Herkulesy

W połowie kwietnia minęła 69. rocznica dziewiczego lotu bombowca B-52. Przy tej okazji Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych (USAF) pochwaliły się zdjęciem trzech mężczyzn. Pierwszy pilotował stratofortecę w czasie wojny w Wietnamie, drugi w latach 80., a trzeci zaczął służbę w 2010 r. Dziadek, syn i wnuk od dekad latający na tym samym typie samolotu. Używane obecnie pięćdziesiątki-dwójki mają po 60 lat i nie zanosi się na ich rychłe wycofanie. W tym kontekście fakt, że w Siłach Powietrznych RP latają niewiele młodsze iskry i herculesy, nie wydaje się niczym nadzwyczajnym. Takie myślenie to błąd.

Rozważania dotyczące wieku samolotów znów rozpaliły debatę w Polsce. Pretekstem stało się ujawnienie przez ministra obrony Mariusza Błaszczaka informacji o zakończeniu rozmów z Waszyngtonem, poświęconych dostawom kolejnych używanych herculesów. Polskie lotnictwo posiada pięć transportowych C-130, otrzymanych w latach 2009-2012 w ramach bezzwrotnej pożyczki. Kolejna piątka ma do nas dotrzeć do połowy 2024 r. (pierwszy egzemplarz już niebawem). „Nowe” herculesy są o kilkanaście lat młodsze – wyprodukowano je w 1986 r., w 2017 r. trafiły na pustynne składowisko. Wbrew potocznym opiniom nie oznaczało to wysłania ich na szrot – dzięki specyficznym warunkom klimatycznym w arizońskim Tucson maszyny można magazynować pod chmurką. Niektóre z setek zgromadzonych tam samolotów służą jako rezerwuar części, inne w razie potrzeby są przywracane do linii, także w USAF.

Analogi i luksusowe taksówki

Za kolejne herculesy zapłacimy 14,3 mln dol. – w tej cenie mieszczą się naprawy, które umożliwią przylot maszyn do Polski. Remontem w kraju zajmą się bydgoskie Wojskowe Zakłady Lotnicze. Dziś nie ma jeszcze kosztorysu prac, ale spokojnie można przyjąć, że zamkną się one w kwocie kilkudziesięciu milionów złotych. Pozyskane w taki sposób transportowce posłużą 15-20 lat. Przy tej wielkości zamówienia fabrycznie nowe C-130 – z pakietem logistycznym i szkoleniowym – kosztowałyby po 200 mln dol. za sztukę. Dlaczego więc mimo wszystko NIE zrobiliśmy dobrego interesu? Płatowce współcześnie używanych samolotów często liczą sobie po kilkadziesiąt lat. Myśliwce już od dawna projektuje się z myślą o 40-letniej służbie, maszyny poddawane mniejszym przeciążeniom – transportowe i bombowe – zniosą następne 20-30 lat eksploatacji. Rzecz w tym, że w międzyczasie przejdą kilka poważnych modernizacji. B-52 są nadal w użyciu, bo de facto poza starą skorupą nie ma w nich już nic z lat 60. minionego wieku. Tymczasem herculesy na taki upgrade nie mogą liczyć – jest on poza możliwościami polskiego przemysłu i budżetu MON. Powstałe w erze przedcyfrowej samoloty pozostaną więc maszynami analogowymi. A tu nie chodzi jedynie o wygodę, ważne jest bezpieczeństwo – tym wyższe, im nowocześniejsza awionika, wydajniejsze silniki itp.

Co więcej, „nowych” C-130 nie sposób wykorzystać do tankowania myśliwców. Siły powietrzne pilnie potrzebują samolotów, które pozwoliłyby F-16 pobrać paliwo w powietrzu. Kilka lat temu program pozyskania odpowiednich maszyn storpedował Antoni Macierewicz – najpierw odrzucając pomysł nabycia ich do spółki z innymi krajami, później markując zainteresowanie samodzielnymi zakupami. Ostatecznie ponad 3 mld zł wydano na samoloty dla VIP-ów (trzy boeingi i dwa gulfstreamy). Choć formalnie to wojskowe odrzutowce, armia ma z nich znikomy pożytek. Boeingi mogą co najwyżej przerzucić kompanię z lekkim wyposażeniem. Gulfstreamy, luksusowe latające taksówki, przydają prestiżu przedstawicielom państwa polskiego – co można uznać za wartość, pod warunkiem że nie będziemy mieli do czynienia z nadużyciami, jak w przypadku byłego marszałka Marka Kuchcińskiego. A co do wspólnych samolotów transportowo-tankujących – pierwszy A330 wykonuje już zadania na rzecz Holandii, Luksemburga, Norwegii, Niemiec, Belgii i Czech, a pierwotne zamówienie zwiększono do dziewięciu maszyn. Piloci polskich F-16 – w razie problemów z lądowaniem w macierzystych bądź sojuszniczych bazach – musieliby się katapultować.

