Pol-Ukraina

Pisze i mówi jeden z drugim, że Ukraina wojnę przegrywa. Można by olać takie opinie, w końcu gros tego szumu pochodzi z mediów epatujących nas tytułami w stylu „szok”, „przecierali oczy ze zdumienia” czy „ona już tak nie wygląda!”. Gdzie nadrzędną wartość ma klikalność, a choćby i na przekór faktom czy logice. Gdzie do rangi esencji rzeczywistości urasta dupa celebrytki, a wszystko inne to jedynie dodatek, „nadbudowa”, jak napisałby dziadek Marks. „Nadbudowa”, która za sprawą wspomnianej dupy też nabiera gównianego kształtu. Dużo, szybko, byle jak. „Portaloza” – choroba współczesnych mediów cyfrowych – nie jest jednak zjawiskiem endemicznym, nie da się w reakcji na nie machnąć ręką i powiedzieć: ee, to tylko takie internetowe pierd…nie. Bo i owszem, pierd…nie, ale o dużej sile rażenia. Płytkie, za to efektowne frazy to dziś główny rezerwuar wiedzy; mało komu chce się szukać pogłębionych analiz, specjalistycznej, popartej rozległym doświadczeniem relacji. A już nie daj boże za to płacić. Mamy więc to, co mamy – realność, w której powierzchowne obserwacje kreują ogląd świata u sporej części odbiorców mediów.

Mam niebywałe szczęście i honor mieć Czytelników, którzy szukają, wątpią. Nic zatem dziwnego, że bombardujecie mnie ostatnio pytaniami, jak to z tym przegrywaniem Ukrainy jest. Dziękuję za zaufanie dla moich kompetencji, choć trzeba Wam wiedzieć, że są i tacy, którzy nazywają mnie „tępym propagandystą”. Gonię gamoni z profilu, ale rąbią mi tyłek gdzie indziej. Pal ich licho i do sedna.

Aby łatwiej zobrazować problem, pozwolę sobie na analogię. Mocno uproszczoną i przez to niedoskonałą; miejcie proszę świadomość tych uwarunkowań. Załóżmy, że to Polska jest dziś Ukrainą. Że przed ośmioma laty utraciła na rzecz Rosji po jednej trzeciej województw podlaskiego i warmińsko-mazurskiego, ze stolicami włącznie. Zamrożony konflikt zmienił się przed trzema miesiącami w pełnoskalową wojnę, w wyniku której Rosjanie wdarli się głębiej. W marcu zajęli Gdańsk, dotarli też pod Warszawę. I pod stolicą otrzymali solidny wpierdziel. Województwo mazowieckie właściwie było już ich, tymczasem na skutek lania cofnęli się daleko na wschód, uwalniając od siebie cały region. Niszcząc przy okazji Legionowo, Wyszków i Ostrów Mazowiecką, w pierwszym z miast urządzając bestialskie mordy, których skala i brutalność zszokowały cały świat. Ale mniejsza o to, skupmy się na sytuacji stricte militarnej.

Marsz na Lublin i próba przejęcia województwa lubelskiego również nie przyniosły pożądanych skutków. Choć jeszcze pod koniec lutego rosyjskie oddziały usiłowały wedrzeć się do centrum Lublina, w połowie maja Polacy pognali ich aż do przejścia granicznego we Włodawie. Obecnie skrawki województwa znajdują się pod rosyjską okupacją, a pod Chełmem trwają dość intensywne walki, ale nadal nie ma potrzeby, by Polacy wycofali się na zachód i oparli linię obrony na Wiśle. Ów manewr – jeśliby go zastosować wzdłuż całej linii królowej polskich rzek – oznaczałby, że Polska oddała dwie piąte terytorium i że jest w bardzo poważnych tarapatach.

Na razie, poza północnym odcinkiem frontu, nie ma potrzeby odwrotu „za rzekę”.

Mimo dojścia do Gdańska, ruskim przez blisko trzy miesiące nie udało się zająć Elbląga. Uparli się nań, bo choć port tam taki-se, to jednak trudno mówić o kontroli pasa wybrzeża, skoro elbląski garnizon miał duże możliwości szkodzenia agresorom na tyłach. Elbląg więc otoczono, w Gdańsku i dalej wzdłuż Wisły, gdzieś tak do Tczewa się okopano. Głębiej (na zachód) i niżej (na południe) byli już i są Polacy.

Mamy więc początek czerwca, za chwilę minie 100 dni od rozpoczęcia inwazji. Putin żąda, by jego wojska jeszcze dziś zajęły całe województwo warmińsko-mazurskie, a do 1 lipca podlaskie. Innymi słowy, rosyjski prezydent daje swoim wojskowym 30 dni na „skompletowanie” brakującej połowy Podlasia. Pierwszy cel jest już na wyciągniecie ręki, niedawno bowiem padł Elbląg, a agresorzy muszą tylko zająć Ełk i okolice. Ełk proszę Państwa, w którym dowództwo naszej armii zgromadziło spore siły nie dla obrony miasta, a dla zaangażowania i wykrwawienia jak największych sił rosyjskich. W Ełku nie ma nic, czego warto by uporczywie bronić, ale Polacy dobrze wiedzą, że dla Putina miasto stało się celem zastępczym i mocno symbolicznym. Bo on MUSI coś zdobyć, coś więcej niż kolejne wioski i kilkutysięczne miasteczka. No więc trwa bitwa na łuku ełckim – jak nazywają miejsce media, zważywszy na specyficzne ułożenie linii obronnych. Oddziały rosyjskie, po zajęciu Grajewa, wychodzą na tyły ełckiego garnizonu, ale o kotle nie ma mowy. Domknięcie obrońców wymagałoby powodzenia natarcia z rejonu Orzysza, które jednak wciąż napotyka na silny polski opór.

Ełk właściwie już nie istnieje – to gruzowisko, które polskie oddziały powoli opuszczają, cały czas w walce, cały czas angażując rosyjskie siły. Absolutnie nieproporcjonalne do skali miasta, wystarczające do szturmowania pięcio-sześciokrotnie większej miejscowości.

I tych sił brakuje Rosjanom na północy. Tymczasem z Gdyni/Wejherowa wychodzi polskie przeciwnatarcie. Jego celem nie jest jeszcze oswobodzenie Gdańska, raczej wyczyszczenie zachodniej części Żuław z rosyjskiej obecności. Dziś trudno przesądzić, jak to się skończy, ale lokalne sukcesy – na przykład odbicie Kowali, Borkowa czy Pruszcza Gdańskiego – zdają się być świetnym prognostykiem. „Od połowy marca do dziś wyzwoliliśmy ponad 500 miejscowości” – mówi prezydent w jednym z codziennych orędzi. Kilka dni temu był w Lublinie, pod nosem orkowego lotnictwa i dalekonośnej artylerii. Dziś znów jest w Warszawie, jak cały polski rząd, parlament i inne organa władzy państwowej.

Do stolicy wciąż przyjeżdżają zagraniczne delegacje, władze Rzeczpospolitej ani na moment nie utraciły podmiotowości. W trzech czwartych kraju toczy się w miarę normalne życie, choć blisko 2,5 mln Polaków uciekło do Niemiec, Czech i Słowacji. Na Szczecin, Poznań, Wrocław, Katowice, Kraków co jakiś czas spadają rakiety, Rosjanie regularnie ostrzeliwują z artylerii Gdynię, Brodnicę, Mławę, Łomżę, Zambrów, czasem udaje im się dosięgnąć Lublin, którego przedmieścia mocno ucierpiały podczas marcowych walk. Próbują atakować pociskami manewrującymi Warszawę (w której podczas niedoszłego oblężenia ucierpiało około 5 proc. zabudowy), lecz miejscowa obrona przeciwlotnicza udaremnia większość uderzeń.

