanie szykowali się do rychłej, gorącej wojny z NATO. Ich siły zbrojne wciąż pozostają zaangażowane w Ukrainie, końca tego konfliktu nie widać, ba, nawet nadzieje na jego zamrożenie po porażkach dyplomacji trumpa można uznać za płonne.

O co więc chodzi rosjanom? Pełną listę motywów, jakimi kieruje się Kreml, znajdziecie w moim tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link. Na potrzeby tego wpisu chciałbym skupić się na jednej kwestii. Moim zdaniem, Moskwa eskaluje napięcie także z przyczyn wynikających z przebiegu konfliktu w Ukrainie oraz wewnątrz-rosyjskich skutków tej wojny. Celem jest wywołanie bardziej spektakularnych reakcji Sojuszu, co z kolei pozwoliłoby rosyjskiej propagandzie jeszcze szerzej rozwinąć skrzydła w temacie zagrożenia z Zachodu. Oczekiwany efekt to taki, który socjolodzy i psycholodzy społeczni nazywają gromadzeniem się wokół flagi. Działania zewnętrznych sił, postrzegane jako nieprzyjazne, mają moc zbliżania społeczeństwa do władzy i właśnie na takiej mobilizacji rosjan zależy putinowi. Dlaczego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, spójrzmy na Ukrainę. Mimo nachalnej rosyjskiej narracji, wedle której armia ukraińska jest w ciągłym odwrocie, front od listopada 2022 roku stoi. Od tego momentu rosjanie zajęli ledwie 6 tys. km kwadratowych Ukrainy, co odpowiada mniej niż procentowi przedwojennej powierzchni kraju. A stracili przy tym ponad milion żołnierzy – zabitych, rannych, wziętych do niewoli – oraz dziesiątki tysięcy jednostek sprzętu. Niedawno zakończyła się ich kolejna ofensywa, w obwodzie sumskim, która podobnie jak intensywne ataki w rejonie Pokrowska na Donbasie, została utopiona we krwi. Przełomu nie ma, ba, argumentację wedle której wcale nie idzie o terytoria, a o fizyczne zniszczenie przeciwnika, coraz trudniej oprzeć o fakty. Mimo brutalnego młotkowania na froncie armia ukraińska okrzepła, a gospodarka – w tym zbrojeniówka – radzi sobie w realiach częstych rosyjskich uderzeń dronowo-rakietowych. Co więcej, Kijów zezwolił niedawno mężczyznom w wieku 18-22 lat na opuszczanie kraju, co podważa opowieść o tym, że Ukrainie brakuje rekrutów i wkrótce upadnie, bo nie będzie komu nosić broni. Skoro usunięto ograniczenia administracyjne, najwyraźniej tak źle nie jest, samo zniesienie zaś należy odebrać jako komunikat: „stać nas na takie gesty”, wysłany Moskwie.

Tymczasem dla putina i jego współpracowników wojna z Ukrainą to „gra o wszystko”. W tym znaczeniu, że trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym po porażce zachowają oni władzę. Faktu, iż po czterech latach „specjalnej operacji wojskowej” zyski są tak marne, a straty tak koszmarne, nie da się  ubrać w szaty zwycięstwa; takich umiejętności nie posiada nawet rosyjska propaganda. A taki stan rzeczy winduje determinację Kremla na bardzo wysoki poziom. Wojna musi trwać, rosja musi coś jeszcze zdobyć, coś, co uda się sprzedać jako spektakularny sukces, po którym społeczeństwo rosyjskie puści w niepamięć poniesione ofiary.