Loty do zarżnięcia

Minister Błaszczak zapewniał, że kolejne herculesy zwiększą możliwości transportowe lotnictwa. Trudno z tym się zgodzić, bo nawet jeśli będziemy mieli dziesięć C-130, nie potrwa to długo. Maszyny pozyskane przed dekadą polatają jeszcze kilka lat, zwłaszcza że ich stan techniczny jest, ogólnie mówiąc, taki sobie. Lotnicy żartują, że do każdej operacji z udziałem herculesa należy zabezpieczyć mniejszą C-295, która w razie awarii C-130 przejmie jego zadania. I choć trzeba w tym dowcipie wziąć poprawkę na środowiskowe animozje, pojawienie się amerykańskich maszyn nie zmieniło faktu, że wołami roboczymi lotnictwa transportowego pozostają wyprodukowane przez Airbusa casy. Wojsko ma ich 16 (jedną utracono w 2008 r.), kupowanych wprost z fabryki. Kolejne egzemplarze przylatywały do Polski w latach 2003–2013, mówimy zatem o samolotach nowych i stosunkowo nowych. Podobnie jak w przypadku maszyn M28 Bryza. Tych ostatnich lata w wojsku 39, co może dać mylne wyobrażenie o potencjale lotnictwa transportowego. Mieleckie M28 to mikrusy, casy zaś nie nadają się do lotów długodystansowych. Kiedyś za ich pośrednictwem utrzymywano mosty powietrzne z kontyngentami w Iraku i Afganistanie, co było działaniem na granicy opłacalności ekonomicznej i oznaczało zarzynanie maszyn.

Z eksploatacją aż do zarżnięcia mieliśmy do czynienia w lotnictwie szkolnym. Na używanych od lat 60. samolotach TS-11 Iskra szlify zdobyło kilka pokoleń lotników, choć już na początku tego wieku były przestarzałe, a ich modernizację uznano za nieopłacalną. W grudniu ub.r. wycofano z użycia ostatnie egzemplarze, osiem nadal czynnych, formalnie pozostających w strukturach lotnictwa szkolnego, lata w zespole akrobacyjnym. W miejsce iskier pojawiły się samoloty M-346 Bielik włoskiego koncernu Leonardo. I jakkolwiek można mówić o dużym technologicznym przeskoku, trudno nie zauważyć, że kilkadziesiąt iskier zastąpiono ośmioma bielikami (kolejne cztery lada moment wejdą do służby, a następna czwórka ma się pojawić w roku 2022). Oczywiście adepci lotnictwa mają też do dyspozycji samoloty turbośmigłowe (28 sztuk PZL-130 Orlik) i śmigłowce, co zaspokaja podstawowe potrzeby mniejszych niż przed laty sił powietrznych. Niemniej jednak latające już bieliki, w odróżnieniu od iskier, nie przenoszą uzbrojenia. Z M-346 można zrobić samolot szkolno-bojowy, ale kupując pierwszą partię maszyn, Polska takiego wariantu nie wybrała. Te bieliki jedynie symulują przenoszenie rakiet i bomb.

Efy mają już swoje lata

Dlaczego to ważne? Odpowiedź kryje się w kondycji uderzeniowej części lotnictwa. Składa się ona z sześciu eskadr – jednej wyposażonej w 18 samolotów szturmowych Su-22, dwóch z 28 myśliwcami MiG-29 oraz trzech mających do dyspozycji 48 wielozadaniowych F-16. Pozornie jest tego sporo, lecz Su-22 nie przedstawiają już żadnej wartości bojowej – stąd plan ich wycofania do 2025 r. Podobny los czeka migi, z tą różnicą, że dwudziestki-dziewiątki będą odchodzić stopniowo, w miarę przybywania kolejnych F-35. Poradzieckie maszyny padły ofiarą geopolityki – ich odpowiedniki w Rosji nadal bowiem są poddawane modernizacjom. Pojawieniu się suchojów i migów w drugiej połowie lat 80. nie towarzyszył transfer technologii, późniejsze kontakty z Ukrainą pozwalały co najwyżej na wymianę zużywających się podzespołów. A i tak w obsłudze obu typów królowała „polska myśl techniczna”, czyli prowizoryczne remonty i kanibalizacja. Pozwalało to na podtrzymanie procesu szkolenia oraz, w przypadku migów, na realizację sojuszniczych zobowiązań (misje air policing w krajach nadbałtyckich). Dobra passa skończyła się w 2016 r. – wówczas na malborskim lotnisku spłonął pierwszy MiG-29. W ciągu kilkunastu miesięcy doszło jeszcze do trzech wypadków – w jednym z nich zginął pilot. W śledztwie wyszło na jaw, że w serwisowanych w Bydgoszczy fotelach katapultowych – identycznych dla suchojów i migów – dokonano niebezpiecznych przeróbek. Stało się jasne, że dalsze uprawianie procederu „jakoś to będzie” to igranie z życiem pilotów.

