Laboratorium

Z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie, rozmawiam o wojennej adaptacji Ukraińców, o wnioskach dla Polski oraz o przyszłości rosj. Cały wywiad ukazał się w najnowszym numerze „Polski Zbrojnej”, oto jego fragmenty.

(…) Zgodzi się Pan z tezą, że łączy nas – Polskę i Ukrainę – coś, co można określić mianem „niepodzielności bezpieczeństwa”?

Przyznam, że unikam słowa „niepodzielność”, bo kojarzy mi się z rosyjskim wytrychem propagandowym. Dla nich „niepodzielne bezpieczeństwo” było pretekstem do najechania sąsiada, stąd moje uprzedzenia. Ale wracając do sedna, rzecz rozgrywa się na dwóch poziomach. Na pierwszym, najbardziej oczywistym, jest groźba obecności wojsk rosyjskich przy polsko-ukraińskiej granicy. To pogorszyłoby naszą sytuację strategiczną, wszak mamy już rosjan na granicy z Obwodem Królewieckim i z Białorusią. Zatem wydłużyłaby nam się linia obrony, a na etapie działań poniżej progu wojny rosjanie zyskaliby szersze zaplecze do prowadzenia operacji dywersyjnych.

Drugi poziom jest mniej namacalny. Obserwując rosyjską propagandę i oficjalne przekazy, widać tam narastającą frustrację i chęć zemsty. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata, dłużej niż tzw. wielka wojna ojczyźniana. rosja obwinia za to Zachód, a w szczególności Polskę. Im gorzej rosji idzie wojna z Ukrainą, tym silniejszy staje się rosyjski rewanżyzm. Gdyby Ukraina znalazła się w rosyjskich rękach, otworzyłoby to najgorsze możliwe scenariusze dla Polski oraz państw bałtyckich. Ten poziom zagrożenia – mentalny, ideologiczny, rewanżystowski – uważam za szczególnie niebezpieczny.

Możliwość realizacji tego najbardziej negatywnego scenariusza zależy od tego, jak potoczy się wojna. Jak Pan ocenia obecną sytuację?

Nie uważam, by teraz miał nastąpić jakiś przełom. rosjanie przez dwanaście lat nie potrafili zdobyć całego Donbasu – regionu, na którym rzekomo najbardziej im zależy. Oczywiście wiemy, że rosja zdobywa kolejne miejscowości, posuwa się w pewnym tempie do przodu, ale nie widać oznak gwałtownego załamania frontu. Nie ma sytuacji, w której rosjanie mogliby przeprowadzić klasyczny manewr operacyjny, wedrzeć się w ugrupowanie przeciwnika, wyjść na skrzydła i doprowadzić do jego rozpadu. Lecz nie powinno nas to uspokajać. Nie możemy powiedzieć: „Ukraińcy się bronią, więc możemy zmniejszyć zainteresowanie tą wojną”. Wsparcie musi trwać, bo obrona Ukrainy jest w dużej mierze uzależniona od pomocy zewnętrznej.

Jakie powinny być priorytety Polski w pomocy wojskowej dla Ukrainy?

Jak mówił Napoleon, do prowadzenia wojny potrzebne są trzy rzeczy: pieniądze, pieniądze i pieniądze. Ukraina potrzebuje środków, by kupować i produkować drony, rakiety dalekiego zasięgu, amunicję artyleryjską, systemy uzbrojenia. Dlatego tak istotne jest wsparcie finansowe realizowane przez Unię Europejską i państwa europejskie.

Mówimy o wojnie pełnoskalowej. W pierwszych dwóch latach dominowało wsparcie ilościowe w takich obszarach, jak sprzęt, amunicja, paliwa. Polska była jednym z liderów tej pomocy. Od 2024 roku charakter wsparcia się zmienia. Nie chodzi już wyłącznie o ilości przekazywanego sprzętu – poza wybranymi kategoriami, jak obrona przeciwlotnicza czy lotnictwo – ale o budowanie zdolności państwa ukraińskiego, jego przemysłu obronnego. I tu otwiera się możliwości bliższej współpracy przemysłów zbrojeniowych, relokacji produkcji na bezpieczniejsze tereny. Polska może – i moim zdaniem będzie – odgrywać tu bardzo ważną rolę. Jednym z moich osobistych wyzwań przez ostatnie półtora roku było zrozumienie, co, gdzie i jak Ukraińcy produkują, w jakich warunkach, i w jakim obszarze można zaproponować polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu współprodukcję lub relokację części produkcji do Polski.

