Piątka

21 grudnia 2011 roku Rawza, maleńka wioska tuż przy głównej drodze Afganistanu Highway 1, stała się miejscem największego dramatu w historii misji zagranicznych Wojska Polskiego.

Tego dnia, w eksplozji miny-pułapki, zginęło pięciu polskich żołnierzy. Najmłodszy z nich miał 22,  najstarszy 33 lata. Jechali jednym wozem – pojazdem M-ATV, popularnym „mrapem”. Nie brali udziału w operacji bojowej, ochraniali pracowników PRT (Provincial Reconstruction Team), zespołu odbudowy prowincji; cywilno-wojskowej struktury zajmującej się projektami pomocowymi.

Szokujące meldunki medyków

Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Konwój czterech mrapów dotarł do wioski bez problemów, sama wizyta przebiegła sprawnie. Gdy się zakończyła, specjaliści i ochraniający ich żołnierze wrócili do pojazdów. Kolumna ruszyła i wówczas nastąpiła eksplozja co najmniej kilkudziesięciokilogramowego IED. Plac spowiły tumany kurzu, kamienie i odłamki tłukły w pancerze wozów. Minę „wyłapał” czwarty w kolumnie „mrap”. Medycy, którzy dotarli do wraku jako pierwsi, podali dramatyczną ocenę stanu załogi…

Tysiące kilometrów dalej, w Warszawie, rozdzwoniły się telefony. Jeden z nich na biurku ówczesnego ppłk. Mirosława Ochyry, rzecznika Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych. „Skontaktował się ze mną oficer z dyżurnej służby operacyjnej”, opowiada Ochyra. „Pierwszy komunikat mówił o trzech zabitych i kilku rannych; takie informacje spłynęły od zaatakowanych do centrum dowodzenia w Afganistanie. Zaraz potem zadzwonił do mnie dowódca operacyjny, wtedy był nim gen. Edward Gruszka. »Przyjdź, mamy poważną sprawę«, powiedział krótko. Już u szefa dowiedziałem się, że wszyscy polegli byli z tej samej 20 Bartoszyckiej Brygady Zmechanizowanej”, wspomina.

Szczęściem w nieszczęściu nie doszło też do eskalacji napięcia po ataku. Zaraz po wybuchu trzy pozostałe wozy zajęły pozycje obronne, a niebawem do Polaków dołączył patrol ANA (Afghan National, czyli armii afgańskiej). Wkrótce na miejsce dotarły też polskie Rosomaki. W Afganistanie eksplozja IED zwykle była wstępem do kolejnych działań. Napady często miały postać zasadzek kombinowanych, w trakcie których używano również broni ręcznej, a niekiedy moździerzy i dział bezodrzutowych. W tym przypadku prawdopodobnie wiadomość o zbliżającym się wsparciu odstraszyła napastników. Zaczęła się ewakuacja – zabitych i żywych. Ciała poległych zabrały śmigłowce i wozy ewakuacji medycznej, a reszta patrolu, osłaniana przez Rosomaki, wróciła do Ghazni.

Najsmutniejsza wigilia w życiu

Gdy zdziesiątkowany patrol dotarł do bazy, jego uczestnicy uformowali pieszą kolumnę za WEM-em wiozącym ciało Piotra Ciesielskiego, dowódcy, odprowadzając je do dyżurnego punktu medycznego. „Potem były oficjalne pożegnania i wigilia… najsmutniejsza w życiu”, przyznaje Przemysław Kapuściński, w 2011 roku specjalista w PRT.

A jeszcze potem były pogrzeby w Polsce. Wszyscy polegli zostali pośmiertnie awansowani. Spoczęli w swoich rodzinnych miejscowościach. Pogrzeb mł. chor. Piotra Ciesielskiego odbył się w Ostródzie. Sierż. Marcin Szczurowski został pochowany w Morągu, sierż. Krystian Banach w Pieckach koło Mrągowa, sierż. Marek Tomala w Borowie koło Annopola, a sierż. Łukasz Krawiec w Jelnie koło Nowej Sarzyny.

Ale to wcale nie był koniec tej historii. W połowie listopada 2012 roku, w prowincji Ghazni, w starciu z sojuszniczymi siłami specjalnymi został zabity Hafiz Sardar. Jego śmierć stanowiła zwieńczenie kilkumiesięcznej operacji wywiadowczej, rozpoczętej po zamachu w Rawzie. „Zabity talibski dowódca odpowiedzialny był m.in. za organizację i przeprowadzenie (…) ataku na patrol z 21 grudnia 2011 roku, w wyniku którego zginęło pięciu polskich żołnierzy”, podano w komunikacie Dowództwa Operacyjnego RSZ. „Sardar był nierozważny”, mówi Mirosław Ochyra. „Po takich atakach ich organizatorzy zwykle uciekali z Afganistanu, on został. Kilka razy wymknął się komandosom, ale ci ostatecznie go dopadli”.

Rozmiar tragedii nie przeszedł w Polsce bez echa. „Mam wrażenie, że po 21 grudnia Polacy zaczęli trochę inaczej myśleć o naszym udziale w misjach zagranicznych”, dzieli się swoim spostrzeżeniem Przemysław Kapuściński. „Zaczęło to bardziej przypominać postawę charakterystyczną dla Amerykanów, ujętą w haśle »szacunek i wsparcie«”. Społecznym nastrojom poszli w sukurs politycy, „szacunkowi i wsparciu” nadając zinstytucjonalizowanej formy. By uczcić zabitych, w 2015 roku ustanowiono 21 grudnia Dniem Pamięci o Poległych na Misjach. „Cieszy mnie to upamiętnienie”, przyznaje Kapuściński. „Chłopaki na to zasłużyły”, dodaje. „To nie byli zwykli wojskowi”, napisała w swojej książce „Jej Afganistan…” Magdalena Pilor, która w 2011 roku również pracowała w PRT. „To byli przyjaciele, koledzy. Mieli rodziny, marzenia, mieliśmy wspólny cel – wrócić”.

