Motłoch

Ukraińska kontrofensywa w obwodzie charkowskim wytraciła impet, przy czym nie jest to efekt działań armii rosyjskiej. Szalone tempo natarcia zużyło ludzi i środki materiałowe – odpoczynek i odbudowa zdolności bojowych stały się koniecznością. Nie znam dokładnych założeń planistów, ale wydaje się, że Ukraińcy zrealizowali najbardziej optymistyczny scenariusz. Analiza post factum wiedzie do wniosku, że pierwotnym celem było zajęcie Kupiańska – ważnego węzła logistycznego rosjan. W obliczu sypiącej się obrony – w wielu przypadkach panicznej ucieczki całych oddziałów – siły zbrojne Ukrainy poszły za ciosem. Skutkiem jest wyzwolenie niemal całości obwodu charkowskiego oraz liczne zdobycze sprzętowe (kilkadziesiąt czołgów, kilkaset innych pojazdów) i materiałowe (przede wszystkim amunicja). Wyeliminowano z walki półtora tysiąca rosjan i separatystów, z nieoficjalnych informacji wynika, że pojmano około tysiąca jeńców, w tym tuzin wyższych rangą oficerów.

Jednak największy sukces dokonał się w wymiarze symbolicznym i politycznym. Ukraina dowiodła, że jest w stanie przejąć inicjatywę operacyjną, skupiona wokół niej koalicja dostała czytelny sygnał, że pomoc wojskowa ma sens. Jak zauważają analitycy Ośrodka Studiów Wschodnich, sukces operacji charkowskiej „można określić mianem sojuszniczego – decyzje sztabowe wypracowywane były w oparciu o amerykańskie dane rozpoznawcze, a główną siłę przełamania zapewniały otrzymane od Polski czołgi”. Porażka na froncie solidnie podmyła filary kremlowskiej narracji mówiącej o konsekwentnym zwyciężaniu w wojnie („operacji specjalnej”). Zdezorientowani i przerażeni propagandyści w mniejszym bądź większym stopniu skapitulowali przed faktami, przyznając, że nie jest dobrze. Trudno na razie ocenić, jakie będą tego długofalowe skutki, niemniej już dziś widać, że „ogień” dotarł i do Moskwy. Znamienna jest w tym kontekście postawa Margarity Siemonian, naczelnej Russia Today. Ta zjadliwie antyukraińska ulubienica putina, nagle zatęskniła za wspólnym śpiewaniem rosjan i Ukraińców. Jej wpis w medium społecznościowym przesiąknięty był tanim i zapewne fałszywym sentymentalizmem, tęsknotą za czasami dawnej (sowieckiej) wspólnoty. „Czy nie mogłoby tak być znów?”, pytała.

Wracając do kwestii ściśle wojskowych – ukraińska kontrofensywa obnażyła słabość służb wywiadowczych rosji. Uderzenie na kierunku charkowskim zastało rosyjskich generałów „ze spuszczonymi portkami”. Spodziewali się presji przeciwnika na południu, w okolicach Chersonia, tymczasem tamto kontrnatarcie było jedynie pomocniczym i odwracającym uwagę. Wielokrotne zapowiedzi Ukraińców, że ruszą na Chersoń oraz towarzyszące im ataki artylerii sprawiły, że rosyjskie dowództwo rzuciło na południe większość swoich sił. „Przegapiło” lub zignorowało ukraińskie przygotowania na północy i odsłoniło się zanadto na tym odcinku frontu. Dziś nie da się wykluczyć dalszych negatywnych dla rosjan konsekwencji, włącznie z posypaniem się kolejnych linii obronnych. Wirus defetyzmu łatwo się rozprzestrzenia, no i wciąż nie wiemy, co jeszcze planuje naczelny dowódca armii ukraińskiej gen. Walery Załużny. Ze szczątkowych informacji docierających z frontu można wyciągnąć wniosek o następującej pauzie operacyjnej w charkowszczyźnie, ale i o przeniesieniu działań zaczepnych do obwodów ługańskiego i donieckiego. „Mgła wojny” jest w tym obszarze i dla mnie nieprzenikniona.

*          *          *

Doskonale za to widzę upokorzone rosyjskie wojsko. I jakkolwiek Ukraińcy przyzwyczaili nas do myśli, że potrafią raszystom spuścić łomot, skala porażki w obwodzie charkowskim wciąż mnie zdumiewa. Nad przyczynami klęski okupantów rozwodzi się teraz wielu analityków, ja chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Jedna wiąże się z możliwościami technicznymi rosyjskiej armii i przemysłu, druga ma charakter kulturowy.

Najpierw jednak trochę statystyki i historii.

Tuż przed atakiem na Kupiańsk rozmawiałem z moim najlepszym ukraińskim źródłem. „Między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich”.

Czy to dużo? I tak, i nie. Nasz przemysł między 2014 a 2022 rokiem wyprodukował niespełna 40 tys. pocisków artyleryjskich kalibru 155 mm. W marcu 2017 roku w Bałakliji – tej samej, od zajęcia której kilka dni temu zaczęła się operacja charkowska – doszło do wybuchu w składzie amunicji. Był to wówczas największy taki magazyn w Ukrainie, w którym (na 370 hektarach) zgromadzono 140 tys. (!) ton środków bojowych do armat i haubic o kalibrze powyżej 100 mm. Owe 140 tys. ton to w przybliżeniu 3,5 mln pocisków artyleryjskich. W gigantycznym pożarze zniszczeniu uległo 70 proc. zapasów, czyli jakieś 2,5 mln pocisków. W ocenie ukraińskich organów ścigania, w Bałakliji doszło do sabotażu – przyczyną pierwotnej eksplozji był dron-samobójca, który przyleciał zza pobliskiej granicy z rosją.

Na tym przykładzie widać, że pojedynczy atak może być dużo skuteczniejszy niż cała seria artyleryjskich napadów. Nie umniejsza to jednak skali osiągnięć Ukraińców, gdy zestawimy je z innymi danymi. Rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowane były na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów; ten ostatni rezerwuar jest przeogromny – dość wspomnieć, że inwentaryzacja z 2010 roku ujawniła w składach ponad 100 mln sztuk takiej amunicji. Lecz nie widnieje ona w bieżącej ewidencji środków bojowych, gdyż nie nadaje się do użycia „z automatu”, bez wcześniejszego czaso-i-kosztochłonnego uzdatnienia).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji.