Su-22 i MiG-29 wciąż latają, bo muszą. Jak zapewniał niedawno sejmową Komisję Obrony Narodowej gen. dyw. pil. Jacek Pszczoła, dowódca Sił Powietrznych, „zakłady w Bydgoszczy odrobiły bolesną lekcję” i obecnie ufa im zarówno on, jak i piloci, a poziom bezpieczeństwa jest zadowalający. Ale to loty na podtrzymanie nawyków u personelu oraz wynikające z zadań na rzecz reszty wojska – przede wszystkim udział w manewrach, w których pojawienie się samolotów jest niezbędne. Realny wysiłek związany z ochroną polskiego nieba spoczywa na F-16. Jak wynika z ujawnionych przed sejmową komisją danych, w pełnej gotowości pozostaje 41 maszyn, czyli ponad 80%. To wysoki wskaźnik, lepszy niż średnia dla USAF (70%) i znacznie wyższy od nieoficjalnych szacunków (60%), podawanych niedawno przez branżowe media. Wynika on ze szczupłości floty F-16 – mówiąc wprost, mamy za mało samolotów, by istotna ich część nie latała. A to oznacza intensywne użytkowanie. W tym miejscu warto zauważyć, że część maszyn brała udział w operacji zwalczania ISIS nad Irakiem. Wojenny reżim techniczny i bliskowschodnie warunki klimatyczne bez wątpienia postarzyły te samoloty. Ale nawet na papierze najstarsze mają już 15 lat, zbliżają się zatem do połowy całościowego czasu eksploatacji. To moment, w którym konieczne są poważne modyfikacje i unowocześnienia. W przypadku naszych F-16 niezbędne jest wydłużenie żywotności silników. Obecnie używaną wersję zaprojektowano do łącznego czasu pracy wynoszącego 8 tys. godzin. Niektóre maszyny wylatały już połowę tego resursu. W oferowanym przez Amerykanów pakiecie modernizacyjnym żywotność silników przedłużono do 12 tys. godzin. A to niejedyna potrzeba – w minionych latach zadbano o poszerzenie możliwości bojowych rodzimych efów. Samoloty dostosowano do przenoszenia nowych typów uzbrojenia (pociski dalekiego zasięgu JASSM i JASSM-ER znacząco zwiększyły potencjał odstraszający Wojska Polskiego). Lecz potrzebą w kategorii „pilne” jest również wymiana radaru, poprawa elektroniki pokładowej i systemu łączności. Inspektorat Uzbrojenia zapewnia, że prace modernizacyjne zostaną przeprowadzone. Zakres i termin ich realizacji pozostaje jednak tajemnicą.

Gdy z nieba znikną już poradzieckie maszyny, a w Polsce wyląduje ostatni F-35, wojsko będzie dysponować pięcioma pełnowartościowymi eskadrami bojowymi. Tymczasem potrzeba ich siedmiu. Jeszcze niedawno mówiło się o zakupie używanych F-16, ale wiadomo, że zabraknie na to pieniędzy. No i pomysł, którego realizacja znacząco wybiega poza ramy kalendarza wyborczego, nie cieszy się zainteresowaniem polityków PiS. Kto by się martwił, co będzie po 2030 r.?

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 18/2021

Nz. Herkules PSP z transzy otrzymanej przed dekadą/fot. archiwum 6. BPD

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Pożeracz”

A więc wchodzimy w to. Za cztery lata pierwsi polscy piloci będą się szkolić na samolotach F-35, kilka lat później pierwsze maszyny wylądują w Polsce (egzemplarze przekazane nam w 2024 roku pozostaną w Stanach, gdyż tylko tam możliwe będzie przeprowadzenie niezbędnych szkoleń). Za kilkanaście lat – z pewnością już w kolejnej dekadzie – obie zakupione eskadry osiągną gotowość operacyjną.

Długo, bardzo długo, choć nie ma się co tu zżymać na pisowskich architektów umowy z USA. Wdrażanie nowoczesnych maszyn bojowych nie następuje z roku na rok. Mniej zaawansowane efy szesnaste „przeszczepialiśmy” na polski grunt przez niemal dziesięć lat. Warto wszak o tym wspomnieć, by zderzyć się z pobożnożyczeniowym myśleniem, zgodnie z którym 31 stycznia 2020 roku sytuacja militarna Polski uległa gwałtownej poprawie. Nie uległa, tak jak nie zmieniła się po zakupie systemu antyrakietowego Patriot czy baterii rakietowych Himars (zdolnych do rażenia celów na odległość do 300 km). Stanie się tak dopiero, gdy cały ten sprzęt trafi nad Wisłę i gdy zostanie z powodzeniem zintegrowany z pozostałymi elementami, składającymi się na rodzimą obronność.

Ideologizacja tematu

Nie zmienia to faktu, że podpisana dziś umowa na zakup 32 samolotów F-35, to początek nowej drogi w historii polskiej armii. Tylko czy drogi w dobrą stronę? Ano właśnie…

Zakup amerykańskich maszyn – jak niemal wszystkie istotne kwestie – z miejsca stał się elementem politycznej wojny, toczonej w naszym kraju między PiS-em a anty-PiS-em. Ta ideologizacja problemu sprawiła, że trudno dziś wypowiadać jakąkolwiek opinię na temat zasadności podjętej przez rząd decyzji, bez ryzyka posądzenia o brak obiektywności. Ponieważ istotna większość specjalistów zajmujących się kwestiami militarnymi już dawno temu została zakwalifikowana jako „krytycy władzy”, taki stan rzeczy de facto sprzyja PiS. Daje bowiem pretekst do stwierdzenia, że „cokolwiek byśmy nie zrobili, i tak będą mówić, że to źle” (i chyba nie sprzyja refleksji typu: „a może rzeczywiście z naszą polityką obronną jest coś nie tak?”). Ubolewając nad takim stanem rzeczy spróbuję, mimo wszystko, przekonać Was – zwłaszcza tych, którym bliżej do władzy – że efy trzydzieste piąte to zły wybór. Że to decyzja, która zaciąży na naszych możliwościach obronnych na lata – i z czasem odbije nam się czkawką.

