Pucz

Treść tego wpisu to moje posty na Facebooku, gdzie na bieżąco starałem się komentować pucz prigożyna. To zapis chwili, dowód zmieniającej się percepcji – zamieszczam post factum (kilka dni po zakończeniu rebelii) dla porządku, by za jakiś czas podczas lektury blogu nowy Czytelnik miał komfort linearnej narracji.

23 czerwca, piątek, późny wieczór

Mój boże, co tam się odpierdziela!? ruSSka armia strzela się z wagnerowcami – rzecze prigożyn i zapowiada zemstę. W reakcji zostaje uznany za agenta zagranicznego – tak informuje ministerstwo sprawiedliwości federacji i rządowe media. W moskwie zaś nadzwyczajna mobilizacja i wojsko na ulicach.

Nie, to nie piąteczkowy wpis – rekapituluję Wam doniesienia z ruSSnetu. Ale jazda.

Edit (tuż przed północą): generałowie rosyjskiej armii apelują do wagnerowców, by nie opuszczali miejsc dyslokacji i podporządkowali się rozkazom głównodowodzącego (putina).

Filmowe przebitki z moskwy i rostowa nad donem (gdzie mieści się dowództwo „specjalnej operacji wojskowej”) potwierdzają mobilizację wojska, rosgwardii i policji.

Tymczasem z frontu na Zaporożu dochodzą informacje o silnym ukraińskim ostrzale artyleryjskim – czyżby ZSU chciały wykorzystać zamieszanie w rosji?

Tak czy inaczej, nie wygląda to (jeszcze?) na jakiś pucz, który stanowiłby realne zagrożenie dla reżimu putina.

Kto wie, co z tego informacyjnego chaosu wyłoni się rano…

„Twarz puczu” jewgienij prigożyn/fot. grupa Wagnera

Noc z piątku na sobotę, z 23 na 24 czerwca

Wydarzenia z rosji rozpalają nocnych marków. Mnie też, żeby nie było. Ale napiszę ten komentarz i zmykam spać – rano na pewno będzie wiadomo więcej.

Teraz, w oparciu o to, co wiem, i czego się domyślam, stawiam następującą hipotezę: to nie jest zamach stanu, prigożyn jest na to za krótki. I nawet nie on gra tu pierwsze skrzypce, a jest użytecznym narzędziem.

Najpierw małe wprowadzenie. Kilka dni temu szef Wagnera powiedział, że do domów wróciło 32 tysiące jego byłych podwładnych. Nie wierzę, że było ich tak wielu – nie po przemiale, jaki wagnerowcom zafundowały pod Bachmutem ZSU. Ale niech to będzie kilkanaście tysięcy ludzi. Sporo.

Tymczasem zaledwie kilkudziesięciu wcześniej zwolnionych łobuzów (oraz dezerterów) dopuściło się do tej pory kilkuset poważnych wykroczeń, włącznie z zabójstwami, także seryjnymi. Nic w tym dziwnego, w końcu prigożyn wyciągnął z kryminałów 50 tys. zatwardziałych bandytów, którym zaoferował wolność w zamian za półroczną służbę.

Z perspektywy państwa kilkanaście tysięcy zbirów to poważne zagrożenie, zwłaszcza że mogliby działać w sposób zorganizowany. Nie tyle wprost zagrozić władzy, co zwykłym ludziom, biznesom, lokalnym administracjom. Czyli zagrozić pośrednio, wykazując słabość tejże władzy oraz jej krótkowzroczność, skoro wcześniej dopuściła do amnestii, dała bandytom broń, pozwoliła pielęgnować zabójcze nawyki.

Miejsce wagnerowców winno być w więzieniu – skąd większość z nich wypełzła. Tylko jak ich zamknąć, skoro propaganda miesiącami czyniła z nich bohaterów, a jeszcze miesiąc temu sam putin kazał rosjanom czcić najemników niczym bohaterów wielkiej wojny ojczyźnianej? Ano należało ich wtórnie skryminalizować, przedstawić jako wrogów państwa i społeczeństwa.

Nie wiem, jaki jest w tym udział prigożyna. Czy zmuszono go do nagrania wczorajszych buntowniczych wystąpień, czy tak zmanipulowano, by zrobił to z własnej woli? A może posłużono się technologią deepfake? To w gruncie rzeczy wtórna rzecz.

Jeśli mam rację, nie skończy się tylko na najcięższych zarzutach dla prigożyna, ale na rozwiązaniu Grupy Wagnera i aresztowaniach jej członków, także weteranów „specjalnej operacji wojskowej”. Pewnie wkrótce się przekonany.

Dobrej nocy!

Trolling level master w wykonaniu MON Ukrainy.

24 czerwca, sobota rano

Jestem dziś w drodze, więc z konieczności tylko krótki komentarz.

Chyba jednak to prawdziwy bunt, a nie akcja przygotowana przez Kreml – o czym pisałem w nocy. I choć sam putin w przemówieniu snuje analogię z 1917 rokiem, nie spodziewam się eskalacji działań do poziomu wojny domowej.

Chyba że za prigożynem i wagnerowcami stoją jakieś siły w strukturach władzy, mające przełożenie na wojsko i gwardię. Nic na to na razie nie wskazuje.

Na razie mamy zbuntowanego watażkę, kierowanego niejasnymi dla mnie motywacjami, za którym stoi w najlepszym razie kilkanaście tysięcy uzbrojonych najemników. Takimi siłami rosji podbić się nie da.

Stąd wybór, by skupić się na Rostowie nad Donem, mieście będącym hubem logistycznym sił inwazyjnych, gdzie mieści się również dowództwo spec-operacji. Wagner kontrolujący Rostów to potencjalny paraliż armii rosyjskiej w Ukrainie. prigożyn może zatrzymać wszelkie transporty i tym sposobem zyskać więcej niż ryzykując marsz na Moskwę.

Tylko co on chce zyskać?

Na pewno zyskuje na tym wszystkim Ukraina. Wymiar propagandowy jest dla rosji miażdżący – kraj putina, aspirujący do miana mocarstwa, okazuje się bananową republiką, w której możliwy jest zbrojny bunt. Nie sprzyja to postrzeganiu rosji jako poważnego państwa.