Nadbrzeżne dywizjony rakietowe trzymają w szachu rosyjską flotę bałtycką, linia brzegowa od Helu po Świnoujście nie nadaje się – patrząc z rosyjskiej perspektywy – do desantu. Za dużo tam wojska i przeszkód inżynieryjnych.

W powietrzu wciąż stosunkowo łatwo natknąć się na któryś z polskich F-16 czy na migi i suchoje. Mimo ataków na lotniska dwie trzecie polskich samolotów zdołało wejść do walki, dziś jest ich nawet więcej dzięki dostawom sojuszników. A ruskie latają symbolicznie, bojąc się wyrzutni przeciwlotniczych, których Polacy mają na pęczki. I których nie ubywa, o co także dbają sojusznicy.

Więcej jest też czołgów niż w momencie rozpoczęcia inwazji, bo choć polscy pancerniacy toczyli i toczą ciężkie boje, straty z naddatkiem rekompensuje zdobyczny i wysłany przez zaprzyjaźnione kraje sprzęt. Co tyczy się również artylerii, mającej teraz decydujące znaczenie w bojach w warmińsko-mazurskim i podlaskim. Rosjanie weszli do walki z kilkukrotną przewagą luf i ogromnymi zapasami amunicji. Walą na oślep, wagonami pocisków, zadając Polakom duże straty. Ale sami ponoszą jeszcze większe, rażeni rzadszym, ale precyzyjnym ogniem bardziej „inteligentnych” systemów artyleryjskich (gdzie radar i dron „robią robotę”).

Globalnie rzecz ujmując, Rosję dociskają sankcje gospodarcze, kończą się jej rezerwy możliwego do użycia wojska. Zajecie mniej więcej 20 proc. terytorium Polski kosztowało Kreml jedną trzecią całości sił lądowych, licząc zabitych, rannych, wziętych do niewoli, zaginionych i dezerterów.

Tymczasem Polacy szykują na tyłach ponadstutysięczny odwód wyposażony nawet lepiej niż jednostki, które stanęły do boju w dniu inwazji.

W dniu, w którym Putin ogłaszał, że jego oddziały w ciągu doby wejdą do Warszawy, a po trzech osiągną linię Odry.

Takie to rosyjskie zwyciężanie…

Ps. I ja rozumiem, że dla kogoś z Ełku utrata Ełku to dramat. No ale ludzie, get real

—–

Nz. Efekty „denazyfikacji”…/fot. Marcin Ogdowski

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przymus

Zimą Władimir Putin grał o wielką stawkę – chodziło mu nie tylko o zwasalizowanie Ukrainy, ale również o zmarginalizowanie roli NATO w Europie Środkowo-Wschodniej. Polska i kraje nadbałtyckie – wedle zamierzeń Kremla – miały stać się członkami Sojuszu drugiej kategorii, de facto wejść w szarą strefę bezpieczeństwa. Bez natowskich instalacji, bez obecności obcych wojsk, z mocno ograniczoną możliwością przeprowadzania sojuszniczych ćwiczeń. Taki pakiet „propozycji” – obok uznania Ukrainy za jej strefę wpływów – rzuciła na stół Moskwa. W zamian miało nie dojść do wojny – tej już wówczas przygotowanej, w Ukrainie – oraz tej w przyszłości, gdzie ewentualnym celem byłyby kraje dawnego bloku wschodniego. „Nowa architektura bezpieczeństwa Europy” – jak nazwano ów pomysł na Kremlu – spotkała się z przyjęciem, z jakim później zderzył się dowódca krążownika „Moskwa”, namawiający załogę Wężowej Wyspy do poddania się. To przede wszystkim Joe Biden – ostoja zachodniej jedności – posłał Putina do diabła. Waszyngton wrzucił NATO na wyższy bieg, do Europy przyjechali kolejni amerykańscy żołnierze, to wówczas też wąski dotąd strumień dostaw sprzętu wojskowego dla Ukrainy znacząco się poszerzył. Jestem pewien, że z perspektywy czasu będziemy postrzegali te wydarzenia jako początek końca Putina.

Już dziś widać, że ten przerżnął niemal wszystko, co tylko mógł przerżnąć. Sporo o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał. Na potrzeby tego tekstu wspomnę tylko, że putinowska próba ograniczenia wpływów NATO w Europie skończyła się tym, że Rosji przybędzie 1300 kilometrów granicy z Sojuszem. A że wraz z Finlandią do Sojuszu wejdzie także Szwecja, Bałtyk stanie się „natowskim jeziorem”. Oczywiście, jak tylko pojawiły się pierwsze doniesienia o planach Helsinek i Sztokholmu, Ławrow i jego banda usiłowali zastraszać oba kraje. Tyle że dziś rosyjskie groźby są bardziej żałosne niż straszne, więc ani Szwedzi, ani tym bardziej Finowie się nie ulękli (ci drudzy za to chętnie przypomnieli Rosjanom, jak skończyła się dla nich „wycieczka” na fińskie ziemie w 1939 roku). Występujący po tym wszystkim Putin, mówiący, że samo członkostwo Szwecji i Finlandii nie stanowi dla Rosji zagrożenia, był już tylko dopełnieniem obrazu niemocy Moskwy. Główny lokator Kremla pewnie inaczej by się zachował, gdyby jego armia – to, co w niej najlepsze i najcenniejsze – nie krwawiła teraz w Ukrainie. Poniżone, przetrzebione i obdarte z mitu wysokiej skuteczności i nowoczesności wojsko nie jest argumentem, z którym można wchodzić do przedstawicieli zachodniej wspólnoty – nawet jeśli ci dopiero aspirują, a nie są już w NATO. To musiała być dla „Wowy” naprawdę gorzka piguła.

Dziś jedyną jego deską ratunku „na odcinku fińsko-szwedzkim” pozostaje turecki prezydent Recep Erdogan – wieszczą niektórzy komentatorzy (chorwacka głowa państwa, o której także wspomina się w tym kontekście, nie ma nic do powiedzenia; w Chorwacji realną władzę sprawują rząd i parlament). Bo aby wstąpić do NATO, potrzebna jest zgoda wszystkich członków Sojuszu – a Turcja ma za złe Szwecji i Finlandii, że stały się azylem dla kurdyjskich partyzantów i opozycjonistów. „Nie!” Ankary jest przez nią otwarcie artykułowane, stając się nie tylko nadzieją dla Putina, ale i pożywką dla wspomnianych pesymistów. Czy słusznie? No chyba nie…

W Polsce mamy z Turkami w NATO złe doświadczenia.

– Rok temu Turcja odmówiła ratyfikowania planów operacyjnych dla Polski – mówił mi latem minionego roku gen. Mieczysław Gocuł, były szef sztabu generalnego Wojska Polskiego. Rozmawialiśmy o polskich zakupach tureckiego uzbrojenia; generałowi nie podobał się ten pomysł. Zwróciłem uwagę, że z planami zawsze był kłopot, bo ich podpisanie to zarazem deklaracja pomocy, z której potem trzeba by się wycofywać przed kamerami, czego żaden rząd nie lubi.

– Ale nikt nigdy nie odmówił ich podpisania. Nawet jeżeli któryś kraj był niechętny, wyrażano to w ramach wewnętrznej debaty. Turcja tymczasem ogłosiła wszem wobec: „Polacy, bujajcie się”. A my idziemy do nich kupować uzbrojenie – oceniał z przyganą generał.