Ma rację Andrzej Duda, mówiąc, że F-35 to najlepszy i najnowocześniejszy samolot na świecie. Rosyjskie próby doścignięcia Amerykanów w tym obszarze jak na razie nie przyniosły zadowalających skutków. Jakby się kremlowska propaganda nie spinała, w rzeczywistości Su-57 nie dorasta do pięt najnowszemu efowi. Dość powiedzieć, że po dwudziestu latach prac Rosjanie nadal mają kłopot z silnikiem, który pozwalałby ich maszynie zachować cechy „niewidzialności”. O jego energetycznej wydajności nie wspomnę. Być może za jakiś czas Amerykanie będą musieli się mierzyć z chińskimi odpowiednikami myśliwca piątej generacji, lecz póki co mamy tam do czynienia z konstrukcjami w fazie prototypowej. Zaawansowanej, ale wciąż relatywnie dalekiej od wdrożenia do linii.

Co zamiast „trzydziestki piątki”

A zatem istotnie, użytkując F-35 wejdziemy do „pierwszej ligi”. Tylko po co? Czy my naprawdę chcemy mierzyć się z rosyjską obroną przeciwlotniczą (najlepszą na świecie – warto podkreślić) i atakować cele znajdujące się głęboko za liniami wroga? Wówczas „niewidzialność” „trzydziestki piątki” rzeczywiście okaże się poważnym atutem. A może jednak nasza doktryna ma charakter obronny i zadaniem polskiego lotnictwa byłoby wsparcie oddziałów na lądzie i niezbędne do tego wywalczenie przewagi w powietrzu, bezpośrednio nad teatrem działań wojennych? Pytanie ma rzecz jasna charakter retoryczny i jasne jest, że mamy się bronić, nie zaś atakować. A do tego niepotrzebny jest samolot piątej generacji, chyba że byłby to inny amerykański cud techniki – F-22 Raptor. Stworzony do „wymiatania nieba” z wrogich maszyn, absolutnie bezkonkurencyjny w swojej kategorii. Rzecz jednak w tym, że Stany Zjednoczone nigdy i nikomu go nie sprzedały, a gigantyczne koszty utrzymania Raptora sprawiły, że po wdrożeniu do linii 180 maszyn, zawieszono jego produkcję.

Jeśli nie F-22 to co? Biorąc pod uwagę charakter wyzwań – konieczność zestrzelenia jak największej liczby rosyjskich maszyn czwartej generacji – sprawdziłby się na polskim niebie F-15. Jak nazwał go jeden z moich kolegów, głęboko osadzonych w tematyce lotniczej, swoista „ciężarówka na rakiety”. Niezbudowany w technologii stealth, wywodzący się jeszcze z czasów głębokiej zimnej wojny, ale wielokrotnie modernizowany. Co więcej, używany już w konfrontacjach z maszynami proweniencji radzieckiej, w trakcie których niemal zawsze dowodził swojej wyższości.

Lecz, niestety, drogi. I będący zupełnie inną maszyną niż użytkowany u nas z powodzeniem F-16. A musimy pamiętać, że samolot to skomplikowana maszyneria, wymagająca całej, nie mniej skomplikowanej technologii, związanej z zapewnieniem odpowiedniego zaplecza. Tak – już bez niepotrzebnego rozważania innych typów myśliwców – dochodzimy do najsensowniejszej z polskiej perspektywy opcji. Mówiąc wprost, lepiej byłoby kupić znacznie więcej (koło 50 sztuk) najnowszych wersji F-16, a pozostałe w służbie Jastrzębie zmodernizować do ich poziomu. Z uwagi na nasze doświadczenie w eksploatacji, proces wdrażania kolejnych maszyn byłby szybszy, doraźny efekt odstraszania bardziej realny i zgodny z potrzebami sił zbrojnych. Przede wszystkim zaś – byłoby taniej.

„Pożeracz” budżetu MON

Bo koszty to kolejna istotna kwestia. Kupno F-35 i odpowiedniego pakietu (szkolenia, dodatkowe wyposażenie, amunicja) wiąże się z koniecznością wydania 18 mld złotych. Dużo, a będzie jeszcze więcej. Rocznie na utrzymanie flotylli efów szesnastych wydajemy około miliarda złotych – „trzydziestki piątki” będą kilka razy droższe. Niewykluczone, że 32 maszyny będą „zjadać” 1/10 budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej. Problem w tym, że wojsko potrzebuje inwestycji właściwie we wszystkich obszarach, gdzieś więc zabraknie. Obecny rząd chwali się co prawda, że w ciągu najbliższych piętnastu lat wydamy na modernizację ponad 500 mld złotych, tyle że to suma wyższa od zsumowanej kwoty całych budżetów MON w tym czasie. A co z wydatkami osobowymi (które stanowią niemal połowę kwot przeznaczanych na obronność)? Co z pieniędzmi na szkolenia, na zakup paliw, amunicji itd.?

Na nic nam się przyda F-35, jeśli nie zbudujemy „parasola ochronnego” – skutecznego systemu obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej. Minister Błaszczak mówi: „kupiłem Patrioty”. Zgoda, tyle że zeszłoroczna transakcja dotyczyła zaledwie dwóch baterii, a potrzebujemy ich co najmniej osiem. Przypomnę: te dwie baterie kosztowały nas… 16 miliardów złotych.  A Patrioty to nie wszystko – nieba broni się na kilku poziomach, amerykańskie antyrakiety zapewniają ochronę tylko na jednym z nich (najwyższym).