Czołgi na ulicach, dramatyczne przemówienia, popłoch w Internecie – egzystencjalny spokój rosjan został zburzony. Specjalna operacja wojskowa na dobre zagościła na obszarze federacji. Jeśli Kreml zechce odzyskać kontrolę nad milionowym Rostowem, a armia rosyjska okaże się w tych działaniach równie nieporadna jak w obwodzie biełgorodzkim, zginie mnóstwo cywilów, spłonie sporo domów; nie wiem, czy zwykli moskale wybaczą coś takiego putinowi.

Taka operacja ściągnie z frontu tysiące żołnierzy. Nie będzie tam wagnerowców, już ich nie ma, bo zostali wycofani do rosji, a część właśnie pomaszerowała z prigożynem do Rostowa. W sumie te wakaty to jakieś 20 tys. najemników, setki jednostek ciężkiego sprzętu. Co istotne, być może użytego do bratobójczych walk. Każdy zabity w ten sposób rosjanin, to jeden bandyta na froncie mniej. Każdy nieobecny oddział – regularnego wojska czy najemników – to luka we froncie, którą może wykorzystać armia ukraińska.

Sprawa ma zatem potencjał, ale na razie – poza kilkoma incydentami – więcej wokół niej medialnego zamieszania niż realnej ruchawki.

Wielu moich Czytelników boi się scenariusza, w którym rosję ogarnie poważny kryzys. „Bo atomówki”, zauważają. Szanowni, spójrzcie wstecz – tylko rosja ogarnięta chaosem nie stanowiła dla sąsiadów zagrożenia. Gdy minęła jelcynowska smuta, przyszła względna stabilizacja ery putinizmu, Moskwa znów zaczęła być niebezpiecznym zbójem. Spokój w rosji światu nie służy, silna, scentralizowana władza też nie. Ale dla kontroli arsenału jądrowego nie miało większego znaczenia, czy rządził słaby Jelcyn czy silny putin – wojskowi potrafili i zapewne będą w stanie zadbać, by nic im nie zginęło. Atomówki to ich polisa ubezpieczeniowa, działająca tylko jako groźba.

Wrócę tu wieczorem, mam nadzieję, że z dobrymi wiadomościami.

Rostów nad Donem/fot. Meduza

24 czerwca, sobota wieczór

Jestem zawiedziony. Grzałem do domu czym prędzej, by na spokojnie móc zbierać i analizować informacje. Ledwo dotarłem, zjadłem kolację i media doniosły, że pucz skończony. „Ehh, nawet przewrotu gamonie zrobić nie potrafią”, wyzłośliwiałem się, zakładając przy tym, że może zadziałała magia miesięcznicy? Wielu z Was pewnie umknęło, że właśnie dziś zaczął się siedemnasty miesiąc trzydniowej operacji specjalnej władimira putina.

I skoro jesteśmy przy trójce – to trzeci pucz w rosji w moim 47-letnim życiu. Wychodzi, że najkrótszy i najmniej krwawy – jeśli rzeczywiście jest już po wszystkim.

Ale czy jest? Trudno mi w to uwierzyć. Sądzę, że sprawy zaszły tak daleko, że ktoś tam musi umrzeć. Przecież prigożyn nie pójdzie do putina i nie powie mu: eee, zdarzyło się, sorry. Po czym wróci do swej rutyny. Będzie dogrywka, ze wskazaniem na putina, w końcu ma większe zasoby.

Cokolwiek się wydarzy, rosja poniosła dziś niepowetowane straty. Zakres blamażu, jaki spotkał putina, jest tak wielki, że nie wierzę w kremlowskie ustawki. Najpierw mała prywatna armia zajmuje milionowe miasto, potem jej część jedzie kilkaset kilometrów do stolicy. Nie dociera do celu, ale z własnej woli, bo nikt tej grupy po drodze nie zatrzymuje. Żadne wojsko, żadna gwardia, żadna policja. Zwykli funkcjonariusze i żołnierze mają wywalone (co wiele mówi o etosie ich służby), ich dowódcy nie wiedzą co robić, generałowie – no właśnie, jakby prigożynowi kibicowali. Stąd to „chyba” w poprzednim mini-akapicie. Wydaje mi się, że szef grupy Wagnera musiał mieć wsparcie przynajmniej części generalicji. Rosyjska armia jest jaka jest (niespecjalnie kompetentna), ale przecież ma dość zasobów, by w zarodku zdławić taką rebelię.

Nie zdławiła, wagnerowcy szli jak w masło, wywołując w Moskwie panikę. Zwiał putin (do Petersburga), zwiała część elit, lojalne wobec władzy wojsko szykowało się do walki. W przekazach medialnych na całym świecie rosja wyglądała niczym bananowa republika, na czele której stoi przerażony starzec. Ten starzec z różnych powodów – także psychologicznych, związanych z własnym ego – nigdy nie skazałby siebie na takie upokorzenie. I jeszcze ten finał – aleksandr łukaszenka jako negocjator, który nakłonił prigożyna do zawrócenia spod Moskwy. Obśmiewany w rosji „car kartofli”, od niemal trzech lat kremlowska pacynka, okazuje się mężem opatrznościowym. A putin „miękką bułą”, która rano nazwała prigożyna „zdrajcą”, a wieczorem się z nim układa.

Układa i idzie na ustępstwa – ponoć ceną za wstrzymanie rebelii ma być dymisja ministra obrony szojgu i szefa sztabu generalnego gierasimowa. Czyli prigożyn dostał łby, których ścięcia się domagał. Nie jest tajemnicą, że kierownictwo sił zbrojnych nie cieszy się zaufaniem dużej części kadry oficerskiej. I że wielu wojskowych po cichu przyklaskiwało prigożynowi, gdy ten krytykował szojgu i gierasimowa, zarzucając im niekompetencje i złodziejstwo. Gdy szef grupy Wagnera poszedł z adwersarzami na noże, niechętni kierownictwu wojskowi po cichu progożyna wsparli. Nie przeszkadzali mu.

Trudno w tej chwili powiedzieć, czy są to „jastrzębie”, gotowe na eskalację konfliktu w Ukrainie, czy „gołębie”, które chciałyby krwawą i niedającą się wygrać wojnę zakończyć. W każdym ze scenariuszy są dla putina opozycją, zdolną wymusić na nim poważne decyzje. Co nie wróży dobrze stabilności władzy w rosji…

Zarejestrowany wylot z Moskwy jednego ze specjalnych samolotów rządowych

 25 czerwca, niedziela

Ani myślę dezawuować wczorajszej rebelii – sądzę, że jej długofalowe skutki będą donośne. A dziś cieszmy się z memów – boziu, ileż zajebistego kontentu przy tej okazji powstało.