Piątce z czwartego wozu się nie udało…

Rozszerzoną wersję tego reportażu opublikowałem w „Polsce Zbrojnej” – oto link do tego materiału.

—–

PS. Doniesienie o ataku pojawiło się w depeszy Reutersa już kilkanaście minut po fakcie. Do dziś nie wiadomo, skąd agencja miała tak szybko informację o wydarzeniach z 21 grudnia 2011 roku. Jest to o tyle istotne, że depeszę zilustrowano wykonanym na miejscu zdjęciem, przedstawiającym zniszczonego „mrapa”. Agencja zasłoniła się niejawnością źródeł, podkreślając, że dane pochodziły od współpracowników na miejscu, ale nie od dziennikarzy.

Nz. Świąteczny stół upamiętniający poległych, przygotowany w Ghazni, podczas wigilii w 2011 roku, trzy dni po tragedii/fot. archiwum blogu zAfganistanu.pl

Martwi

Komendant, którego odwiedziliśmy, był postawnym jak na afgańskie warunki mężczyzną. Wyprostowany niczym struna, miał czyściutki mundur i starannie przystrzyżoną brodę. Gdy śmiał się – a uśmiech właściwie nie schodził mu z twarzy – obnażał garnitur równiusieńkich białych zębów. Chłop mógłby robić za reklamę swojej formacji – Afgańskiej Policji Narodowej – tak dobrze się prezentował.

Ale nie za wygląd mu płacono, a za utrzymanie porządku w jednym z sektorów miasta Ghazni. Był 2013 rok, talibska rebelia rozkręciła się już na dobre, więc nie o zwykłą policyjną robotę tu chodziło. ANP de facto pełniła rolę lekkiej piechoty i brała udział w antypartyzanckich akcjach. Jej przeciwnikiem byli bojownicy, nie złodzieje czy inni pospolici przestępcy. Policjanci regularnie się z nimi strzelali, regularnie ginęli i zostawali ranni.

Robota niebezpieczna, lecz przyzwoicie płatna, rzecz jasna jak na realia ówczesnego Afganistanu (szeregowy funkcjonariusz dostawał jakieś 150 dolarów za miesiąc).

Niech Was jednak nie zwiedzie ton tych akapitów – ANP to nie byli dobrzy chłopcy, a łobuzy. Najbardziej skorumpowana i inwigilowana przez talibów struktura w Afganistanie. Nasze wojsko współpracowało z nią – tak jak z afgańską armią – z konieczności. Przy czym współpraca to duże słowo, wszak wszelkie wspólne działania regulowała zasada bardzo ograniczonego zaufania. W praktyce wyglądało to tak, że afgańscy dowódcy dowiadywali się o zadaniach w ostatniej chwili. I nawet wówczas ich wiedza była szczątkowa. Kablowali bowiem ile wlezie…

No ale mimo wszystko to byli swoi i to im, my – NATO, ISAF, Zachód – płaciliśmy. Walizkami żywej gotówki, którą odbierali lokalni komendanci, po to, by rozprowadzić hajs pośród podwładnych. Tak to powinno było wyglądać.

A jak wyglądało? Gość, którego wizytowałem w towarzystwie wysokich rangą oficerów WP, miał pod sobą 120 chłopa; tak przynajmniej deklarował. Lecz z jakiegoś powodu, mimo tego ludzkiego dostatku, nie potrafił upilnować swojego kurnika, co zrodziło wątpliwości naszych sztabowców. Jednym z celów wizyty było policzenie oddziału, na co ów komendant z ochotą przystał. A potem wystawił na dziedzińcu posterunku trzydziestu paru ludzi. Część nieobecnych miała być na mieście (choć wszystkie wozy stały na parkingu), a część – no cóż, pojechała do domów w innych prowincjach, wykonywała jakieś tajne zadania, pochorowała się i wylądowała w szpitalu; jakich tam nieszczęść, dramatów i nieoczekiwanych historii nie było… „Ju-noł mister, jak przyjedziecie następnym razem, będą miał ich wszystkich pod ręką”.

Taaaaa…

W afgańskiej armii i policji przez lata funkcjonował system tzw. „martwych dusz” – fikcyjnych żołnierzy i funkcjonariuszy, których nazwiska widniały w dokumentach, ale którzy nie istnieli, dawno zginęli, zdezerterowali albo zostali odesłani do domów. Dowódcy pobierali za nich pensje, premie i racje żywnościowe.

Według raportu SIGAR (Special Inspector General for Afghanistan Reconstruction) z 2023 roku, system „ghost soldiers” funkcjonował przez całą misję NATO w Afganistanie, a jego istnienie było znane zarówno afgańskim władzom, jak i zachodnim doradcom.

W sierpniu 2021 roku, gdy talibowie rozpoczęli ofensywę, okazało się, że wiele jednostek ANA i ANP nie istnieje. Dowództwo w Kabulu operowało na danych, które były fikcyjne – liczba żołnierzy, dostępnego sprzętu i amunicji była zawyżona nawet o 30–50 proc. W efekcie fronty się załamały, a talibowie zajmowali kolejne miasta niemal bez walki.

Tak się ten pic na wodę skończył.