Czy mówimy tu o planach, czy o procesach, które już się dzieją?

Mówimy o procesach, które już trwają – przy wykorzystaniu funduszy europejskich i środków krajowych.

Czy możemy wskazać konkretne przedsięwzięcia?

Proszę wybaczyć, ale zrobię teraz tajemniczą minę… Powiem ogólnie: mówimy o mechanizmach, które już funkcjonują. Choćby o programach wsparcia produkcji, kredytach udzielanych Ukrainie na zakupy sprzętu czy mechanizmach dotyczących współprodukcji uzbrojenia na potrzeby obu państw. W szerszej perspektywie Polska i Ukraina mają wspólną przyszłość strategiczną. To są dwie największe armie w tej części Europy, dwa puklerze kontynentu. Jeśli będą działać razem, przyniesie to znacznie silniejszy efekt. Aby tak się stało, potrzebne są nam trwałe kotwice strategiczne – a przemysł zbrojeniowy jest jedną z nich.

Nawet jeśli wojna zakończy się za miesiąc, pół roku czy rok, Ukraina nie przestanie się zbroić przez kolejną dekadę. Odbudowa Ukrainy będzie ściśle powiązana z jej bezpieczeństwem. Polska i Ukraina mają tu zbieżne interesy i warto już dziś budować te powiązania.

Podczas II wojny światowej odpowiedzią Niemiec na alianckie bombardowania była m.in. decentralizacja i zejście produkcji pod ziemię. Czy w przypadku Ukrainy możemy mówić o podobnej sytuacji?

Dosłownie tak – ukraiński przemysł zbrojeniowy w ogromnej mierze już funkcjonuje pod ziemią: w podziemiach, na parkingach, w opuszczonych fabrykach, w miejscach, których nikt nie podejrzewa o działalność produkcyjną. Chodzi o bezpieczeństwo. Ale ja wolę mówić o modelach działania, a nie tylko o fizycznym zabezpieczeniu produkcji. Kluczowa jest transformacja ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego. Jeszcze kilka lat temu był on w 80–90% państwowy. W ciągu kilku lat, zwłaszcza po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny, doszło do sytuacji, w której około 60% tego przemysłu jest prywatne i działa według wojennych reguł rynkowych: produkujesz dobrze – sprzedajesz. Ten model, nie waham się powiedzieć, uratował Ukrainę. Innowacyjność, elastyczność, obniżanie kosztów – to wszystko sprawiło, że produkcja prywatna weszła w symbiozę z ciężkim przemysłem państwowym. Gdy obserwuje się wytwarzanie systemów artyleryjskich, widać wyraźnie, które elementy robi sektor państwowy, a które prywatny. Ten elastyczny model produkcji zbrojeniowej jest moim zdaniem wzorcowy – także dla Polski.

Ta innowacyjność Ukrainy została wymuszona przez niedobory.

Zgadza się. Przypomnijmy sobie pierwsze dwa lata pełnoskalowej wojny: wciąż mówiło się o walce artyleryjskiej. Ale to już przeszłość. Przejście na technologie dronowe było odpowiedzią Ukrainy, a później i rosji na braki klasycznego uzbrojenia. Nie twierdzę, że dokładnie ten sam model wojny odtworzy się w ewentualnym konflikcie rosji z państwami NATO, w tym z Polską. Nie jestem o tym przekonany. Ale widzę, że tu i teraz, w Ukrainie, ten model działa. Pełnoskalowa wojna trwa już cztery lata. Obie armie utraciły impet uderzenia konwencjonalnego, dziś bazują z jednej strony na żołnierskich masach, z drugiej właśnie na innowacjach technologicznych. Trzeba to obserwować, wyciągać wnioski i dostosowywać je do własnych warunków – nie kopiować jeden do jednego.