Ps. Dobrej niedzieli! Po lekturę poważniejszego materiału nt. sytuacji w „puczystanie” zapraszam jutro.

Graf. za Donald.pl

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Rostów nad Donem, wagnerowcy w akcji/fot. Meduza

Możliwości

Sporo działo się w ostatnim czasie, nadrabiam więc weekendowe zaległości oraz reaguję na najświeższe doniesienia. Zacznę od Bachmutu – zgodnie z wczorajszą obietnicą, chciałbym nakreślić panującą tam sytuację oraz jej ewentualne skutki.

„Prezes” Wagnera jewgienij prigożyn poinformował w sobotę o zajęciu miasta. Następnego dnia wiadomość potwierdziły służby prasowe rosyjskiej armii, a putin złożył „wyzwolicielom” gratulacje. Strona ukraińska miotała się w reakcjach – raz przyznając się do utraty Bachmutu, raz temu zaprzeczając. Czegokolwiek byśmy w tej materii nie usłyszeli, faktem jest, że miejscowość w granicach administracyjnych znajduje się obecnie w rękach rosjan. Stacjonuje w niej około 6 tys. wagnerowców, którzy – jak zapowiada „kucharz putina” – mają niebawem opuścić pozycje, by przekazać je regularnej armii. Czy najemnicy rzeczywiście wyjdą ze świeżo zajętego miasta? Neurotyczny z usposobienia progożyn już wielokrotnie twierdził, że jego ludzie lada moment porzucą linię frontu, lecz dotychczas nic takiego się nie działo. Z perspektywy Ukraińców, rejterada „zmęczonych walką bohaterskich bojowników”, byłaby pożądanym scenariuszem. Luzowanie bowiem – przynajmniej w pierwszej fazie – odbyłoby się kosztem oddziałów, które w tej chwili zaangażowane są w starcia z armią ukraińską na flankach bachmuckiego frontu.

I tak dochodzimy do sedna rozważań o naturze rosyjskiego sukcesu. Pisałem już wczoraj, że okupiono go potwornymi kosztami – niemal stutysięczne straty oznaczają, że pod Bachmutem poległ lub został ranny co dziesiąty żołnierz bądź najemnik federacji, który służył dotąd w Ukrainie. Za tę cenę zajęto powiatową mieścinę bez większego znaczenia operacyjnego. Gwoli rzetelności – owo znaczenie degradowało się wraz z upływem czasu. Bachmut jeszcze latem zeszłego roku istotnie był „bramą do Kramatorska i Słowiańska”. Zajęty, stanowiłby dobre zaplecze do ataku na dwa wspomniane ośrodki miejskie (de facto „zszyte” w jedną aglomerację). Lecz Ukraińcy uczynili zeń tarczę, o którą rozbijały się kolejne rosyjskie uderzenia. W efekcie, bijący znacząco osłabł, a obrońca pod osłoną tarczy wyszykował sobie nielichą zbroję. Mają Bachmut i nie mają siły iść dalej, a nawet gdyby poszli, odbiliby się od kolejnej linii obrony niczym piłka – tak wygląda bieżąca sytuacja rosjan na bachmuckim odcinku. Tym bardziej skomplikowana, że wokół miasta inicjatywę już kilka dni temu przejęli Ukraińcy. I wyparli rosjan z pozycji na północ i na południe od Bachmutu. Ukraińskie dowództwo deklaruje, że zamierza okrążyć siły wroga w mieście – nawet jeśli taki jest cel podejmowanych przez ZSU działań, idzie im „tak se”. Po początkowych sukcesach opór moskali stężał. Stalowej ukraińskiej obręczy wokół miasta daleko do domknięcia, choć istotnie, najdalej wysunięte rosyjskie pozycje z „góry” i z „dołu” ściskane są przez Ukraińców. Utrzymanie zachodnich fragmentów miejscowości może więc okazać się nie byle jakim wyzwaniem, zwłaszcza że armia ukraińska przejęła kilka otaczających Bachmut wzgórz, co daje sposobność do celnego, nękającego ognia. Gdyby front miał teraz zastygnąć, ruskie nie byłyby w stanie odciąć nawet propagandowych kuponów od swojego „wielkiego sukcesu”. Trudno bowiem mamić opinie publiczne „postępującą normalizacją sytuacji w mieście”, gdy znajduje się ono pod kontrolą ogniową przeciwnika.

—–

W weekend gruchnęła również wieść, której skutki mają poważną moc.

– Ukraina otrzyma od zachodniej koalicji myśliwce F-16 – poinformował Jake Sullivan, doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego. – Wkrótce rozpoczną się także szkolenia ukraińskich pilotów – dodał.

Owo „wkrótce” nastąpiło niezwykle szybko, dziś bowiem pojawiły się doniesienia, że właśnie wystartowały pierwsze treningi. Co może oznaczać próbę publicznej „legalizacji” już trwających przygotowań do przezbrojenia ukraińskich sił powietrznych w amerykański samolot. Cieszą się Ukraińcy, cieszą zwolennicy ich sprawy, ale pojawiły się też wątpliwości. Bo F-16 to niezwykle kosztowna platforma – pojedyncza maszyna w najnowszej konfiguracji to wydatek rzędu 40-50 mln dol. Oczywiście Kijów dostanie – przynajmniej na początek – warte kilka razy mniej używki. Nie będzie ich też wiele – około 30 sztuk (takie są bieżące możliwości donatorów, pośród których jak na razie nie ma USA; wejście Stanów do gry znacząco rozszerzy pulę). Ale przekazany sprzęt nie będzie miał właściwości wunderwaffe – w którymś momencie utracone, uszkodzone czy zużyte maszyny trzeba będzie wymienić. No i docelowo mówimy o pełnej westernizacji ukraińskiego lotnictwa, które do skutecznej realizacji podstawowego zadania na „po wojnie” – czyli odstraszania rosji – będzie potrzebowało około 250 wielozadaniowych maszyn. A to już wielka góra pieniędzy.

„Ile za jednego F-16 można kupić dronów z podwieszanymi granatami F-1? Czy ta ilość nie zmieniłaby więcej? Zdaje się, że to wojna na masę, nie jakość” – zauważa jeden z moich Czytelników.