A co z Marynarką Wojenną, która tonie? Wprowadzenie do służby upośledzonej korwety czy małego niszczyciela min w niewielkim stopniu podniosło jej wartość bojową. Co z lotnictwem wojsk lądowych? W tej chwili niemal trzy czwarte śmigłowców stoi bezczynnie, niezdolna do lotów, przede wszystkim z powodów technicznych. Utrącony przez Antoniego Macierewicza kontrakt na Caracale miał zostać zastąpiony zakupami amerykańskich maszyn, składanych w polskiej fabryce. Jak dotąd kupiono… cztery helikoptery, które dopiero za kilkanaście miesięcy zostaną skonfigurowane pod potrzeby wojsk specjalnych. Zamówiono też śmigłowce dla marynarki – kolejne cztery sztuki – których odbiór nastąpi za trzy lata. Warto przypomnieć – Caracali miało być 50, dziś służbę pełniłoby ponad trzydzieści sztuk.

Kilkanaście procent funkcjonalności

Mimo bombastycznych zapowiedzi, ślimaczy się modernizacja czołgów Leopard, do natychmiastowej wymiany nadaje się połowa parku czołgowego WP (maszyny typu T-72 i PT-91). Wszystkie transportery gąsienicowe, znajdujące się na stanie wojska, mają zwykle po 40 lat. Wprowadzane na wyposażenie samobieżne haubice Krab, to istotny skok jakościowy. Jednak nasza artyleria nadal pozostaje daleko w tyle za wiodącymi państwami NATO oraz potencjalnym przeciwnikiem – Rosją. Kupiony w zeszłym roku dywizjon Himars zabezpiecza w tym obszarze zaledwie jedną czwartą potrzeb. Za kolejne trzy – jeśli je kupimy – zapłacić trzeba będzie grubo ponad miliard złotych.

A mowa tylko o „najgrubszych” elementach programu modernizacji armii. No i nie wspomniałem dotąd o czymś, co w wojsku określane jest mianem środowiska sieciocentrycznego. Wyjątkowość platformy, jaką jest F-35, sprowadza się nie do jego uzbrojenia, awioniki czy wspomnianej „niewidoczności” (czy raczej niskiej widoczności). „Trzydziestka-piątka” to „bank informacji” zdolny współpracować z każdym dowolnym elementem sił zbrojnych – także tym najniższego szczebla. Zebrane przez niego informacje mogą posłużyć lepszemu wykorzystaniu zarówno batalionu czołgów, jak i pojedynczego wozu. Mogą wesprzeć działania brygady piechoty, jak i kilkuosobowej sekcji. Stanie się tak, jeśli w sieciocentryczny system wpięte będą nie tylko dowództwa wysokiego i średniego szczebla, ale też załogi pojedynczych wozów. I tak dochodzimy do sedna. Co zrobi z otrzymanym z F-35 pakietem danych dowódca 50-letniego wówczas czołgu T-72? Albo niewiele młodszego bewupa. Pierwszy z pojazdów ma wysłużoną i kiepską armatę, drugi nieprzydatne dziś działko i system rakietowy z lat 60 XX wieku. A zatem bez zapewniania właściwego środowiska, będziemy w stanie wykorzystać zaledwie kilkanaście procent potencjału efów trzydziestych piątych. Kupując je, stwarzamy poważne zagrożenie, że na zmianę tego środowiska stać nas nie będzie. I tak błędne koło się zamyka…

—–

Fot. John Nimmo, USAF, domena publiczna

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rocznice

8 listopada 2006 roku do Polski przyleciały pierwsze dwa samoloty myśliwskie F-16, zakupione trzy lata wcześniej w USA. Już nad terytorium Polski parę „efów” szesnastych przywitały trzy MiG-29 z eskadry z Mińska Mazowieckiego. Radzieckie maszyny spotkały się z amerykańskimi, symbolicznie zwiastując nową erę w Polskich Siłach Powietrznych.

Przez następne miesiące do kraju docierały kolejne maszyny – dziś nasze lotnictwo ma ich w sumie 48, rozdzielonych między trzy eskadry. Nazywane „Jastrzębiami”, chronią polskiego nieba, biorą udział w zagranicznych ćwiczeniach (nawet tak odległych jak na Alasce) oraz w operacjach sojuszniczych. Te ostatnie to zarówno cykliczne dyżury w krajach NATO pozbawionych lotnictwa, jak i misje bojowe w ramach koalicji antyterrorystycznej w Iraku.

„Efy” to przysłowiowa pięść polskiego lotnictwa. Nowoczesne, z pełną gamą uzbrojenia (pośród nich znajdują się pociski dalekiego zasięgu Jassm), stanowią realne narzędzie odstraszania…

Zdjęcia pochodzą z albumu pt.: „Sięgając nieba”, który ukaże się niebawem nakładem wydawnictwa Warbook z okazji 100-lecia Polskich Sił Powietrznych. Ich autorem jest Bartek Bera.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Inwazja

Jest październik 2019 roku. Rosja koncentruje duże siły w obwodzie kaliningradzkim i na Białorusi. Moskwa twierdzi, że to ćwiczenia, ale z informacji polskich służb wynika, że manewry są jedynie przykrywką do rozpoczęcia inwazji na Rzeczpospolitą i kraje nadbałtyckie. Czy wyniszczone czystkami i niedoposażone Wojsko Polskie będzie w stanie stawić skuteczny opór? Zdaniem generałów Mieczysława Gocuła, byłego szefa Sztabu Generalnego WP, Mirosława Różańskiego, byłego dowódcy generalnego oraz Waldemara Skrzypczaka, dawnego dowódcy Wojsk Lądowych – autorów okładkowych recenzji „(Dez)informacji” – prawdopodobieństwo poniższego scenariusza jest bardzo wysokie…

[Fragment powieści]

Sześć godzin po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji 16 Pomorska Dywizja Zmechanizowana przestała istnieć jako zorganizowany i zdolny do obrony związek taktyczny. Intensywność ataku była tak wielka, że straty – w zależności od brygady – sięgały od 40 do 50 procent stanu osobowego. W sprzęcie zaś były jeszcze wyższe.