Zostawmy Afganistan i zerknijmy na armię rosyjską w Ukrainie.

Wojna obnażyła nie tylko jej brutalność wobec przeciwnika. Z coraz częstszych doniesień wynika, że rosyjscy oficerowie dopuszczają się morderstw na własnych żołnierzach – nie z powodów dyscyplinarnych, lecz dla pieniędzy. Żołd, który frontowcy otrzymują za udział w walkach, stał się łakomym kąskiem dla dowódców, którzy w warunkach chaosu i bezkarności traktują podwładnych jako źródło dochodu.

Według danych niezależnego rosyjskiego portalu Mediazona, od początku pełnoskalowej inwazji na Ukrainę prawie tysiąc rosyjskich żołnierzy zostało oskarżonych o morderstwo lub umyślne spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu ze skutkiem śmiertelnym. Rosyjskie sądy wojskowe notują stały wzrost takich spraw, a rok 2025 wskazuje na dalsze przyspieszenie tego trendu. Choć wiele z tych zbrodni dotyczy przemocy wobec cywilów lub jeńców, coraz częściej pojawiają się przypadki wewnętrznych egzekucji – dokonywanych przez oficerów na własnych żołnierzach.

Rosyjscy żołnierze w Ukrainie zarabiają co najmniej sześciokrotność średniej pensji w kraju. Pozorny dostatek, bo żołnierze płacą oficerom za urlopy, za przeniesienie do bezpieczniejszych sektorów, za dostęp do narkotyków i alkoholu. Albo po prostu płacą – za to, że oddychają. Ci, którzy nie płacą, znikają. W niektórych przypadkach ich śmierć jest tuszowana jako „polegli w boju”, choć nie ma żadnych dowodów na udział w walkach.

Wiosną 2025 roku ukraiński wywiad wojskowy HUR opublikował przechwycone rozmowy rosyjskich żołnierzy z jednostki stacjonującej pod Bachmutem. Jeden z rozmówców opowiadał, że dwóch młodych rekrutów zostało zastrzelonych przez oficera po tym, jak odmówili oddania premii bojowej. Ich ciała miały zostać wrzucone do leja po bombie, a oni zgłoszeni jako „zaginieni w akcji”.

W rosyjskiej armii nie istnieje realny system kontroli wewnętrznej. Oficerowie są chronieni przez hierarchię, a żołnierze – często rekrutowani z biednych regionów – nie mają żadnych narzędzi, by dochodzić sprawiedliwości. System martwych dusz ma się więc dobrze.

Nie bez powodu zacząłem od Afganistanu – i nie chodziło mi tylko o ilustrację pt. nihil novi. Znając rosyjską pogardę dla „dzikich ludów” chciałbym podkreślić różnicę między ANP/ANA a armią putina. Afgańscy komendanci nie robili krzywdy swoim ludziom – po prostu kazali im spierdalać do domów. Albo ich wymyślali, co w kraju analfabetów i szczątkowej biurokracji gwarantowało bezkarność. „Cywilizowani” rosyjscy oficerowie łasi na kasę podwładnych sięgają po przemoc i śmierć. Co kraj, to obyczaj…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Julii Dubno i osobie o nicku Mar bli.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Funkcjonariusze ANP z prowincji Ghazni, zdjęcie ilustracyjne/fot. własne

Marcin(y)

Dziś ważna dla mnie rocznica…

—–

Latem 2009 roku w bazie Giro w Afganistanie stacjonowała nieco ponad setka żołnierzy Wojska Polskiego, w większości spadochroniarzy. Na terenach wokół posterunku roiło się od talibów, de facto więc Polacy żyli w oblężonej twierdzy. Zaopatrzenie dostarczały helikoptery, rzadziej samoloty, które dokonywały zrzutów. Ale w Giro nie chodziło o trwanie, a o „projekcję siły” – patrole regularnie wypuszczały się do okolicznych wiosek. Za dnia paradowali w nich Polacy, nocą wracali talibowie. Tam, gdzie pierwsi bywali częściej, drudzy z czasem pojawiali się rzadziej, nie była to zatem zabawa w kotką i myszkę, a rozłożona w czasie strategia budowania stref wpływów. Kręgów bezpieczeństwa, jak mówiono w Giro, numerując poszczególne pierścienie, gdzie jeden oznaczało najbliższe okolice bazy. Ta strategia wymagała ciągłej mobilności niewielkiego garnizonu, z czym wiązała się intensywna eksploatacja używanego sprzętu. Tymczasem zaplecze logistyczne, w tym serwis rosomaków, znajdowały się w głównej polskiej bazie, „Gazowni”, ulokowanej na obrzeżach miasta Ghazni. Popularne „rośki” – przez Afgańczyków zwane „zielonymi diabłami” – docierały tam na własnych kołach, w ramach powtarzanych co jakiś czas konwojów logistycznych. I właśnie taki konwój, składający się z czterech wozów, rankiem 4 września 2009 r. wyruszył do „Gazowni”.

Oddział dotarł na miejsce po pięciu godzinach, by po kolejnych trzech udać się w drogę powrotną. Tuż przed osiemnastą, trzy kilometry od celu, w drugim kręgu (sic!) doszło do eksplozji miny-pułapki.

– Chłopaki drzemały, ja nie mogłem zasnąć. Czytałem „Apokalipsę według pana Jana” Roberta Szmidta – opowiadał mi kilka dni później jeden z rannych wówczas żołnierzy. – I wtedy walnęło. Nie wiem, co działo się przez następne sekundy. Gdy wróciła świadomość, zobaczyłem kłębowisko ciał. I zacząłem zastanawiać się, dlaczego kolega, Waldi, leży na mnie. Ale to ja leżałem na nim.