Jak Pana zdaniem ta wojna się skończy?

Kiedyś się skończy – ale nie jestem prorokiem i nie chcę nim być. A jak? Wierzę, że Ukraina tę wojnę wygra, i temu podporządkowuję swoje działania. Zwycięstwo rozumiem jako zachowanie państwa: suwerennego, demokratycznego, niepodległego, na drodze do Unii Europejskiej.

Jak realna jest perspektywa członkostwa Ukrainy w UE?

Wszystko wskazuje na to, że Ukraina zmierza ku solidnemu członkostwu. Nie chcę operować konkretnymi datami, ale początek lat trzydziestych wydaje się realny. Oczywiście okresy przejściowe będą przedmiotem negocjacji.

A NATO? Czy ta perspektywa jest już przegrana?

Polski dyplomata będzie ostatnim, który powie, że Ukraina nie wejdzie do NATO. Naszym interesem jest Ukraina silna – ekonomicznie i militarnie – jako sojusznik, a w przyszłości być może członek Sojuszu. Nie wiemy, jak NATO będzie wyglądało za pięć czy dziesięć lat. Ale musimy mieć pewność, że Ukraina pozostanie naszym sojusznikiem – wojskowym, politycznym, społecznym.

A rosja, co zyskała, a co straciła, wikłając się w tę wojnę? Odpowiedź na to pytanie, i kilka kolejnych, znajdziecie w dalszej części wywiadu. Jak  pisałem, ukazał się on w miesięczniku „Polska Zbrojna” – magazyn jest już w sprzedaży. Dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje teksty, w tym materiał „Państwo pod ostrzałem”, w którym szerzej opisuję, w jaki sposób Ukraina radzi sobie z rosyjską presją i jakie stąd płyną wnioski dla Polski. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Zniszczony rosyjski czołg w okolicach miasta Izjum, zima 2023 roku/fot. własne

Terror

Najnowsze dane z ukraińskiej stolicy są porażające: w efekcie rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną ponad milion odbiorców pozostaje bez prądu, a około 4–5 tys. budynków mieszkalnych nie ma centralnego ogrzewania. W nocy wskazówki termometrów spadają do –15/–18 stopni Celsjusza, co oznacza, że bloki stają się lodówkami. „Już nawet nie mierzę temperatury w mieszkaniu”, pisze mi koleżanka z Kijowa. „Śpię w bieliźnie termicznej i dresie, pod grubą kołdrą i dwoma kocami, a dzieciom rozstawiliśmy w pokoju namiot”.

Według ostatnich raportów Reutersa, prawie 60 proc. Kijowa jest pozbawione prądu, co przekłada się nie tylko na brak światła, ale też na przerwy w dostawach wody, komunikacji, a nawet łączności komórkowej. Taki stan trwa już od wielu dni i – jak ostrzegają mieszkańcy oraz władze miejskie – może wpędzić społeczność w katastrofę humanitarną.

Ale system energetyczny ledwo zipie w całej Ukrainie. Z powodu ciągłych ostrzałów infrastruktury, w tym linii przesyłowych i elektrowni, wprowadzono harmonogramy awaryjnych wyłączeń, które w niektórych regionach oznaczają brak prądu nawet przez 16-20 godzin na dobę. Ten mechanizm ma zapobiec całkowitej awarii sieci, ale jednocześnie oznacza, że miliony ludzi żyją w permanentnym półmroku i zimnie.

Rosyjskie ataki na sieć energetyczną to strategia militarna z jasno określonym celem: osłabić ukraiński system energetyczny, zdestabilizować społeczeństwo i wymusić polityczne ustępstwa w toczącej się wojnie. Intensywność tych działań znacznie wzrosła w sezonie zimowym 2025/2026. Siły Moskwy wykorzystują drony, pociski balistyczne i manewrujące, aby trafić w krytyczne instalacje energetyczne.