Sprawę planów operacyjnych ostatecznie przepchnięto (kiedyś napiszę o tym więcej), choć skandaliczne wielomiesięczne targi z Ankarą oznaczały dla Polski ryzykowny stan zawieszenia (nawet najlepsze wojsko nie może działać bez planu…).

Było-minęło. Turcja znów staje okoniem i znów ulegnie. Pomijam zapowiadane już zabiegi sekretarza generalnego NATO, pomijam przyszłe misje innych natowskich polityków, którzy będą podróżować do tureckiej stolicy – najważniejszą robotę znów wykona administracja Joe Bidena. Bo to USA ma w tej grze „najlepsze karty”. Aby to wyjaśnić, cofnijmy się do nieodległej przeszłości.

Kiedy wiosną 2019 roku Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 roku włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO”, zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Turcy nie byli gotowi na utratę F-35, nie docenili determinacji Amerykanów i przeszarżowali. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, planuje pozyskać 75 F-35 – no i już dziś ma bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, mogłoby się okazać, że już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Byłaby ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku u.br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji. I czy w ogóle coś sensownego z tego wyjdzie.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jeszcze do niedawna mogła się wydawać dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin jeszcze w 2019 roku zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Ale właśnie, słowo-klucz: teoretycznie. Wojna w Ukrainie obnażyła masę słabości rosyjskiego uzbrojenia, nawet tego z „wyższej półki”. Wiadomo już, że ustępuje ono zachodnim odpowiednikom, a co gorsza, owa przepaść będzie się pogłębiać na skutek sankcji. Rosjanie – o czym pisałem tu wielokrotnie – w swoim najlepszym uzbrojeniu implementowali na potęgę zachodnią elektronikę. Własnej, odpowiedniej klasy, nie są w stanie wyprodukować. Brak dostępu do importowanych podzespołów właściwie zamyka sprawę możliwości eksportowych Rosji. A same „skorupy” nie będą Turkom potrzebne.

To zresztą stawia w ciekawym świetle przyszłość kupionych przez Turcję S-400. Ankara nabyła w sumie cztery baterie Triumfów. To symboliczny potencjał, a bez możliwości jego powiększenia, na dłuższą metę nieprzydatny. Przydałby się za to w Ukrainie, gdzie zestawy obrony powietrznej z rodziny S, od dawna są w użytku. Turcję i Ukrainę wiążą dziś bliskie wojskowe relacje, których symbolem (i istotą) są słynne drony Bayraktar. Nie da się zatem wykluczyć, że stanowiące niegdyś kość niezgodny między Waszyngtonem a Ankarą S-400 trafią na ukraiński front.

Niezależnie od tego, modernizacyjny przymus, przed jakim stoi Turcja, daje Amerykanom wspomniane „dobre karty”. Nie podejmę się oceny, czy wystarczy, żeby Waszyngton „dał” Turkom „efy szesnaste” wraz z pakietami modernizacyjnymi, czy też niezbędne okaże się przywrócenie Turcji do programu F-35 (ta druga opcja stanie się bardziej prawdopodobna, jeśli armia turecka pozbędzie się S-400). Tak czy inaczej, Erdogan Szwecji i Finlandii nie zatrzyma – za bardzo potrzebuje nowoczesnych samolotów.

PS. Amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary. – S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówił mi kilka miesięcy temu Dawid Kamizela, ekspert od spraw wojskowych. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

—–

Nz. Resztki rosyjskiego sprzętu wojskowego, oglądane przez ukraińskich żołnierzy. Krwawiąca w Ukrainie armia Putina, czyni pogróżki rosyjskiego prezydenta żałosnymi/fot. Генеральний штаб ЗСУ

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dopalacze

Moskwa eskaluje napięcie nie tylko na granicy z Ukrainą, ale też w relacjach z NATO. W takich uwarunkowaniach na miano „frontowych oddziałów” zasługują sojusznicze formacje strzegące nieba nad państwami bałtyckimi. Wśród nich jest obecnie Polski Kontyngent Wojskowy Orlik, a konkretnie jego 10. zmiana. Polakom na F-16 towarzyszą Duńczycy i Belgowie na tym samym typie maszyn, oraz Amerykanie z F-15. Jastrzębie stacjonują w litewskim Szawle razem z Duńczykami. Kontyngent z USA i Belgii bazuje w estońskim Amari.

Misja Polaków – pełniących rolę leading nation – potrwa jeszcze dwa miesiące. Warto zaznaczyć, że Duńczycy i Amerykanie pojawili się w bieżącej zmianie Baltic Air Policing w reakcji na ostatnie napięcia.

Kilka dni temu operacjom Orlika przyglądał się Bartek Bera – oto jego fantastyczne zdjęcia.

Nz. Rzadki widok F-16 lecącego z uruchomionym dopalaczem

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Demobil

Kilka tygodni temu Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych pozbyła się dwóch atomowych lotniskowców – USS Kitty Hawk i USS John F. Kennedy. Potężne jednostki – symbol amerykańskiej dominacji na morzach i oceanach – sprzedano za… dwa centy. Okręty nawet bez uzbrojenia i samolotów na pokładzie warte są setki milionów dolarów, nabywca więc – firma International Shipbreaking Limited (ISL) z siedzibą w Brownsville w Teksasie – może mówić o intratnym kontrakcie. Lecz ISL nie jest prywatną korporacją wojskową z własnym komponentem morskim. Nie jest również muzeum, zainteresowanym wystawieniem okrętów jako eksponatów. To stocznia specjalizująca się w złomowaniu i recyklingu statków, będących źródłem wielu, często rzadkich, surowców. Ale i rtęci, azbestu czy materiałów radioaktywnych, co proces demontażu czyni wyjątkowo kosztownym. US Navy takich kosztów ponosić nie zamierzała, ISL – przy symbolicznej cenie zakupu – i tak zarobi kilkadziesiąt milionów dolarów. Wszyscy zatem będą zadowoleni.

Czy zadowolony będzie także nabywca okrętu podwodnego polskiej marynarki wojennej? Jednostki typu Kobben – OORP „Kondor”, „Bielik” i „Sęp” – kończą właśnie służbę. Pierwotnie już kilka miesięcy temu jeden z nich miał pójść pod młotek. Wskazano, że jest to mienie piątej kategorii, co sugerowało wysoki stopień zużycia. To akurat nie może dziwić, jednostki bowiem liczą sobie po 50 lat. Cena wywoławcza pojedynczego okrętu nie była znana – mówiło się o 700-750 tys. zł. Do transakcji jednak nie doszło. – Ministerstwo Obrony Narodowej zwróciło się z pytaniem do Norwegów, czy zgodzą się na sprzedaż Kobbenów. Odpowiedź jeszcze nie przyszła – tłumaczy Małgorzata Weber z Agencji Mienia Wojskowego (AMW), do której armia przekazuje zbędny sprzęt. Przypomnijmy: to Norwegowie podarowali Polsce Kobbeny. Cztery wcielono do służby w latach 2002-2004, jeden od razu przeznaczono na części. Miały być rozwiązaniem pomostowym, do czasu pozyskania nowych jednostek. „Pomost” okazał się dużo trwalszy – pierwszy z Kobbenów został wycofany dopiero w 2017 r. Nowych okrętów nie ma do dziś.