Rozumiem finansową „bazę” dla wątpliwości, często zresztą zapominaną przez osoby, które dobrze życzą Ukrainie. Tylko część pomocy wojskowej udzielanej przez Zachód stanowią bezzwrotne podarunki. Część to sprzęt leasingowany, który po wszystkim – jeśli przetrwa – trzeba będzie zwrócić bądź wykupić na preferencyjnych warunkach. I wreszcie część wsparcia ma charakter niskooprocentowanej, ale jednak pożyczki. Nie wiem, jaki jest udział konkretnych form w całości strumienia pomocy, tym niemniej trzeba mieć świadomość, że na Ukraińcach wisi perspektywa powojennych spłat. Pomijając inne kwestie (troski), taki stan rzeczy sprzyja refleksjom nad efektywnością procesu wsparcia. Czy można „lepiej za mniej, by później nie utonąć w długach”?

No więc jeśli Ukraina ma pokonać rosjan na polu bitwy, wyrzucić ich z okupowanych terytoriów siłą, bez lotnictwa tego nie uczyni. Posowiecki sprzęt, będący w posiadaniu ukraińskich sił powietrznych, to za mało. Bo po pierwsze, jest go za mało (Ukraina ma obecnie około 80 sprawnych samolotów bojowych) i po drugie, posiadane maszyny ustępują większości rosyjskich odpowiedników, nie były bowiem w takim zakresie modernizowane i zastępowane fabrycznie nowymi egzemplarzami. No i spadają, a zasoby, dzięki którym możliwe jest uzupełnianie strat – także te poza Ukrainą – znacząco się skurczyły (więc już choćby z tego powodu westernizacja ukraińskiego lotnictwa to obiektywna konieczność).

O zaletach F-16 można by długo (może kiedyś się skuszę), ale na potrzeby tego tekstu wystarczą dwie uwagi w nawiązaniu do obserwacji zacytowanego Czytelnika. Otóż stado dronów z podwieszonymi granatami ręcznymi nie będzie (tak) skutecznym środkiem bojowym jak lotniczy pocisk manewrujący, wystrzelony przez wielozadaniowym myśliwiec. Taki pocisk poleci dużo dalej, strzelać nim można z wielkiej odległości (na przykład znad środkowej Ukrainy razić cele na Krymie czy w Donbasie), jego siła (skumulowana energia kinetyczna), zdemoluje podziemne stanowisko dowodzenia czy narobi gigantycznych szkód w infrastrukturze portowej, jakich nie wyrządzi najlepiej skoordynowany atak przerobionych w nośniki granatów dronów. Innymi słowy, wysokość, prędkość i siła pojedynczego ciosu premiują F-16 w użyciu przeciwko dużym celom. Ładowanie granatami po okopach orków też „robi robotę”, ale de facto jest wchodzeniem w wystawione przez nich buty. W wojnę na wyniszczenie zasobów, a tych ludzkich rosja ma więcej niż Ukraina (i większą tolerancję dla strat osobowych). ZSU nie mogą wikłać się w okopowe rzezie (ruskie również używają dronów…), muszą uderzać tak, by bardziej zabolało. Dekapitować „łby” armii najeźdźców, zniszczyć jej zaplecze; współczesne siły zbrojne czynią to przy pomocy lotnictwa.

Armia rosyjska też zresztą próbuje. Jej lotnictwo w percepcji zachodnich pilotów to „śmiech na sali”, co nie zmienia faktu, że moskale – dzięki przewadze ilościowej – mają w powietrzu większą swobodę operowania niż przeciwnik. Co w realiach kontrofensywy mogłoby Ukraińcom solidnie pokrzyżować szyki. Stąd potrzeba „wyczyszczenia nieba”. I nie chodzi o epickie pojedynki lotnicze efów szesnastych i ruskich suchojów. Dogfight (powietrzna walka manewrowa) dobrze się sprawdza w filmach takich jak „Top Gun”, w realiach współczesnego konfliktu o sukcesie częściej decydują radary pokładowe samolotów i przenoszone przez nie rakiety powietrze-powietrze, pozwalające rozstrzygnąć starcia bez kontaktu wzrokowego z przeciwnikiem. Te zachodnie są zaś lepsze od rosyjskich.

 —–

I na koniec zejdźmy na ziemię, rosyjską. Od rana dzieją się tam rzeczy, które jeszcze jakiś czas temu określilibyśmy mianem nieprawdopodobnych. Oto bowiem rosjanie stracili kontrolę nad kilkoma przygranicznymi miejscowościami w obwodzie biełgorodzkim. W ruskim internecie panika i wrzask, łatwo odnieść wrażenie, że armia ukraińska zaczęła kontrofensywę i zamiast na Donbas czy Zaporoże, ruszyła na rosję. I za chwilę weźmie Biełgorod i bóg wie, co jeszcze. Tymczasem mamy do czynienia z mocno ograniczoną akcją dywersyjną, choć przeprowadzoną i ogrywaną w sposób, który zasługuje na miano majstersztyku.

Na terytorium rosji rzeczywiście weszły zbrojne oddziały, ale nie ukraińskie. Uczynili to Rosjanie (ci akurat zasługują na zapis z wielkiej litery) z Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego, formacji paramilitarnej działającej w Ukrainie. W sumie po stronie Kijowa walczy kilka różnych rosyjskich oddziałów, RKO tym różni się od pozostałych, że nie rekrutuje członków pośród jeńców i dezerterów, a składa się z emigrantów zamieszkujących Ukrainę i inne kraje. „Walczymy przeciwko putinowi i jego reżimowi” – deklarują bojownicy. Formalnie nie mają żadnych związków z ukraińską armią, ale naiwnością byłoby sądzić, że nie koordynują z nią swoich działań.