Ukraińskie władze nie pozostają bierne. Już w połowie stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wyjątkowy w sektorze energetycznym i powołał krajowe centrum koordynacji działań kryzysowych. W Kijowie mer Witalij Kliczko organizuje punkty ogrzewania i „punkty niezłomności”, gdzie ludzie mogą się ogrzać, naładować telefony i uzyskać pomoc. Zarządzono także częściową ewakuację – od 9 stycznia z Kijowa wyjechało już około 600 tys. osób (jedna piąta mieszkańców), które zdecydowały się szukać ciepła poza stolicą.

Równolegle rząd koordynuje przywracanie dostaw energii, pozyskiwanie awaryjnych generatorów i przesuwa zasoby energetyczne tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Wiele szpitali i ośrodków krytycznych zostało wyposażonych w agregaty, a firmy energetyczne pracują w trybie ciągłym nad naprawami zniszczonego sprzętu.

Technicy, monterzy i operatorzy dźwigów harują po 48–72 godziny bez porządnego snu, przemieszczając się z punktu do punktu, by przywrócić prąd i ogrzewanie w mieszkaniach, szpitalach i szkołach. Ich praca odbywa się w warunkach skrajnego ryzyka – w nocy, w mrozie, pod ostrzałem dronów i pocisków – a mimo to wracają na kolejne dyżury, bo wiedzą, że każdy naprawiony transformator to uratowane życie. Kilka dni temu jeden z pracowników Ukrenergo zasłabł z wyczerpania podczas działań przy uszkodzonym obiekcie i zginął porażony prądem. „Zima Putina”, jak mówi się o kryzysie w Ukrainie, zbiera i takie ofiary.

Świat nie pozostaje bezczynny. Polska przekazuje właśnie Kijowowi 400 generatorów prądu z rezerw państwowych, które mają pomóc w stabilizacji podstawowych potrzeb energetycznych mieszkańców. Niemcy przeznaczyły 60 mln euro na dostawy generatorów, paliwa i innych środków wsparcia energetycznego dla ukraińskich gospodarstw, szpitali i szkół. Również Wielka Brytania zadeklarowała wsparcie ratunkowe. Poza oficjalnymi działaniami pojawiają się też inicjatywy społeczne. Akcja „Ciepło z Polski dla Kijowa” zebrała już 5,5 mln złotych na zakup generatorów, dzięki wpłatom od ponad 40 tys. darczyńców. Oto link do tej zrzutki, ale pamiętajcie o tym, że marzną też żołnierze. I z myślą o nich udostępniam kolejną zbiórkę – „Razem dla życia”. Wracając zaś do tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – jego dalszą część, w której mowa jest m.in. o reakcjach rosyjskiej propagandy, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. technik naprawiający uszkodzoną przez rosjan linię energetyczną/fot. własne

Wrażenie

W nocy z czwartku na piątek rosjanie przeprowadzili kolejny rozległy nalot na terytorium Ukrainy, w którym użyto kilkuset środków bojowych – dronów, pocisków i rakiet. Ataki objęły miasta i krytyczne elementy infrastruktury.

Na celowniku znalazł się przede wszystkim Kijów – zginęły tam cztery osoby, a co najmniej 24 zostały ranne. Wśród poszkodowanych jest również kilku ratowników, którzy przybyli na miejsca pożarów – rosjanie zaatakowali ich z premedytacją; taki mają pomysł na zastraszanie służb ratunkowych, zniechęcanie ich do niesienia pomocy.

Ale dzisiejszej nocy uderzono również we Lwów i okolice. Między Lwowem a miejscowością Stryj spadł pocisk hipersoniczny Oresznik. Rakieta ta charakteryzuje się ogromną prędkością (powyżej 10 Machów – ponad 13 000 km/h) i teoretycznie może przenosić zarówno konwencjonalne, jak i jądrowe ładunki wybuchowe. Jest wielogłowicowa – w tym przypadku mówimy o sześciu głowicach, które „rozdzieliły się” w ostatniej fazie lotu.

rosjanie już raz się Oresznikiem („dziadkiem do orzechów) posłużyli – w 2024 roku, atakując Dnipro.