Idźmy dalej. Na przełomie maja i czerwca br. rosjanie zużywali dziennie od 40 do 60 tys. pocisków. Uśredniając, mamy 1,5 mln na miesiąc, 3 mln we wspomnianym okresie. Wcześniej wojna nie miała tak artyleryjskiego charakteru, rosyjskie wielkokalibrowe lufy wyrzucały z siebie nie więcej niż 10 tys. pocisków. W lipcu – gdy raszyści zaczęli odczuwać pierwsze poważne skutki ukraińskich ataków na ich zaplecze – natężenie rosyjskiego ognia artyleryjskiego spadło do poziomu z zimy. W sierpniu pozostało takie samo, co znaczy, że rosjanie wystrzelali już ponad 4 mln sztuk amunicji artyleryjskiej. W połączeniu ze zniszczonym milionem daje nam to jedną trzecią przedwojennych zapasów. A Ukraińcy nie zinwentaryzowali jeszcze zdobyczy materiałowych, będących skutkiem kontrofensywy charkowskiej. Najprawdopodobniej to kolejne kilkaset tysięcy pocisków.

Zanim Ukraińcy przetrzepali rosjanom skórę pod Charkowem, amerykańskie media donosiły (powołując się na wywiad USA), że Moskwa zamierza kupować amunicję artyleryjską w Korei Północnej i Iranie. Teraz ten ruch wydaje się bardziej zrozumiały, zwłaszcza gdy mamy świadomość, jak niska jest kultura techniczna rosjan – w jak fatalnym warunkach magazynowany jest sprzęt wojskowy. Widzimy to chociażby po czołgach, które od później wiosny trafiają na front w miejsce wytraconych wozów z jednostek liniowych. Jeśli tak samo jak czołgi składowana jest amunicja, jakość szczególnie starszych partii może być problematyczna, a 10-milionowy zapas pozornym bogactwem.

A przecież Ukraińcy nie powiedzieli ostatniego słowa w kwestii niszczenia rosyjskiego zaplecza materiałowego.

*          *          *

Dlaczego to tak istotne? Najpierw musimy nieco odmitologizować twierdzenie, wedle którego istotą rosyjskiej sztuki wojennej jest tak zwany walec artyleryjski. Czyli zasypanie przeciwnika ogniem z dział, co ma służyć jego obezwładnieniu i ułatwić zadanie atakującej w następnym kroku piechocie (współcześnie – oddziałom zmechanizowanym). O walcu pisano w kontekście ostatniej wojny światowej, pisze się też w odniesieniu do zmagań w Ukrainie. Co mówią statystyki? W 1941 roku sowieci zużywali średnio 35 tys. pocisków artyleryjskich dziennie, w 1942 100 tys., w 1943 230 tys. Szczyt nastąpił w kolejnym roku – wówczas średnio-dzienne zużycie osiągnęło poziom 270 tys. sztuk. Niemcy w 1941 roku strzelali dziennie 210 tys. pocisków, dwa lata później 260 tys., w 1944 roku – będąc już w odwrocie – lufy ich dział „wypluwały” każdej doby 300 tys. pocisków.

Jest oczywistym, że artyleria odegrała w II wojnie ogromną rolę, niszcząc siłę żywą, broń i umocnienia. Ale czy zdecydowała o ostatecznym zwycięstwie sowietów, skoro poziom natężenia ich ognia artyleryjskiego ustępował, a pod koniec wojny zrównał się z niemieckim (pamiętam, że Niemcy walczyły na dwa, potem zaś na trzy fronty, ale 80 proc. ich sił było zaangażowanych na wschodzie)? Odpowiedź może nam przynieść bitwa o wzgórza Seelow z kwietnia 1945 roku. Przełamanie tej ostatniej naturalnej przeszkody na drodze do Berlina kosztowało armię czerwoną 33 tys. zabitych i trzy razy tyle rannych (niemieckie straty to 12 tys. zabitych). Czterodniowy bój obnażył po całości bezwzględność marszałka Gieorgija Żukowa i brak talentów dowódczych gwiazdy sowieckiej generalicji. Zwycięstwo nie było bowiem skutkiem wyrafinowanych manewrów, nie było też efektem artyleryjskiej nawały, choć armat użyto wówczas rekordowo dużo. Niemiecka obrona pękła na skutek powtarzanych co rusz ataków piechoty. Był to schemat znany z dotychczasowych działań – sowieccy dowódcy mieli za nic życie własnych żołnierzy. Pchali ich w ogień bez względu na straty, licząc, że po którymś ataku przeciwnik w końcu się załamie. Nie było zresztą innej opcji – we wspomnieniach wielu żołnierzy Wehrmachtu przewija się motyw otępienia po odparciu kolejnych sowieckich szturmów, skutkującego utratą zdolności bojowych. Zużywała się amunicja, lufy karabinów, ludzie – wojna w końcu to koszmarne doświadczenie sensoryczne. A tamci szli następną falą, i następną. Pozostając przy analogi walca, bardziej tworzyły go nie armatnie lufy, a organiczna ludzka tkanka.

Ta „wybitna” strategia kosztowała życie co najmniej 12,5 mln sowieckich żołnierzy.

Raz jeszcze podkreślę – nawała artyleryjska odgrywała istotną rolę w działaniach ofensywnych sowietów. Ale mimo rosnących możliwości – przede wszystkim większej liczby luf na froncie, co było efektem rozbudowy własnej bazy przemysłowej oraz amerykańskiej pomocy w ramach Lend-Lease – czerwoni dowódcy bez skrupułów sięgali po „argument ludzkiej masy”. I w ujęciu końcowym to on zdecydowała o sukcesie militarnym ZSRR.

*          *          *

Osiem dekad później wydawało się, że rosjanie już „z tego wyrośli”. Szybko jednak okazało się, że nadal opierają armię o stare wzorce. Z tym że teraz mierzyć się muszą z zasadniczą różnicą, decydującą o ich słabości – brakiem nieprzebranej ludzkiej masy. W 1945 roku armia czerwona miała na froncie 7 mln ludzi, w 2022 roku rosyjski kontyngent zaangażowany w wojnę z Ukrainą liczy 330-350 tys. osób (z czego połowa przebywa w strefie walk). Stalin zmobilizował 40 mln ludzi, dziś rosyjskie dowództwo nie jest w stanie w pełni zrekompensować utraty 80 tys. żołnierzy – zabitych, rannych, zaginionych i wziętych do niewoli po 24 lutego. Przymusowy i masowy pobór jest rozwiązaniem, którego Kreml się boi, dobrze wiedząc, że rosjanie nie chcą umierać w Ukrainie (powody tych postaw to temat na odrębny artykuł). Powszechna obstrukcja wymagałaby reakcji – Stalin nie miał z tym problemów. Stosował terror w takiej skali, że sowieckie społeczeństwo przełomu lat 30. i 40. nie potrafiło się zbuntować. Putinowski autorytaryzm nie dysponuje takimi narzędziami represji. Obnażenie słabości struktur państwowych mogłoby sprowokować obywateli federacji do buntów, lepiej więc nie ryzykować poboru, który się nie uda. Poza tym świat się zmienił – narzędzia i sposoby prowadzenia wojen udoskonalono, masą niewiele dziś da się wskórać. A drenaż nowoczesnych systemów uzbrojenia – wessanych bezpowrotnie przez ukraiński front – sprawia, że pomysł zmobilizowania miliona młodych mężczyzn (co postulują niektórzy propagandziści) mieści się w kategorii mrzonek.

Rosyjskim generałom pozostaje więc walczyć tym, co mają – wojskiem z ochotniczego i najemniczego zaciągu. Do czego wrócę za chwilę, najpierw poświęcając uwagę kwestii masowego użycia artylerii. Tygodnie, w trakcie których dzienne zużycie amunicji sięgało 60 tys. pocisków, nie różniły się specjalnie intensywnością ostrzałów od zmagań z lat 40. Być może nawet okresowo cechowały się większym nasyceniem „latającego żelastwa”, wziąwszy pod uwagę znacznie krótszą linię frontu i kilkunastokrotnie mniejsze siły zaangażowane w walkę (latem 1944 roku na froncie wschodnim stało naprzeciw siebie 11 mln żołnierzy, dziś jest to kilkaset tysięcy). W porównaniu z armią czerwoną, wojsku rosyjskiemu w Ukrainie przybyło dział (w przeliczeniu „na głowę”), do czasu „himarsowych nocy” najbardziej szalone tempo zużycia amunicji nie stanowiło problemu. W Donbasie więc rzeczywiście mieliśmy do czynienia z walcem artyleryjskim, który pozwalał rosjanom na zajmowanie kolejnych terenów. Ale był to walec powolny, a i tak nie obyło się bez „atrakcji” w postaci iście drugowojennego użycia piechoty. Na nieszczęście szeregowych gotowość dowódców do „rozpoznania bojem” jest mocno zakorzeniona w rosyjskiej tradycji wojskowej. Rozpoznania w najgorszym stylu, czyli pchania pozbawionych osłony ludzi pod lufy. Podczas zmagań o Łymań, Rubiżne, Siewierodonieck czy Lisiczańsk rosjanie wielokrotnie ponawiali ataki piechoty. Z raportów strony ukraińskiej wynika, że często były to natarcia samobójcze – bez należytego wsparcia, w otwartym terenie, przy użyciu kiepsko wyekwipowanego i taktycznie „zielonego” żołnierza. Co z tego, że poprzedzały je nawały artyleryjskie, skoro obrońcy – jeśli tylko była taka sposobność – na czas ostrzałów opuszczali pozycje, wracając na rubieże, gdy działa cichły (póki było do czego wracać; generalnie to nie straty osobowe, a dewastacje linii obronnych decydowały o tym, że Ukraińcy się cofali).

Te odcinki frontu szybko nazwano maszynkami do mielenia mięsa. „Wsad” stanowili żołnierze Rosgwardii, milicjanci z separatystycznych „armii” czy ochotnicy z naprędce skleconych oddziałów, lecz nie brakuje przykładów używania do frontalnych ataków elitarnych jednostek wojsk powietrznodesantowych. Niski poziom zabezpieczenia medycznego i jeszcze niższej jakości szkolenia z medycyny pola walki dla zwykłych żołnierzy, podbiły wskaźniki śmiertelności. Wprost przełożyło się to na spadek morale.

*          *          *

Które i bez tego nie mogło być szczególnie wysokie. „Czy zdajesz sobie sprawę, że to wszystko to szumowiny społeczne?”, pyta publicystkę „Nowej Gaziety” Paweł Łuzin, ekspert ds. rosyjskiej polityki zagranicznej i obronnej. „Mężczyzna w wieku 40 lat nagle chce iść na wojnę? No przecież nie po to, by bronić swojego kraju, swojej rodziny, ale po to, by walczyć, by zarabiać pieniądze. Jaką inną motywację mógłby mieć?”, Łuzin nie pozostawia złudzeń przeprowadzającej z nim wywiad dziennikarce Irinie Tumakowej. „Bo kocha swoją ojczyznę?”, słyszy. „Ta ‘miłość do ojczyzny’ w praktyce oznacza przede wszystkim, że nikt go nie potrzebuje, łącznie z żoną, dziećmi i starszymi rodzicami. Po drugie, nie osiągnął w życiu nic, więc chce udowodnić wszystkim, że wciąż jest do czegoś zdolny. Po trzecie, jest człowiekiem, który cierpi z powodu problemów materialnych i myśli, że rozwiąże je na wojnie”, Rosjanin twardo obstaje przy swoim. „Ale tacy ludzie też są potrzebni”, oponuje rodaczka. „Tacy ludzie nie mogą wygrać żadnej wojny”, kwituje rozważania ekspert.

Ta gorzka rozmowa nie ilustruje widzimisię wywiadowanego. Zacytowany fragment to rzetelna recenzja modelu rekrutacji, uruchomionego przez rosyjskie ministerstwo obrony, by uzupełnić straty poniesione w Ukrainie. Problem w tym, że system nie działa, tak jak powinien. Finansowe zachęty – pensje wielokrotnie wyższe od średnich (sięgające w przeliczeniu kilkunastu tysięcy złotych miesięcznie) – nie przyciągają wartościowego materiału ludzkiego – młodych, zdrowych mężczyzn o stabilnej sytuacji życiowej, najlepiej po przeszkoleniu wojskowym. Doszło to tego, że masowo rekrutowani są więźniowie, także ci skazani za najpoważniejsze przestępstwa kryminalne. Ci ostatni zwykle nie trafiają do armii, a do Grupy Wagnera, firmy najemniczej, która na zlecenie Kremla działa w Ukrainie (nie ma to jednak większego znaczenia, bo wojsko i najemnicy ściśle współpracują, pod tym samym dowództwem). Niegdyś wagnerowcami zostawali byli żołnierze sił specjalnych, ale i ta jakość została wytracona – z nieoficjalnych informacji wynika, że dotąd zginęło w Ukrainie co najmniej 15 tys. najemników. Tymczasem Kreml ani myśli zrezygnować z usług firmy, ba, przekazuje jej coraz więcej kompetencji do tej pory zastrzeżonych dla armii (to sposób na jeszcze mniej transparentne prowadzenie „operacji specjalnej”; straty osobowe najemników łatwiej jest ukryć, gdyż oficjalnie to komercyjna działalność, poza kompetencjami i odpowiedzialnością urzędników ministerstwa obrony). W obliczu takiej presji dramatycznie obniżono kryteria rekrutacyjne. Słaby odzew społeczny na akcję formowania ochotniczych pułków jeszcze bardziej przesunął punkt ciężkości na Grupę Wagnera – stąd wziął się pomysł docelowego zmobilizowania nawet 50 tys. (!) więźniów.

A niskie morale nie wynika wyłącznie z faktu utraty „kwiatu armii”. Nawet w swym najlepszym składzie osobowym rosyjskie siły zbrojne pozostawały mocno zakorzenione we wschodniej tradycji wojskowej. Dla której charakterystyczna jest silnie zhierarchizowana struktura, z kompetencjami delegowanymi maksymalnie ku górze. Średni i niższy szczebel dowodzenia niewiele może, o wszystkim decyduje wyższe dowództwo. Model się sprawdza, jeśli najwyżsi rangą oficerowie dysponują technicznymi możliwościami zarządzania polem walki. Gdy ich zabraknie, bądź zabraknie dowódców, do głosu dochodzą negatywne skutki treningu kulturowego, osadzonego na braku poczucia sprawczości i odpowiedzialności – nieumiejętność podejmowania inicjatywy oraz (jak to się mówi w potocznym języku Wojska Polskiego) „a-chuj-mnie-to-obchodzizm”. „Nie wiem”, „nie potrafię” i wreszcie „boję się”; strach jest bowiem wzmacniany doświadczeniem, w którym zbytnia samodzielność niosła ryzyko kary. Równowaga w pionowo zorientowanych systemach zarządzania opiera się na wybitnie nierównomiernym dostępie do wiedzy i władzy. Ktoś z nieswojego, niższego poziomu traktowany jest jako intruz/uzurpator. W wojsku, gdzie system kar – oficjalnych i nieoficjalnych – jest zwykle bardziej dotkliwy niż w cywilu, „panoszenie się” to niebezpieczny proceder. Zwłaszcza w obliczu porażki. W praktyce oznacza to, że pozbawione dowództwa jednostki nie są w stanie podjąć sensownych działań. Dla przykładu, mimo informacji o nacierającym przeciwniku, ani się nie wycofują, ani nie przygotowują do obrony; żołnierze czekają, aż ktoś wreszcie wyda im jakiś rozkaz. Gdy ten nie nadchodzi, za to pojawia się wróg, opcje w zasadzie są już tylko trzy: można wiać, można się poddać, można też podjąć nierówną z powodu nieprzygotowania walkę (oczywiście, możliwy jest scenariusz realizujący w różnym stopniu wszystkie trzy postawy). Gdy wybór pada na walkę, jakkolwiek często nie ma w tym heroizmu a raczej fatalizm, post factum wojenna propaganda nadaje takim wydarzeniom hurrapatriotyczny charakter.

*          *          *

Armia ukraińska, mimo wspólnych organizacyjnych korzeni z rosyjską, po 2014 roku zaczęła rozwód z wojskowym „wschodniactwem”. Zmiany mentalności to zwykle długotrwały proces, ale w tym przypadku obserwujemy coś na wzór turbo-przyśpieszenia. W transformacji wojska niebagatelną rolę odegrało rosyjskie zagrożenie – to ono wymusiło przejście na bardziej efektywny, zachodni model zarządzania i dowodzenia armią. Dzięki niemu możliwe stało się częściowe zniwelowanie przewagi technicznej i technologicznej rosjan, co przed 24 lutego uchodziło za pusty frazes, dziś jest hasłem po korek wypełnionym treścią. Widać bowiem jak na dłoni, że delegowanie kompetencji i odpowiedzialności w dół – przede wszystkim na barki podoficerów i oficerów niższego szczebla, ale i do poziomu zwykłego żołnierza – skutkuje większą żywotnością oddziałów (nie idą tak łatwo w rozsypkę), sprzyja taktycznej inicjatywie, generując korzystne sytuacje, także wcześniej nie do przewidzenia. Ukraińskie chodzenie za ciosem z ostatnich dni to była również suma decyzji dowódców plutonów, kompani czy batalionów, którzy nie bali się wykorzystać otwierających się możliwości. Inna sprawa, że pomagała im nieosiągalna dla armii rosyjskiej świadomość sytuacyjna. Znacznie wydolniejsza łączność i sieciocentryczność pozwalająca na bieżącą wymianę informacji między nacierającymi jednostkami i dowództwem ułatwiała konsultowanie i podejmowanie decyzji.

rosjanie w obwodzie charkowskim zostali przed kontrofensywą skutecznie dekapitowani. Na południe pomaszerowały najlepsze oddziały, a wraz z nimi najwartościowsza kadra oficerska. Uwagę dowództwa „operacji specjalnej” przykuł Chersoń, ukraińscy komandosi i precyzyjna artyleria wyeliminowali kilka punktów dowodzenia. Gdy Ukraińcy ruszyli, jakościowo drugo-i-trzeciorzędne jednostki wroga wybrały ucieczkę – tylko w nielicznych przypadkach rosjanie byli w stanie stawić zorganizowany opór. Póki „jakoś szło” – do końca sierpnia – słabości raszystowskiej armii objawiały się w jej bandyckich praktykach wobec ludności cywilnej. Zdeprawowani żołnierze kradli, gwałcili, mordowali, w czym oficerowie im zbytnio nie przeszkadzali, świadomi, że taka jest cena dyspozycyjności uczestnika „operacji specjalnej”. Gdy iść zaczęło Ukraińcom, pozornie zorganizowana struktura zmieniła się w wojskowy motłoch.

Dalszy przebieg konfliktu zależy zatem od tego, w jakiej kondycji uda się rosjanom zachować własną armię. Motłochem walczyć się nie da, a dla utrzymania dyscypliny niezbędne jest odzyskanie inicjatywy operacyjnej. W realiach rosyjskiego wojska oznacza to konieczność powrotu do wojny artyleryjskiej, będącej jak dotąd jedyną skuteczną metodą raszystów na długotrwałe i wyczerpujące angażowanie sił ukraińskich. Z nadzieją, że może w końcu pękną.

Tyle że ukraiński sztab generalny świetnie zdaje sobie z tego sprawę. I zapewne nie zaprzestanie dalszych działań paraliżujących rosyjską logistykę i system dowodzenia.

—–

Nz. Ukraińskie czołgi/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Limit

Oczywiście bardzo mi zależy na wzroście możliwości obronnych Polski. Gotów jestem zaciskać pasa, by w perspektywie najbliższej dekady siły zbrojne RP osiągnęły zdolność odstraszania nominalnie większych i silniejszych armii. Nie chcę dla Polski losu Ukrainy, chcę, by rosja – w jakiejkolwiek formie to przetrwa – nawet nie próbowała nas atakować, licząc, że może się uda.

Ale jestem realistą i po prostu nie wierzę w możliwość spełnienia militarno-zakupowych obietnic PiS. Guzik będzie z tych 500 himarsów, dobrze będzie, jeśli skończy się na 50. Niebawem zacznie się przycinanie oczekiwań pod rzeczywistość, przede wszystkim finansową. No i produkcyjną, bo przecież sprzętu z piachu się nie ukręci, a przepustowość i moce nawet tych największych zbrojeniowek jakoś szczególnie imponujące nie są (co wynika także ze stopnia skomplikowania współczesnych systemów obronnych).

W związku z tym jakoś nie cieszy mnie zapowiedź kupna 96 śmigłowców szturmowych Apache, która padła dziś z ust ministra Błaszczaka. To najlepsza tego typu maszyna na świecie, w takiej liczbie stanowiłaby mur nie do przejścia dla rosyjskich wojsk pancernych – nawet po ich odbudowie do poziomu sprzed pół roku i wysyceniu T-14 Armatami. Tyle że jeden taki śmigłowiec kosztuje nieco ponad 35 mln dol., prawie setka to wydatek rzędu 3,5 mld dol. Przemnóżmy to po dzisiejszym kursie razy 4,7. A co z pakietem szkoleniowym, logistycznym, uzbrojeniem? No i pamiętajmy, że koszt zakupu to zwykle 1/3 sumy, jaka wydana zostanie w całym cyklu eksploatacyjnym danej broni (współcześnie to jakieś 40 lat).

Pieniądze to nie wszystko. Apache nie są dostępne od ręki (zwłaszcza w konfiguracji, o której mówił Błaszczak). A kolejka krótka nie jest. Gdybyśmy dziś do niej stanęli, pierwsze śmigłowce dla nas zaczęto by produkować za 50 miesięcy. Przekazywanie klientowi pojedynczych egzemplarzy mija się z celem (nie da się efektywnie prowadzić szkolenia na kilku maszynach), zatem dopiero gdzieś po 10 latach (od teraz) mielibyśmy pierwszą eskadrę. Która potrzebowałaby kolejnych kilku lat na osiągnięcie gotowości bojowej. Przy takich uwarunkowaniach cały projekt (pozyskania i wdrożenia 96 maszyn) udałoby się zamknąć w ciągu 20 lat. Czyli licząc od dziś w 2042 roku. A przecież jeszcze w kolejce nie stanęliśmy (na razie zapytaliśmy Amerykanów, czy byliby gotowi nam ten sprzęt w takiej liczbie sprzedać). Na odpowiedź poczekamy pewnie parę miesięcy.

Idźmy dalej. Dotąd mieliśmy w linii jednorazowo najwyżej 30 maszyn tej kategorii – słynnych Mi-24. Jakkolwiek efektowne (ba, piękne!) „hokeje” to dziś przestarzała broń. Schyłkowa, biorąc także pod uwagę ich poziom wyeksploatowania. Armia od lat boryka się z problemem niedostępności załóg – niepewna przyszłość śmigłowcowego lotnictwa szturmowego skutkowała odejściami ze służby. Co z tego, że Afganistan dał liczony w setki godzin na głowę nalot – był więc kuźnią kadr – skoro dziś większość tego personelu jest już pod kapeluszem. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie nie bylibyśmy w stanie wysłać na szkolenia ekip dla choćby jednej trzeciej ewentualnie zamówionych „śmigieł”.

Oczywiście, czas potrzebny do realizacji kontraktu daje sposobność do wyszkolenia nowych kadr. Tylko na czym je szkolić? Ponoć rozważana jest opcja leasingu używek, co wydaje się sensownym rozwiązaniem (tak jak ewentualny leasing nowych maszyn; takie rzeczy już się w branży wojskowej robi), ale wiąże się z kolejnymi kosztami.

Czy podołamy? Przecież „śmigła” to tylko jeden z wielu programów zbrojeniowych.

Do tej pory mowa była o 32-36 maszynach, skąd więc trzy razy tyle? Ano stąd, że zapytano wojskowych o oczekiwania maksimum (sky is the limit, panowie). No to je sprecyzowali.

A ja – i oni pewnie też – będę się cieszył, jak stanie na tych 30-kilku sztukach. Bo to i tak byłaby siła. Ale dopiero jak stanie – będzie umowa, nie 'wyrażenie woli”.

—–

Nz. Mi-24 podczas startu w bazie Ghazni w Afganistanie. Zdjęcie zrobiłem jesienią 2013 roku

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Umiar!

Oj, rozgrzały się media społecznościowe za sprawą doniesień z okolic Chersonia. „Zaczęła się ukraińska kontrofensywa!”, wieszczy jeden przez drugiego. Spokojnie ludziska, spokojnie…

Kontrofensywa to duży zaczepny zwrot – w realiach ukraińskiej wojny działanie, w które zaangażowano by kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy (nie 20-30, a raczej 50-60+). O całej masie sprzętu wspomnę tylko dla porządku.

Nic nie wskazuje na to, byśmy mieli do czynienia z taką skalą operacji. W obwodzie chersońskim zaczęły się dziś rano kontrataki w kilku wybranych punktach, przeprowadzane przez kilkusetosobowe grupy bojowe.

Wcześniej zapewne ustalono, że w zaatakowanych miejscach rosyjskie linie są osłabione. W ostatnim czasie obserwowaliśmy również nasilenie ukraińskich ataków artyleryjskich, których celem było odcięcie rosjan zgromadzonych na prawym brzegu Dniepru. I pozbawienie ich zapasów amunicji – temu służyły uderzenia himarsów w mosty i składy.

Na tej podstawie wnioskuję, że Ukraińcom chodzi o dalszą dezorganizację rosyjskiego przyczółku. Wywołanie wrażenia presji i w efekcie paniki wśród rosjan, co mogłoby poskutkować wycofaniem się za rzekę. W obecnych warunkach wiązałoby się to z porzuceniem masy ciężkiego sprzętu, którego nie sposób ewakuować przez tak wielką wodę bez odpowiednio nośnych i sprawnych mostów.

Efekt propagandowy takiego obrotu sprawy byłby miażdżący (widzicie te przebitki z setkami sztuk porzuconej rosyjskiej techniki?).

Myślę, że doprowadzenie do takiej sytuacji to zamiar maksimum ukraińskiego dowództwa na dziś. A najpewniej idzie o dalsze gnębienie ruskich w prawobrzeżnym kociołku.

Oczywiście to wojna i sytuacja może ulec dramatycznej zmianie. Rosyjska obrona możne się posypać do tego stopnia, że Ukraińcy pójdą dalej – i na przykład wyzwolą Chersoń. Ale…

Ale pamiętajmy, że coś, co utrudnia życie rosjanom, utrudni i Ukraińcom – oni też nie będą w stanie pokonać rzeki wpław. No i druga, ważniejsza kwestia – w obwodzie zaporoskim i chersońskim znajduje się w tej chwili ponad 60 proc. rosyjskich sił inwazyjnych. Jest na czym i na kim oprzeć obronę, która przypomnę, jest głęboko urzutowna (ma kilka linii). Ba, to siły nadal posiadające potencjał ofensywny; teoretycznie rzecz jasna, ale nie ignorowałbym tej kwestii.

Zatem raz jeszcze – bez hurraoptymizmu proszę. To raczej nie jest TEN zwrot zaczepny. Poza tym nie zapominajmy, słowa mają znaczenie. Kremlowskie trolle bezwzględnie wykorzystają ograniczony charakter czy ewentualne niepowodzenie dzisiejszych akcji do skompromitowania ukraińskiej armii („jakie wojsko, taka kontrofensywa”), co może się przełożyć na oceny sensowności dalszego wspierania Ukrainy.

A poza wszystkim innym, o czym już pisałem, ukraińska kontrofensywa trwa w najlepsze od wielu tygodni. Ma pełzający charakter i za zadanie stopniowe osłabianie możliwości rosjan. Narzędziem są precyzyjne ataki artylerii, nie zaś ruchy wielkich formacji wojska. Na te jeszcze poczekamy.

—–

Nz. Mapa południa Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zwyrole

Wczoraj do sieci wyciekł szokujący film, którego bohaterem jest rosyjski żołdak. To materiał dla ludzi o naprawdę mocnych nerwach, przedstawia bowiem… kastrację ukraińskiego jeńca. Nie ma pewności czy Ukrainiec tortury przeżył, mamy za to pełną jasność co do tożsamości oprawcy. Identyfikacja nie nastręczała żadnych problemów, gdyż zwyrodnialec nie unikał kontaktu z kamerą. I generalnie z pasją dokumentował swoje wcześniejsze wojenne wyczyny. Ukraińcy ujawnili jego pełne dane, włącznie z adresem zamieszkania w Kałmucji i numerami telefonów (co ciekawe, Facebook zawiesił funkcjonowanie jednego z największych polskich fanpejdży militarnych – Konflikty po II wojnie światowej – gdzie pojawił się post na temat Kałmuka; oficjalny zarzut wobec administratora – stalking). Zwyrol zapewne wpadnie niebawem w ukraińskie ręce. Dla dobra „standardów społeczności” nie napiszę, czego mu życzę…

Na tym jednak sprawa się nie zakończyła. Przed południem rosyjskie ministerstwo obrony podało, że w wyniku ukraińskiego ostrzału Ołeniówki – miejscowości w pobliżu Doniecka – zginęło 40, a rannych zostało 75 ukraińskich jeńców [1]. W ataku użyto wyrzutni Himars – twierdzą Rosjanie. Trafiona hala znajdowała się w bliskiej odległości od linii frontu, jeńcy zostali do niej przeniesieni… wczoraj późnym wieczorem, gdy niesławny filmik „latał” już po sieci. Nie ma żadnych materialnych i wizualnych dowodów wskazujących na użycie Himarsów (a mówimy o systemie, który rejestruje każde użycie). Jest za to przedziwny zbieg okoliczności – oto pojawia się dowód na koszmarne traktowanie jeńców, po czym następuje sytuacja, w której Ukraińcy – co najmniej na skutek zaniedbań – zabijają własnych żołnierzy pojmanych przez przeciwnika. W medialnym slangu mówi się o takich działaniach jako o „próbach przykrycia”, odwrócenia uwagi (ostatecznie, czym jest jeden okaleczony wobec kilkudziesięciu ofiar?). Innymi słowy, w mojej ocenie to Rosjanie sami ostrzelali miejsce przetrzymywania jeńców, by później zwalić winę na Ukraińców (i przy okazji, nacechować negatywnymi skojarzeniami przeklęty z ich perspektywy system Himars). I oni, i separatyści, w „samo-ostrzałach” mają wielkie doświadczenie, uskuteczniane od 2014 roku. Sądzę, że towarzyszyła im także inna motywacja – chęć zabicia jeńców, świadków i ofiar brutalnego traktowania. Kastracja wcale nie musiała być „wypadkiem przy pracy”. Wracający z niewoli ukraińscy jeńcy opowiadają o regularnych prześladowaniach – może nie tak skrajnych, ale dokuczliwych. A wracają tylko ci, którzy do wymiany „się nadają” – tacy, co to nie widzieli i nie doświadczyli „za wiele”.

O tym, że Rosjanie wobec jeńców potrafią wybić się na wyżyny barbarzyństwa, wiemy nie od dziś. W Syrii również mieliśmy do czynienia z potworną przemocą. Zasłynęli z niej przede wszystkim najemnicy z Grupy Wagnera – hołubionej przez Putina przybudówki do wywiadu wojskowego GRU. Wydobywanie zeznań przy pomocy młota kowalskiego czy spalenie spętanej osoby, to jedne z wielu wizualnych dowodów tych zbrodni.

Wiele lat temu – na długo zanim islamscy fanatycy zaczęli ucinać ludziom głowy – zanurzyłem się w świat darknetu. Zawodowo, mając w planach materiał na temat snuffów i mondo movies – filmów dokumentujących prawdziwe sceny śmierci i tortur, bądź ich realistyczne inscenizacje. Są ludzie, których takie rzeczy kręcą – i niestety, nie jest ich mało. W każdym razie wówczas, w początkach lat 2000., gors prawdziwych materiałów stanowiły filmy wideo, kręcone w Czeczenii. Zarówno podczas pierwszej, jak i drugiej wojny. Mój boże, czego tam nie było; ucinanie dłoni, na żywca, czeczeńskiemu jeńcowi to jeden z „delikatniejszych” zapisów. Co istotne, zwyrodnialcy w mundurach rosyjskiej armii mogli liczyć na niemal całkowitą bezkarność – na palcach jednej ręki można policzyć procesy wytoczone wojskowym za ekscesy z jeńcami i wobec ludności cywilnej (wobec której masowo stosowano gwałty).

Tym większe jest moje zdziwienie, gdy zdaję sobie sprawę, że synowie ofiar rosyjskiej pacyfikacji Czeczenii służą dziś Putinowi.

A przecież nie oni jedyni. Wspomniany zwyrol to Kałmuk, nieproporcjonalnie duży odsetek sił inwazyjnych stanowią też Buriaci i przedstawiciele innych mniejszości, które Moskwa – ta etnicznie rosyjska – od dawna trzyma twardo pod butem. W tej najnowszej odsłonie rasistowskiego dramatu, jakim jest inwazja Ukrainy, traktując „skośnych” jako mięso armatnie. Ginie ich tylu, jakby Rosja nie była krajem, gdzie ponad dwie trzecie ludności stanowią „biali”.

I zginie więcej, oto bowiem, via Krym, zmierza na zachodni brzeg Dniepru, w okolice Chersonia, tysięczny odwód ściągnięty z dalekiego wschodu. W całości buriacki. Zabawne, że wielu z tych żołnierzy, rzuconych do walki pod hasłem „obrony prawa do posługiwania się językiem rosyjskim”, nawet nie potrafi się nim porozumiewać. Ale mniejsza o to – w sytuacji, w której ukraińska ofensywa na południu rozkręca się na dobre, los rzuconych na prawobrzeżny przyczółek oddziałów zdaje się być przesądzony. Żołnierze będą mieli szczęście, jeśli trafią do niewoli – tylko czy Ukraińcy zechcą brać jeńców po tym, co zobaczyli wczoraj i dziś? Bardziej prawdopodobny jest powrót do domu, w drewnianych skrzyniach, jak te ze zdjęcia.

Tak proszę Państwa, tak Matka Rosja oddaje rodzinom „poległych bohaterów”. W skrzyniach ze zbitych byle jak klepek.

PS. O tym, że Rosja to państwo z klepek, świadczy historia Żory Chaczunca, skazanego właśnie na cztery i pół roku kolonii karnej o ścisłym reżimie. Mężczyzna miał ukraść sprzęt stanowiący wyposażenie samolotu „dnia zagłady” – specjalnej maszyny ministerstwa obrony, służącej najważniejszym politykom – w tym Putinowi – do zarządzania w przypadku ataku nuklearnego. „Do tego zdarzenia miało dojść pod koniec 2020 roku w Taganrogu. Mężczyzna, który już wcześniej miał konflikt z prawem, został zatrzymany pod zarzutem udziału w kradzieży. Chociaż nie przyznał się do winy, to według rosyjskich śledczych wraz ze wspólnikami wszedł on na pokład samolotu używając drzwi awaryjnych. Następnie złodzieje zdemontowali i ukradli sprzęt, który stanowił wyposażenie samolotu, po czym pozbyli się łupu w nieustalony bliżej sposób” – podaje Gazeta.pl. Na stronie rosyjskiego Interfaxu czytamy, że „kradzież została odkryta przez jednego z pracowników kompleksu lotniczego i naukowo-technicznego w Taganrogu. W oświadczeniu skierowanym do policji napisał on, że z samolotu, który stacjonował na lotnisku Jużnyj od 2019 roku, skradziono dokładnie 39 elementów wyposażenia technicznego i pięć radiostacji”. Nie wiemy, jakie konsekwencje spotkały pracowników ochrony, strzegących jednego z najważniejszych obiektów należących do rosyjskiego państwa i armii. Wyobrażacie sobie podobną historię z udziałem Air Force One? Bo ja nie…

[1] Najnowsze (popołudniowe) doniesienia mówią o 53 zabitych.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Miesiące

Rosyjsko-ukraińska wojna w swej najnowszej pełnoskalowej odsłonie weszła w szósty miesiąc. Spowszedniała nam, wielu straciło nią zainteresowanie. To skutek mechanizmu adaptacyjnego, który każe oswajać się z zagrożeniem, inaczej bowiem byśmy zwariowali. Ale też wymierny efekt odsunięcia się konfliktu od naszych granic. Gdy orki szły na Kijów, gdy żyliśmy w przeświadczeniu, że lada moment uderzą na zachodnią Ukrainę z Białorusi, niemal czuło się ich oddech. Dziś są daleko – na ukraińskim południu i w Donbasie, tysiąc kilometrów stąd. Właściwie niewiele się to różni od sytuacji z lat 2014-21. Intensywność walk wyższa, zaciekłość większa, straty liczniejsze, ale… ale patrz wyżej – przywykliśmy. Także dlatego, że fala uchodźców – choć ogromna i potencjalnie kłopotliwa – rozlała się łagodnie po całej Polsce. Nie wygenerowała istotnych społecznych problemów, których uciążliwość wymuszałaby na nas inną percepcję konfliktu. Mamy też własne problemy związane z inflacją; troska o przyszłość swoją i najbliższych przyćmiewa obawy związane z losem innych/obcych. No i jest lato, czas, kiedy „chce się żyć”, a choćby i świat wokół płonął. Facebook przypomniał mi po północy wpis sprzed dwunastu miesięcy. „60 tysięcy ponadmiarowych zgonów – taki jest efekt pandemii w pierwszej połowie bieżącego roku. Miażdżąca większość to ofiary kowidu i braku dostępu do opieki medycznej, gwarantowanej w pozapandemicznych warunkach. Tym samym wiosenna fala okazała się równie niszcząca, jak ta z ubiegłej jesieni. Odsetek wspomnianych zgonów jest najwyższy w Unii Europejskiej” – pisałem. Żyliśmy wówczas w realiach postapokalipsy, ale na totalnym wyparciu. Pandemii w naszych głowach nie było – i nie mam tu na myśli zidiociałych szurów, ale większość z nas. Ludzie umierali gdzieś tam, w szpitalach. Tak jak dziś umierają gdzieś tam, na wschodzie.

Przez pierwsze kilkanaście dni po 24 lutego wielu z nas zaczynało dzień od sprawdzenia, czy Wołodymyr Zełenski jeszcze żyje. Dziś częściej nurtuje nas pytanie o to, kiedy umrze Putin, którego śmierć wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna. Na przełomie lutego i marca poranny przegląd mediów pozwalał ustalić, czy „kacapy wzięły już Kijów czy nie”. Teraz zaspakajamy ciekawość rozbudzaną przez Ukraińców i ich nocne punktowanie rosyjskich stanowisk dowodzenia i magazynów; „gdzie tym razem uderzyły Himarsy?” – zastanawiamy się. „Załamię się, gdy oni w końcu pękną” – wyznałem żonie gdzieś na początku marca, kiedy jeszcze wydawało się, że ukraiński opór to wspaniały, romantyczny zryw, który niebawem po prostu będzie musiał wygasnąć w obliczu sowieckiej nawały. Teraz nie mam wątpliwości co do trwałości struktur ukraińskiego państwa. Czasami rozmyślam o tym, jak należałoby postępować z Ukrainą, gdyby się poddała, przyjęła warunki Kremla. „To byliby ci sami ludzie, to samo społeczeństwo – a jednak sytuacja zupełnie inna. Czy miałbym Ukraińców za wrogów?” – rozważam, by za chwilę uznać te refleksje za obrazoburcze, niestosowne. Przecież oni walczą jak lwy, doprowadzając do sytuacji, w której Kreml musi przełykać upokorzenie za upokorzeniem. A jego wielka, „niezwyciężona” armia, zamiast mknąć na zachód, drepcze w miejscu, ponosząc coraz większe straty. Czy 24 lutego przyszłoby Wam do głowy, że pod koniec lipca miarą rosyjskich postępów będzie zdobycie, albo utrata, jakiejś wioseczki we wschodniej Ukrainie? Że dowództwo sił inwazyjnych stanie przed dylematem, czy wzmacniać front w Donbasie czy na południu – z obawy przed ukraińskim kontruderzeniem? Sama idea kontrofensywy – dziś mocno już zakorzeniona – trąciła wówczas abstrakcją. Przecież „kilka dni, może tygodni, i będzie po wszystkim”.

„Będzie jak na ćwiczeniach” – wmawiano rosyjskim żołnierzom. Prawie 40 tys. już nigdy w żadnych manewrach udziały nie weźmie. Oglądałem wczoraj filmik, którego bohaterem był jeden z takich pechowców. Obandażowana głowa i dwa kikuty ramion; chłopak nie mógł samodzielnie wypić toastu, jaki w jego imieniu wznosili koledzy. Szklankę do ust przystawił mu inny uczestnik imprezy, na której oblewano medal za odwagę przyznany nieszczęśnikowi. „Nawet se tyłka nie podetrze” – przyznałem w duchu, patrząc na pozostałości rąk. Na oko 20-latek oddał zdrowie i zmarnował życie. Syn Rosji, która przecież nie słynie z przesadnej opieki nad ofiarami losu. Skończy zapewne w jakimś przytułku, przy którym nasze schroniska dla zwierząt to oazy szczęścia i luksusu. Przez ostatnie pięć miesięcy wyzbyłem się wielu ludzkich odruchów wobec rosyjskich żołnierzy. Z satysfakcją oglądałem, jak ich zabijano – im bardziej zuchwale (na przykład, gdy z maleńkiego drona zrzucano granat przez uchylony właz do czołgu), tym szerzej otwierały mi się usta. Nie znosiłem siebie za to, ale i nie potrafiłem obronić się przed poczuciem satysfakcji. Chłopak bez rąk przywrócił we mnie należytą równowagę. Dostrzegłem w nim człowieka i poczułem potworny smutek i żal. Życzyłbym sobie, by to zabijanie i okaleczanie wreszcie się skończyło. Oczywiście nie na warunkach Moskwy, bo ukraińska ofiara – te co najmniej 47 tys. zabitych cywilów i żołnierzy – nie może pójść na marne. I gdy zdaję sobie z tego sprawę, ogarnia mnie bezsilność. Bo przecież dobrze wiem, że Putin nie odpuści. Że choć w tej chwili wojnę przegrywa, zrobi wszystko, by przeciągnąć ją do zimy. „Zachodowi zmarznie dupa, to przestane pomagać Ukraińcom” – kalkuluje wódz orków, przekonany, że odcięcie Ukrainy od wsparcia sprzętowego z zewnątrz pozwoli załatwić sprawę. Tylko czy starczy mu sił?

Dziś trudno o zdumienie, które towarzyszyło nam w pierwszych tygodniach inwazji. „Mój boże, jak ci Rosjanie nie umią w…” – i tu następował kolejny przykład braku rosyjskich kompetencji militarnych. Ileż takich wiadomości wysłałem znajomym z branży… Armia Federacji okazała się kolosem na glinianych nogach, a dziś – po pięciu miesiącach – duża część tego, co w niej najlepsze, już nie istnieje. Żałosne szczątki rosyjskiej potęgi – wraki zebrane pod Kijowem – wędrują po Europie w ramach wystawy „Za wolność naszą i waszą”. Zaś na froncie służą 50-letnie czołgi, wyciągnięte z głębokich magazynów. U wielu z nas lęk przed „ruskim tankiem” zmienił się w drwinę, w założenie, że „mogą nam skoczyć”. Wielu innych rosyjskie porażki skłoniły do refleksji, że w obliczu konwencjonalnych słabości, Kreml z większą swobodą sięgnie po arsenał nuklearny. Jeden lęk zastąpiony został kolejnym, większym, co ma też wpływ na percepcję ukraińskiego konfliktu. Który wydaje się nie do wygrania przez Ukrainę z uwagi na atomówki Rosji. Nie wiem w sumie, co gorsze – czy lekceważenie wroga czy jego przeszacowywanie. Ale wiem też, że choć armia rosyjska to groźny przeciwnik, wojska ukraińskie są w stanie go pokonać. Tak mu napsuć krwi, by wycofał się do domu. USA w latach 60. miały ogromną przewagę nad Wietnamem Północnym – włącznie z bronią atomową – a i tak w połowie następnej dekady wojska amerykańskie zwiały z Azji z podkulonym ogonem. Kijów – niczym kiedyś Hanoi – ma swojego wielkiego brata (w odróżnieniu od sióstr z Europy, uniezależnionego od rosyjskich szantaży energetycznych). Elity polityczne i społeczeństwo są zdeterminowane, by prowadzić walkę, zaś armia – mimo strat – krzepnie. Zginęło wielu doświadczonych ludzi, ale front każdego dnia „produkuje” całe zastępy kolejnych. Miną lata nim ten rezerwuar się wyczerpie.

Problemem jest technika. Wietnamska dżungla w istotnym stopniu niwelowała technologiczną przewagę armii Stanów Zjednoczonych. Geografia Ukrainy takich korzyści nie daje. Wojska rosyjskie weszły do walki korzystając z atutu ilościowej, sprzętowej przewagi. Armia ukraińska – choć niemała – nie była, nie jest i nie będzie w stanie zrównoważyć tego potencjału inaczej niż jakością. W pierwszym etapie wojny udało się to zrobić z wykorzystaniem wyrzutni przeciwpancernych, przeciwlotniczych i dronów – broni relatywnie niskokosztowej. Bitwa o Donbas pokazała, jak ważne są lufy dział i czołgów. Tych ostatnich – przede wszystkim dzięki nam, Polakom – Ukraińcom na razie nie zabraknie, zwłaszcza że straty kompensują dodatkowo znaczną liczbą zdobycznych maszyn. Gorzej z artylerią – tu ukraińskie zdolności wymagają skokowego wzrostu. Dlatego tak ważne są kolejne dostawy amerykańskich Himarsów, holowanych haubic M777, naszych samobieżnych Krabów, niemieckich PZH2000 czy francuskich Ceasarów. Ile to warte, przekonaliśmy się w ostatnich tygodniach – gdy punktowe ataki na stanowiska dowodzenia i magazyny istotnie sparaliżowały działania Rosjan (intensywność ostrzałów rosyjskiej artylerii spadła o 70 proc., o tyle samo zmniejszyły się ukraińskie straty w ludziach). W ostatnich dniach Ukraińcy wzięli na cel także krytyczną infrastrukturę drogową na południowym odcinku frontu. Wspominam o tym, bo choć siedzący w mojej głowie realista każe mi zakładać, że wojna weszła w statyczną fazę – co niesie ryzyko długotrwałych zmagań – to ulokowany tuż obok optymista łączy kropki i dostrzega, że coś się kroi. Ujmę więc rzecz tak: nie będę specjalnie zaskoczony, jeśli na południu dojdzie niebawem do czegoś na wzór chorwackiej operacji „Burza” z 1995 roku. Kontrofensywy, której celem będzie wyzwolenie obwodu chersońskiego.

—–

Nz. Polski PT-91 Twardy. Kto pięć miesięcy temu zakładał, że te czołgi trafią do Ukrainy?/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to