Mariusz Mazur, dowódca trafionego wozu, tak wspominał ów moment:

– Dojechaliśmy do wioski, po obu stronach były jakieś zabudowania. Dłużej opłotkami jechać się nie dało, musieliśmy więc wrócić na drogę, co zawsze wiązało się z większym ryzykiem. Maszyna już się prostowała i wtedy pod przedostatnim kołem pierdyknęło. „Mój Boże, oby urwało tylko koło!”, modliłem się w duchu. Ale siadło mi całe auto, wszystkie systemy się wyłączyły. W środku było pełno kurzu i dymu, z tyłu słyszałem czyjeś jęki. „Marcin nie żyje!”, krzyknął któryś z chłopaków. „Który?!”, spytałem, bo na desancie było dwóch Marcinów.

Mazur nie otrzymał odpowiedzi. Wydostał się z wieży rosomaka zaraz po działonowym.

– Uniosłem właz kierowcy i pytam, czy wszystko z nim w porządku. Potwierdził, więc pobiegłem na tył wozu. Jeden z kolegów już wysiadał, za nim zobaczyłem kłębowisko ciał i sprzętu. Zaczęliśmy wyciągać chłopaków.

Pod transporterem eksplodował ładunek formowany kinetycznie. Prosta, chałupnicza konstrukcja, składająca się z pojemnika na materiał wybuchowy, nakryty plastrem miedzi. Eksplozja używanej zwykle przez talibów saletry wyrzucała w górę ów kawałek stopu, a oddziaływujące nań siły formowały go w stożek. Prędkość i gęstość takiego pocisku sprawiały, że przechodził on przez podwozie niczym przez masło. Ktoś, kto znalazł się na jego drodze, nie miał szans na przeżycie. Tym kimś był Marcin Poręba, saper. Siedzących obok kolegów poraziła fala uderzeniowa.

—–Ewakuacja—–

Gdy jedni ewakuowali poszkodowanych ze zniszczonego pojazdu, reszta przygotowywała grunt pod lądowanie śmigłowca medycznego. W ruch poszły karabiny, granatniki RPG, działka rosomaków. Żołnierze przez kilka minut prowadzili ogień zaporowy, strzelając do miejsc, w których mogliby chronić się bojownicy. Helikopter tymczasem zawisł im nad głowami, po czym poleciał dalej i usiadł na lądowisku przy bazie Giro. W Afganistanie każdy patrol utrzymywał łączność z własnym „tokiem” (od ang. TOC, Tactical Operation Center – Centrum Operacji Taktycznych). W tym przypadku sytuację komplikował fakt, że konwój prowadził „tok” w Giro. Wezwanie o pomoc dotarło najpierw tam, a dopiero potem do TOC w Ghazni, gdzie stacjonowały amerykańskie śmigłowce medyczne. Centrum w Giro dostało prawidłowe namiary od dowódcy konwoju – i takie dane przekazało „tokowi” w Ghazni. Stamtąd współrzędne, w niezmienionej formie, trafiły do Amerykanów. Ci prawdopodobnie założyli, że skoro do ataku doszło tak blisko bazy, ranni zostali do niej dowiezieni. Szczęściem w nieszczęściu, szybko naprawili swój błąd, a siedem minut zwłoki nie kosztowały czyjegoś życia. Ale stan pięciu poszkodowanych i tak był poważny. Jeden z żołnierzy, ze zmiażdżoną u dołu prawą nogą, wiele tygodni później niemal ją stracił. Zawziął się, nie pozwolił na amputację. Po kilkudziesięciu operacjach kończyna wróciła do dawnej sprawności.

Gdy śmigłowiec ewakuacji medycznej zabrał rannych do szpitala w Ghazni, na niebie pojawiły się następne maszyny. Dowództwo polskiego kontyngentu wycofało z innej operacji dwa szturmowe Mi-24, które przez dwie godziny strzegły bezpieczeństwa unieruchomionego konwoju. To były bardzo niebezpieczne chwile, gdyż Polacy stali w pełni księżyca. Gdyby talibowie zorganizowali regularną zasadzkę, użyto by przeciw nim moździerzy. Kilka strzałów wystarczyłoby do zadania wojskowym kolejnych strat. Trudno powiedzieć, czy Afgańczycy mieli takie plany, czy przestraszyły ich huczące nad głowami „diabelskie rydwany”, znane im jeszcze z czasów radzieckiej interwencji. Faktem jest, że do kolejnego ataku nie doszło. A na miejscu wylądował kolejny helikopter, który przywiózł amerykańskich saperów. To oni sprawdzili grunt pod trafionym pojazdem, bez czego nie było mowy o wzięciu rosomaka na hol. Miny-pułapki często podkładano w parach, tak, by uniemożliwić kolejne ruchy uszkodzonej maszyny. „Dobić” ją w razie potrzeby. W tym przypadku pomoc saperów była niezbędna także z innego powodu – Polacy utknęli w terenie, z którego wyjazd prowadził nad przepustem. Tam również mogła kryć się mina.

Przepust okazał się czysty, wozy wróciły do bazy. Następnego dnia na lądowisku dla helikopterów w Ghazni kilkuset żołnierzy pożegnało ciało Marcina Poręby. Nastrojowi powagi towarzyszyło wyraźne poruszenie. „Zielone diabły” już wcześniej wjeżdżały na miny, co kończyło się na urwanych kołach i urazach „wytrzęsionej” załogi – czasem poważnych, nigdy śmiertelnych. Poprzedniego wieczoru nieprzyjaciel przełamał psychologiczną barierę. „Próbowali, próbowali, aż wreszcie im się udało” – podsumował wysiłki talibów jeden z moich mundurowych kolegów.

—–Saper—–

Marcin Poręba służbę w armii rozpoczął w 1997 r., w chwili śmierci miał 31 lat. Postanowieniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Krzyża Wojskowego i Gwiazdą Afganistanu. Minister Klich awansował go do stopnia sierżanta. I właśnie taki stopień widnieje na grobie Marcina w rodzinnym Szczecynie, wiosce w województwie lubelskim. Pochowano go tam 9 września 2009 r., przy zachowaniu wojskowego ceremoniału. W pogrzebie udział wzięli przedstawiciele władz państwowych i dowództwa armii – minister obrony, stojący na czele BBN Aleksander Szczygło oraz szef Sztabu Generalnego WP, gen. Franciszek Gągor.

– Tylu ważnych gości nasza wioseczka nigdy jeszcze nie gościła – zauważyła po latach Zofia Poręba, mama poległego sapera.

Marcin miał trzy siostry i dwóch braci. Ze wspomnień matki wyłania się obraz wesołego i wiecznie zajętego dziecka. Gdy wyrósł z podwórka, dołączył do harcerstwa, a później do ochotniczej straży pożarnej. Wiecznie na zbiórkach i wyjazdach, z których przynosił do domu kolejne dyplomy i wyróżnienia. Udzielał się też artystycznie – był członkiem zespołu ludowego w pobliskim Gościeradowie. Przygodę z wojskiem zaczął od służby zasadniczej. Najpierw trafił do Koszalina, a potem do Szczecina, do tamtejszej jednostki przeciwlotniczej. Mimo początkowych wahań, zdecydował się na służbę nadterminową, a w 2001 r. przeniósł się do szczecińskiego pułku saperów. Latem 2003 r. wyjechał do Iraku, jako żołnierz pierwszej zmiany polskiego kontyngentu. Wcześniej ożenił się z dziewczyną, którą poznał będąc już w wojsku. Para doczekała się syna, Szymona, ale związek nie przetrwał próby czasu.

– Dla Marcina syn był pierwszą miłością, zaraz potem było wojsko – wspominał poległego przyjaciela chor. Jarosław Kościelak. – Niektórzy traktują armię jako miejsce pracy, lecz nie Poręba. Pamiętam, jak jeździł na urlop w rodzinne strony. Co drugi dzień dzwonił i pytał, czy w jednostce wszystko okej. Ze Szczecyna do Szczecina jest siedemset kilometrów, a on w każdej chwili gotów był wracać.

– Chciał jechać do Afganistanu? – spytałem chorążego.

– Oczywiście. Marcin lubił wyzwania. Przed wylotem doszkalał się w saperce, jeździł na różne kursy. Naprawdę tym żył.

Poręba wyleciał pod Hindukusz wiosną 2009 r. Najpierw trafił na posterunek Karabach, a później do bazy Giro. Dowodzona przez Marcina sekcja saperska odnalazła wiele zaimprowizowanych ładunków wybuchowych, nazywanych przez żołnierzy „ajdikami”.

– Gdy wychodził sprawdzić przepust, na przód kolumny, odsłonięty, mógł liczyć na wsparcie reszty patrolu – mówił o Porębie Mariusz Mazur. – Ale to on ryzykował najwięcej. Wiele mu zawdzięczamy, był naszym aniołem stróżem.

—–Dom—–

– Dla mnie to był trudny czas – w słowach matki Marcina groza mieszała się ze smutkiem. – Któregoś razu rozmawiam z synem przez telefon i słyszę: „mamo, pamiętajcie ogrodzić moją działkę”. Mówię mu: „synku, przyjedziesz, sam ogrodzisz”. A on: „nie, zróbcie to teraz, proszę”. Jakby jakieś przeczucia miał. Parę dni później, trochę pod wpływem tej rozmowy, zaczęliśmy z młodszym synem i synową budować huśtawkę. Dla Marcina i Szymona, bo przecież jak już będzie huśtawka, to Marcin musi wrócić. Tak zaklinaliśmy rzeczywistość.

Huśtawka nie pomogła. Wieczorem 4 września 2009 r. Zofia Poręba wyszła właśnie z obrządku.

– Zobaczyłam w dole wojskowy samochód. Zaraz za naszym gospodarstwem kończy się droga, ale ja miałam nadzieję, że to nie do nas, że auto pojedzie dalej. Zatrzymało się koło domu…

Domu, z którego jeszcze kilka lat temu można było dojrzeć pobliski cmentarz. I upewnić się, że znicze na grobie Marcina nadal się palą. Później widok przesłoniły drzewa – wąziutki zagajnik nasadzony wzdłuż cmentarnego płotu dla lepszego wydzielenia sacrum od profanum. Wzrastające drzewa to dobra ilustracja mijającego czasu – tego, że życie toczy się dalej. Zresztą, gdzieżby indziej szukać lepszego przykładu, jak nie w Szczecynie. Miejscu-symbolu, które 2 lutego 1944 r. zostało spacyfikowane przez kilkutysięczną ekspedycję niemiecką. Okupanci zamordowali 368 osób – w tym wiele kobiet i dzieci. Spalili też szkołę i 142 gospodarstwa wraz z żywym inwentarzem. I choć nie został kamień na kamieniu, wioska się odrodziła.

Żałoba nie złamała rodziców Marcina, ale wpłynęła na ich dalsze życie. Odtąd istotna jego część wiąże się z pielęgnowaniem pamięci o synu. Poręba stał się miejscowym bohaterem, jego grób regularnie odwiedzają uczniowie i harcerze. Przyjeżdżają wojskowe delegacje i weterani, na przykład w ramach motocyklowych rajdów dedykowanych poległym. Rokrocznie to co najmniej kilka różnych okazji, każda staje się pretekstem do odwiedzin w domu Porębów. A ci chętnie przyjmują gości, szczególnie kolegów, z którymi Marcin służył w Giro. Po latach można już mówić o tradycji zapoczątkowanej w pierwszą rocznicę śmierci. Wtedy na cmentarzu w Szczecynie zjawiła się większość uczestników feralnego konwoju. Tak było rok później i podczas kolejnych uroczystości.

– Wszyscy ciągle powtarzają, że przyjeżdżają „do Marcina” – relacjonowała mi swego czasu pani Zofia.

—–Reporter—–

Ja również chciałem pojechać do Marcina, brałem bowiem udział w opisanym konwoju. Nie wszystko widziałem na własne oczy – jechałem w czwartym wozie, Marcin w pierwszym. Wybuch, który wyrwał mnie z półsnu, usłyszałem jako przytłumiony odgłos.

– Moździerz!? – krzyknął wówczas Wojtek, dowódca sekcji desantowej, a jego podwładni zaczęli poprawiać hełmy i przeładowywać broń. Pamiętam te sekundy napięcia, nim wreszcie podano przez radio, że to „jedynka” wjechała na „ajdika”. Działonowy zaklął paskudnie, a eter wypełnił się kakofonią dźwięków. Z potoku meldunków i pytań trudno było wyłapać informację o tym, co stało się z ludźmi z trafionego pojazdu. Ale niebawem wiedzieliśmy już, że jeden żołnierz zginął, a co najmniej dwóch zostało rannych. – Spokojnie. Może panikują… – uspokajał kolegów Wojtek. Miał osobisty odbiornik i słuchawkę w uchu, słyszał i rozumiał więcej niż my. – Ajdik poszedł w desant – relacjonował. – Wzywają medevac.

Bałem się okrutnie. Na kilka minut mnie sparaliżowało – jakby mi ktoś przyspawał nogi do podłogi. Później ta chwila słabości długo we mnie pracowała, wstydziłem się jej. Chcąc ją unieważnić, pakowałem się w kolejne wyjazdy, w następne wojny, a w nich w sytuacje, w których trudno już mówić o odwadze, bo trzeba powiedzieć o głupocie. Lecz nie z tego powodu unikałem uroczystości w Szczecynie. 4 września 2009 r., na odprawie przed wyjazdem konwoju, przydzielono mnie do ekipy Wojtka. Ktoś jednak uznał, że dziennikarz nie powinien znajdować się w czołowym wozie – i „mojego” rosomaka przesunięto na koniec kolumny. Jako pierwszy miał jechać „rosiek” z Marcinem Porębą na pokładzie. Moim imiennikiem, co po wszystkim nabrało dodatkowego symbolicznego wymiaru. Obwinianie się o śmierć Marcina było procesem, początkowo subtelnym, uruchomionym jeszcze 4 września. Późnym wieczorem przypadkiem natknąłem się na inwentaryzację sprzętu ze zniszczonego rosomaka i na stole, pośród innych gratów, zobaczyłem zakrwawioną kamizelkę sapera. Potem było już tylko gorzej.

W 2016 r. przyjąłem propozycję Centrum Weterana i dołączyłem do grona autorów książki poświęconej Polakom poległym w Iraku i Afganistanie. Postanowiłem, że napiszę m.in. o Marcinie. Zadzwoniłem do pani Zofii.

– Ponad sześć lat czekałam na ten telefon – usłyszałem w słuchawce.

Mimo przyjaznego przyjęcia, nie byłem gotowy na rozmowę o moim poczuciu winy. Nadal też odrzucałem zaproszenia na uroczystości w Szczecynie. Pojawiłem się tam w 10. rocznicę śmierci Marcina. Godzinę rozmawiałem z panią Zofią i panem Genkiem, w pokoju pełnym pamiątek po ich synu.

– Tak widocznie musiało być – orzekli zgodnie. Bałem się tej rozmowy, a podczas niej poznałem ludzi, którzy potraktowali mnie jak bliską osobę. Niemal jak syna. – Jesteś Marcin, to nie przypadek – stwierdziła pani Zofia. Twarz miała pogodną, mnie zaszkliły się oczy. Potrzebowałem 10 lat, by zakończyć tamten konwój, ale wreszcie się udało. Rana pokryła się blizną.

– Usiądź z nami – usłyszałem tuż przed wyjazdem do domu. Usiadłem więc między Zosią i Genkiem, ściskając mocno ich spracowane dłonie. Na ławeczce przygotowanej przed laty dla mojego imiennika.

—–

Wspomniana w tekście książka nosi tytuł „W naszej pamięci. Irak, Afganistan 2003-2014” (Warszawa 2016, wyd. Centrum Weterana Działań Poza Granicami Państwa). Część zawartych we wpisie wypowiedzi pochodzi z rozdziału pt.: „Marcin Poręba”, bądź jest efektem rozmów prowadzonych przeze mnie podczas zbierania materiału.

Nz. Grób Marcina Poręby w rodzinnej wiosce/fot. własne

„Pokojowi”

Pytają mnie Czytelnicy, czy Polska powinna wysłać siły pokojowe do Ukrainy? Tak, ale…

By wyjaśnić moje zastrzeżenia, konieczna jest odrobina historii. Wróćmy do 2003 roku i Iraku tuż po amerykańskiej inwazji. To wówczas powołano do życia Międzynarodową Dywizję Centrum-Południe, która miała zająć się okupacją części Iraku. Dowództwo MDCP powierzono Polakom, to nasz kraj wystawił największy, liczący 2,5 tys. kontyngent. Pozostałe dwa wiodące kraje – Hiszpania i Ukraina – wysłały nad Eufrat i Tygrys po tysiąc żołnierzy mniej.

Jednostka docelowo miała liczyć 10 tys. wojskowych, co na chwilę udało się osiągnąć, ale za cenę totalnego rozdrobnienia. Pod dowództwem Polaków znaleźli się żołnierze z Fidżi, Mongolii, Filipin, Armenii czy Danii; słowem, od sasa do lasa. Niektóre kraje delegowały po kilkuset mundurowych, inne po kilkunastu. Polityczna poprawność kazała zachowywać dobrą minę do złej gry – pierwszy dowódca gen. Andrzej Tyszkiewicz zapewniał, że z tej multikulturowej wspólnoty udało się stworzyć sprawny organizm – ale praktyka udowadniała co innego.

Rozłaziło się to na wielu płaszczyznach – językowej (językiem komunikacji był angielski, dla większości personelu obcy), logistycznej (dywizja miała sprzęt zachodni, sowiecki i mieszankę narodowych kombinacji), proceduralno-taktycznej (armie zachodnie, aspirujące, postsowieckie, z różnymi filozofiami działania). No i organizacyjnej, bo tylko Polacy, Ukraińcy i Hiszpanie mieli na tyle duże kontyngenty, że mogli realizować większość zadań samodzielnie. Reszta w dużej części robiła za tło, politycznie użyteczne, gdyż tworzące pozór wielonarodowości, ale na poziomie wojskowym średnio i mało przydatne.

Efektywność MDCP od samego początku była taka sobie. A potem było już tylko gorzej. Dyskretne wsparcie Amerykanów szybko zmieniło się w niemal całkowite przejęcie przez nich zadań i odpowiedzialności w strefie.

O wnioskach, które płyną z tego dla Ukrainy, później.

Na razie przenieśmy się do Afganistanu. Natowska misja ISAF też była przedsięwzięciem wielonarodowym. Ale działało to znacznie lepiej, gdyż brały w nim udział armie Sojuszu (także oddziały z innych krajów, ale istotę stanowiło NATO). Kontyngenty z krajów dawnego Układu Warszawskiego posyłały pod Hindukusz swoje najlepsze oddziały, co w praktyce oznaczało, że były one istotnie (także sprzętowo) zwesternizowane.

Choć logistyka i komunikacja nie stanowiły problemu, i tak mieliśmy do czynienia z ograniczoną efektywnością. A wszystko za sprawą RoE – rules of engagement/zasad zaangażowania, różnych dla różnych narodowych kontyngentów. RoE, w uproszeczniu, reguluje zasady użycia broni. Jedne armie miały je bardzo restrykcyjne (na przykład siły ekspedycje Niemiec), inne – jak Amerykanie czy Brytyjczycy – mocno poluzowane. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami lokowała się Polska; bez wchodzenia w zbędne szczegóły, nasze RoE (zmieniające się podczas afgańskiej misji) dawało sposobność do używania Polaków w operacjach bojowych, ale nie bez ograniczeń. Efekt był taki, że bili się z talibami przede wszystkim Amerykanie i Brytyjczycy (z Kanadyjczykami u boku), reszta pełniła role wspierające, co w ostatecznym rozrachunku przyczyniło się do porażki Zachodu w Afganistanie.

Wróćmy teraz do Europy i przypomnijmy sobie masakrę w Srebrenicy. W lipcu 1995 roku, przy bezczynności żołnierzy z holenderskiego batalionu ONZ, doszło do masakry około 8 tys. bośniackich muzułmanów, zamordowanych przez Serbów. „Błękitne hełmy” nie miały odpowiedniego sprzętu, by wejść w twardą konfrontację z Serbami, na przeszkodzie stały też RoE. Oczywiście zabrakło i hardości; ostatecznie Holendrzy całkiem bezbronni nie byli. Tym niemniej, patrząc z perspektywy holenderskich dowódców, cywilów nie broniono z braku narzędzi.

Dość historii, czas na wnioski.

Siły pokojowe (SP) w Ukrainie muszą się opierać na kilku wiodących, licznych kontyngentach, zdolnych realizować zadania samodzielnie, co narzuca ich wielkości na poziomie mniej więcej 10 tys. ludzi. 3-4 takie kontyngenty stanowiłyby rdzeń sił pokojowych.

SP musiałyby działać w oparciu o jednorodne RoE. Bez wyłączeń i ekstraordynaryjnych rozwiązań dla wybranych. „Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. RoE musi zakładać twardą reakcję na jakiekolwiek rosyjskie naruszenia. Bo oczywiście nie mówimy o stacjonowaniu z dala od linii rozgraniczenia, bez kontaktu z rosjanami. By cały projekt miał sens, „pokojowi” musieliby stanowić bufor między moskalami a Ukraińcami (na kilku kluczowych kierunkach; całej granicy żołnierzami z Europy obsadzić nie sposób).

SP nie mogą być „błękitnymi hełmami”; muszą je stanowić pełnokrwiste jednostki bojowe, z całym niezbędnym sprzętem i odpowiednim wsparciem (nade wszystko lotniczym).

To warunki brzegowe, ich część – o reszcie w kolejnym wpisie (jestem na konferencji poświęconej Ukrainie, stąd ograniczony czas na inną aktywność; jutro będę już do Waszej dyspozycji w większym zakresie).

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa…w sklepie na Patronite pojawiły się kolejne książki – powieści, które napisałem i wydałem „w czasach afgańskich”, reportaż z tamtego okresu oraz książka political/war fiction, dziejąca się w realiach pandemii i rosyjskiej agresji militarnej na Polskę. Polecam lektury – by je nabyć, przejdźcie na stronę pod tym linkiem.

„Utylizacja”

Leciałem kiedyś „wesołym śmigłowcem” z Ghazni do Bagram. Wesołym, bo jakkolwiek na pokładzie ulokowano istne siedem nieszczęść, nastroje towarzystwu dopisywały. Kontuzjowanych żołnierzy, których rotowano z wysuniętej bazy do wielkiej logistycznej placówki, czekało kilkanaście dni oddechu od wojny.

Jeden z chłopaków miał mikroodłamki w oku; oczodół wymagał specjalistycznej interwencji w bagramskim szpitalu, ale w gruncie rzeczy nie było to nic poważnego. Podobnie jak urazy rąk dwóch innych żołnierzy. Tylko jeden z wojskowych miał większy problem – skomplikowanie złamane ramię, wymagające wielotygodniowej rekonwalescencji. Ten pechowiec leciał do Bagram na chwilę – stamtąd wkrótce wywieziono go do Polski. Po prawdzie on jeden nie był wesoły – nie chciał wracać, ale wojsko nie potrzebowało go „na teatrze” w sytuacji tak długiej niedyspozycji. „Kalekami patroli opędzić się nie da”, ten argument dowódcy połamańca nie był do podważenia.

Jakiś czas później wracałem do kraju amerykańskim samolotem ewakuacji medycznej (droga wiodła zatem przez niemieckie Ramstein, gdzie znajdował się wielki kompleks szpitalny; obsłużył on i „Irak” i „Afganistan”, z obu wojen łącznie trafiło tam około 80 tys. rannych żołnierzy koalicji). Tu już wesoło nie było, leciałem bowiem w towarzystwie solidnie poszkodowanych żołnierzy. Pośród których znalazło się kilkunastu chłopaków z połamanymi czy w inny sposób uszkodzonymi kończynami dolnymi. Żaden nie był w ciężkim stanie, ale jak wspomniany wcześniej Polak, wielotygodniowa niezdolność do służby wykluczała ich dalszy udział w misji. Niektórzy zapewne zdołali później wrócić do Afganistanu – Amerykanie uskuteczniali roczne tury, 3-4 miesiące na tyłach/w domu, oznaczało na tyle krótką przerwę, że dało się wrócić do swoich pododdziałów.

Tak robiły to, robią, cywilizowane armie.

Ale jest jeszcze coś takiego, jak siły zbrojne federacji rosyjskiej, które funkcjonują wedle odmiennego schematu.

Pierwsze doniesienia o tym, że poszkodowanym żołnierzom nie pozwala się wrócić na tyły, pochodzą z pierwszych tygodni wojny. „Póki dychasz, póty masz walczyć”, wyrokowali rosyjscy lekarze i nawet solidnie kontuzjowanych odsyłali z punktów medycznych na pierwszą linię.

Dziś ten proceder jeszcze się nasilił. Filmik przedstawiający „selekcję” rannych rosjan – który wypłynął kilka dni temu – szokuje niewprawnych obserwatorów konfliktu. Ilustruje aberrację? Z pewnością, ale zarazem nie o incydentalnym charakterze. Dość poczytać rosyjskie fora i opinie uczestników spec-operacji oraz członków ich rodzin, gdzie mowa jest o powszechnym „utylizowaniu kalek” (dosłowny cytat).

Na wspomnianym filmie mężczyźni o kulach i w temblakach, jako wystarczająco sprawni, kierowani są ponownie na front. A tam czeka ich los jak żołnierza ze zdjęcia (oryginalną fotografię wykonaną z drona – jako że naruszałaby moje własne standardy – przerobiłem na komiks; i zdjęcie, i film, o którym piszę, bez trudu można znaleźć w otwartym źródłach).

Dlaczego tak się dzieje? Kontekst kulturowy (brak poszanowania dla ludzkiego życia), to raz. Dwa, jest to też efekt zużywania się zasobów finansowych rosyjskiej machiny wojennej. Ochotnicy, poza relatywnie wysokim żołdem, otrzymują jednorazowe premie za wstąpienie do armii. Każdy kolejny wojskowy to wydatek, a państwo ma coraz mniej pieniędzy. Z dostępnych informacji wynika, że akcja rekrutacyjna dramatycznie wyhamowała – w niektórych regionach rosji powołuje się o dwie trzecie mniej mężczyzn, nie dlatego, że ich brakuje, ale dlatego, że nie ma im z czego wypłacić premii („kasa misiu, kasa”; z patriotycznego obowiązku rosjanin do wojska nie idzie). Taki stan rzeczy powoduje konieczność maksymalnego wykorzystania już dostępnych zasobów ludzkich. A że mówimy o armii opartej o zwyrodniałe reguły, której dowódcy są przekonani, że wojna musi się rozstrzygnąć w ciągu najbliższych kilkunastu tygodni, mamy to co mamy.

Kaleka nie pójdzie do szturmu. Ale wciąż ma karabin i stanowi dla przeciwnika potencjalne zagrożenie. I doczłapie się do strefy operowania ukraińskich dronów. I tam zginie, zużywając wrogowi amunicję. Której na zdrowych rosjan może Ukraińcom zabraknie.

Darwin przewraca się w grobie…

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Fot. ZSU