Transporter opancerzony niezastąpiony

Okręty najpewniej do oferty AMW wrócą, bo trudno spodziewać się negatywnej odpowiedzi, skoro sprawa dotyczy muzealnego de facto sprzętu. Ale zainteresowani demobilem już dziś mogą znaleźć sporo ciekawych ofert. Większość asortymentu to niepotrzebne już zapasy z czasów Układu Warszawskiego, kiedy armia liczyła 400 tys. żołnierzy (trzy razy więcej niż dziś), choć nie brakuje też bardziej współczesnych akcesoriów. Przed laty sporym zainteresowaniem cieszyły się wojskowe śmigłowce i odrzutowce – ślady tego widzimy w całej Polsce, w postaci reklamujących usługi stacji benzynowych czy restauracji migów i suchojów. Ale maszyny z biało-czerwoną szachownicą trafiały również do innych krajów, ba, nawet za ocean. Kupowali je ekscentryczni bogacze i byli piloci dawnego NATO, którzy wcześniej znali migi z przygranicznych przelotów i „walk” toczonych na symulatorach. Do 2006 r., przez pierwsze 10 lat funkcjonowania, AMW sprzedała ponad 250 śmigłowców i samolotów m.in. do Danii, Francji, USA i Australii. Niektóre z nich wciąż latają – często w oryginalnym malowaniu – stanowiąc prawdziwą ozdobę lotniczych imprez na całym świecie.

Dziś Agencja nie oferuje żadnego statku powietrznego. Sporo jest za to transporterów opancerzonych SKOT i BRDM. Pytanie, po co komu one? SKOT-y dla przykładu przydają się w gaszeniu pożarów. Szlak przetarła firma Dragon z Dąbrowy Górniczej, która jeszcze w latach 90. zaczęła przerabiać je na wozy strażackie. Ośmiokołowe pojazdy wjadą tam, gdzie nie dojedzie samochód gaśniczy. Idealnie sprawdzają się na stromych stokach i w gęstych lasach, o czym przekonali się choćby w Drzewicy. Tamtejsza Ochotnicza Straż Pożarna od lat ma na stanie „podrasowanego” we własnym zakresie SKOT-a. „Pali jak smok”, ale bywa niezastąpiony. To jednak „wisienki na torcie” – gros oferty stanowią mniej „egzotyczne” pojazdy, których sprzedaż jest ściśle powiązana z wycofywaniem z jednostek WP sprzętu transportowo-inżynieryjnego. Do AMW najczęściej trafiają dobrze znane Polakom ciężarowe Stary i Jelcze, podnośniki, przyczepy transportowe, zdarzają się jeszcze ciągniki Ursus i samochody terenowe Tarpan.

Czołg i rakieta nie dla każdego

– W tym roku oddziały regionalne sprzedawały m.in.: autobusy Autosan H10, osobowe Audi A6 i Ople Vectra II, Honkera 2324, samochody średniej ładowności Star-200, mikrobusy Lublin II, sanitarkę Iveco, cysterny na przyczepie dwuosiowej, przyczepy transportowe dużej ładowności P-4, wóz ratowniczo-gaśniczy Jelcz 315 – wymienia Małgorzata Weber. – Były też perełki motoryzacji – mercedesy 290 GD, legendy z lat dziewięćdziesiątych oraz UAZ 452 z 1985 roku. Sprzedano również podwozie Stara 660 M3 – bardzo rzadką wersję zmodernizowaną współcześnie w zaledwie kilkunastu egzemplarzach o dużej wartości kolekcjonerskiej. Do klientów Agencji trafiły warsztaty B2/SAM-WOM na Starze 266. Mówimy o pojazdach wyprodukowanych w 1979 roku, ale z powodu minimalnych przebiegów w bardzo dobrym stanie. Z pełnym wyposażeniem, na które składały się m.in. tokarki uniwersalne i agregaty spawalnicze.

Nuda, można by rzec, zaglądając do pełnej oferty, w której poza innymi klasykami – jak samochody Ural-375, Tatra-815, Kraz-255B, Gaz-66 czy Ził-131 – znajdują się… czołgi T-72, niegdyś podstawowa broń pancerna Wschodu. Albo rakiety przeciwlotnicze Kub czy haubica samobieżna 2S1 Goździk. No i cała masa broni ręcznej – popularnych „kałachów”, pistoletów maszynowych wz. 43, zwykłych P-64 i P-83, oczywiście, w komplecie z amunicją. W sumie do sprzedaży w 2021 r. zaplanowano około 40 tys. sztuk broni i sprzętu łączności (radiostacje, radiolinie, aparatownie). Tegoroczna lista asortymentu AMW obejmuje również „optykę” (w tym celowniki i noktowizory), „balistykę” (kamizelki i hełmy), oraz sprzęt OPBMR, czyli maski przeciwgazowe, odzież ochronną, filtropochłaniacze i rentgenoradiometry. Gdzie haczyk? Towar o zastosowaniu ściśle militarnym (przede wszystkim „czynne” uzbrojenie), nie jest dla każdego – aby móc go nabyć, wymagane jest posiadanie odpowiedniego pozwolenia. Człowiekowi z ulicy pozostaje – poza samochodami i sprzętem inżynieryjnym – taka drobnica jak na przykład szafy metalowe, stacje lutownicze, beczki stalowe, kurtki czołgisty, szelki do oporządzenia czy… futerały na szczoteczki do zębów (do wzięcia tylko w pakietach po 200 szt.).

Pożądana resztówka

W minionym roku obrót mieniem ruchomym przyniósł Agencji ok. 33,3 mln zł. Przeszło 17,4 mln zainkasowano ze sprzedaży mienia niekoncesjonowanego. Przychód z mienia dostępnego tylko dla podmiotów z koncesją MSWiA, wyniósł 15,8 mln zł. Przychody do uzyskania w 2021 r. zaplanowano na ponad 41,5 mln zł (odpowiednio 18,5 mln i 23 mln zł). Do końca września Agencja wykonała plan na poziomie 83%, co świadczy o niesłabnącym zainteresowaniu ofertą. A co się dzieje ze zdobywanymi w ten sposób pieniędzmi?

– Zyski odprowadzamy na Fundusz Modernizacji Sił Zbrojnych RP i Fundusz Modernizacji Bezpieczeństwa Publicznego, prowadzony przez MSWiA – informuje Małgorzata Weber. Od rozpoczęcia działalności przez Agencję, na oba fundusze trafiło 1,97 mld zł, z czego miażdżąca większość (1,88 mld) przypadła w udziale wojsku. Bywały lata, że kasa z AMW stanowiła 10% wszystkich środków przeznaczonych na zakup nowego lub modernizację posiadanego sprzętu. Trudno powiedzieć, co konkretnie za to kupiono – środki, jako składowe, wykorzystano przy większości transakcji realizowanych w ramach FMSZ. Gdyby użyć ich jednorazowo, obecnie, wystarczyłyby na zakup pięciu najnowszych wersji F-16 z pakietem logistycznym i szkoleniowym. Biorąc pod uwagę średnią cenę z minionych 25 lat, kupilibyśmy 10-12 maszyn, czyli mocno niepełną eskadrę. Mało? Cóż, pamiętajmy, że współczesne uzbrojenie – zwłaszcza amerykańskie – jest koszmarnie drogie, także w użyciu. Roczna eksploatacji posiadanych przez nas 48 F-16 to koszt rzędu miliarda złotych. Tyle też, mniej więcej, wydajemy na rokroczną odbudowę zapasów amunicji dla całych sił zbrojnych. Zatem kasa z AMW w obu przypadkach starczyłaby zaledwie na dwa lata. Ale któż by nie chciał takiej „resztówki”?