Tylko jak to zrobić, gdy armii na froncie brakuje sił? W Ukrainie walczy obecnie 700 tys. rosyjskich żołnierzy – najwięcej od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej wojny. Lecz i tak za mało, by złamać Ukraińców. Odpowiedzią mogłaby być dalsza rozbudowa kontyngentu, problem w tym, że rozkręcona do granic możliwości kampania rekrutacyjna pozwala w niewielkim zakresie na coś więcej niż pokrywanie bieżących strat. Mało tego, rosjanie nie garną się na front inaczej niż za wielkie (relatywnie) pieniądze – których zapas w państwowej kasie topnieje w zastraszającym tempie. Przymusowa mobilizacja w miejsce ochotniczego zaciągu? Owszem, jest to rozwiązanie, ale obarczone ryzykiem buntu chronionej dotąd wielkomiejskiej, „białej”, prawosławnej rosji. Ta godzi się na wojnę pod warunkiem, że jest ona prowadzona rękoma biednej, etnicznie różnej prowincji; swoich chłopców na nią nie zamierza posyłać. Lecz w scenariuszu powszechnej mobilizacji ci „lepsi” obywatele federacji musieliby do wojska pójść. Jak ich do niego zwabić? Ano rozbuchaną narracją o groźnym Zachodzie, który czyha na mateczkę rosję. Wystarczy „złe NATO” sprowokować, by pokazało zęby i pazury. Że w samoobronie? rosjanie takimi szczegółami nie zajmują sobie głowy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie efy podczas dyżuru bojowego, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera

Sukces

rosyjski atak wymierzony dziś w Polskę ma dwie odsłony – kinetyczną i (dez)informacyjną. O ile na tej pierwszej płaszczyźnie państwo polskie całkiem nieźle sobie poradziło, o tyle na drugiej moskale odnoszą poważny sukces.

Mówię o tym w materiale, który nagrałem dla „Polski Zbrojnej” – całość poniżej.

Zapraszam Was również do lektury wywiadu, którego udzieliłem „Krytyce Politycznej” – oto link do tekstu.

(Nie)winna

Na szybciutko.

Wtargnięcie rosyjskich dronów mogło być efektem:

a. świadomej akcji Moskwy, mającej na celu przetestowanie naszego systemu; prowokacji poniżej progu kinetycznej wojny, dla której istnieje wygodne usprawiedliwienie „nie chcieliśmy, ale tak wyszło”.

b. grubszej awarii technicznej sprzętu (wtedy rzeczywiście by nie chcieli).

c. skutkiem porażenia dronów przez ukraińską obronę przeciwlotniczą przy użyciu systemów WRE (walki radiowo-elektronicznej). W takim ujęciu „ogłupiałe” maszyny poleciały dalej – i wleciały do nas.

Nie będę teraz rozważał prawdopodobieństwa tych scenariuszy, bo za mało wiem. Ale chciałbym się odnieść do trzeciego, który już stał się amunicją dla wszelkiej maści użytecznych idiotów i skarpetkosceptyków; amunicją wykorzystywaną do walenia w Ukrainę i Ukraińców rzecz jasna. Bo to „ich wina”.

Nosz k…

Pozwólcie, że ujmę sprawy łopatologicznie. Atakuje mnie łobuz nożem, odparowuję jego cios, narzędzie wypada bandycie z ręki, a ostrze kaleczy przypadkową osobę – czy ja za to odpowiadam? A może jednak ten ancymon, który chciał mi zrobić krzywdę? Nie musiałbym się bronić, gdybym nie został zaatakowany – to jest istota tej analogii.

Ukraina nie musiałaby unieszkodliwiać szahedów, gdyby nad nią nie przylatywały. Ale przylatują, bo ma bandytę za sąsiada. I co, ma mu ulec?

Uważajcie, błagam. Nie dajcie się wciągnąć w roSSyjski schemat narracyjny użyty już po tragedii w Przewodowie. To nie jest/nie byłaby nawet pośrednia wina Ukrainy.

Owszem, zło czai się na wschodzie, ale nieco dalej…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Długofalowo

„F-16 rozbił się w Radomiu. Fatalny błąd polskiego pilota w stosunkowo prostej sytuacji. Wiele mediów będzie nas przekonywać, że to wina Putina. Ale zawiniło szkolenie i słabe umiejętności pilota”, wpis tej treści ukazał się na platformie X tuż po tragicznym wypadku, w którym zginął mjr Maciej „Slab” Krakowian. Jego autorem jest Piotr Panasiuk, niegdyś polityk Konfederacji, słynący z szerzenia w Internecie prorosyjskiej i antyukraińskiej propagandy. Nie cytuję tych obrzydliwych wynurzeń bez powodu.

Panasiuk nie ma żadnych zawodowych kompetencji związanych z lotnictwem. Można by przyjąć, że ferowanie wyroków i krytykanctwo dają mu jakiś rodzaj satysfakcji, co biorąc pod uwagę motywacje wielu innych użytkowników Internetu, nie byłoby niczym nadzwyczajnym. Lecz charakter publicznej działalności tego medialnego aktywisty raczej wyklucza „zwyczajną złośliwość”. Jest bowiem Panasiuk rycerzem nie tylko prorosyjskiej i antyukraińskiej „prawdy”, ale i orędownikiem wszelkich haseł o antyzachodniej i antyeuropejskiej treści, który widzi Polskę w rosyjskiej strefie wpływów, zarówno w sferze politycznej, społecznej, jak i technologicznej (oraz wszelkich innych, których wymienienie zajęłoby zbyt wiele miejsca).

Patrząc z tej perspektywy, zacytowany wpis jawi się jako (kolejna) próba zdezawuowania kluczowej instytucji państwa polskiego – jego armii. Jeśli jeden z najlepszych polskich myśliwców ginie „w prostej sytuacji”, to co to mówi o systemie szkolenia oraz o kompetencjach innych lotników, niedelegowanych do prestiżowej roli pilota akrobacyjnego? Panasiuk sugeruje, że najlepsi polscy piloci są słabi, że całość personelu sił powietrznych jest źle wyszkolona. Próbuje też zasiać ziarno wątpliwości co do technicznych możliwości maszyn, które w Polsce cieszą się statusem kultowych – są symbolem naszych prozachodnich aspiracji, narzędziem przeskoku technologicznego, ale i źródłem finansowych wyrzeczeń, z jakimi wiązało się ich pozyskanie. Ów przekaz zmierza do tego, byśmy – jako odbiorcy – stracili zaufanie do elitarnego i jednego z najefektywniejszych komponentów Wojska Polskiego. Do idei westernizacji sił zbrojnych, a w docelowym zamiarze do armii jako takiej, na którą „nie warto wydawać pieniędzy, skoro i tak jest do niczego”. Kto na takiej refleksji – jeśli na dobre zakorzeni się w głowach znaczącej części Polaków – może skorzystać? Ano właśnie…

—–

Zostawmy Panasiuka – to tylko drobny element szerszego zjawiska. By je opisać, cofnijmy się do początku tego roku, kiedy opublikowany został raport Komisji ds. badania wpływów rosyjskich i białoruskich. O zgrozo, przeszedł on niemal bez echa, mimo iż zawiera alarmujące wnioski. Z prac Komisji wynika bowiem, że rosja – z wydatną pomocą Białorusi – prowadzi przeciwko Polsce długofalową wojnę kognitywną. Czym w ogóle jest ten rodzaj konfliktu? Najogólniej rzecz ujmując, chodzi o wpływanie na procesy myślowe, emocje i zachowania, by tym sposobem osiągnąć cele polityczne lub wojskowe. Bitwa toczy się na polu poznawczym, integrując elementy wojny informacyjnej, psychologicznej i cybernetycznej. Wykorzystuje się przy tym m.in. media społecznościowe i inne zdobycze technologii do kształtowania opinii, postaw i przekonań jednostek i grup.

„Z uwagi na nastawienie polskiego społeczeństwa, rosyjska narracja nie koncentruje się na promowaniu rosji. Opiera się natomiast na krytyce i podważaniu zaufania do instytucji i procesów demokratycznych, w tym rządu oraz NATO i Unii Europejskiej, zwiększaniu polaryzacji. Wzbudza niechęć do Ukraińców i innych narodowości, wyznań i mniejszości”, czytamy we wstępie do raportu. rosyjska wojna kognitywna ma doprowadzić do osłabienia i dezintegracji polskiego społeczeństwa (ale i Zachodu, wszak wymierzona jest także w inne kraje naszej wspólnoty).

Autorzy raportu wyodrębniają pięć wiodących schematów narracyjnych, stosowanych przez rosjan wobec Polski i Polaków. Pierwszy buduje wrażenie, że NATO i UE są opresyjne, wrogie, kolonizują swoich członków. Drugi przekonuje, że cywilizacja zachodnia upada, jest dekadencka i zdemoralizowana. Wedle trzeciego, w wojnie w Ukrainie rosja wygrywa i musi wygrać, co ma związek z czwartym schematem, takim mianowicie, że Ukraina to upadłe państwo, a Ukraińcy nie są narodem. I wreszcie piąty schemat ma nam uzmysłowić, że rosji – państwa nuklearnego, zwycięskiego w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej – nie można pokonać.

—–

Eksperci i ekspertki Komisji podkreślają, że w rosji wojna kognitywna jest oficjalnie uznanym elementem prowadzenia działań wojennych. Kreml wydaje na nią od 2 do 4 mld dolarów rocznie. Prowadzona jest w sposób konsekwentny i systematyczny, z inspiracji i przez służby oraz siły zbrojne federacji rosyjskiej, dystrybuowana w tzw. konglomeracie dezinformacyjnym (o którym szerzej w dalszej części tekstu). To nie jest tylko „zwykłe” wprowadzanie w błąd. To przede wszystkim wpływanie na opinie i postawy Polek i Polaków oraz procesy polityczne czy gospodarcze.

Jak dokładnie to działa? Rekonstruując ów mechanizm, opieram się o własne wieloletnie obserwacje (choć są one w istotnej mierze tożsame z ustaleniami komisji). Wynika z nich, że choć pierwotne źródła dezinformujące są rosyjskie, wieści idą w nasz świat już nie tyle za sprawą rosjan, co Polaków. Ludzi, których można podzielić na dwie kategorie. W pierwszej umieściłbym osoby o uprzywilejowanej pozycji, dbające o rosyjski interes poprzez wywieranie wpływu na miejscową opinię publiczną i instytucje. Polityków, naukowców, aktorów, biznesmenów, dziennikarzy; wszystkich, ze zdaniem których liczą się ich rodacy. A więc i gwiazdy Internetu, funkcjonujące wyłącznie na jego niwie – blogerów, youtuberów, właścicieli lub administratorów serwisów, tematycznych stron i forów. Innymi słowy, agentów wpływu, pełniących swoje role świadomie, choć z różnych pobudek – kryminalnych (szantaż), finansowych czy ideowych. Do drugiej kategorii zaliczyłbym „użytecznych idiotów”. Włodzimierz Lenin – autor tego określenia – posługiwał się nim w odniesieniu do zachodnich dziennikarzy, którzy 100 lat temu chwalili bolszewicką rewolucję, pomijając, umyślnie lub nie, różne jej wypaczenia. Ale ów epitet pasuje także do współczesnych internautów, propagujących korzystne dla Moskwy narracje, a nierzadko czyniących to w zgodzie z własnym postrzeganiem rzeczywistości i bez świadomości wysługiwania się rosji, ba, w sprzeczności z wyznawanymi antyrosyjskimi poglądami. (…) To uczestnicy wymiany informacji (…) pielęgnujący przydatne rosjanom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści.

To tylko część tekstu, który opublikowałem na łamach portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Fragment okładki jednej z moich książek. „(Dez)informacja” – wydana w 2018 roku! – traktuje o rosyjskiej wojnie kognitywnej i jej realnych, fizycznych następstwach/rys. Warbook

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.