„Dziś, w odpowiedzi na terrorystyczny atak reżimu kijowskiego na rezydencję prezydenta federacji rosyjskiej w obwodzie nowogrodzkim, siły zbrojne przeprowadziły zmasowane uderzenie z użyciem precyzyjnej broni dalekiego zasięgu bazowania lądowego i morskiego, w tym mobilnego naziemnego systemu rakietowego średniego zasięgu Oresznik”, głosi komunikat rosyjskiego MON. Wieńczy go stwierdzenie, że wszystkie zamierzenia operacji zostały zrealizowane.

W sukurs tej informacji idą doniesienia kolportowane przez (pro)rosyjskich propagandystów, wedle których magazyn gazu w Stryju – obok innych obiektów energetycznych – również poszedł z dymem. Innymi słowy, jest sukces – gaz wszak to paliwo używane w energetyce, a Moskwie chodzi o to, by ukraińską energetykę zabić. Zimą, by zabić też ducha oporu zamarzających Ukraińców. Skądinąd wspomniani propagandyści w ogóle się nie krygują i mówią o tych zamiarach wprost, uważając, że to zupełnie normalny sposób prowadzenia wojny – odbieranie cywilom wody, ciepła, prądu. Ot, kolejny przykład moralnej i umysłowej degeneracji skarpetkosceptyków…

Do rzeczy. Oresznik to groźna broń. Lecącego pocisku w zasadzie nie da się zestrzelić (odpowiednią technologię posiadają jedynie Stany Zjednoczone i Izrael), uzbrojony w głowice bojowe może dokonać dużych, a w przypadku „atomówek” ogromnych zniszczeń. Ale tak jak w Dnipro, tak i pod Lwowem, rosjanie użyli głowic ćwiczebnych. Łódek wypełnionych betonem. W miejscu, w którym coś takiego lutnie, powstanie spory dół. Biada zabudowie, która znajdzie się na drodze – energia kinetyczna takiego zdarzenia wystarczy, by uszkodzić pokaźnej wielkości budynek. Aż tyle i tylko tyle. Nie ma eksplozji, nie ma większych zniszczeń.

Co więcej, Oresznika zaprojektowano m.in. do niszczenia ukrytych pod ziemią stanowisk dowodzenia. Głowica bojowa ma zdolność penetracji na głębokość mniej więcej 100 metrów. Zbiorniki magazynu w Stryju znajdują się 400 metrów pod powierzchnią, więc nawet przy zastosowaniu całego spektrum możliwości Oresznika, nic by to nie dało, o czym rosyjskie dowództwo z pewnością wie.

We Lwowie i okolicy nikt nie zginął, system FIRMS nie odnotował żadnego pożaru.

Propagandyści więc kłamią, choć rosyjski MON już niekoniecznie. Oresznika bowiem nie użyto do osiągnięcia jakiegoś konkretnego efektu niszczącego, lecz do wytworzenia skutku politycznego i psychologicznego. Lądujące nieopodal Lwowa głowice to próba zastraszenia Ukrainy i Zachodu samym faktem użycia broni kojarzonej z poziomem strategicznym. Moskwa chciała pokazać, że ma jeszcze „rezerwy strachu” do uruchomienia.

Czy osiągnęła efekt? Po części tak, bo o Oreszniku piszą dziś wszystkie liczące się zachodnie media. Pytanie, czy damy rosjanom więcej i pozwolimy się zastraszyć? Oreszników jest jak na lekarstwo, są dalece niedoskonałe – biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia, częściej toto wybuchało przy starcie, niż dolatywało do celu. A ich najgroźniejsza natura objawić się może wyłącznie w konflikcie, w którym nie byłoby granic eskalacji, którego nikt nie zacznie, bo nikt go nie wygra. Spójrzmy więc na sprawy tak, jak one wyglądają: rosja strzela coraz drożej i coraz głośniej, ale coraz częściej po to, by zrobić wrażenie. Nie dajmy się temu wrażeniu zwieść. Ukraińcy się nie dają i dzisiejsze użycie „dziadka do orzechów” zwyczajnie po nich spływa…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. odczyt z FIRMS-a, z ostatniej doby. Stryj w „kółeczku” (Lwów powyżej). Jak widać, satelity nie zarejestrowały żadnych ognisk pożarów…

Drono-eskalacja

Ataki rosjan na Ukrainę z jednoczesnym użyciem kilkuset dronów zdarzają się już niemal dzień po dniu. 8 lipca rosyjscy najeźdźcy wypuścili ich ponad 700 – i był to specyficzny rekord tej wojny.