—–

Przykładowe ceny wywoławcze najczęściej kupowanych pojazdów (źr. AMW):

Lp. marka rodzaj pojazdu cena wywoławcza
1 Autobus AUTOSAN H10 10-02A 9 000,00
2 Ciągnik kołowy URSUS U-1222 20 101,00
3 Cysterna paliwowa dystrybutor CD-5W na STAR 266 11 000,00
4 Ekspedycja pocztowa na samochodzie STAR-660 12 339,00
5 Mikrobus LUBLIN 3314 2,4 4TC90 3 000,00
6 Podwozie samochodu STAR 660 M2 6 117,00
7 Przyczepa transportowa dużej ładowności D-83 (ład. 10,0 t) 8 000,00
8 Samochód wysokiej mobilności HONKER 2324 9 060,00
9 Samochód wysokiej mobilności MERCEDES 290 GD 50 000,00
10 Samochód małej ładowności FIAT DUCATO 10 2,0 JTD 5 000,00
11 Samochód ogólnego przeznaczenia dużej ładowności JELCZ 416 5 500,00
12 Samochód ogólnego przeznaczenia średniej ładowności STAR 200 4 500,00
13 Samochód osobowy FORD FOCUS 1.6 HATCHBACK 6 000,00
14 Samochód ratowniczo-gaśniczy JELCZ 315 GCBA 6/32 8 400,00
15 Warsztat B1/SAM-WOP w samochodzie STAR-266 25 100,00

Zestawienie wydanego nabywcom mienia ruchomego koncesjonowanego w 2020 r. (źr. AMW):

Rodzaj sprzętu Liczba
Pojazdy opancerzone 14 szt.
Broń 4,5-14,5 mm 24 275 szt.
Statki powietrzne 1 szt.
Środki bojowe (amunicja) 5 241 845 szt.

—–

Nz. Naboje 122 mm HB-D-30 z pociskami odłamkowo-burzącym – jeden z koncesjonowanych produktów, oferowanych przez Agencję/fot. AMW

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 49/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Katastrofa

Rozmowa z gen. Mieczysławem Gocułem, byłym szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

Czy Polska jest wiarygodna w natowskiej układance?
– Nie. Dziś bycie z nami w jednym teamie to obciach. Takie stwierdzenia padały z ust moich kolegów z sojuszniczych armii.

Czym im podpadliśmy?
– Pamięta pan, co się wydarzyło w grudniu 2015 r.?

Ludzie Antoniego Macierewicza włamali się do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO. Szukali teczek personalnych wojskowych specsłużb. Oficjalnie chodziło o zabezpieczenie ważnych sojuszniczych danych. Szefostwo CEK – twierdzono – miało podejrzane kontakty z Rosjanami. Bzdura, zmiażdżona później przez sąd.
– Ale konsekwencje były daleko idące. Idea Regionalnego Centrum Analiz Wywiadowczych w Polsce zrodziła się przed szczytem NATO w Warszawie. Miały w nim powstawać analizy dotyczące flanki wschodniej. Projekt był międzynarodowy – dane dostarczaliby Amerykanie, kraje basenu Morza Bałtyckiego, nie wykluczano współpracy z Ukrainą. Było ogromne zainteresowanie sojuszników i wstępna akceptacja dowódcy sił NATO w Europie. Po włamaniu wszystko prysło. „To, co się stało, jest bez precedensu. Przestaliście być wiarygodni”, słyszałem.

Słowacy zgodzili się na tę akcję. Mówił o tym Macierewicz.
– Skąd! Zadzwonił do mnie mój słowacki odpowiednik z pytaniem, co się dzieje. „Nie wiem”, odparłem. Ja, szef Sztabu Generalnego WP, o sprawie dowiedziałem się z mediów. Gdy zaraz potem pojechałem do Brukseli na posiedzenie Komitetu Wojskowego NATO, obstąpili mnie wszyscy uczestnicy inauguracyjnej kolacji. „Mieczysław, co jest?”, byli wyraźnie zaniepokojeni. Wziąłem kieliszek, zastukałem, prosząc o uwagę. „W Polsce jest dobrze i będzie jeszcze gorzej”, zażartowałem, choć nie było nam do śmiechu.

Od tamtych wydarzeń minęło ponad pięć lat.
– Naszym kluczowym sojusznikiem są Stany Zjednoczone. Pomińmy nieszczęsną prezydenturę Trumpa i skupmy się na fakcie, że dziś mamy do czynienia z powrotem demokratów. W USA rządzi człowiek, który dwa razy był wiceprezydentem u Obamy. I może nie zajmował się współpracą amerykańsko-polską, ale w jego otoczeniu są ludzie, którzy doskonale te relacje pamiętają. U nas takiej pamięci nie ma, bo zerwano ciągłość, brakuje świadomości instytucjonalnej…

…ludzi z odpowiednim kapitałem wiedzy się pozbyto.
– Otóż to. Tymczasem nie tylko wydarzenia z ostatnich miesięcy sprawiają, że ocenia się nas jako mało wiarygodnych czy wręcz zupełnie niewiarygodnych. Wciąż na polsko-amerykańskich relacjach ciążą historie z nieodległej przeszłości.

Proszę podać jakiś przykład.
– Spotkanie Macierewicza z Ashtonem Carterem, sekretarzem obrony. Minister bierze do ręki jakiś dokument i mówi: „Oto deklaracja naszego udziału w koalicji anty-ISIS”. Carter zaskoczony, ja zaskoczony, bo na oczy tego kwitu nie widziałem. Ale OK, jest wola polityczna, będziemy działać. Mijają dwie godziny, dochodzi do spotkania plenarnego przedstawicieli 58 krajów. W naszym imieniu występuje wiceminister obrony Tomasz Szatkowski i już o deklaracji nie wspomina, skrzętnie przemilczając wcześniejsze zapowiedzi przystąpienia do koalicji.

Macierewicz blefował – po co?
– Z sobie tylko znanych powodów. Widziałem Cartera, był wściekły. I teraz ludzie z tamtych czasów wracają do amerykańskiej administracji. Jak my wyglądamy w ich oczach?

A w niemieckich? To drugi tradycyjny sojusznik III RP.
– Ech… Spotkanie ministrów obrony NATO, Macierewicz zwraca się do Ursuli von der Leyen: „Nie będzie współpracy wojskowej między naszymi krajami, póki nie załatwicie sprawy mniejszości polskiej w Niemczech. Bo od czasu Goebbelsa żeście nie zrobili nic”. I wstaje od stołu. Von der Leyen pyta, czy to oficjalne stanowisko rządu RP. „Nie jest, ale będzie”, słyszy. Widziałem się z nią tuż po tym, przy wyjściu z holu głównego kwatery. Było mi wstyd, zwłaszcza że minister mówił o jakimś wydumanym problemie. Dziś pani von der Leyen jest w Unii Europejskiej numerem jeden.

Numerem dwa wśród naszych europejskich sojuszników była do niedawna Francja.
– I znów – co było, nie minęło. Tuż po zerwaniu kontraktu na caracale spotkałem się z francuskimi generałami. W ich ocenie nasza wolta sama w sobie nie była zła. Kontrakty się zrywa. Ale nie w takich okolicznościach, twierdząc, że caracale to złe śmigłowce. Nie szuka się nieprawdziwego argumentu. „Kiedyś będziecie musieli za to zapłacić. Musi was zaboleć, tak jak nas zabolało”, mówili z żalem Francuzi.