„Trudno to nazwać walką…” – generał Radosław Sawicki, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, miał ponurą minę. Na pozycje broniącej Warmii i Mazur „szesnastki” Rosjanie zrzucili masę stali, używając rakiet, samolotów i artylerii. Intensywności tej „obróbki” nie dało się porównać z niczym znanym z prowadzonych na przestrzeni ostatnich lat wojen. W efekcie polskie oddziały rozpierzchły się – tylko nieliczne były w stanie podjąć obronę. Tam, gdzie dochodziło do starć, dawały o sobie znać wojskowy kunszt i siła woli Polaków. Rosyjskie czołgi i transportery płonęły, piechota ginęła. Lecz napór Rosjan, ich liczba i determinacja, stworzyły walec nie do zatrzymania. Armia rosyjska wkraczała właśnie do Elbląga, jej czołówki pancerne dotarły do przedmieść Olsztyna. Uderzający z obwodu kaliningradzkiego wróg zajął już Mrągowo, Mikołajki, Ełk.

Siły inwazyjne, które rozpoczęły atak z terenu Białorusi, wbiły się we flanki pozycji obronnych 16 Dywizji, a niżej – na wysokości Białegostoku – stanęły naprzeciw najdalej wysuniętym oddziałom 1 Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej. Stolicę Podlasia poddano bez walki – nie licząc krótkiej wymiany ognia między rosyjskimi zwiadowcami a żołnierzami z podlaskiej brygady WOT. Skoncentrowane wcześniej między białoruskim Grodnem a Wołkowyskiem trzydywizyjne zgrupowanie parło na Warszawę, by oskrzydlić ją od północy. Oś natarcia była doskonale widoczna – biegła wzdłuż drogi ekspresowej E-8. „Dopiero co skończyliśmy modernizację tej trasy…” – gorzkie myśli zagościły w głowie Sawickiego. „Czteropasmówka posłuży teraz Ruskim do szybszego przemieszczania”.

– Nie tak to powinno wyglądać – szepnął.

Na drodze Rosjan – poza oddziałami osłonowymi wojsk operacyjnych – w Zambrowie stał batalion „terytorialsów”. Generał nie liczył na spektakularną obronę – wiedział, że nieprzyjaciel zatrzyma się dopiero na wysokości Ostrowi Mazowieckiej. Tam na rosyjskie czołgi czekały polskie Leopardy 2. Jeśli wcześniej nie zniszczy ich lotnictwo wroga, Sawicki zyska kilkanaście godzin. Kiedyś dowodził brygadą Leopardów, znał wysoką wartość tych niemieckich pojazdów. Mogły zniszczyć właściwie wszystko, czym dysponowali Rosjanie, lecz czy zdołają podjąć równorzędną walkę?

Maszyny były na wyposażeniu żołnierzy 1 Dywizji od niedawna – wcześniej Leopardy znajdowały się na stanie 14 Lubuskiej Dywizji Pancernej. Odwodowej, rozlokowanej przy granicy polsko-niemieckiej. Zmiana koncepcji rozmieszczenia polskich sił – przeforsowana przez Partię Sprawiedliwości – zakładała przesunięcie większego potencjału na wschód kraju. W jej ramach odtworzono 1 Dywizję, a należące do niej cztery bataliony pancerne wyposażono w czołgi dotąd stacjonujące na zachodzie. „Czternastka” – przez lata najsilniejszy związek taktyczny tego typu w Europie – dostała czołgi z wojskowego muzeum. Ta roszada, w efekcie której 250 Leopardów znalazło się w okolicach Warszawy, podzieliła środowisko mundurowych. Ale dziś rozmowy na ten temat były właściwie bezprzedmiotowe. Liczył się fakt, że najwcześniej przezbrojony z batalionów 1 Dywizji jeździł Leopardami już dwa lata – dość, by mówić o gotowości operacyjnej. Pozostałe trzy raptem kilka miesięcy.

Na domiar złego kończyła się amunicja wyprodukowana w Niemczech. Zapasów zaś nie odświeżono. Pancerniacy zmuszeni byli używać pocisków polskiej produkcji. Lepszych niż pierwotne partie – których egzemplarze potrafiły wybuchać w lufie – lecz nadal mniej skutecznych niż niemieckie oryginały. Taki był praktyczny wymiar obsesji polityków, by dostawy dla sił zbrojnych RP oprzeć na nieefektywnym rodzimym przemyśle obronnym.

A to nie było jedyne zmartwienie szefa sztabu. Rosyjskie ugrupowanie, skoncentrowane na wysokości białoruskiego Brześcia, też nie próżnowało. Nieprzyjacielskie dowództwo rozdzieliło je na dwie części. Siły operujące bardziej na północ wzięły z marszu Terespol, dwie godziny później Białą Podlaską, a teraz zmierzały w kierunku Siedlec. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni i znajomości planów nieprzyjaciela, by wiedzieć, że celem tej grupy było podejście pod polską stolicę od strony wschodnich i południowych dzielnic.