Średnia z ostatnich uderzeń to ponad 400 dronów. Jeszcze wiosną tego roku rosjanie byli w stanie rzucać do pojedynczego nalotu 100-150 maszyn. W ubiegłym roku 400 aparatów odpowiadało miesięcznemu zużyciu – w napadach powietrznych z tamtego okresu, powtarzanych co dwa-trzy dni, brało udział po 20-40 bezpilotowców. Mamy więc do czynienia z ewidentną eskalacją działań, za którym stoi drastyczny wzrost rosyjskich możliwości produkcji i pozyskiwania dronów. Nie bez powodu piszę o „pozyskiwaniu”, bowiem nie ma jasności, na ile realnie rosjanie rozbudowali własne linie produkcyjne. Faktem jest – raportują to ukraińskie służby – że coraz więcej wraków i niedolotów odnajdywanych na terenie Ukrainy, ma cechy wskazujące na to, że zostały stworzone w Chinach. Możliwe, że ostateczny montaż następuje w rosji, niemniej w takim scenariuszu to uruchomione przez Chińczyków moce produkcyjne stoją za intensyfikacją nalotów.

Problem Ukrainy jest o tyle większy, że rosyjska eskalacja ma poza terrorystycznym także ściśle wojskowy wymiar. Ukraińcy (z oczywistych powodów) i media skupiają się na uderzeniach w cywilne obiekty; faktem jest, że stanowią one większość porażonych przez rosjan celów. Ale równie prawdziwe są doniesienia o udanych rosyjskich atakach w ukraińskie zaplecze produkcyjne i magazynowe. Od co najmniej kilku tygodni rosjanie – z niespotykaną dla nich precyzją i systematycznością – niszczą kolejne ukraińskie zakłady, w których wytwarzana jest i remontowana broń i amunicja. Ze szczególną zaciekłością skupiając się na fabrykach (właściwie manufakturach) dronów oraz miejscach, gdzie wytwarzane są komponenty dla rakiet. Dalsze osłabienie ukraińskiego „parasola” z pewnością im w tym pomoże. Stąd też m.in. masowość ataków, często pozornie tylko chaotyczna, de facto czyniona z zamiarem przesaturowania ukraińskiej OPL (jej zużycia i wystrzelania się).

Dlatego w nalotach wykorzystywanych jest mnóstwo wabików – nieuzbrojonych dronów, które mają „robić tłum”, angażować uwagę i środki ukraińskiej OPL. W atakach z ostatnich dni stanowią one co najmniej połowę bezzałogowców. Skąd to wiemy? To maszyny jednorazowego użytku, one nie wracają do rosji, tylko spadają w Ukrainie po wyczerpaniu zapasu paliwa. No i niektóre z nich spełniają do końca swoją rolę – mam tu na myśli wraki uprzednio zestrzelonych (a więc wziętych za wartościowy cel) maszyn. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o drastycznym skoku możliwości rosjan. Ilościowo owszem, jest on imponujący, jakościowo już znacznie mniej, skoro „tylko” połowa dronów to naprawdę niebezpieczne szahedy.

Pozostając jeszcze na gruncie statystyki – drony wywołują szkody, jednak mają istotne ograniczenia związane z niską prędkością i wagą. Łatwo je zestrzelić i nie przeniosą zbyt dużej głowicy. Największe spustoszenia czynią rakiety i pociski manewrujące – a tych rosjanie wystrzeliwują ostatnio znacznie mniej. Zwykle po kilkanaście sztuk, z których większość to pociski balistyczne, odpalane z wyrzutni naziemnych, przede wszystkim koszmarnie niecelne północnokoreańskie odpowiedniki iskanderów. Co z lotniczymi pociskami manewrującymi? Po 1 czerwca rosjanie podnoszą do ataków na Ukrainę po 3-4 bombowce strategiczne – więcej nie są w stanie. To pokłosie ukraińskiej operacji „Pajęczyna”, która znacząco przerzedziła lotniczą część nuklearnej triady rosji.

—–

Gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Obszerniejszą wersję tego tekstu opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto aktywne przekierowanie.

Nz. Poważnie uszkodzony po wybuchu drona budynek mieszkalny w Kijowie/fot. DSNS

Kibole

Wiosną 2014 roku, gdy rosyjscy oficerowie GRU zaczęli rozkręcać „rewolucję” na Donbasie, przyłączyły się do nich wszelkiej maści społeczne męty. Życiowi wykolejeńcy, kryminaliści, kibole. Tacy, co to niewiele mieli do stracenia, chcieli sobie powetować dotychczasowe niepowodzenia czy dostrzegli szansę na łatwy i szybki zarobek. Moskwa umiała ten „oddolny ruch społeczny” zagospodarować. Nim w Kijowie przejrzeli na oczy, było za późno, by całkowicie wytrzebić tę bandyteskę.

Gdy trzebić zaczęto, niekiedy sięgano po podobny zasób ludzki. Bataliony „Szachtarsk” czy „Tornado” niemal w całości składały się z kryminalistów, znów z dużą nadreprezentacją kiboli. Którzy zamiast za walkę z ruskim rakiem wzięli się za rabunek. Swoich. Cywilów. Kijów przejrzał na oczy i rozwiązał bandyckie formacje, ale co po drodze dostarczono amunicji ruskiej propagandzie, to jej.

Skądinąd to na swój sposób zabawne, że kremlowscy aktywiści medialni z przyganą relacjonowali poczynania „banderowskiego kibolstwa”, gdy po ich stronie dochodziło, wciąż dochodzi, do jeszcze gorszych ekscesów. Tam chłopcy z trybun i inni bandyci skrzyknięci w samodzielne jednostki, wyspecjalizowali się w zaczystkach. Mordowaniu i grabieży bogu ducha winnych cywilów.

Niegrzeczni chłopcy z rosji wzorowali się na poczynaniach niejakiego Arkana, którego Tygrysy, też kibole, odpowiadają za serię zbrodni wojennych w byłej Jugosławii.

Kiedyś kibolstwo jednego z klubów próbowało zawłaszczyć sobie historię poległego w Afganistanie polskiego żołnierza. Bo chłopak ocieplał wizerunek – był ultrasem, a zginął jak bohater. No był ultrasem i zginął jak bohater. A tuż przed wyjazdem do Afganistanu policja zatrzymała go za jazdę pod lekkim wpływem; miał więc kosę z mendami. „Chuja tam!”, protestowali koledzy z jednostki. Poległy nie był święty, ale na ustawki nie chodził, a handlem prochami i czerpaniem zysków z prostytucji się brzydził. Kochał swój klub, ale bardziej kochał mundur.

Bo mundur nie chodzi w parze z kibolstwem.

O czym piszę, bo obrońcy przeszłości nawrockiego robią kurwę z logiki. Relatywizują kibolstwo, byle tylko wybielić kandydata na prezydenta. Argumentują na przykład, że „może to i nie są grzeczni chłopcy, ale w razie tragedii to właśnie oni uratują nam tyłki”. Bo „jako pierwsi staną do walki”.

Miażdży mnie ów argument – głupotą.

Historia uczy, że to nie bezmózgie zbóje gotowe były poświęcić się dla wspólnoty. Choć i owszem, zdarzało się, że chętnie chwytały za broń – by palić, rabować, gwałcić. Zwykle z dala od przeciwnika, który mógłby im zrobić kuku.

Dziś, u nas, tacy są dzielni, że w wojsku ich nie uświadczysz. Jedyna broń, z jaką mają do czynienia, nie jest legalna. I służy innym celom niż obrona ojczyzny. Wszak środowiska kibolskie wprost są związane z gangami. I w razie W owszem, ruszą do akcji – niczym hieny na bezbronną, osaczoną zwierzynę.

Bohaterowie niemojej bajki.

—–

Ten post to osobisty komentarz, ale i takie czasem piszę z potrzeby serca. Zasadniczo komentuję wojnę – na tym najlepiej się znam – i jeśli chcecie mnie w tym wesprzeć, zapraszam:

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.