Nieco później wycofaliśmy się z wielonarodowego projektu zakupu i utrzymania floty samolotów do tankowania w powietrzu.
– Holenderska minister obrony przyjechała na szczyt NATO w Warszawie i w przededniu podpisania dokumentów w sprawie MRTT (Multi Role Tanker Transport – typ samolotów transportowo-tankujących – przyp. MO) Macierewicz poinformował ją, że my się wycofujemy. „Chyba pan żartuje, panie ministrze. Pięć lat współpracy i nic?”, dopytywała. Sam tego nie rozumiałem. Jak można było zaprzepaścić tak ogromny wysiłek wielu lat w ciągu kilku miesięcy? Przecież MRTT jest dla nas. Dwa-trzy rosyjskie uderzenia na lotniska i nie mamy naszych F-16. W początkowym etapie konfliktu należy więc je przebazować poza granice kraju, może do Niemiec. Maszyny, by wykonać zadania i wrócić do Niemiec, muszą być tankowane w powietrzu. Tak samo wspierające nas francuskie, hiszpańskie, niemieckie czy belgijskie samoloty. A myśmy z tego programu wystąpili.

Państwa bałtyckie nas potrzebują, więc może tam, choćby i na wyrost, cieszymy się wiarygodnością?
– Nie ma takiej opcji. Nawet Rumunia, mimo wielokrotnie udzielanego wsparcia, nie widzi w nas większego brata.

My zaś zbliżamy się do Turków. Ostatnio kupiliśmy u nich bezpilotowce.
– Porażka. Jak można było zapomnieć, że rok temu Turcja odmówiła ratyfikowania planów operacyjnych dla Polski?

Z tymi planami zawsze był kłopot, bo ich podpisanie to zarazem deklaracja pomocy, z której potem trzeba by się wycofywać przed kamerami – czego żaden rząd nie lubi.
– Ale nikt nigdy nie odmówił ich podpisania. Nawet jeżeli któryś kraj był niechętny, wyrażano to w ramach wewnętrznej debaty. Turcja tymczasem ogłosiła wszem wobec: „Polacy, bujajcie się”. A my idziemy do nich kupować uzbrojenie.

Mariusz Błaszczak mógł się kierować nieco inną logiką, ale przecież ma wojskowych doradców. Któryś z generałów mógł mu powiedzieć: „Pas, nie warto, nie należy”.
– Ludzie, którzy mieli warsztat, potrafili ocenić działania ministra, zostali wycięci. Po latach obserwacji dochodzę do wniosku, że powodem czystek w armii były brak zaufania i troska, by kadra nie patrzyła na ręce politykom, nie wyciągała na wierzch ich błędów.

Miernotami łatwiej się zarządza.
– Wielu dowódców jest wdzięcznych za generalskie awanse, więc nie powie „nie” nawet w obliczu największych głupot i niegodziwości. Co jest kolejnym przyczynkiem do rozmowy o wiarygodności. Kiedyś, gdy do stołu siadało 28 szefów obrony, wszyscy byli po najlepszych uczelniach w USA, Wielkiej Brytanii, Kanadzie czy Niemczech. Rozmawialiśmy tym samym językiem, mieliśmy ten sam potencjał intelektualny.

Dziś mamy generałów po zaocznym, czterotygodniowym kursie…
– Macierewicz wprowadził takie szkolenie. Z 12 oficerów na zajęcia do sztabu przychodziło czterech. A i tak wszyscy zostali generałami. Podczas jednej z ceremonii w Belwederze prosi mnie wiceminister obrony: „Niech mi pan coś powie o każdym z nowych generałów”. Znałem dwóch. Do noszenia wężyków trzeba mieć odpowiednie kompetencje, wielu nominowanych po 2015 r. ich nie ma. Efektem jest nasza niezdolność do realizacji zadań obronnych.

Sądząc po skutkach, politycy albo współpracują z obcym wywiadem, albo kieruje nimi głupota i niewiedza.
– Pamiętam ostatnie chwile Antoniego Macierewicza i przyjazd do Polski szefa NATO Jensa Stoltenberga. Założyłem się wówczas z kolegą o skutki tej wizyty. Stoltenberg spotkał się z prezydentem i premierem, pominął ministra. W mojej ocenie zażądał, żeby został on usunięty. I Macierewicz poleciał. Ministrowie obrony mają dostęp do planowania nuklearnego, do największych sojuszniczych tajemnic. Nie ma tam miejsca dla ludzi, którym się nie ufa. Nie wiem, na ile ustalenia Tomasza Piątka są trafne, wiem, że Macierewicz nie zdecydował się na sądowe dowiedzenie swojej niewinności. Wiem też, że gdybym stał po stronie przeciwnej, miał zaszkodzić Polsce, robiłbym dokładnie to, co zrobiono w armii w ostatnich latach. Nic więcej. I pewnie byłbym już Bohaterem Federacji Rosyjskiej.

Głupota i niewiedza nie wykluczają jednak motywów czysto politycznych.
– Jasna sprawa. Kupienie bezpilotowców to efektowne posunięcie. Nie widzę tu pilnej potrzeby operacyjnej, bo nasi żołnierze nie realizują zadań bojowych poza granicami kraju, w których istnieje konieczność wykorzystania takiego sprzętu. Ale widzę pilną potrzebę polityczną – chęć pokazania elektoratowi, jak bardzo troszczymy się o wojsko. Tyle że skutki mogą być dramatyczne. Zwrotem ku Turcji, która – przypomnę – jest w NATO na cenzurowanym, rozdrażniliśmy Amerykanów. Znam procedury i obawiam się, że jeśli będziemy nadal taką politykę uprawiać, Kongres może cofnąć zgodę na sprzedaż F-35 do Polski.

No tak, Turcji ostatecznie F-35 nie sprzedano.
– A kolejka po te maszyny jest długa. My zaś możemy Kongresowi podpaść także na innym polu. USA sprzedają sprzęt wysokiej technologii krajom demokratycznym. Polska już takim państwem nie jest. Nie mamy trójpodziału władzy, łamiemy konstytucję, nie przestrzegamy wyroków, nie tylko sądów krajowych, ale i międzynarodowych. Amerykanie nie będą wiecznie patrzeć na to przez palce. Drażnijmy ich, a okaże się, że poza Turcją jeszcze tylko Putin będzie mógł nam coś sprzedać.

Mamy jeszcze własny przemysł.
– A ja mam przekonanie graniczące z pewnością, że w latach 2016-2018 nastąpiła nieuzasadniona pomoc publiczna dla podmiotów krajowego przemysłu obronnego. Rzędu kilku miliardów złotych. Zgodnie z prawem Unii Europejskiej nieuzasadniona pomoc winna zostać zwrócona do budżetu państwa. Polityk, który by o to zabiegał, nie dostałby głosów pracowników przemysłu obronnego. Byłby ich wrogiem, niezależnie od barw politycznych. Nie ma więc chętnych do podjęcia tematu.

Na czym ta pomoc polegała?
– Na przeszacowywaniu, o prawie 100%, wartości kontraktów między MON a zbrojeniówką. I żeby jeszcze te pieniądze szły na realną produkcję… W zarządach spółek Polskiej Grupy Zbrojeniowej w 2015 r. było 100 osób. Dziś, według mojej wiedzy, ok. 300. Trwonimy publiczne pieniądze na synekury dla ludzi z politycznego układu.

To także cena za spokój. Jakoś nie widzę strajkujących pracowników zbrojeniówki na ulicach Warszawy.
– Dziwne, prawda? 60% wydatków na zbrojenia idzie za granicę, zyski z eksportu nie przekraczają nawet 400 mln zł, a branża jakoś sobie radzi. Trzyma głowę tuż nad powierzchnią wody, ale nie tonie.

A ma szansę się wybić? Opierając się na realnych kompetencjach, nie na zyskach z politycznej renty.
– Jeżeli za rządu PiS sześciokrotnie zmienia się prezes PGZ, to czy możemy mówić o jakiejś strategii rozwoju?