Działań, do których Ukraina wprost się nie przyzna – by nie karmić wątpliwości „symetrystów” oczekujących, że napadnięty kraj będzie się wyłącznie bronił (i że do niczego innego nie ma prawa). Działań, które (pro)ukraińskie kanały informacyjne chętnie relacjonują, szerząc przy okazji wywołującą panikę u rosjan dezinformację (o potężnym przygotowaniu artyleryjskim, o użyciu do ataku czołgów, o nadchodzących posiłkach itp.). Jaki jest cel tych działań (które, dodam, zapewne wkrótce się zakończą)? Nie chodzi o deklaratywne „wyzwolenie obwodu biełgorodzkiego” – RKO nie dysponuje odpowiednimi siłami, armia ukraińska nie ma takich planów. Ma jednak inne, związane z oswobodzeniem własnych terytoriów. Gdzie stacjonuje w tej chwili około 400 tys. rosyjskich żołnierzy. Kreml wysłał tę masę wojska kosztem m.in. zabezpieczenia formalnej granicy z Ukrainą, zakładając, że Ukraińcy nie odważą się wykorzystać tej sytuacji. No i założenie okazało się niesłuszne. W efekcie, generałowie putina zmuszeni będą do dyslokacji części swoich sił – osłabienia wojsk inwazyjnych czy to na skutek odesłania kilku jednostek do pilnowania granicy, czy też niedosłania rezerw i uzupełnień. Tak czy inaczej, iluś tam ruskich sołdatów zabraknie w Ukrainie, jakiejś puli techniki również. Linie obronne moskali gdzieś tam zostaną osłabione (niewzmocnione). A ukraińskie dowództwo patrzy i szacuje możliwości…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej i Marcinowi Pędziorowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Jakubowi Kojderowi, Katarzynie Byłów, Michałowi Brydakowi i Patrycji Złotockiej.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Fragment Bachmutu, o które toczyły się ostatnie walki. W styczniu, gdy robiłem to zdjęcie, wieżowce stały w zasadzie nietknięte. Dziś są już tylko kupą gruzu…/fot. Marcin Ogdowski

Identyfikacje

Awatary, graficzne naszywki, szewrony – wszelkiej maści wizualne identyfikacje – to rodzaj manifestu. Wzbogacamy nimi nasze profile w mediach społecznościowych, najczęściej po to, by wyrazić swoje wsparcie dla kogoś/czegoś, jakiejś osoby, instytucji, idei. Wielu uśmiecha się z politowaniem, tym sposobem komentując „wojny na nakładki do zdjęć profilowych na Facebooku”. Rzecz w tym, że choć sama czynność „oflagowania się” może uchodzić za naiwną, w swej masie ilustruje już całkiem poważny proces. Nie dokleimy sobie do profilu w sołszalach ukraińskiej flagi, jeśli los Ukrainy jest nam obojętny. Jeśli zaś doklejamy masowo – z czym w Polsce mieliśmy do czynienia po 24 lutego 2022 roku – jest to przesłanka dla wniosku, że Polacy stoją za Ukrainą/wspierają ją w jej dążeniach do zachowania niepodległości.

Ot, homo interneticus w działaniu.

Mimo kulturowych różnic i kagańca cenzury, w rosyjskiej infosferze funkcjonują te same mechanizmy. W związku z tym mieliśmy już do czynienia z „inwazją” trójkolorowych flag rosji, „Zetek”, wstążek świętego Jerzego i innych graficznych symboli poparcia dla „specjalnej operacji wojskowej”. Do grona „grafik zaangażowanych” należały również logotypy Grupy Wagnera. Ich pierwszy wysyp nastąpił wiosną zeszłego roku, gdy część rosyjskiej propagandy skupiła się na kreowaniu wizerunku wagnerowców jako najefektywniejszej części sił inwazyjnych. Wraz z rosnącą rolą zmagań o Bachmut puchła też popularność Grupy Wagnera, co wprost przekładało się na wizualne identyfikacje (pro)rosyjskich użytkowników mediów społecznościowych (gwoli rzetelności, rozeszło się to także w świecie realnym – koszulki z wagnerowską czaszką stały się niezwykle chwytliwym towarem). Co ciekawe, gdy w listopadzie ub.r. najemnicy rozłupali młotem głowę jednemu ze swoich, dezerterowi, w rosyjskim internecie trudno było znaleźć wyrazy oburzenia z powodu takiego bestialstwa. Przeciwnie, cyfrowe naszywki Wagnera i przeróbki odwołujące się do „akcji z młotem” biły wówczas rekordy popularności. Popularności, która na szczytowy poziom weszła wraz z zajęciem Sołedaru w styczniu tego roku.

Skądinąd to żałosne, że zdobycie miasteczka wielkości dużej wsi wywołało wśród rosjan taki entuzjazm.

Potem przyszły boje o zasadniczą część Bachmutu, które teraz – wiele na to wskazuje – przybrały dla rosjan niekorzystny obrót. „Już byli w ogródku, już witali się z gąską”, a tu jeb! – wielkiej pabiedy nie było, nie ma i najpewniej nie będzie. Ukraińcy poprawili swoją sytuację operacyjną wokół miasta i mocno się rozochocili. Potęgują presję, na którą część rosyjskich oddziałów zareagowała ucieczką. I jakkolwiek o Bachmut walczy nie tylko Wagner, to na najemnikach skupia się złość i rozczarowanie rosjan. Mieli być wagnerowcy twarzą zwycięstwa, stają się symbolem klęski. Jest więc obciachem mieć „na profilowym” czaszkę, literę „W” czy inne motywy związane z bojcami prigożyna.

Na niełaskę pro-wagnerowskich identyfikacji wizualnych zwrócił moją uwagę ukraiński dziennikarz Sergey Naumovich. Regularnie obserwuję kilkadziesiąt rosyjskich kont na najpopularniejszych platformach społecznościowych. Na kilka razy więcej zerkam od czasu do czasu. I istotnie, coś na rzeczy jest – Wagner przestał być na propsie. To dowód anegdotyczny, wiem, tym niemniej uśmiecham się lekko, pisząc te słowa. Mała rzecz, a cieszy.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kucharz putina, szef Wagnera, jewgienij prigożyn. Niedoszły ojciec „wielkiego” sukcesu/fot. Grupa Wagnera

Wagner-SS

Trwa kolejna odsłona bitwy o Bachmut, tym bowiem jest próba zajęcia pobliskiego Sołedaru, miasteczka liczącego przed wojną 10 tys. mieszkańców. W mediach pojawia się coraz więcej alarmistycznych doniesień, z części z nich można wywieść wniosek, że lada moment posypie się cały ukraiński front w Donbasie. To oczywista bzdura – Sołedar, którego upadek jest w zasadzie przesądzony, „nie ma takiej mocy”. Tym niemniej faktem jest wyjątkowa determinacja rosjan. Którzy atakują, nie oglądając się na straty. A te idą w setki zabitych dziennie.

Patrząc na mapę, ich zamysł wydaje się oczywisty – Sołedar to brama do Bachmutu, dogodna pozycja do szturmu na miasto od północy. Ewentualnie konieczny do pokonania punkt oporu na drodze do oskrzydlenia Bachmutu i wyjścia na tyły obrońców.