„Nie tak łatwo, skurwysyny” – pogroził w myślach Sawicki. W Siedlcach i okolicy czekały na Rosjan liczne oddziały 1 Dywizji, które – jak wynikało z raportów – mimo poważnych strat zachowały zdolność bojową. Generał pokładał nadzieję głównie w izraelskich przenośnych wyrzutniach rakietowych Spike. Polska miała ich ćwierć tysiąca, na tym odcinku około trzydziestu. W ostatnim półroczu kończyły się terminy przydatności niemal dwustu najstarszych rakiet – wojsko więc sporo strzelało. Teraz – Sawicki zatarł ręce – doświadczenie operatorów powinno przynieść odpowiedni skutek. Oczyma wyobraźni generał widział dziesiątki płonących rosyjskich czołgów.

Ta bitwa miała dopiero nadejść, inne starcia toczyły się już na drugiej osi natarcia zgrupowania brzeskiego armii rosyjskiej. Na przedmieściach Lublina krwawą jatkę czołówkom zmechanizowanym wroga sprawiały właśnie oddziały 6 Brygady Powietrznodesantowej. W polskich planach nie przewidywano obrony tego miasta – spieszonych spadochroniarzy użyto w działaniach opóźniających. „Czerwone berety” wywiązywały się z zadania znakomicie, ale było jasne, że niebawem będą musiały opuścić pozycje. Spadochroniarzy szkolono do walk w okrążeniu – mogliby zostać w Lublinie i wytrwać w nim jeszcze kilka dni – szkoda jednak było tracić w ten sposób jedną z najlepszych brygad Wojska Polskiego. W tym rejonie obronę zamierzano ustanowić na Wiśle, z silnymi punktami oporu w Dęblinie, Puławach, Kazimierzu Dolnym i Sandomierzu.

Rosjanie mogli tu utknąć na dłużej – pod warunkiem, że nie użyją swoich sił skoncentrowanych na Ukrainie.

Południowy front, póki co, nie został otwarty.

– Chociaż tyle… – westchnął Sawicki.

Właśnie mściła się na Polsce odkładana przez lata decyzja o zakupie systemu obrony przeciwrakietowej. Nie było czym zestrzeliwać rosyjskich rakiet, samoloty przeciwnika niemal bezkarnie hasały po polskim niebie. Obrona przeciwlotnicza istniała jedynie w zalążkowej formie, biało-czerwone lotnictwo już na początku otrzymało potężne uderzenie. Rosjanom udało się zniszczyć jeszcze na ziemi jedną trzecią samolotów F-16. Rakiety podobne do tych, które obróciły w perzynę bazę w Łasku, bez trudu raziły wiele innych najważniejszych instalacji obronnych Rzeczpospolitej. Wróg zaatakował między innymi wszystkie porty i stałe lotniska, fabrykę amunicji i zakłady remontowe. Zniszczył siedem z dwunastu baz materiałowych WP, liczne budynki dowództw oraz elementy wojskowego systemu łączności. I wciąż zadawał Polakom kolejne ciosy.

– Zambrów padł – ten komunikat prędzej czy później musiał wybrzmieć. Sawicki spojrzał na dowódcę WOT. Pająk zachowywał się jak ojciec na meczu szkolnej ligi, w którym drużyna syna właśnie dostawała solidne baty.

– A czego się spodziewałeś? Że twoi chłopcy zrobią tam Stalingrad? – zadrwił pod nosem szef sztabu. Mimo to było mu żal kolegi. Właściwie to żałował wszystkich, którzy w tych dniach nosili mundur Wojska Polskiego.

Omiótł wzrokiem Strategiczne Centrum Dowodzenia, pełne mężczyzn i kobiet ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Siedział przy długiej ławie, w wygodnym fotelu. Niczym w kinie miał poniżej kilka rzędów z podobnymi siedziskami, a na wprost gigantyczny ekran z mapą Polski i najbliższego sąsiedztwa. To był prawdziwy cud techniki, bodaj najnowocześniejsze urządzenie w Wojsku Polskim. Zawarte na nim dane odwzorowywały sytuację na teatrze działań wojennych niemalże w czasie rzeczywistym. Aktualizowano je w oparciu o meldunki spływające z poszczególnych dowództw – część z tych czynności odbywała się automatycznie, część za sprawą ludzi siedzących poniżej Sawickiego. On sam miał przed sobą komputer, na który otrzymywał wszystkie raporty – te ważniejsze anonsowali mu podwładni z niższych rzędów, dzwoniąc na telefon stojący przy klawiaturze.

Oprócz tego aparatu generał miał jeszcze do dyspozycji urządzenie do łączności niejawnej, za pomocą którego mógł się łączyć ze wszystkimi abonentami sieci. Jedna z linii zarezerwowana była dla zwierzchnika sił zbrojnych RP. Sawicki właśnie uświadomił sobie, że niebawem będzie musiał jej użyć.

Sytuacja, w jakiej znalazła się Rzeczpospolita, była dramatyczna.

Orlik

Dziś nietypowo – udostępniam łamy komu innemu. Autorem poniższego materiału – a przede wszystkim świetnej galerii – jest Bartek Bera, najlepszy fotograf lotniczy w Polsce.

—–

Polskie F-16 po raz pierwszy dołączą do misji Baltic Air Policing, prowadzonej od 2004 roku przez państwa NATO i mającej na celu zapewnienie bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej Litwy, Łotwy i Estonii.

Kraje bałtyckie korzystają ze wsparcia sojuszników, ponieważ same nie posiadają lotnictwa myśliwskiego. W związku z tym nie mogą wystawić standardowego w Sojuszu dyżuru QRA (ang. Quick Reaction Alert), pozwalającego przechwycić statki powietrzne naruszające przestrzeń powietrzną lub poruszające się w przestrzeni międzynarodowej wbrew zasadom jej użytkowania (chodzi przede wszystkim o maszyny poruszające się nad Morzem Bałtyckim z wyłączonym transponderem, koniecznym do identyfikacji, lub bez złożonego planu lotu).

To już siódmy Orlik

Początkowo natowskie samoloty zabezpieczały misję z lotniska Szawle, znajdującej się w połowie drogi między Wilnem i Kłajpedą. Litwini, pełniący rolę tzw.: host nation, zabezpieczali pobyt kontyngentu sojusznika, stopniowo rozbudowując infrastrukturę swojej głównej bazy (hangary, nawierzchnie dróg kołowania i pasa startowego, płyty postojowe, budynki socjalne, wieże i budynek wojskowego portu lotniczego). Z czasem, wraz ze wzrostem aktywności lotnictwa Federacji Rosyjskiej, misja została rozszerzona o drugą lokację – bazę Amari w pobliżu Tallina. Jednocześnie zwiększono liczbę kontyngentów z jednego do czterech (model ten funkcjonował w latach 2014-2015 – Szawle gościły dwa zespoły po cztery samoloty, Amari jeden, a czwarty operował z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Malborku). Obecne podejście zakłada współpracę narodu wiodącego (leading nation – Szawle) z narodem wspierającym – (augmenting nation – Amari).

Polski Kontyngent Wojskowy Orlik 7, liczący około 100 osób personelu i 4 samoloty F-16C, wydzielony z 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Poznaniu-Krzesinach, przejmie obowiązki 2 maja (wtedy nastąpi symboliczne przekazanie klucza do Państw Bałtyckich), od zespołu holenderskiego (zapewne jedna z ostatnich misji królewskich F-16, ustępujących miejsca F-35), który z kolei w styczniu zastąpił Francuzów i ich Mirage 2000. Partnerami Polaków będą Hiszpanie, którzy w Estonii wymienią Niemców wracających do kraju po 8 miesięcznej zmianie (załogi i personel rotowały się po czterech miesiącach). W hangarach Amari myśliwce Eurofighter wymienione zostaną przez F-18 Hornet.

Mity na temat rosyjskiej aktywności

Koordynowaniem dyżurów bojowych oraz zarządzaniem wylotami alarmowymi (Alpha Scramble) i treningowymi (Tango Scramble) zajmuje się centrum operacyjne CAOC (Combined Air Operation Centre) w niemieckim Uedem. To właśnie stamtąd napływa sygnał podrywający parę dyżurną, która następnie jest kierowana w stronę niezidentyfikowanej maszyny, znajdującej się w pobliżu terytorium NATO. Zwykle interwencje takie dotyczą rosyjskich maszyn lecących do lub z Obwodu Kaliningradzkiego. Bardzo często, mimo obowiązku składania planów lotu i poruszania się z włączonym transponderem, Rosjanie zasady te ignorują – co skutkuje koniecznością wizualnej identyfikacji przez uzbrojoną parę dyżurną. Para QRA zwykle towarzyszy maszynom rosyjskim do czasu opuszczenia rejonu odpowiedzialności, po czym wraca do jednej z baz BAP. Trzeba podkreślić, że obie strony nie demonstrują agresywnych zachowań – są to raczej swoistego rodzaju szachy w powietrzu, którym jednak daleko do otwartej konfrontacji. Wbrew prezentowanym często nieprawdziwym informacjom, Rosjanie praktycznie nigdy nie naruszają przestrzeni powietrznej Państw Bałtyckich (pojedyncze incydenty trwają kilka sekund i dotyczą głównie wysp estońskich).

Nieco gorętsze lato

Teoretycznie oczywiście może wystąpić konieczność zestrzelenia „intruza”, dlatego maszyny przenoszą rakiety powietrze-powietrze w różnych konfiguracjach – oczywiście po części jest to demonstracja siły i „pokazanie flagi” typu: „NATO jest obecne i gotowe”.

Ponieważ Polska po raz pierwszy wysyła swoje najnowocześniejsze samoloty na bałtycką misję (sześć poprzednich Orlików zabezpieczały MiGi-29), a jest to wersja F-16 nigdy wcześniej tam niewidziana – prawdopodobnie można się spodziewać wzrostu aktywności statków powietrznych z czerwoną gwiazdą. „Twarde” prowokacje, znane z pogranicza grecko-tureckiego, nie wchodzą w rachubę; będzie to raczej testowanie „nowości na bałtyckim rynku”.

Dla pilotów F-16 obowiązki związane z dyżurami będą takie same, jak w kraju, gdzie całodobowo jedna z czterech Baz Lotnictwa Taktycznego utrzymuje dwa samoloty w gotowości do startu na sygnał od centrum dowodzenia w Uedem. Nie zmienia to faktu, że lato może być dla nich nieco gorętsze niż zazwyczaj.

Misja Orlika 7 skończy się na początku września, gdy Polaków zluzują Amerykanie.

—–

Polskie F-16 przejmą obowiązki już 2 maja/fot. Bartek Bera

Postaw mi kawę na buycoffee.to