Jeśli byłaby kontynuacja…
– Ale jej nie ma. Każdy przychodzi z jakąś inną wizją, a i tak kończy się na pomyśle wzięcia przemysłu na garnuszek MON. To pierwsza sprawa. Druga – nie jesteśmy konkurencyjni. Nie byliśmy i nie będziemy. Jakość elementów uzbrojenia wykonywanych przez nasz przemysł obronny jest mierna. Nie mamy wysokiej technologii. Mimo że wydajemy na rozwój i wdrożenia niemałe pieniądze, efekty są byle jakie. Weźmy program „Płaskonos” (wabików przeciwtorpedowych – przyp. MO). Swego czasu projekt otrzymał nagrodę za najlepszą pracę badawczo-rozwojową, ale Marynarka Wojenna odmówiła przyjęcia sprzętu na wyposażenie. Bo prace trwały 12 lat i końcowy produkt był już przestarzały.

Na rynku cywilnym jest 17 przyzwoitych politechnik.
– Ale one nie współpracują z przemysłem obronnym. Rektorzy nie mają pojęcia, czego potrzebuje wojsko, armia nie wie, jakie są możliwości bazy badawczo-rozwojowej.

Dać uczelniom granty i sprawa załatwiona.
– To nie takie proste. Rektorów nie wybierają politycy. Uczelnie są niezależne, trudno się przy nich obłowić, wstawić „swoich”, którzy uszczknęliby coś z grantowych środków. Lepiej przekierować pieniądze do ośrodków badawczo-rozwojowych przemysłu. Praca w nich wre, a efektów nie widać. Po latach wojsko dostaje demonstrator technologii. Prototyp nas interesuje, a nie demonstrator z drewna wystrugany.

Od czegoś trzeba zacząć (śmiech).
– Najlepiej od założeń polityki zbrojeniowej. Zna je pan?

Nie znam.
– Bo nie istnieją, choć mamy cały departament polityki zbrojeniowej. W efekcie każdy sobie rzepkę skrobie. Przemysł robi coś, czego wojsko nie potrzebuje. Produktów potrzebnych nie robi wcale – albo robi kiepskie. W 2007 r. byłem w Izraelu, zaczynaliśmy się rozglądać za bezpilotowcami. I gospodarze mówią tak: „Macie kompetencje, żeby budować samochody do przewozu bezpilotowców, nic więcej”. W państwowym przemyśle dotąd niewiele w tej kwestii się zmieniło.

Czyli, tak czy inaczej, musimy kupować.
– Musimy. Nie krytykuję zakupów w USA, bo mają tam najlepszą technikę. Krytykuję to, że za zakupami nie idzie offset. Brak offsetu to brak dostępu do nowoczesnych technologii, brak nowoczesnych technologii to śmierć dla przemysłu obronnego.

Wyprodukuje się karabinki dla WOT i jakoś to będzie.
– Kolejny przykład marnotrawstwa i gry na utratę sojuszniczej wiarygodności.

Tak nisko pan ceni sztandarowy projekt PiS w dziedzinie obronności?
– Eksperyment pt. Wojska Obrony Terytorialnej tylko do 2019 r. kosztował nas 8 mld zł. Nie licząc środków na pozyskanie infrastruktury dla nowo powołanych jednostek, czyli dodatkowych setek milionów. Sam pomysł z wykorzystaniem entuzjazmu młodzieży dobry, wykonanie znacznie gorsze.

Jak to u nas. Pytanie, czy chcieliśmy dobrze.
– W 2016 r. spotkałem się w Madrycie z szefami obrony państw wchodzących w skład Eurokorpusu. Mój niemiecki odpowiednik zagaja: „Słyszałem, że budujecie nowy rodzaj sił zbrojnych”. „No tak, Wojska Obrony Terytorialnej, wiesz, o co chodzi… 53 tys. żołnierzy”, mówię. Niemiec kiwa głową, więc i ja pytam, co u nich. „My też budujemy nowy rodzaj sił zbrojnych – wojska cybernetyczne, 13 tys. specjalistów”. No i sam pan widzi – z jednej strony, nieco trywializując, dzida, z drugiej, nowoczesne narzędzie w odpowiedzi na realne zagrożenia.

Obrony terytorialnej nie wymyślił Macierewicz, istniała zawsze.
– Na czas wojny. Trzeba było lepiej i więcej szkolić rezerwistów, a nie tworzyć WOT w obecnej strukturze, z własnym dowództwem i dowództwami brygad w czasie pokoju. Jedyną realną wartość dodaną tej formacji stanowią bataliony OT. Idą tam świetni ludzie, mający własne ambicje i aspiracje zawodowe. Niestety, dziś sprowadzamy ich do roli sprzątaczy, pomocników, dyrygujących kolejkami. Nie ma to nic wspólnego z obroną terytorialną, z siłami zbrojnymi. Nie dziwią mnie nawet doniesienia o rzekomych planach użycia WOT do tłumienia manifestacji Strajku Kobiet. Pomysł o podobnym zabarwieniu słyszałem już z ust ministra, co było przerażające.

Obrona terytorialna stała się wizytówką armii. Trafiają tam nowe mundury, sprzęt, uzbrojenie.
– Na miłość boską, mamy tysiące karabinków AK gotowych do użycia w ramach szkolenia. A my kupujemy 50 tys. grotów. A co z AK? Pod gąsienice czołgów je rzucimy? Przekazanie grotów WOT to marnowanie pieniędzy. Po roku czy dwóch latach szkolenia ten sprzęt nie będzie się nadawał do użycia w czasie wojny.

WOT miały nasycić pole walki patriotyzmem – stąd weekendowe szkolenia strzeleckie.
– A w ramach walki z pandemią zostały sprowadzone do roli obrony cywilnej. To świetna robota, ale nie ma w niej miejsca na karabin, na szkolenie wojskowe.

Państwo potrzebuje WOT do reagowania kryzysowego.
– Na terenie kraju? Nie. Plany reagowania kryzysowego opierają się na potrzebach zgłaszanych przez wojewodów. Zapotrzebowanie w skali kraju przez lata utrzymywało się na poziomie 10 tys. żołnierzy. Jednej dziesiątej wojsk operacyjnych. I dotyczyło sprzętu, którego WOT i tak nie mają.

To dlaczego wszędzie widzimy „wotników”?
– Bo mamy do czynienia z ogromną promocją obrony terytorialnej. To projekt z zakresu marketingu politycznego, nic więcej. Armia nie potrzebuje WOT, dla których nie określono miejsca, roli ani zadań w systemie obronnym państwa. Sojusz też ich nie potrzebuje. Ci żołnierze nie wyjadą na misje, nie zwiększą naszych zdolności ekspedycyjnych, do utrzymywania których zobowiązuje nas art. 5 traktatu północnoatlantyckiego. Nie wnoszą także znaczącego wkładu we własny potencjał obronny, zgodnie z art. 3 traktatu.

Dlaczego?
– W WOT, z braku chętnych, obniżono kryteria zdrowotne. W efekcie mamy dziś w siłach zbrojnych dwa rodzaje żołnierzy: zdolnych do służby wojskowej i zdolnych do służby w obronie terytorialnej. Tych drugich nie wyślemy w świat. A i w kraju żołnierze powinni mieć walory zdrowotne adekwatne do wymogów współczesnego „pola walki”.