Tyle logiki operacyjnej. Ta jednak nie daje całej odpowiedzi na pytanie o motywacje rosjan. Pełniejszy ich obraz zyskujemy uwzględniając kwestie propagandowe. Ale i tu należy szukać „drugiego dna”, bo wcale nie idzie o proste, wizerunkowe korzyści płynące z ewentualnego zajęcia Bachmutu. Ważniejsze jest to, kto będzie mógł się tym pochwalić. W okołobachmuckich bojach stają naprzeciw siebie żołnierze armii ukraińskiej i rosjanie, ale za kulisami toczy się rosyjsko-rosyjska wojna o wpływy i władzę.

Zdefiniujmy najpierw środowisko, zaczynając od rosyjskich mediów. Przede wszystkim społecznościowych, bo to one wzięły na siebie obowiązek relacjonowania „specjalnej operacji wojskowej”. W mainstreamie próżno szukać licznych doniesień z frontu – zainteresowanie rosjan zaspakajają na Telegramie wojenni blogerzy. Już od 6 stycznia (od momentu nasilenia ataków na Sołedar) przekonują oni, że „nasi” powodują ogromne straty wśród Ukraińców. Co istotne, „nasi” to wagnerowcy – co jest wręcz obsesyjnie podkreślane (i nie do końca zgodne z prawdą, o czym dalej). Wagnerowcy są zdyscyplinowani, mają inicjatywę i stosują nowatorskie taktyki (choć nie bardzo wiadomo jakie). Trudno oprzeć się wrażeniu, że to oni – nie wojsko – są wiodącą siłą nie tylko na bachmuckim odcinku, ale wręcz na całym froncie.

Jednocześnie trwa grillowanie ministerstwa obrony i dowództwa armii w związku z katastrofą w Makiejewce. Wprost wyśmiewa się odwet, czyli ataki rakietowe na miejsca rzekomej koncentracji ukraińskiego wojska w Kramatorsku. Na tapecie jest też bożonarodzeniowy rozejm, postrzegany przez blogerów jako żenująca próba przypodobania się Zachodowi. Oczywiście ani razu nie pada nazwisko putina – winni tych wszystkich „głupot” są szojgu i generałowie.

Blogerzy siedzą w kieszeni jewgienija prigożyna, właściciela Grupy Wagnera – to oczywisty wniosek po lekturze ich wpisów.

Nie tylko tych ostatnich. Kilka dni temu, gdy załamało się bezpośrednie rosyjskie natarcie na Bachmut, szef Wagnera – przy wsparciu blogerów – odsądzał regularne wojsko od czci i wiary. To przez armię i jej dowódców wagnerowcy nie zdobyli miasta. Nie było wsparcia, amunicji, współpracy – twierdził prigożyn.

Minister szojgu nie reaguje, ale wojskowi nie pozostają dłużni, choć nie mają aż tylu tub. W anonimowych wpisach na Telegramie wylewają żale na prigożyna i jego podwładnych. Że się panoszą, że ich potrzeby muszą być realizowane w pierwszej kolejności, że dostają więcej amunicji, lepsze jedzenie, ba, lepsze kwatery.

Napięcie na linii Wagner-armia jest aż nadto widoczne, sygnalizują je od dłuższego czasu także zachodnie i ukraińskie służby specjalne.

Tymczasem władimir putin awansuje na dowódcę wojsk lądowych aleksandra łapina – „generała niezdarę”, którego prigożyn – do spółki z razmanem kadyrowem – publicznie oskarżał o jesienne porażki. I namawiał do samobójstwa po utracie Izjumu.

Mamy więc armię z szojgu na czele, i mamy najemników z ich szefem. A nad nimi cara, niby sprawiedliwego, bo z jednej strony składającego liczne obietnice wzmocnienia wojska, z drugiej, pozwalającego wagnerowcom – niczym udzielnym książętom – mieć swój własny odcinek frontu.

Jest to sytuacja podobna do relacji między Wehrmachtem a Waffen-SS – na co zwrócił uwagę historyk wojskowości Marcin Jop. Oczywiście, nie jeden do jednego, ale w obszarach kluczowych dla powodzenia operacji wojskowych widzimy bardzo podobne tarcia i ich skutki. Mowa o rywalizacji o zasoby – ludzkie i materiałowe – o częściowej niekompatybilności wynikłej z odmiennych kompetencji oraz o niezależności niegdyś cechującej Waffen-SS, dziś Wagnera. W dalszej kolejności o utracie atutu elitarności, co w czasie II wojny światowej dotyczyło esesmanów, obecnie zaś dotyczy wagnerowców.

– Heinrich Himmler nie miał przełożenia na wojsko, dlatego postanowił wybudować własne – twierdzi dr Alicja Bartnicka zajmująca się historią III Rzeszy (ta wypowiedź to fragment wywiadu, który opublikowałem na początku roku – zainteresowanych odsyłam do lektury). „Kucharz putina” – jak mówi się o prigożynie – zapewne nie marzył o wielkiej samodzielności (i władzy), powołując Grupę Wagnera. Choć formalnie to jego prywatna inicjatywa, nie ulega wątpliwości, że działał na zlecenie Kremla. Moskwa potrzebowała rzekomo komercyjnej firmy najemniczej, by używać jej wszędzie tam, gdzie nie dało się, z różnych powodów, posłać regularnej armii. Ale ambicje „kucharza” – sądząc po jego publicznej aktywności – chyba się zwiększyły. Nic nie wskazuje na to, by „zerwał się” putinowi, ale z roli podwykonawcy wobec wojska i MON, ewidentnie usiłuje przejść na pozycje równorzędne ministrowi obrony i szefowi sztabu generalnego.

„Emancypacja” Grupy Wagnera to skutek i cel tych ambicji.

Waffen-SS, której początek dały trzy pułki piechoty ochrzczone w boju podczas kampanii wrześniowej, w grudniu 1944 roku liczyła 950 tys. żołnierzy. Miała najlepszy sprzęt i pierwszeństwo w dostępie do wszelkich zasobów (od lata 1944 roku nowe dywizje pancerne i zmotoryzowane tworzono wyłącznie w ramach tej formacji). Oddziały SS uchodziły też za najbitniejsze, co zwykle nie wynikało z kunsztu taktycznego, a fanatyzmu. I jakkolwiek wielu generałów Wehrmachtu ostatecznie doceniło tę cechę, większość do końca wojny sądziła, że armia wykorzystałaby środki przeznaczone na Waffen-SS w znacznie bardziej efektywny sposób. Tym bardziej, że odrębna struktura dowodzenia i własne służby łączności „czarnej elity” utrudniały współpracę w polu.

