Zew?

Społecznościówki zalewają generowane przez AI filmiki, z których wynika, że Iran zadaje Izraelowi potężne ciosy. Płonie Tel-Awiw, płonie Hajfa, z dymem idą najcenniejsze aktywa izraelskiej armii i gospodarki. Jakość tych materiałów jest zwykle fatalna, trzeba naprawdę mieć solidne poznawcze ograniczenia, by się na tę tępą propagandę nabrać. No ale są tacy, którzy się nabierają, a boty nie ustają w wysiłkach i przepychają kolejne „wesołe produkcje”.

Fakty zaś są takie, że Izrael obnażył fasadowy charakter militarnej potęgi Iranu. Uczynił coś na wzór ukraińskiej dekompozycji mitu „drugiej armii świata”, tyle że szybciej i w znacznie dotkliwszej formie. Dotkliwszej, gdyż roSSja przetrwała, i jakkolwiek znacznie słabsza niż w 2022 roku, nadal nie jest na kolanach. A Iran jest – los jego stolicy, nad którą niepodzielnie panuje izraelskie lotnictwo, najdonioślejszym tego przykładem. Żydzi robią nad Teheranem co chcą. Niszczą instalacje mające jakikolwiek związek z obronnością, nade wszystko zaś dekapitują wojskowe przywództwo Iranu. Tak wygląda blitzkrieg XXI wieku.

I znów, jak w 2022 roku, wielu analityków jest zaskoczonych. Wtedy słabością roSSji, dziś Iranu. Mało kto spodziewał się, że otwarta wojna między Iranem a Izraelem będzie miała aż tak jednostronny przebieg.

Oczywiście, wiele może się jeszcze wydarzyć, ale nie sądzę, byśmy mieli do czynienia z jakąś gwałtowną woltą. Iran tej wojny nie wygra. Pytać należy o to, jak bardzo ją przegra i jakie będą skutki tej porażki.

A mogą być donośne. Iran od ponad 40 lat solidnie pracował na miano państwa-destabilizatora. Obrzydliwy, opresyjny także wobec własnych obywateli reżim ajatollahów, nie ustawał w próbach podpalenia Bliskiego Wschodu. Cicha wojna z Izraelem to tylko jedna z odsłon tego bandytyzmu. A przecież Persowie mieli kosę także z Irakiem czy Arabią Saudyjską. I nie, nie była to akceptowalna w formie rywalizacja o dominację w regionie. Iran stał się sponsorem terroryzmu na niespotykaną wcześniej skalę.

I teraz tego Iranu może zabraknąć. Zdaje się, że właśnie taką szansę dostrzegli Amerykanie i Brytyjczycy. Jeszcze kilka dni temu sceptyczni wobec działań Izraela, teraz koncentrują siły powietrzne i morskie w rejonie Bliskiego Wschodu. Nie byle jakie, wskazujące coraz wyraźniej na intencję przyłączenia się do ataków na Iran. USA i Wielka Brytania poczuły krew okaleczonych ajatollahów i najwyraźniej planują skorzystać z okazji i ich dobić.

Celem może być względna stabilizacja Bliskiego Wschodu, co oczywiście nie wyklucza dodatkowych partykularnych zysków. Zwycięska wojna uskrzydli Trumpa (a Natanjahu może uniknąć kryminału, bo kto będzie sądził bohatera?). Na taki urobek można by prychnąć, gdyby nie fakt, że Ameryka musi odzyskać mocarstwową podmiotowość. USA Trumpa stały się wręcz pośmiewiskiem, na skutek swej dramatycznie złej i nieefektywnej polityki wobec roSSji i nie tylko. Stanom nic ostatnio nie idzie, a ich słabość rozzuchwala rosjan i Chińczyków. Show of force nad Iranem byłby mocnym sygnałem dla Moskwy i Pekinu, demonstracją technicznych możliwości i politycznej determinacji. Polska tylko by na tym skorzystała, zyskując potwierdzenie, że należy do wspólnoty, której przewodzi prawdziwe supermocarstwo.

Nieprzyjaciele Polski zaś już tracą (niezależnie od tego, co zrobi Waszyngton). Trzy lata temu Iran przekazał roSSji technologię, która do tej pory zabiła i zraniła kilka tysięcy bogu ducha winnych Ukraińców. Mimo rosyjskich zbrodni w Ukrainie, Teheran utrzymywał z Moskwą bardzo bliskie, przyjacielskie relacje. W tym sojuszu roSSja dawała Iranowi gwarancje bezpieczeństwa. Teraz okazuje się, że są one gówno warte. Że Kreml nie ma realnie żadnej sprawczości, a to bardzo demotywujący sygnał dla krajów-fanów „wielkiej roSSji” (których definiuję jako nieprzyjaciół).

I już na koniec, szczerze. Bawią i irytują mnie, na zmianę, te wszystkie żale nad biednym Iranem, zaatakowanym przez zły Izrael. Żydzi – zwłaszcza po Gazie, gdzie dopuścili się wielu zbrodni wojennych – nie są szlachetnym księciem na białym koniu. To też łobuz. Ale jak lutuje przyjaciela mojego wroga, nie zamierzam ronić nad tym łez. Nie nad losem kraju w jego zwyrodniałej teokratyczno-terrorystycznej formie.

Zwykłych ludzi żal, to jasne. Niechby więc ajatollahów i ich podnóżki jak najszybciej trafił szlag.

—–

Szanowni, zachęcam Was do wsparcia mojej publicystyczno-reporterskiej działalności.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Michałowi Bąkowi, Bartoszowi Zdulskiemu, Grzegorzowi Podrucznemu i Czytelnikowi o nicku Rob Emm.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Odporność

Wróćmy do rozmowy, jaką kilka tygodni temu odbyłem z prof. Michałem Wróblewskim, socjologiem i filozofem z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wywiad dotyczył odporności społecznej, ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna”, którego majowy numer wciąż jest w sprzedaży.

By zachęcić Was do lektury całości, podrzucam fragment – ciekawy także w kontekście bieżących okołowyborczych debat na temat kondycji polskiego społeczeństwa.

„(…)

Marcin Ogdowski: Wróćmy do braku zaufania wobec instytucji i tego, że nauczyliśmy się brać sprawy w swoje ręce. To taka siła w słabości…

Michał Wróblewski: Nie jesteśmy przyzwyczajeni, że państwo nas w czymś wyręczy, więc w razie kryzysu potrafimy się szybko i oddolnie zmobilizować. Owszem, to wspaniała cecha, ale tej opartej na emocjach skłonności do pojedynczych zrywów towarzyszy szybkie przepalanie entuzjazmu. Widać to w stosunku do Ukraińców. Niewydolne państwo nie zaabsorbowałoby takich tłumów uchodźców – wiedzieliśmy to i wzięliśmy ich pod własne dachy. Obsłużyliśmy transfer milionów ludzi w istotnej mierze energią nie instytucji, a społecznego entuzjazmu. Z którego dziś niewiele zostało. Zamiast tego mamy coraz bardziej negatywny stosunek do przybyszów zza wschodniej granicy, a triumfy święci kłamliwa narracja, że „tamci zabierają nam socjalne przywileje”.

Politycy również jej ulegają, zamiast wyjść z rzetelną kampanią informacyjną. Dlaczego?

Nasza klasa polityczna ma skłonność do „płynięcia z nurtem”. Nie do urabiania pewnych kwestii, a do absorbowania tego, co jest, co przynosi rzeczywistość. Łatwiej jest wejść w buty „ukrainosceptyków”, niż zrobić dużą kampanię informacyjną, odwrócić dyskurs i zmienić przekonania opinii publicznej. Ta mała podmiotowość polityków to zarazem jeden z czynników, który osłabia naszą społeczną odporność.

(…)

Jak to opisane przez nas społeczeństwo zachowałoby się w obliczu poważnego kryzysu, gdyby na przykład zagrożona była integralności państwa polskiego?

Sądzę, że przez pierwsze miesiące mielibyśmy powtórkę z pandemii – wielkie emocjonalne poruszenie i dużą mobilizację społeczną. Ludzie by się organizowali w grupy samopomocy, wstępowali do armii, wolontariacko pomagali żołnierzom. Widzieliśmy to w Ukrainie, i teraz też widzimy, co się dzieje, gdy trzeba działać na dłuższą metę. W Ukraińcach coś się wypaliło. U nas – jeśliby państwo nie przejęło zaniedbanych wcześniej powinności, samorzutnie realizowanych przez obywateli – zapewne byłoby tak samo.

Część z nas pewnie by z kraju wyjechała…

Cóż, jesteśmy dziś społeczeństwem bardzo mobilnym i dużo zamożniejszym. Wielu z nas ma rozbudowane sieci kontraktów rodzinnych i towarzyskich za granicą. Byłoby za co i gdzie uciekać.

Coś bardziej optymistycznego?

A proszę bardzo. Są obszary polityki, gdzie mamy kontynuację i gdzie istnieje społeczny konsensus. Zbroimy się – wydając na to gigantyczne sumy – a polska opinia publiczna nie ma z tym problemów. To pozytywny przykład adaptowania się do zmian wywołanych kryzysem, w tym wypadku agresywną polityką Federacji Rosyjskiej. Co ważne, wykazujemy przy tym dużą odporność na dezinformację. Na narrację, wedle której nasze wysiłki nie mają sensu, bo Rosjanie „i tak nas nakryją czapkami”.

Przywołani cały czas próbują nas do tego przekonać.

Ale Polacy tego nie kupują. I godzą się na ekstraordynaryjne wydatki.

To efekt naszych historycznych doświadczeń – starych traum, których nie chcemy powtórzyć?

Po części tak. Ale też faktu, że jesteśmy dość zamożnym społeczeństwem, które nie musi stawać przed alternatywą: albo będzie nam lepiej, ale będziemy zagrożeni, albo będziemy biedni, za to bezpieczni. Nie czarujmy się, intensywne zbrojenia zawsze odbywają się kosztem poziomu życia, ale ten najwyraźniej nie obniżył się w sposób, który byłby dokuczliwy. I Polacy się takiej perspektywy nie boją. Coraz bardziej czujemy siłę naszej gospodarki, dobrze pokazał to dyskurs wokół CPK. Ta masa głosów mówiących o tym, że jesteśmy już silnym podmiotem, a nie państwem na dorobku. Mnóstwo Polaków wierzy, że stać nas na centralny port komunikacyjny, na elektrownie atomowe, więc pewnie stać nas też na zbrojenia.

Czy podkreślanie tej siły i podmiotowości, nie byłoby elementem zaszczepiania odporności?

Oczywiście. Zwłaszcza że to nie byłaby żadna publicystyczna figura, a dyskurs oparty na twardych danych.

Dziękuję za rozmowę”.

—–

Dr hab. Michał Wróblewski (na zdjęciu), socjolog i filozof z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, profesor tamtejszej uczelni. Pracownik Instytutu Innowacji i Technologii Ł-ITECH. Prowadzi badania w obszarze socjologii środowiskowej oraz socjologii medycyny, zdrowia i choroby/fot. Andrzej Romański

Szanowni, odwiedźcie sklep Patronite, gdzie można nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Okazja

O nieuzasadnionym czarnowidztwie co do przyszłości Ukrainy, ale i o wyśrubowanych oczekiwaniach (także moich!) odnośnie wyniku wojny. O niezaprzeczalnym ukraińskim sukcesie, ale i straconych szansach – Ukrainy, Polski, całego Zachodu. O możliwej zmianie paradygmatu prowadzenia wojny na skutek ukraińskich doświadczeń. O rosyjskim bestialstwie (także o tym, jak bardzo się w tej kwestii pomyliłem) i konformizmie. O ukraińskiej potrzebie zachowania normalności. O tym, w że państwie walczącym o słuszną sprawę wcale nie jest tak, że nagle wszyscy stają się z automatu dobrzy i uczciwi (a więc również i o mojej naiwności). O rosyjskim rabunku populacyjnym oraz groźbach wysuwanych wobec krajów NATO. O tym wszystkim opowiadam w wywiadzie dla portalu Onet.pl, który przeprowadził ze mną Mateusz Zimmerman.

Poniżej zapis rozmowy. Mimo odmiennych standardów obowiązujących na blogu, zachowałem oryginalną pisownię wywiadu – stąd rosja i rosjanie z wielkiej litery.

Zapraszam do lektury – a jeśli ktoś woli czytać w layoucie onetowskim, artykuł znajdzie pod tym linkiem.

*          *          *

– Pisze pan o tej wojnie regularnie – dlatego zakładam, że siadając do pracy nad książką podsumowującą dwa lata rosyjskiej inwazji, trzeba się było od codziennych doniesień „odsunąć”, tak aby móc dostrzec większy i głębszy obraz. Co pan dzięki temu zobaczył?

– Że przy wszystkich zastrzeżeniach, o których opowiem za moment, mamy do czynienia z wielkim ukraińskim sukcesem.

Widzę w ostatnich tygodniach, że polska opinia publiczna w sprawie tej wojny pada ofiarą czarnowidztwa. Słychać to w mediach głównego nurtu, od wszelkiej maści komentatorów. Można odnieść wrażenie, że ukraińska obrona stoi u progu straszliwej katastrofy. To jest perspektywa „tunelowa”, obejmująca ledwie wycinek tych dwóch lat.

– Ale od tego nie uciekniemy. Upadła Awdijiwka, niedobory amunicji po stronie ukraińskiej nie są tajemnicą, okoliczności odwołania generała Załużnego też trudno postrzegać jako dobry znak – za to destrukcyjny zapał Rosjan nie słabnie…

– Obserwowałem na własne oczy kilka różnych konfliktów, dostrzegając, że każda wojna ma własną dynamikę, zmienność. Dzięki temu wiem m.in., że kiedy w ocenach zaczynają brać górę silne emocje, to trzeba je wyhamować – by nie pomylić się w ocenie sytuacji.

Mówiąc to nie ukrywam, że w ciągu tych dwóch lat sam takim emocjom ulegałem. Było we mnie sporo euforii, kiedy Rosjan udało się pogonić spod Kijowa albo gdy Ukraińcy przeprowadzili błyskotliwą operację charkowską. Nie potrafię zaprzeczyć, że na skutek tych wydarzeń i ja ustawiłem poprzeczkę oczekiwań wobec rezultatów wojny nieco za wysoko.

Bo to, co dzieje się dziś na froncie, nie napawa optymizmem. I skłania do stwierdzenia, że wojna w Ukrainie z dużym prawdopodobieństwem nie zakończy się tak, jakbyśmy sobie życzyli – czyli odzyskaniem przez Kijów wszystkich okupowanych terytoriów i miażdżącą klęską Rosji.

– Gdzie więc ten sukces?

– Ukraina już wygrała niepodległość. Zasadniczy cel agresji Putina – zajęcie dużej części tego państwa i podporządkowanie sobie całej reszty – nie został zrealizowany i nic nie wskazuje na to, by do tego doszło.

Ukraina toczy obecnie wojnę o kształt granic, a nie o to, czy nadal będzie odrębnym, suwerennym państwem z własną tożsamością. Jeśli to zestawimy ze wszystkim, co dwa lata temu wiedzieliśmy o różnicy potencjałów między Rosją i Ukrainą, to należy mówić o sukcesie Kijowa.

– Sam pan jednak przyznał, że stan bieżący nie napawa optymizmem.

– Jeden z kluczowych problemów ukraińskiej armii dotyczy dziś mobilizacji. Jej dotychczasowa formuła polegająca na oszczędzaniu młodszych pokoleń, jest nie do utrzymania. Front tak przetrzebił starsze roczniki, że bez młodych mężczyzn nie sposób odtwarzać stanów osobowych. Ba, nie sposób zachować podstawowych zdolności armii, bo przecież wielu „dziadków” – panów w wieku 45 plus – siedzi w okopach od dwóch lat i jest na granicy fizycznego i psychicznego wyczerpania.

Z drugiej strony, o czym słyszymy mniej, Rosjanie mają podobne problemy. Owszem, nadal mogą rzucić na front więcej ludzi niż Ukraińcy, ale nie są w stanie zdominować przeciwnika ilościową przewagą. Ich zasoby mobilizacyjne też nie są niewyczerpane.

– A kwestia amunicji?

– Do Ukraińców nie dociera jej dziś ani tyle, ile im obiecano, ani tyle, by zrównoważyć rosyjską siłę ognia. A przecież, jakkolwiek dzielni by nie byli, muszą mieć czym strzelać. Ale! To właściwy moment, by poczynić pewne zastrzeżenie: otóż moim zdaniem, kwestia pocisków artyleryjskich jest w publicznej debacie nadmiernie fetyszyzowana.

Wojna w Ukrainie nabrała charakteru dronowego. Niedostateczną ilość amunicji Ukraińcy zręcznie kompensują właśnie przy pomocy aparatów bezpilotowych; to one przejęły przynajmniej niektóre zadania artylerii. Po drugiej stronie – w innym zakresie, ale również borykającej się z niedostatkiem luf i wsadu – jest podobnie.

– A to nie jest raczej przymus podyktowany właśnie brakiem amunicji do armat, szczególnie tej precyzyjnej, a nie taktyka z wyboru?

– Oczywiście, że chodzi o mechanizm adaptacyjny, wynikły z faktu, że w Ukrainie nie walczą dwie zaawansowane technologicznie armie. Obie strony toczą „bieda-wojnę”. Specyficzną, ale i pouczającą dla reszty świata. Nie chcę tego przesądzać, ale mam przeczucie, że coraz szersze wykorzystanie dronów może zachwiać dotychczasowym kanonem używania artylerii na polu bitwy. Już choćby dlatego, że dron jest dużo tańszy niż pocisk.

– Jakiego rzędu to różnice?

– Typowy natowski pocisk kalibru 155 mm kosztuje w tej chwili parę tysięcy dolarów. Amunicja kierowana – czyli np. pocisk Excalibur i podobne rozwiązania – może być i kilkadziesiąt razy droższa. Tymczasem prosty dron to wydatek rzędu kilkuset dolarów, a ładunek wybuchowy, który można przenieść przy pomocy tego urządzenia, to kolejne kilkaset.

Oczywiście to nie działa tak, że wysłanie jednego drona przekłada się na jeden zniszczony czołg albo jednego zabitego żołnierza po stronie wroga – choćby dlatego, że obie strony stosują różne techniki zakłócania i strącania dronów. Ze stu aparatów do celu dotrze kilkanaście, na niektórych odcinkach frontu ledwie kilka.

– I to jest zadowalający odsetek?

– Bardziej zadowalający niż w przypadku tradycyjnej artylerii. Mało kto ze „zwykłych zjadaczy chleba” wie, że tylko promil wystrzeliwanych przez nią pocisków wyrządza przeciwnikowi fizyczne szkody, rozumiane jako zabicie czy zranienie. Nie mówię tu oczywiście o amunicji precyzyjnej. Z czysto księgowego punktu widzenia skuteczność artylerii jest niska – i stąd moje podejrzenie, że powszechne wykorzystanie dronów może doprowadzić do zmiany paradygmatu, w którym artyleria pozostaje „bogiem wojny”.

Z dronami w tym konflikcie może być inny problem: duża część podzespołów wykorzystywanych przy ich produkcji pochodzi z Chin. A przecież możemy wyobrazić sobie sytuację, w której Chińczycy zamykają temu czy innemu państwu albo organizacji dostęp do tych części – a z pewnością nie byłaby to Rosja, której Pekin w tym konflikcie sprzyja.

– Użył pan pojęcia: bieda-wojna – mamy tu technologiczne zapóźnienie, posowieckie nawyki, choćby taktyczne, i gospodarowanie ciągłym niedoborem. Czy armie NATO mogą się czegoś z tej wojny dowiedzieć?

– Nie tylko zachodnie opinie publiczne, ale również analitycy militarni i zawodowi wojskowi, przez lata trwali w przekonaniu o wysokiej jakości rosyjskiego wojska. Tymczasem Ukraińcy pokazali, że „druga armia świata” nie jest w stanie prowadzić nowoczesnej wojny o dużej intensywności – w sposób, który dawałby natychmiastowe i nokautujące rozstrzygnięcia.

– To wniosek ogólny, a jakiś konkret?

– Jako się rzekło, nie wiem, czy drony zdeklasują artylerię, ale już dziś – w oparciu właśnie o ukraińsko-rosyjskie doświadczenia – trudno wyobrazić sobie budowanie świadomości sytuacyjnej na polu bitwy bez ich udziału. To nie pozostanie bez wpływu na procesy modernizacyjne sojuszniczych armii, a przynajmniej nie powinno.

– Wracając do kondycji Rosjan: nie taki diabeł straszny, jak go malowaliśmy?

– Kilka lat temu napisałem powieść „Międzyrzecze. Cena przetrwania”. Osadziłem jej akcję w realiach hipotetycznej wojny polsko-rosyjskiej. Czytelnicy, którzy tej książki nie znają, mogą teraz do niej sięgnąć, by przekonać się, że w jakimś sensie przewidziałem przebieg wojny w Ukrainie. Mówię tu o założeniu, że armia średniej wielkości europejskiego państwa może skutecznie walczyć z rosyjską inwazją.

– Pan się już wcześniej naoglądał wojny z bliska. Czy coś pana w wojnie – rozumianej jako ponadczasowe zjawisko – zdziwiło, kiedy przyglądał się tej konkretnej?

– Odwołam się jeszcze raz do „Międzyrzecza”, bo czytelnik znajdzie tam też dowód na to, że jednego nie potrafiłem przewidzieć. Otóż zakładałem, że Rosjanie – jako armia – nie będą bestialscy.

Pochodzę z Torunia. W tym mieście nadejście Armii Czerwonej w 1945 roku, chociaż wiązało się z wyzwoleniem, było postrzegane jako koszmar – a to z powodu gwałtu, jakiego radzieccy żołnierze dopuścili się na ludności cywilnej. Niby miałem więc w głowie różne schematy myślowe, dotyczące „wojska ze Wschodu”. Tyle że odłożyłem je na półkę o nazwie „historia”. Założyłem, że mamy XXI wiek…

– Że wojny wyglądają inaczej – to pan chce powiedzieć?

Bo wyglądają, humanizują się. To z jednej strony efekt postępu technologicznego, z drugiej humanistycznej refleksji, która szeroko rozlała się zwłaszcza po świecie zachodnim.

Co do tego, kim jest Putin i czym jest putinizm, nie miałem wielkich złudzeń – ale zakładałem, że idee związane z wartością ludzkiego życia przenikły również do Rosji. I że przełożą się na sposób prowadzenia wojny.

– To chyba nie pan jeden się w tym pomylił.

– Tak – ale to żadne pocieszenie.

Już drugiego dnia pełnoskalowej inwazji widzieliśmy, jak Rosjanie przy użyciu wyrzutni Grad ostrzeliwują Saltówkę – dzielnicę mieszkaniową w Charkowie. Potem przyszły doniesienia z Mariupola, rujnowanego przez artylerię i lotnictwo.

Kiedy Ukraińcy odzyskali kontrolę nad Buczą, Irpieniem, Borodzianką i całą masą innych miejscowości, było już w pełni jasne, że Rosjanie po prostu wprzęgli barbarzyństwo w swój sposób prowadzenia wojny. „Na Wschodzie bez zmian”, skonkludowałem mocno tym zawiedziony.

– Zdaje się, że nie doceniliśmy przemocy jako fundamentu życia społecznego w Rosji.

– Przemoc to jedno, ale nie zapominałbym też o konformizmie. Putin nie musi się dziś obawiać żadnego istotnego oporu społecznego, jeśli chodzi o wojnę. Możemy sobie wyobrazić, że gdyby nasiliła się akcja mobilizacyjna w większych miastach, pojawiłyby się zarzewia buntu – ale to byłby sprzeciw oparty nie na wartościach, a na strachu o życie potencjalnych poborowych.

Zresztą, to już i tak byłoby coś. Po wybuchu wojny w Czeczenii w Rosji mocno uaktywnił się Komitet Matek Żołnierzy – dziś nic takiego się nie dzieje. Protesty, jeśli o jakichś słyszymy, dotyczą np. tego, że żonie jakiegoś żołnierza pensja nie wpłynęła na konto w terminie. Putinizm, niestety, do spodu przeorał także etyczno-moralną kondycję rosyjskiego społeczeństwa.

– A co pan w wojnie zobaczył niezmiennego?

Zdolność ludzi do adaptacji do nienormalnych warunków. Zawsze mnie to fascynowało, choćby z uwagi na moje socjologiczne wykształcenie.

Widziałem to na wojnie już wcześniej, również w Ukrainie podczas poprzedniej odsłony konfliktu. Mam mnóstwo takich wspomnień – oto jestem 15-20 kilometrów od linii walk, słychać artylerię, co jakiś czas nawet spada w okolicy jakiś pocisk. Część mieszkańców oczywiście uciekła, ale życie toczy się w miarę normalnym rytmem: jest sklep, jeżdżą auta, działa szkoła i przedszkole itd. Gdyby „wyłączyć fonię”, można by odnieść wrażenie, że nic się nie zmieniło.

Na przełomie września i października ubiegłego roku objechałem spory kawał Ukrainy. Byłem w miejscowościach przyfrontowych, gdzie właściwie żadnych ludzi już nie było. Ale w odległości kilkudziesięciu, a już na pewno kilkuset kilometrów, toczyło się zwykłe życie. W Połtawie widziałem wycieczki szkolne, pełne restauracyjne ogródki, w których poza zwykłymi nasiadówkami odbywały np. urodzinowe imprezy.

Zresztą, co tu dużo mówić – w Chersoniu, w bezpośrednim zasięgu rosyjskich armat, w takim właśnie ogródku zjadłem kilka razy obiad.

– Pozór normalności?

– Wszystko to, co uważamy za normalność i z czym jesteśmy oswojeni. O wojnie przypominają Ukraińcom alarmy przeciwlotnicze, choć ludzie na nie zwykle już nie reagują. Czytać o takim przystosowaniu w książkach to jedno, a widzieć je na własne oczy to coś innego. Za każdym razem, od lat, zmagam się z poczuciem surrealizmu.

– Skoro mowa o normalności w Ukrainie – jakimś wstydliwym objawem tejże jest powrót korupcji.

– Na początku inwazji to zjawisko z jednej strony osłabło, z drugiej – woleliśmy go nie widzieć i sami Ukraińcy chyba też. Pamiętam, jak podczas walk o Czernihów dotarły do mnie doniesienia, że ukraińskim żołnierzom jakiś zaopatrzeniowiec oferował „wykupienie” dodatkowej amunicji. Nie dałem temu wiary, choć przecież taka historia nie powinna mnie zaskakiwać – natykałem się na różne oblicza korupcji podczas moich wcześniejszych podróży do Ukrainy.

Kraj zmaga się z tą plagą od zarania niepodległości. Do tego dochodzi uniwersalna prawidłowość: gdzie toczy się wojna, tam zawsze pojawiają się tłuste koty, które się na niej pasą.

Warto to widzieć we właściwych proporcjach. Sam długo sobie idealizowałem obraz Ukrainy. Zakochałem się w kraju, który chce zmiany, wydostania się z posowieckiej strefy wpływów. Nie mówię, że korupcja to unieważnia – mówię, że to nigdy nie działa tak, że w państwie walczącym o słuszną sprawę nagle wszyscy stają się z automatu dobrzy i uczciwi.

– Pan pokazuje na paru przykładach, że ta wojna ma wymiar także grabieżczy – ta jej warstwa jest chyba nie do końca dostrzegana na Zachodzie.

– Rzeczywiście łatwiej nam widzieć ten konflikt w kategoriach terytorialnych czy czysto militarnych – czyli to, że Moskwa traktuje Ukrainę jako teren do zbudowania sobie głębi strategicznej, czegoś w rodzaju bufora, który miałby chronić miękkie podbrzusze Matki Rosji. Ale tam pod spodem jest jeszcze coś innego: próba potraktowania Ukrainy jako wartościowego zasobu ludzkiego.

Rosyjskie społeczeństwo jest w koszmarnym stanie, jeśli idzie o demografię i zdrowie publiczne. Mówię m.in. o średniej długości życia i dostępie do opieki medycznej – te i inne wskaźniki lokują Rosję poza kręgiem krajów rozwiniętych.

Oczywiście jej mieszkańcy są świadomi, w jakim państwie żyją. Ale jakakolwiek perspektywa zmiany tego stanu rzeczy łączy im się w głowach z przywiązaniem do statusu mocarstwa. I dla jego utrzymania są gotowi popierać takie narzędzia, które w kategoriach cywilizowanego świata się nie mieszczą.

– Na przykład grabież dzieci?

– Nie tylko. W 2014 roku Rosjanie zajęli Krym: powiększyli swój rezerwuar demograficzny o 2,5 mln ludzi, i to bez większych kosztów. „Specjalna operacja wojskowa” też miała tak wyglądać.

Z perspektywy dzisiejszej Rosji, Ukraina to kilkadziesiąt milionów ludzi: białych – w rozumieniu: „lepszych” od ludów azjatyckich czy kaukaskich – prawosławnych i stosunkowo dobrze wykształconych. A przede wszystkim: kulturowo bliskich, co ułatwia ich „wchłonięcie”.

– Bliskich?

– Niezależnie od w pełni zrozumiałej chęci Ukraińców do zerwania więzi z rosyjskością, tej kulturowej bliskości nie da się zaprzeczyć. Tylko że Rosja dla Ukraińców nie jest cywilizacyjną obietnicą ani punktem odniesienia. Ukraińskie społeczeństwo w miażdżącej większości wybiera dziś Zachód, jego wartości, nie „ruski mir”. Moskwie, która nie może zdobyć „serc i umysłów” tych ludzi, pozostaje metoda populacyjnego rabunku.

– Zachód nie zostawił Ukrainy samej po inwazji – ale jednocześnie jego wsparcie bez przerwy podlega zasadzie: za mało, za późno. Teraz widzimy, jak przykręcenie amerykańskiego kurka z pomocą wojskową przekłada się na sytuację na froncie. Co myśleć o tych sprzecznościach?

– Przed 24 lutego 2022 roku nie było na Zachodzie wielkiego przekonania, że Ukraina przetrwa. To przekładało się na symboliczne dostawy broni, obliczone na to, żeby napsuć Rosjanom krwi, gdyby się jednak porwali na inwazję. Kiedy okazało się, że armia najeźdźcy nie jest wcale niezwyciężona i jej pokonanie nie byłoby cudem, pojawiła się w zachodnich elitach obawa.

Uznano, że Rosji nie można pokonać szybko ani zdecydowanie, bo skutkiem byłby kolaps państwa rosyjskiego, co z kolei byłoby straszliwym scenariuszem – mówimy bowiem o kraju, który dysponuje sześcioma tysiącami głowic nuklearnych. A co jeśli wpadną one w ręce podmiotów mających „jeszcze krótszy lont” niż obecne kremlowskie władze? Ten lęk do dziś kształtuje myślenie zachodnich elit o zbrojnym wspieraniu Kijowa. Dawano więc Ukrainie dość, by Rosjanom uniemożliwić zajęcie tego kraju – ale zarazem nie tyle, by Ukraińcy mogli przepędzić najeźdźców z własnej ziemi i wybić im z głowy ewentualną powtórkę.

Ale i nie zapominajmy o zdolnościach armii ukraińskiej do absorpcji zachodniego sprzętu. Na Zaporożu widzieliśmy, czym się może skończyć użycie świetnych skądinąd niemieckich czołgów w sposób, do jakiego nawykli Ukraińcy. Leopardy po prostu nie miały szans zrealizować swoich zadań. Takie epizody mówią nam, jak ważne jest szkolenie. Prawdziwe, rozłożone w czasie, a nie powierzchowne, trwające kilka czy kilkanaście tygodni.

– Od kilku tygodni coraz częściej słychać, że Rosja w perspektywie kilku lat może spróbować ataku na któreś z państw NATO. To są pańskim zdaniem realistyczne ostrzeżenia?

– Jeśli ktoś stawia prognozę, w której Rosjanie za dwa-trzy lata wjeżdżają do Polski na czołgach, to tego rodzaju wizje trochę mnie śmieszą.

Ta armia nie była i nie jest w stanie poradzić sobie z Ukraińcami, a przecież to ich musiałaby najpierw pokonać, żeby ruszyć dalej na zachód. Mało tego: w takim scenariuszu nadziałaby się na wojsko natowskie – o wiele bardziej zaawansowane technologicznie.

Moim zdaniem, pojawianie się takich przewidywań wynika z dwóch powodów. O jednym powiem za chwilę, drugi wiąże się ze specyfiką współczesnych mediów. Straszenie po prostu się opłaca: ludzie lubią się trochę bać, a media lubią na tym zarabiać.

– Jeśli więc nie próba inwazji – to co?

– Zagrożenia hybrydowe. Próby wzniecania niepokoju wszędzie tam, gdzie można wykorzystać choćby rosyjską mniejszość – czyli w państwach bałtyckich. Sabotaż. Dywersja. Dezinformacja.

To ostatnie wydaje mi się szczególnie groźne. Rosjanie bardzo sprawnie używają rozmaitych technik dezinformacyjnych, by doprowadzić do sytuacji, w której obywatele państw NATO i UE nie wierzą swoim rządom. Przed wojną mieliśmy próbkę takich działań w kwestii pandemii i szczepień – Rosjanie znakomicie to rozgrywali.

Mówimy o metodzie małych kroków, mało widocznych na co dzień – i dlatego wydaje mi się ona tak niebezpieczna. Efektem ma być „poszatkowanie” zachodnich opinii publicznych, sparaliżowanie ich przez wzajemną nieufność – i to wszystko ma upośledzać procesy decyzyjne, gospodarcze, a w ostatecznym rozrachunku również zdolności militarne Zachodu. Tego powinniśmy się obawiać.

– A rosyjskich czołgów nie?

– Ryzyko, że Rosja przyniesie tutaj wojnę i zaleje Europę wojskiem jest znikome. Jeśli ten scenariusz budzi w kimś lęk, to mogę odpowiedzieć tylko w jeden sposób: można to ryzyko obniżyć jeszcze bliżej zera. Jak? Pomagając Ukrainie. Tu i teraz.

To w tym prostym przekazie kryje się drugi powód alarmistycznych doniesień. Mają nas one zmobilizować.

Po dwóch latach tej wojny jest we mnie rozczarowanie i optymizm. Rozczarowanie – bo Zachód przegapił już kilka okazji, żeby Rosję po prostu pokonać. Znieść egzystencjalne zagrożenie dla Wschodu kontynentu. Optymizm – bo to ciągle jest możliwe. Pozwólmy Ukraińcom prowadzić wojnę bez niedostatków, dajmy im wszystkie niezbędne narzędzia. A dostaniemy Rosję tak osłabioną, że niezdolną do agresji na wiele, wiele lat. Ukraina wciąż może nam wywalczyć czas na zbrojenia, konwersję przemysłu, ściślejszą integrację. Jeśli go dobrze wykorzystamy, „okienko strategicznych okazji” może się dla Moskwy już nigdy nie otworzyć.

– Dziękuję za rozmowę.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Okaleczona Saltówka, gdzie niemrawo – z uwagi na brak pieniędzy – toczy się odbudowa/fot. własne

„Idioci”

„Nikt nie chce głośno powiedzieć polskiemu rolnikowi, że jest sterowany z Kremla”, pisze mi Czytelnik, przerażony tym, co wyczynia się na polsko-ukraińskiej granicy. No więc ja to powiem/napiszę; w mojej ocenie, protest rolników nie tylko jest przez rosję wykorzystywany propagandowo, ale i, w jakiejś mierze, sterowany. W przypadku tej drugiej aktywności dzieje się to poprzez mechanizm opisany przeze mnie w Alfabecie rosyjskiej agresji, czyli z wykorzystaniem agentury wpływu i użytecznych idiotów. Idioci, taki tytuł nosi rozdział, którego obszerny fragment chciałbym Wam zacytować. Zapraszam do lektury, skonfrontowania opisanego mechanizmu z rzeczywistością przygranicznego protestu i rzecz jasna do dyskusji.

24 lutego 2022 roku Rosjanie uderzyli także w Polskę. Atak przybrał postać kampanii dezinformacyjnej, prowadzonej z zamiarem zasiania paniki wśród obywateli RP. „Niebawem zabraknie paliwa i gazu LPG!”, wieszczyli rosyjscy trolle operujący w polskiej info-sferze. Przekaz odwoływał się do potocznego doświadczenia, łączącego wojnę z paliwowym deficytem. Setki tysięcy Polaków uległy presji – przed stacjami benzynowymi ustawiły się długie kolejki. Kupowanie na zapas podbiło ceny – pod koniec pierwszego dnia pełnoskalowej inwazji w Polsce były miejsca, gdzie cena popularnej „dziewięćdziesiątki piątki” skoczyła z 5,5 do 10 zł.

Dwa dni później Rosjanie użyli treści spreparowanej pod odbiorców z całego proukraińskiego uniwersum (nazywanego przez nich „kolektywnym Zachodem”). Było to zdjęcie wykonane jakoby w Siewierodoniecku[1], przedstawiające baterię ciężkiej artylerii, rozstawioną między blokami. Ilustrację uzupełniał komentarz zarzucający ukraińskiej armii, że nie liczy się z życiem własnych cywilów. Bo ignoruje ryzyko ognia kontrbateryjnego, który siłą rzeczy pokryłby również budynki mieszkalne. Tej fotografii nie zrobiono w wolnej Ukrainie, a w Doniecku, mieście kontrolowanym przez Moskali. Tym niemniej utrwalony widok nosił typowe i powtarzalne cechy wschodnioukraińskiego anturażu, a i rodzaj broni zgadzał się z zasobami sił zbrojnych Kijowa – co przydawało zdjęciu wiarygodności.

Dobrze skonstruowane profile uwiarygodniały z kolei doniesienia, które rozpalały polskie portale społecznościowe w pierwszych dniach marca 2022 roku. Mówiono w nich o gwałtach, napadach i innych zdarzeniach kryminalnych, gdzie ofiarami byli obywatele RP – zwykle młode kobiety – z przygranicznych miejscowości, a sprawcami okazywali się świeżo przybyli uchodźcy z Ukrainy. Odpowiedzialni za ferment podszywali się pod Polaków, a faktycznie byli Rosjanami, przed którymi postawiono zadanie wywołania kryzysu na polsko-ukraińskiej granicy. Za ich sprawą w Przemyślu pojawiły się „patriotyczne straże obywatelskie”, powołane przez skorych do rozróby pseudokibiców, gotowych bić każdego Ukraińca. Zdecydowane dementi i twarde działania policji pozwoliły zdusić problem w zarodku.

Co – poza rosyjskim sprawstwem – łączy te trzy sytuacje?

Choć pierwotne źródła dezinformujące były rosyjskie, wieści szły w świat już nie tyle za sprawą Rosjan, co Polaków, a w przypadku rzekomej fotografii z Siewierodoniecka wieloetnicznej cyfrowej społeczności. Ludzi, których można podzielić na dwie kategorie. W pierwszej umieściłbym osoby o uprzywilejowanej pozycji, dbające o rosyjski interes poprzez wywieranie wpływu na miejscową opinię publiczną i instytucje. Polityków, naukowców, aktorów, biznesmenów, dziennikarzy; wszystkich, ze zdaniem których liczą się ich rodacy. A więc i gwiazdy Internetu, funkcjonujące wyłącznie na jego niwie – blogerów, youtuberów, właścicieli lub administratorów serwisów, tematycznych stron i forów. Innymi słowy, agentów wpływu, pełniących swoje role świadomie, choć z różnych pobudek – kryminalnych (szantaż), finansowych czy ideowych. Do drugiej kategorii zaliczyłbym „użytecznych idiotów”. Włodzimierz Lenin – autor tego określenia – posługiwał się nim w odniesieniu do zachodnich dziennikarzy, którzy 100 lat temu chwalili bolszewicką rewolucję, pomijając, umyślnie lub nie, różne jej wypaczenia. Ale ów epitet pasuje także do współczesnych internautów, propagujących korzystne dla Moskwy narracje, a nierzadko czyniących to w zgodzie z własnym postrzeganiem rzeczywistości i bez świadomości wysługiwania się Rosji, ba, w sprzeczności z wyznawanymi antyrosyjskimi poglądami[2].

—–

Już wiele lat temu Kreml zdał sobie sprawę, że Rosja nie jest w stanie konkurować z Zachodem w dziedzinie klasycznej technologii wojskowej. Moskwa postawiła zatem na „przeskok generacyjny” – z tym że nie w klasycznym tego zwrotu rozumieniu. Nie skupiła się na zaprojektowaniu i wdrożeniu rewolucyjnych, kinetycznych systemów broni – bo na to nie było jej stać (w wymiarze finansowym, technicznym i intelektualnym). Sięgnęła po bieda-broń, czyli dezinformację, szerzoną za pośrednictwem mediów, instytucji kultury, przedstawicielstw dyplomatycznych, głównie jednak przy użyciu Internetu. W długofalowe kampanie dezinformacyjne zaangażowano wszystkie rosyjskie służby specjalne. Ich celem było i jest doprowadzenie do sytuacji, w której problemy „wrogich” państw – wewnętrzne i w relacjach z innymi narodami – zaczną „grać” na korzyść Rosji. Temu właśnie służy podsycanie waśni, podważanie zaufania do rządów, wiary w sens demokracji i integracji – zarówno militarnej, jak i gospodarczej.

„Wrogowie” Rosji sami to ułatwiali, nadając wolności słowa status niezbywalnego prawa i tworząc odpowiednie środowisko technologiczne. To nie Rosja wymyśliła Internet, ale to jej spece od wojny informacyjnej szybciej pojęli, jakie perspektywy stwarza globalna sieć. Dzięki niej możliwe stało się rozpowszechnianie fałszywych i spreparowanych treści, błyskawicznie, licznymi kanałami, tworząc tym samym pozór wielości źródeł. Ów pozór jest efektem nie tylko masowego charakteru działań, ale też ich rozległej automatyzacji. Żywymi ludźmi nie dałoby się obsłużyć gigantycznej liczby kont społecznościowych. Gros tych zadań przydzielono więc botom – na bieżąco udoskonalanym programom, zdolnym w coraz większym zakresie zastępować człowieka. Tak powstały całe internetowe siatki, składające się z licznych podmiotów, za którymi tylko niekiedy stoją pracownicy rosyjskich służb lub agenci wpływu. Esencją tych siatek, poza botami, pozostają wspomniani „użyteczni idioci”. To uczestnicy wymiany informacji, niekoniecznie prorosyjscy, za to pielęgnujący przydatne Moskalom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści[3].

—–

Gigantycznym zaskoczeniem zareagowali na inwazję prorosyjscy agenci wpływu obecni w polskiej info-sferze[4]. W pierwszych kilku dobach agresji naszą przestrzeń informacyjną zdominowały ukraińskie i proukraińskie przekazy. „Prorosyjscy” zaszyli się w najgłębszych norach – jakby to oni byli celem lotniczych bomb i rakiet. Zdaje się, że zadziałała tu empatia (odruchowe pozytywne uczucie wobec napadniętych), połączona z informacyjnym przeładowaniem i konfuzją, bo przecież Moskwa do końca zapewniała – także „swoich” – że wojny nie rozpęta.

„Interes” rozkręcił się ponownie już w pierwszym tygodniu inwazji. Główne uderzenie wyprowadzono w ukraińskich uchodźców i ich przywileje, nadawane rzekomo kosztem Polaków. Ale kwestionowanie faktów dotyczyło również sytuacji na froncie. Animatorzy prokremlowskiej narracji zaprzeczali kompromitacji rosyjskiej armii, jej okrucieństwom, przy okazji cały czas przemycając crème de la crème antyukraińskiej propagandy – treści przypominające o Wołyniu i zbrodni UPA. Przy tej okazji mogliśmy przekonać się, gdzie wcześniej ulokowany był punkt ciężkości rosyjskiej dezinformacji. Już pobieżna analiza profilów społecznościowych najbardziej aktywnych trolli ujawniła, że na przestrzeni lutego i marca 2022 roku przeszli oni z pozycji pandemicznych denialistów na pozycje szukających „prawdy” o toczonym na Wschodzie konflikcie. Już sama szlachetność tej intencji uwiodła wielu niezdolnych do zakwestionowania jej szczerości „użytecznych idiotów” – i jest to jedna z ważniejszych przyczyn stałej obecności i dystrybucji prorosyjskich treści w Polsce.

—–

PRZYPISY:

[1] Wówczas tymczasowej stolicy obwodu donieckiego, realnie jego nieokupowanych terytoriów. Miasto, po długotrwałych walkach, wpadło w ręce Rosjan w czerwcu 2022 roku.

[2] W ten sposób zdefiniowałem „rosyjski głos w naszych domach” w swojej przedostatniej książce pt. Stan wyjątkowy (wydawnictwo WarBook, 2021). Odnosiłem się do rzeczywistego zjawiska, niemniej kontekst był powieściowy. Do głowy mi wtedy nie przyszło, że o agenturze wpływu i „użytecznych idiotach” będę niebawem pisał w realiach prawdziwego konfliktu…

[3] To zestawienie mocno uproszczone, niewyczerpujące całego spektrum motywacji.

[4] Ten tekst nie ma ambicji śledczych i jest zaledwie wprowadzeniem do tematu prorosyjskiej agentury wpływu oraz przejawów i skutków jej działania. Zainteresowanych poszerzeniem wiedzy odsyłam do książki Przemysława Witkowskiego Partia Rosyjska (wydawnictwo Arbitror, 2023). Środowisko dobrze portretują również Piotr Głuchowski i Katarzyna Bielecka, autorzy artykułu pt. Mroczni siewcy Putina. Sprawdzamy, komu w Polsce mieszają w głowie, który ukazał się w „Dużym Formacie” 14 sierpnia 2023 roku.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Nz. Przejście graniczne z Ukrainą/fot. własne

Symetria

Minął rok. Wszędzie mnóstwo omówień, więc nie będę Was męczył własnym. Zamierzam w marcu skończyć książkę, która będzie moim podsumowaniem tych straszliwych, ale i niosących nadzieję 12 miesięcy. Odpowiednio obszernym i kompletnym, jak sądzę.

Jestem w podróży, więc z konieczności będzie to krótki wpis. Chciałbym w nim zilustrować pragnienie „symetrycznej narracji”, wyrażane przez zwolenników ruskiego miru. Stykam się z nim na co dzień, zwykle ignoruję idące w parze zaczepki, tym niemniej to realny społeczny problem. Rosyjska propaganda żyje, prorosyjskie sympatie, jakkolwiek wyrażane przez mniejszość, wciąż są u nas obecne.

Czasem przybierają taką postać:

„Pisze pan” – skarży się rodzimy skarpetkosceptyk – „jakie straszliwe skutki dla ekologii stwarzają rosyjskie rakiety. No tak. Bo ukraińskie tych złych skutków nie dają. One niosą spokój i radość ludziom, na których spadają. Bo przecież gdyby takie złe skutki dawały, to pan by o tym napisał? PRAWDA??? Skupia się pan na długofalowych skutkach szkodliwych czynników wynikających z rosyjskich ataków rakietowych, nie wspominając o ostrzałach rakietowych Ukraińców. No bo przecież Ukraińcy swoimi rakietami (także tymi natowskimi), rozsiewają tylko zapach konwalii i bzu. (…)”.

Czujecie to? Symetria – jedni i drudzy robią coś złego. Pozornie logiczne, ale…

Ale Ukraińcy nie wystrzeliliby żadnej rakiety (pocisku, bomby), gdyby ich do tego nie zmuszono. Gdyby wróg nie najechał ich kraju. Mam absolutną pewność, że moment, w którym ostatni rosyjski żołnierz opuści granice Ukrainy, wyznaczy kres jakichkolwiek działań bojowych. Ale tak długo, jak bandyci putina robią to, co robią, tak długo będą na nich spadać rakiety. Szkody wyrządzane ukraińskiej ziemi (i infrastrukturze), są z perspektywy obrońców niechcianym, a zarazem niedającym się uniknąć skutkiem. Rodzącym ból przymusem.

Spotkałem pod Bachmutem żołnierza. Był z kijowskiej obrony terytorialnej, więc zdziwiłem się, gdy w pewnej chwili przyznał, że jest „stąd” (z okolic Kramatorska).

– Trudno się patrzy na to, jak rujnowany jest Donbas? – nie było to zbyt mądre pytanie, ale takie właśnie zadałem.

Chłopak westchnął, kiwnął głową.

– Marzę o tym, by się obudzić i móc stwierdzić, że to tylko zły sen – odparł.

„Marzy mi się pluralizm myśli” – pisze do mnie zwolennik ruskiego miru. Jego kolega w poglądach dodaje: „W Polsce łamane jest prawo do wyrażania opinii bez względu na ich treść i formę. Ludzie, którzy głoszą niepopularne tezy, są wyśmiewani i wyszydzani (…). Nękani przez władze lub nawet wyrzucani z pracy. I ja przeciwko temu się buntuję (…)”.

A więc wolność słowa. Zacna idea, podstawa demokracji. Ale znów ale…

Wolność ma swoje ograniczenia. Dziś prorosyjskość to nie jest kwestia akceptowalnej sympatii. Tak jak w czasach II wojny światowej proniemieckość. Nie istnieją żadne racje przemawiające za rosyjskim bestialstwem, nie da się usprawiedliwić rasizmu, nacjonalizmu orków. Nie ma moralnie zasadnego powodu, by wspierać ich plany eksterminacyjne wobec Ukraińców. A świat nie powstał po to, by zaspakajać imperialne pragnienia rosjan.

W tej perspektywie to wręcz imperatyw, by tropić, karać i na wszelkie sposoby utrudniać życie skarpetkosceptycznym; element racji stanu. Zwłaszcza że rosja to kraj nam wrogi – od wieków – od miesięcy zaś dyszący żądzą zemsty za wsparcie dla Ukrainy. Gdyby nie natowski protektorat i twarda ukraińska obrona, bilibyśmy się z rosjanami u nas.

Prorosyjskość nie wynika z moralnej czy intelektualnej uczciwości. Nie sposób jej usprawiedliwić nawet w wydaniu light – owej symetrii w postrzeganiu obu stron konfliktu. Prorosyjskość to zdrada i kolaboracja.

A w przypadku zacytowanych zwolenników „wolności słowa”, dowód na ślepotę bądź hipokryzję. Wszak w rosji niewiele jest bardziej podeptanych praw. 15 lat odsiadki za „wojnę” miast „specoperacji” najlepszym tego dowodem.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Fontanna na rynku w Niepołomicach, zdjęcie z dziś. Polacy – na przekór skarpektosceptykom – wciąż murem za Ukrainą/fot. Michał Machlejd