Politycy robią z wojskiem, co chcą. Czy ktoś tam w ogóle dowodzi?
– Szef sztabu ma kompetencje, ale nie ma narzędzi. Obecna władza próbowała zmienić system dowodzenia. Podporządkowano szefowi sztabu dowództwa rodzajów sił, dowództwo generalne i operacyjne. Masa nowych podwładnych, mnóstwo nowych kompetencji – i żadnego dodatkowego etatu. Szef sztabu kieruje wojskiem, gdy jest na miejscu. Po wyjściu z pracy jego możliwości się kurczą, ponieważ nie dysponuje własną dyżurną służbą operacyjną lub innym organem dowodzenia. Oczami i uszami, wyposażonymi w kompetencje do podejmowania decyzji w jego imieniu. Dziś u pierwszego żołnierza Rzeczypospolitej mamy kilkuosobową, nieetatową Dyżurną Służbę Operacyjną. Nieetatową, powtórzę. To czyste szaleństwo. Mało tego, prezydent zdecydował, że na czas wojny naczelnym dowódcą będzie właśnie szef Sztabu Generalnego, ale sztab nie ma własnego dowództwa ze strukturą organu dowodzenia naczelnego dowódcy.

Kto mu je wystawi w razie W?
– Dowództwo operacyjne, które na co dzień ma własnego dowódcę.

Czyli szef SG nie pracuje bezpośrednio z ludźmi, którzy w czasie wojny mają być jego najbliższymi współpracownikami. Przecież to paranoja.
– Żeby jedyna. Minister nie ma merytorycznych kompetencji do dowodzenia, ale WOT podlega bezpośrednio jemu. Szefowi sztabu nic do tej formacji, formalnie dopóki proces jej budowy nie zostanie zakończony. Zwróćmy też uwagę na obłożenie obowiązkami szefa sztabu. W przypadku wojny ma być naczelnym dowódcą, doradcą ministra obrony, doradcą prezydenta, szefem Sztabu Generalnego czasu W, wchodzi poza tym w skład Komitetu Wojskowego NATO.

Trochę dużo jak na jedną głowę.
– Za dużo.

Kilka miesięcy temu, w trakcie ćwiczeń strategicznych „Zima” zakwestionowano kompetencje szefa SG. Jeden z moich rozmówców nazwał to puczem. Po jednej stronie stanął szef sztabu, po drugiej dowódca generalny. Gdzieś tam trwała obrona Rzeczypospolitej – szczęście, że na mapach, a nie w realu – a w naczelnym dowództwie toczyła się wojna o to, kto ma dowodzić.
– Wprowadzenie drugiego czterogwiazdkowego generała (w osobie dowódcy generalnego – przyp. MO) stworzyło dualizm. Sytuację, która w wojsku nie powinna się wydarzyć. Armia to jedność i jednoosobowość. Jedność oznacza, że działamy w myśl jednego zamiaru wspólnie, jednoosobowość to hierarchiczność dowodzenia. A myśmy to zburzyli i teraz się dziwimy, że na światło dzienne wychodzą takie kwiatki.

Potencjał obronny państwa składa się z sił zbrojnych, dyplomacji, przemysłu obronnego i służb. Może chociaż te ostatnie są coś warte?
– Proszę sobie przypomnieć 6 maja 2016 r. Minister obrony zabiera głos z trybuny sejmowej i mówi o dokumencie ściśle tajnym. Sam fakt istnienia takiego dokumentu jest ściśle tajny, a on opowiadał o jego treści. Omawiał proces modernizacji, oczywiście w typowej dla siebie, oskarżycielskiej retoryce. I nie spotkały go żadne konsekwencje. Bo służby już wtedy nie istniały. Wojskowy wywiad i kontrwywiad zajmowały się wyłącznie katastrofą smoleńską. Poszukiwaniem śladów wybuchu i innych rzekomych niegodziwości. Patrząc na to, jak dziś rozgrywają nas Rosjanie, wiem, że niewiele się zmieniło.

Czy jakiś element sił zbrojnych jest w stanie efektywnie realizować postawione przed nim zadania?
– W moim przekonaniu pojedyncze brygady, bo nawet nie dywizje. Jeżeli dywizja międzynarodowa ma sztab liczący 280 osób, a w sztabie polskiej dywizji mamy niewiele ponad 100 – to jak tu mówić o efektywnym dowodzeniu? Nikt nie chciał rozmawiać o tym, żeby zbudować dowództwo dywizji z prawdziwego zdarzenia – i mamy, co mamy.

Poza nami samymi kto jest dla nas największym zagrożeniem?
– Przesada w mówieniu o wyimaginowanym zagrożeniu sprzyja paranoi. Dlatego apeluję, by powściągać się w opowieściach o czyhających na nas Rosjanach. Długoterminowo to nie Putin jest naszym zmartwieniem, ale to, co po nim nastąpi. Musimy mieć świadomość, że jeśli w Rosji dojdzie do jakiejś rewolucji – a z historii wiemy, że to możliwy scenariusz – będziemy mieć na granicach Polski realne zagrożenie militarne, miliony uchodźców. Trzeba się do tego przygotować, podobnie jak to robiliśmy w początkowej fazie konfliktu na Ukrainie. Na flance wschodniej to niestabilność systemów politycznych jest większym zagrożeniem niż zgromadzony tu potencjał, choć tego drugiego nie należy ignorować. Rosja to mocarstwo nuklearne, zagrożenie nie tylko w skali lokalnej, ale również regionalnej i globalnej. Błędne jest przekonanie, że względny pokój w tej części globu był dany raz na zawsze. Flanka wschodnia NATO pozostanie na długi czas stykiem płyt tektonicznych odmiennych cywilizacji, kultur i wartości, z całą gamą nieprzewidywalnych zagrożeń.

Wojna już się toczy – w cyberprzestrzeni.
– I będzie się toczyła. I możemy się czuć zaniepokojeni, bo realizacja polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej odbywa się przy użyciu narzędzi militarnych. Była Gruzja, jest Ukraina, w perspektywie średnioterminowej nie wykluczam aneksji Białorusi. Ale Polsce, póki pozostaje w NATO i Unii Europejskiej, nie grożą rosyjskie czołgi. Musimy więc powalczyć o naszą wiarygodność w obu organizacjach i konsekwentnie budować własny potencjał. Ze świadomością, że każdy zaniechany rok w modernizacji to cztery-pięć lat odrabiania zaległości. Pamiętam 2008 r. i kryzys skutkujący obcięciem wydatków obronnych o kilka miliardów złotych. Parę lat trwało, nim udało się wrócić na właściwe tory.

Planowane zwiększenie wydatków na wojsko z 2 do 2,5% PKB ma w tym kontekście znaczenie?
– Nie ma najmniejszego. Ważna jest ciągłość modernizacji, pewność środków finansowych i planowanie właściwe do potrzeb. I niech politycy zdecydują o priorytetach, ale, na miłość boską, niech nie zastępują struktur wojskowych w planowaniu. Bo nic dobrego z tego nie wychodzi. Zbudowaliśmy obronę terytorialną, która nigdy nie będzie gotowa do przerzutu, bo taka jest jej istota. Tyle że w tym celu ogołociliśmy jednostki operacyjne z kadry, obniżając ich zdolności ekspedycyjne. Sojusznicy to widzą i dają do zrozumienia, że nie chcą już za Polskę umierać. Bo Polska pokazuje, że nie chce umierać za innych.

—–

Nz. Symulowany atak jednostki pancernej, wspierany przez śmigłowce szturmowe. Scenariusz rodem z lat 70., rozgrywany na ćwiczeniach sprzed kilku lat. Na 40-letnim sprzęcie…/fot. Marcin Ogdowski

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 27/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to