Nie znamy wielu szczegółów dotyczących bieżącej współpracy między Grupą Wagnera a armią rosyjską. Z dostępnych informacji wynika, że wagnerowcy mają dużą swobodę w definiowaniu celów taktycznych. I że jak „poproszą” wojsko o wsparcie, musi ono zostać zapewnione (oczywiście, z poprawką na rosyjski bardak). W Bachmucie i Sołedarze potrzebują artylerii, „mobików” na wabia (by skupiali na sobie ukraiński ogień, tym samym demaskowali pozycje obrońców) oraz pomocy oddziałów WDW, bez których sami wagnerowcy sobie nie poradzą.

I tu znów dygresja historyczna. Waffen-SS w założeniu miało być elitarne (a bazą dla tej elitarności była czystość rasowa).

– Sytuację zmieniła wojna – znów zacytuję dr Bartnicką. – III Rzesza rozpaczliwie potrzebowała rekruta, dlatego do Waffen-SS zaczęto wcielać ochotników, (najpierw) z ludów germańskich. (…) Klęski ponoszone na Wschodzie skomplikowały sytuację. Hindusi, Arabowie, Albańczycy, Chorwaci czy Bośniacy zasilali szeregi Waffen-SS, bo Niemcy po prostu potrzebowali mięsa armatniego.

Grupa Wagnera u początków istnienia składała się z byłych żołnierzy rosyjskich sił specjalnych. Można mieć (słuszne) zastrzeżenia do ich kompetencji – zwłaszcza na tle zachodnich „specjalsów” – jednak jak na rosyjskie standardy to była elita. Była, bo już nie żyje – między lutym a grudniem ub.r. poległo i zostało rannych ponad 20 tys. wagnerowców. A większość uzupełnień stanowią mężczyźni bez odpowiedniego przygotowania wojskowego, w dużej mierze bijący się o ułaskawienie więźniowie. Fanatyczni – jak wynika z ukraińskich relacji – ale samym fanatyzmem wojować nie sposób. Stąd potrzeba sięgnięcia po żołnierzy WDW, o których wszak – w kontekście okołobachmuckich zmagań – niespecjalnie się mówi.

Bo Sołedar zdobędzie Wagner. Legitymizując się w oczach rosjan jako siła zdolna przełamać impas.

Czyniąc to z korzyścią dla budżetu. Żołnierz regularnej armii zarabia 160 tys. rubli (ok. 10 tys. zł). Pensja wagnerowca z odpowiednim doświadczeniem jest nawet cztery razy wyższa, ale tacy najemnicy to w Grupie mniejszość, więźniowie zaś dostają mniej niż 5 tys. zł. A większość z nich nie dożywa pierwszej wypłaty. W czym kryje się kolejna oszczędność. Odszkodowanie za śmierć w „operacji specjalnej” wynosi obecnie 12 mln rubli (750 tys. zł), ale przysługuje wyłącznie rodzinom personelu wojskowego (oraz gwardii i policji). Bliscy wagnerowców na takie wsparcie się nie łapią.

Podwładni prigożyna (i on sam) są więc użyteczni nie tylko dlatego, że w jakiejś mierze niwelują skutki nieufności putina wobec armii (cecha dzielona z Hitlerem). Na szczęście ta użyteczność w szerszym planie bardziej rosji szkodzi niż pomaga.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Zagraniczni

Świat w ostatnich miesiącach mówi o najemnikach wyjątkowo dużo, głównie za sprawą wojny w Ukrainie. Często są to dezinformujące wrzutki, będące elementem zmagań za naszą wschodnią granicą. Chciałbym tu zmierzyć się z najpopularniejszymi sensacjami, kłamstwami i niedomówieniami.

Jeśli idzie o własnych najemników, rosjanie budują obraz profesjonalnej formacji, składającej się z byłych żołnierzy sił specjalnych. Dobrze opłacanych fachowców, których kompetencje gwarantują militarne sukcesy. A jaka jest prawda? Wagnerowcy są lepiej wyekwipowani, uzbrojeni, nie mają większych problemów z zaopatrzeniem w amunicję i żywność, trapiących resztę rosyjskich sił zaangażowanych w Ukrainie. Są też bardziej zdeterminowani, czego dowodzą toczone od wielu tygodni krwawe boje o Bachmut, które dają rosjanom jedyne na froncie, choć obiektywnie niewielkie sukcesy (w postaci kilku zajętych wiosek). Mówimy zatem o jakości na tle ogólnej mizerii.

Jakości tym odleglejszej od wyobrażeń o najemnikach, że większość wagnerowców to mężczyźni z niedużym, a nawet żadnym przeszkoleniem wojskowym. Często są to więźniowie – także ci z najcięższymi wyrokami – skuszeni wizją darowania wyroku. Mordercy, gwałciciele, handlarze narkotyków – nierzadko zrekrutowani osobiście przez założyciela Grupy jewgienija prigożyna, który regularnie pielgrzymuje do kolonii karnych z ambitnym planem wcielenia 50 tys. skazańców. Licho opłacani jak na realia branży – z miesięcznym żołdem odpowiadającym tysiącu dolarów. Czasy, kiedy o jakości wagnerowców decydowali żołnierze wojsk specjalnych i powietrznodesantowych, minęły. Grupa poniosła w Ukrainie dotkliwe straty, a że równie mocno oberwały elitarne oddziały regularnej armii, rezerwuar rekrutacyjny znacząco się skurczył. Na razie starcza na obsadzenie stanowisk dowódczych (oczywiście lepiej płatnych) – i to istnieniem tej kadry należy tłumaczyć fenomen względnie wysokiej dyscypliny i taktycznego kunsztu.

—–

Ale moskwa rozgląda się za innymi możliwościami. Kilka tygodni temu gruchnęła wiadomość, że prigożyn – na zlecenie Kremla – wyszukuje byłych operatorów afgańskich sił specjalnych. Chodzi o komandosów szkolonych w czasach obecności pod Hindukuszem wojsk NATO, po upadku prozachodniego rządu w Kabulu będących we własnym kraju na cenzurowanym. Wyszkoleni przez Amerykanów i Brytyjczyków (w niewielkim stopniu także przez Polaków) specjalsi, swego czasu brutalnie zwalczali talibską rebelię. Gdy fundamentaliści ostatecznie wojnę wygrali, tylko część komandosów i ich rodzin została z Afganistanu ewakuowana. Niektórzy uciekli na własną rękę, inni przeszli na stronę wroga. Większość pozostała w kraju, gdzie się ukrywa lub liczy na łaskawość nowych władców (talibowie, mimo złożonej obietnicy amnestii, zamordowali dotąd co najmniej kilkudziesięciu operatorów).

W tekstach poświęconych sprawie wspomina się o 20-30 tys. potencjalnych najemników, obeznanych z tajnikami zachodniego sposobu walki. Nie sądzę jednak, by było to aż tak liczne grono. Nigdy bowiem nie przeszkolono tak wielu osób – w przypadku najwyższej klasy specjalistów mówimy o kilku tysiącach żołnierzy. Ponadto po 2014 r., kiedy NATO zrezygnowało z misji bojowej w Afganistanie, tamtejszy rząd traktował siły specjalne jak straż pożarną – rzucał je po kraju na zagrożone kierunki, nie zważając na postępujące wskutek wyczerpania straty. Talibowie zaś na komandosów polowali. Znany jest przykład całego oddziału, zabitego w samobójczym zamachu, do którego doszło w Ghazni w 2016 r. Poległych wówczas Afgańczyków szkolili wcześniej nasi specjalsi. Tym niemniej już kilkuset wyłuskanych afgańskich komandosów mogłoby stanowić dla rosjan poważne wzmocnienie. Zwłaszcza gdy uwzględnimy czynnik motywacji – zemsty na dawnych sojusznikach, którzy dziś wspierają Ukrainę, a kiedyś rzucili Afgańczyków na pastwę losu.

—–

Skoro jesteśmy przy sojusznikach – rosyjskie media obsesyjnie podkreślają obecność zagranicznych bojowników w Ukrainie. Czasem przybiera to postać oskarżeń o udział w wojnie zwartych natowskich oddziałów, zwykle jednak mówi się o najemnikach. Co nie odpowiada prawdzie, bo cudzoziemski zaciąg został przez Kijów skanalizowany w formie Legionu Międzynarodowego, który formalnie wchodzi w skład ukraińskich sił zbrojnych – i tak jak regularna armia jest opłacany (czyli bez „kokosów”). Walczą tam przedstawiciele wielu narodowości, głównie Amerykanie, Brytyjczycy, Polacy, Kanadyjczycy, Skandynawowie oraz obywatele państw nadbałtyckich.

Moskiewska propaganda ma hopla na punkcie dwóch nacji – Amerykanów i Polaków. Powody pierwszej fiksacji są oczywiste – Stany są najważniejszym orędownikiem Ukrainy, dostawcą broni, danych wywiadowczych i innej pomocy materialnej. W kreowaniu negatywnego wizerunku „jankesów” rosjanie bez oporów sięgają po fałszywki. Tak było kilkanaście dni temu, kiedy za pośrednictwem Twittera, w świat poszedł przekaz o dużych stratach pośród domniemanych amerykańskich najemników. Dowodem miała być m.in. fotografia rzędów trumien okrytych flagami USA. Dziennikarze szybko ustalili, że zdjęcie ma co najmniej 13 lat, i że po raz pierwszy użyto go w lokalnej gazecie zza oceanu w 2009 r., w tekście o zniesieniu przez Pentagon wieloletniego zakazu fotografowania trumien amerykańskich żołnierzy.

Krótkie nogi miało też kłamstwo na temat formacji weteranów sił specjalnych USA, posłanej rzekomo pod Bachmut. rosjanie twórczo wykorzystali tu żart emerytowanego pułkownika Korpusu Piechoty Morskiej Andrew Milburna, który rzeczywiście przebywa w Ukrainie, gdzie szkoli miejscowe wojsko. Milburn – naigrywając się z wagnerowców – określił swoich współpracowników mianem Grupy Mozarta, siebie zaś „likwidatorem Grupy Wagnera”. I choć jako szkoleniowiec nie angażuje się na froncie, rosyjscy blogerzy militarni „wypatrzyli” go niedawno w Bachmucie, co poskutkowało serią artykułów i wpisów na kontach społecznościowych. „Zabijmy tę amerykańską hołotę!”, zagrzewał do walki Grey Zone, rosyjski kanał na Telegramie relacjonujący poczynienia wagnerowców. Patrząc z zewnątrz, sprawa wydaje się śmieszna (czy wręcz żenująca), jednak taka refleksja powoduje, że tracimy z oczu funkcjonalny wymiar takich akcji. A służą one podtrzymaniu mobilizacji/wojennego wzmożenia u rosyjskich internautów.

Podobnie jak kwestia rzekomych polskich najemników, z naszej perspektywy na swój sposób nobilitująca. Okazuje się bowiem, że wzmianki na temat zaciężnych żołnierzy z Polski dotyczą miejsc na froncie, gdzie rosjanom wiedzie się najgorzej. Ba, zwykle antycypują one porażki moskiewskiej armii, o czym mogliśmy się przekonać podczas wrześniowej klęski najeźdźców w charkowszczyźnie czy przy okazji listopadowej ucieczki z Chersonia. Teraz kremlowska propaganda „widzi” Polaków na froncie zaporoskim – najpopularniejsze doniesienia mówią o pięciu tysiącach najemników. Przypuszcza się, że to właśnie stamtąd wyjdzie kolejna ukraińska kontrofensywa, jak tylko mróz „chwyci” błoto i pozwoli na powrót do działań manewrowych. rosjanie w każdym razie na taki scenariusz się przygotowują. Do czego im Polacy? moskwa konsekwentnie buduje narrację o wojnie z całym NATO, którego Polska jest częścią. Ma to usprawiedliwić niepowodzenia, ma też je osłodzić – wielka rosja nie może przecież przegrywać z samymi Ukraińcami, od zawsze traktowanymi przez rosjan z góry. Co innego, gdy wróg jest kolektywny i gdy przy okazji można utrwalać stereotyp awanturniczej Polski, dążącej do „wmieszania Europy w wewnątrz słowiański konflikt”. Fakt, iż w Legionie walczy kilkuset Polaków, a kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy armii ukraińskiej polskiego pochodzenia swobodnie posługuje się naszym językiem, jest tu niezwykle pomocny. A że z klasycznym najemnictwem ma to niewiele wspólnego? Dla trzymanych pod butem Kremla rosyjskich mediów to żaden problem.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tymczasem na froncie…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки