Kibole

Wiosną 2014 roku, gdy rosyjscy oficerowie GRU zaczęli rozkręcać „rewolucję” na Donbasie, przyłączyły się do nich wszelkiej maści społeczne męty. Życiowi wykolejeńcy, kryminaliści, kibole. Tacy, co to niewiele mieli do stracenia, chcieli sobie powetować dotychczasowe niepowodzenia czy dostrzegli szansę na łatwy i szybki zarobek. Moskwa umiała ten „oddolny ruch społeczny” zagospodarować. Nim w Kijowie przejrzeli na oczy, było za późno, by całkowicie wytrzebić tę bandyteskę.

Gdy trzebić zaczęto, niekiedy sięgano po podobny zasób ludzki. Bataliony „Szachtarsk” czy „Tornado” niemal w całości składały się z kryminalistów, znów z dużą nadreprezentacją kiboli. Którzy zamiast za walkę z ruskim rakiem wzięli się za rabunek. Swoich. Cywilów. Kijów przejrzał na oczy i rozwiązał bandyckie formacje, ale co po drodze dostarczono amunicji ruskiej propagandzie, to jej.

Skądinąd to na swój sposób zabawne, że kremlowscy aktywiści medialni z przyganą relacjonowali poczynania „banderowskiego kibolstwa”, gdy po ich stronie dochodziło, wciąż dochodzi, do jeszcze gorszych ekscesów. Tam chłopcy z trybun i inni bandyci skrzyknięci w samodzielne jednostki, wyspecjalizowali się w zaczystkach. Mordowaniu i grabieży bogu ducha winnych cywilów.

Niegrzeczni chłopcy z rosji wzorowali się na poczynaniach niejakiego Arkana, którego Tygrysy, też kibole, odpowiadają za serię zbrodni wojennych w byłej Jugosławii.

Kiedyś kibolstwo jednego z klubów próbowało zawłaszczyć sobie historię poległego w Afganistanie polskiego żołnierza. Bo chłopak ocieplał wizerunek – był ultrasem, a zginął jak bohater. No był ultrasem i zginął jak bohater. A tuż przed wyjazdem do Afganistanu policja zatrzymała go za jazdę pod lekkim wpływem; miał więc kosę z mendami. „Chuja tam!”, protestowali koledzy z jednostki. Poległy nie był święty, ale na ustawki nie chodził, a handlem prochami i czerpaniem zysków z prostytucji się brzydził. Kochał swój klub, ale bardziej kochał mundur.

Bo mundur nie chodzi w parze z kibolstwem.

O czym piszę, bo obrońcy przeszłości nawrockiego robią kurwę z logiki. Relatywizują kibolstwo, byle tylko wybielić kandydata na prezydenta. Argumentują na przykład, że „może to i nie są grzeczni chłopcy, ale w razie tragedii to właśnie oni uratują nam tyłki”. Bo „jako pierwsi staną do walki”.

Miażdży mnie ów argument – głupotą.

Historia uczy, że to nie bezmózgie zbóje gotowe były poświęcić się dla wspólnoty. Choć i owszem, zdarzało się, że chętnie chwytały za broń – by palić, rabować, gwałcić. Zwykle z dala od przeciwnika, który mógłby im zrobić kuku.

Dziś, u nas, tacy są dzielni, że w wojsku ich nie uświadczysz. Jedyna broń, z jaką mają do czynienia, nie jest legalna. I służy innym celom niż obrona ojczyzny. Wszak środowiska kibolskie wprost są związane z gangami. I w razie W owszem, ruszą do akcji – niczym hieny na bezbronną, osaczoną zwierzynę.

Bohaterowie niemojej bajki.

—–

Ten post to osobisty komentarz, ale i takie czasem piszę z potrzeby serca. Zasadniczo komentuję wojnę – na tym najlepiej się znam – i jeśli chcecie mnie w tym wesprzeć, zapraszam:

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Zamiary

Kilka dni temu odbyła się największa do tej pory wymiana jeńców pomiędzy stronami konfliktu na Wschodzie. Formułę „tysiąc za tysiąc” ustalono w połowie maja br., podczas spotkania delegacji Ukrainy i rosji w Stambule. I w zasadzie jest to jedyne pozytywne następstwo prowadzonych wtedy rozmów. Wojna trwa w najlepsze, a perspektyw na choćby kilkotygodniowe zawieszenie broni nie widzą nawet najwytrwalsi optymiści.

Co ważne, o ile na froncie sytuacja nie uległa zmianie – intensywność walk utrzymuje się na wysokim poziomie – o tyle do drastycznej eskalacji doszło na głębokich tyłach. rosjanie dokonują masowych nalotów na ukraińskie miasta, wspomagając drony rakietami balistycznymi. Ukraińcy nie pozostają dłużni, noc w noc śląc nad rosję setki bezzałogowców.

—–

Różnica w tym atakach ma wymiar cywilizacyjny i jest typowa dla dotychczasowego przebiegu wojny. O ile pierwsi uderzają „gdzie popadnie”, głównie jednak w obiekty cywilne, o tyle drudzy starają się razić cele istotne z militarnego punktu widzenia. moskale konsekwentnie realizują strategię terroryzowania ludności cywilnej, Ukraińcom chodzi o dalsze osłabianie rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Obie strony widzą w tym sposób na zmuszenie przeciwnika do zatrzymania działań wojennych, czy to poprzez upadek morale cywilów, czy za sprawą odcięcia armii od odpowiedniej ilości dostaw. Trudno w oparciu o dostępne dane ocenić, kto w tym przypadku jest bliżej osiągnięcia swoich zamiarów.

Dla jasności doprecyzujmy – walczą obie strony, ale taki stan rzeczy narzucają rosjanie; to oni torpedują wysiłki zmierzające do realnego zawieszenia broni. Po prawdzie dzieje się tak również za sprawą USA. Zadziwiająca słabość donalda trumpa do putina i rosji – zwłaszcza brak zgody na kolejne sankcje wobec Moskwy i zwiększenie pomocy wojskowej dla Kijowa – rozzuchwalają rosjan, dają im sposobność do dalszego prowadzenia działań wojennych. Zachowanie Ukraińców jest tu reaktywne, jedyne słuszne zresztą, wszak Kreml wyklucza kompromisy i ewidentnie gra na maksymalne wyniszczenie przeciwnika.

Dalekosiężne plany rosji nie uległy bowiem zmianie – Moskwa wciąż pragnie terminacji ukraińskiej państwowości i wtórnej rusyfikacji Ukraińców. Obecnie rosjanie nie są w stanie zrealizować tych celów, putin dąży więc do osiągnięcia pośrednich rozwiązań, które z jednej strony byłyby dobrym punktem wyjścia dla późniejszej „generalnej rozprawy”, z drugiej, zaspokoiłyby bieżące potrzeby propagandy, zwłaszcza konieczność prezentacji „specjalnej operacji wojskowej” jako militarnego i politycznego sukcesu, osiągniętego tu i teraz, nie w niedającej się zdefiniować przyszłości.

—–

No więc jakie są bieżące plany rosyjskiego przywództwa? putin komunikuje to wprost, oficjalnie dekretując utworzenie strefy buforowej na granicy rosyjsko-ukraińskiej. „Nasze siły zbrojne są w trakcie realizacji tego zadania, punkty ostrzału wroga są aktywnie tłumione, prace trwają”, zapewniał kilka dni temu, po podpisaniu stosownych dokumentów.

Dyktator nie ujawnił dokładnie, gdzie będzie przebiegać strefa buforowa, ani jak głęboko sięgać w głąb terytorium Ukrainy – niemniej ten drugi zamiar jest oczywisty. rosjanie chcą stworzyć bufor – rozumiany jako strefę nasyconą umocnieniami i przeszkodami inżynieryjnym – nie na własnym obszarze, ale kosztem sąsiada. Temu właśnie ma służyć koncentracja oddziałów armii rosyjskiej przy granicy z obwodami sumskim i charkowskim. Zapewne wojska te zostaną użyte do płytkich wtargnięć i okopania się na zajętych pozycjach. Wszystko po to, by uniemożliwić, a przynajmniej utrudnić Ukraińcom rajdy na wzór operacji kurskiej, podkopującej wiarygodność putinowskiego reżimu w oczach rosjan.

Ale to tylko „profilaktyka”, patrząc z kremlowskiej perspektywy. Siły inwazyjne mają do wykonania znacznie poważniejsze zadanie. Moskwa wielokrotnie już sygnalizowała, że nie wstrzyma ognia dopóki nie przejmie kontroli nad czterema obwodami Ukrainy, które jesienią 2022 roku zostały formalnie anektowane przez rosję. Dwa z nich – ługański i doniecki – może zdobyć w walce; ten pierwszy właściwie już zdobyła, wszak pod ukraińską kontrolą pozostają jedynie skrawki Ługańszczyzny. O Doniecczyznę toczą się zacięte walki, a przy utrzymującej się dynamice rosyjskiej presji możliwe, że do końca roku najeźdźcy opanują ten region. Lecz odwojowanie Chersońszczyzny, a już zwłaszcza zajęcie Zaporoszczyzny, z wielką stolicą regionu włącznie, pozostaje poza możliwościami rosyjskiej armii.

Jak zatem putin zamierza osiągnąć swój cel w postaci wchłonięcia czterech obwodów? Być może daje sobie czas, wierząc, że ma go tyle, by w kolejnym, 2026 roku próbować zająć ukraińskie południe. Ale istnieje też inne wyjaśnienie – jakie?

O tym przeczytacie w portalu „Polska Zbrojna”, gdzie opublikowałem całość tego felietonu – oto link do materiału.

—–

Zachęcam Was do wsparcia mojego ukraińskiego raportu, który w znaczniej mierze powstaje dzięki Wam – Waszym subskrypcjom i „kawom”.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. W weekend doszło do największej wymiany jeńców w tej wojnie/fot. HUR

Bucza

Trzy lata temu armia ukraińska wyzwoliła Buczę, a świat przekonał się, jak rosyjskie wojska postępują na okupowanych obszarach. O buczańskiej zbrodni napisano już wiele, nie będę więc przytaczał szczegółów. Nie zamierzam również polemizować z intelektualnymi i moralnymi miernotami, które zaprzeczają rosyjskiemu sprawstwu. Chcę Wam za to podrzucić króciutką opowiastkę o tym, jak niezłomni potrafią być ludzie.

Kilka razy zdarzyło mi się przejeżdżać przez Buczę w drodze na wschód. Ale nigdy nie było czasu, by się zatrzymać. Latem zeszłego roku decyzję podjął żołądek – i tak wylądowałem przy fast foodzie ze zdjęcia. Serwowano tam owoce morza; żaden ze mnie koneser tego typu kuchni, w Ukrainie szukam czegoś bardziej swojskiego, ale pal licho, uznałem.

Nie pamiętam już, co wjechało na ruszt, ale było dobre.

I generalnie było mi dobrze. Bucza to takie leśne miasto, wszędzie rosną piękne, pokaźne iglaki. Był środek lata, przyjemny wieczór, niedziela. W barowym ogródku siedziały całe rodziny; dźwięki przyjaznych rozmów zlewały się ze śpiewem ptaków.

Wokół nie było żadnych śladów zniszczeń.

Nie działo się NIC nadzwyczajnego, ot zwykła sielanka.

No ale to była Bucza, w której rosjanie zamordowali 600 mieszkańców. W której Ukraińcy zorganizowali zasadzkę na kolumnę agresorów i puścili z dymem i posłali w diabły ekwiwalent batalionu wojska.

Więc trudno było oprzeć się wrażeniu surrealizmu. I cudownie było zanurzyć się w tej normalności. Z ulgą uznać, że życie toczy się dalej…

—–

Szanowni, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje książki w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Kije…

Z buńczucznych zapowiedzi Donalda Trumpa – że zakończy wojnę w Ukrainie w dobę po zwycięskich wyborach – nic nie wyszło. Kampanijna gadka na użytek wewnętrzny brutalnie zderzyła się z realiami międzynarodowej polityki. Prezydent-elekt nie wydaje się tym specjalnie zrażony. Spuścił nieco z tonu, ale wciąż deklaruje szybkie działanie – teraz ma to być 30 dni potrzebnych na wygaszenie konfliktu, liczonych od momentu objęcia funkcji 47. prezydenta USA.

Problem w tym, że Moskwa nie chce rozmawiać. Nie że w ogóle, ale w terminarzu nakreślonym przez Trumpa. Ukraińcy też nie wierzą, by w miesiąc udało się załatwić sprawę. No i wciąż mają nadzieję, że nowy prezydent USA nie zgodzi się na układ, który w oczach opinii publicznych uczyni go tym słabszym. Spodziewają się polityki „wymuszenia pokoju siłą”. Wymuszenia na rosji, rzecz jasna.

Jakie są tu opcje?

Jesienią 2022 roku administracja Joe Bidena zagroziła Moskwie, że siły zbrojne USA zniszczą rosyjską armię w Ukrainie, jeśli Kreml zdecyduje się na użycie broni jądrowej (co wówczas, w obliczu koszmarnych klęsk na froncie, rosjanie rozważali). Tak jak wtedy, tak i obecnie potencjał USA pozwoliłby na zadanie rosji dotkliwego ciosu bez sięgania po „atomówki”. Teraz byłoby to nawet łatwiejsze, zważywszy na postępującą degradację techniczną rosyjskiej armii. Innymi słowy, w zasięgu Trumpa stoi potężny kij – prezydent nie musi go używać, wystarczy, by nim pogroził. Ale czy ma dość charyzmy, by zagrać z rosjanami tak ostro i va banque? Szczerze wątpię.

Inny sposób na „wymuszenie pokoju siłą” to rozbudowa potencjału ukraińskiej armii. Dziś liczy ona ponad 900 tys. żołnierzy. Sporo, zważywszy na fakt, że kontyngent rosyjski w Ukrainie to 600 tys. ludzi, a łącznie w konflikt zaangażowanych jest 800 tys. rosjan. Problem w tym, że sprzętu przyzwoitej jakości starcza dla połowy personelu ZSU. Reszta służy w „gołych” brygadach o nikłej wartości. Uzbrojenie zza oceanu by to zmieniło, ale… Pozwólcie, że jeszcze raz przywołam wyliczenia Ołeksandra Kowalenko, ukraińskiego analityka militarnego. Wynika z nich, że każdym stu tysiącom żołnierzy należałoby przydzielić 1,4 tys. czołgów, cztery tysiące wozów bojowych i półtora tysiąca sztuk artylerii. Taka siła zdziałałaby „cuda”, lecz jej uruchomienie to wymagające zadanie nawet dla USA. Zajęłoby dużo (dużo-dużo) więcej niż 30 dni, a sama groźba dozbrojenia Ukraińców pewnie by tu nie wystarczyła.

—–

To może presja ekonomiczna? Trudno oprzeć się wrażeniu, że kwestia ponownego dopuszczenia rosji do pełnej wymiany gospodarczej jest dla Kremla kluczowa – rosyjska gospodarka bowiem ledwie dyszy. Problem w tym, że gdyby na to pozwolić, federacja w ciągu kilku-kilkunastu lat odbudowałaby zdolności zdegradowanej armii. A wówczas los sąsiadów rosji – nie tylko Ukrainy – znów byłby zagrożony. Zachód, a więc i USA, musi tę okoliczność brać pod uwagę. Obrazowo rzecz ujmując, grać z Moskwą tak, by ta nie zmieniła podarowanej marchewki w kij.

Czym jest ta marchewka? Trzystoma miliardami dolarów zamrożonych aktywów rosyjskiego banku centralnego, które „leżą” na Zachodzie. Te 300 „dużych baniek” to znacznie więcej niż Moskwa wydała dotąd na wojnę w Ukrainie (na co poszło 200 mld dol.), dość, by – patrząc z perspektywy interesów putina i reżimu – zapewnić rosji w miarę miękkie lądowanie po wojennej zawierusze.

No więc gdyby zagrozić Moskwie przepadkiem tego majątku? Przymiarki czyni już teraz administracja Bidena, starają się przekonać europejskich sojuszników do przeniesienia owych 300 miliardów na konto powiernicze, które zostałoby odmrożone wyłącznie w ramach porozumienia o przerwaniu wojny rosji z Ukrainą. Moskwa dostałaby czytelny sygnał: „Jeśli chcecie odzyskać pieniądze, musicie przyjść i rozmawiać”.

Jak wynika z informacji CNN, inicjatywa ta została skonsultowana z otoczeniem Trumpa i nim samym. Według źródeł redakcji, Trump poparł taką strategię, przekonany, że szybko doprowadzi ona rosjan do stołu negocjacyjnego. Kto wie, może nawet w 30 dni…

Problem? Jeden; 280 mld aktywów spoczywa w europejskich instytucjach finansowych, tylko 20 mld pozostaje w bankach z siedzibą w USA. Tymczasem sojusznicy Waszyngtonu nadal mają wątpliwości co do legalności takiego rozwiązania. Owszem, zgodzili się już na wykorzystanie na rzecz Ukrainy odsetek od zamrożonych rosyjskich inwestycji, ale bazowego majątku tykać nie chcą. Czy Trump ich do tego przekona? Czy w ogóle będzie mu się chciało angażować w tę grę?

—–

Szanowni, jak wielokrotnie podkreślam, moje publicystyczne i reporterskie zaangażowanie w konflikt na Wschodzie w istotnej mierze możliwe jest dzięki Wam i Waszemu wsparciu. Pomożecie w dalszym tworzeniu kolejnych treści?

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

Osoby zainteresowane nabyciem mojej ostatniej pt.: „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Rozbudowa potencjału armii ukraińskiej to sensowna opcja, ale długotrwała. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

(Nie)bezpieczny

Reuters donosi, że armia ukraińska rozpoczęła aktywne działania w kolejnym rosyjskim obwodzie – biełgorodzkim. Problem w tym – co sama agencja przyznaje – że źródła informacji są wyłącznie rosyjskie. Ukraińcy – jak miało to już miejsce w początkach operacji kurskiej (i znów się dzieje) – uparcie milczą. Odczyty z FIRMS-a potwierdzają jednak spore ogniska pożarów w dwóch przygranicznych miejscowościach – w Niechotiejewce i Szebiekinie.

Tę pierwszą miało zaatakować 200, drugą 300 ukraińskich żołnierzy – podają lokalne rosyjskie władze. Te same, które kilkanaście dni temu również donosiły o dużym ukraińskim uderzeniu, którego nie było.

Co skrywają panika i szum informacyjny? Czy to początek kolejnej ukraińskiej operacji na wzór tej prowadzonej w sąsiednim obwodzie kurskim? Tam także zaczęło się od ataku ledwie 300 wojskowych, a obecnie mówimy o działaniach angażujących kilkanaście tysięcy ludzi. Które – choć w reżimie izolacji informacyjnej – nadal się toczą, czemu wciąż towarzyszy ukraińskie powodzenie.

Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale zakładam, że sytuacja wyklaruje się do końca dnia.

—–

Pozostając na gruncie rozważań o sytuacji przygranicznej, spójrzmy bardziej na zachód. Media już od wielu dni alarmują, że Białoruś koncentruje wojska przy granicy z Ukrainą. Dla niektórych jest to asumpt dla najczarniejszych scenariuszy, zgodnie z którymi łukaszenko lada moment włączy swój kraj do wojny (de facto już to uczynił, ale tu chodzi o bezpośredni udział). Grozy sytuacji dodaje oświadczenie ukraińskiego MSZ, które wezwało Mińsk do wycofania wojsk z granicy. Część komentatorów – zwłaszcza tych lubujących się w straszeniu – atak armii białoruskiej na Ukrainę postrzega w kategoriach konieczności: w tym ujęciu putin nie ma wyjścia i dla odciągnięcia Ukraińców z obwodu kurskiego zamierza sięgnąć po aktywa swego wasala.

Brzmi to nawet sensownie, do chwili, gdy uświadomimy sobie, że wspomniana koncentracja obejmuje… mniej niż półtoratysięczny kontyngent, wyposażony w kilkadziesiąt wozów bojowych, wsparty kilkoma śmigłowcami i samolotami. Siły symboliczne, niezdolne do czegoś więcej niż ograniczona akcja dywersyjna. Której i tak Mińsk podejmował nie będzie, o czym szerzej w dalszej części tekstu.

Skoro to „hałas o nic”, po co włączają się weń Ukraińcy? Ano Kijów najwyraźniej postanowił skorzystać z pretekstu, jakim są przygraniczne ćwiczenia armii białoruskiej – i uderza w najwyższe tony, chcąc wymusić werbalną reakcję łukaszenki. Zaprzeczenia białoruskiego dyktatora, jego deklaracje o chęci zachowania pokoju – nie raz już powtarzane – irytują putina. Kremlowski zbrodniarz chciałby w Mińsku bezwzględnie lojalnego sługi, a nie wasala z tendencją do lawirowania. Oświadczenie MSZ Ukrainy to zatem kolejna „szpila” wbita w relacje między przywódcami Białorusi i rosji, a nie wyraz rzeczywistych lęków Kijowa.

Ukraina bowiem nie musi obawiać się północnego sąsiada. Ten zaś Ukrainy – owszem.

—–

Dyktator z Mińska jest dziś w potrzasku. Z jednej strony ciśnie go Kreml, oczekując większego zaangażowania w działania przeciw Ukrainie. Z drugiej strony jest Zachód, którego przedstawiciele nie pozostawiają złudzeń, że otwarta agresja spotka się z bolesną ripostą (Białoruś jest dziś beneficjentem systemu sankcyjnego, zbudowanego przeciw rosji, pozostając „niedomkniętą bramą” do importu/eksportu z i do federacji). Są wreszcie Ukraińcy, dużo lepiej przygotowani do przyjęcia intruzów z północy niż zimą 2022 roku. No i ma łukaszenko nie lada kłopot z własnym społeczeństwem, które pchać się do tej wojny nie zamierza. Kolejowi partyzanci, którzy wiosną 2022 roku sparaliżowali zaopatrzenie dla rosjan, siedzą dziś w więzieniach, podobnie jak wielu opozycyjnych aktywistów. Wystarczy jednak iskra, by znów rozpalić ogień społecznych protestów. Wojsko na froncie, rozruchy na tyłach – nie takie reżimy jak białoruski waliły się w podobnych okolicznościach. Zwłaszcza że wojsko – i tu ostatni, choć nie najmniej ważny powód do zmartwień dla mińskiego satrapy – też bić się nie chce. Zaradzić temu miały czystki, rosyjski nadzór nad armią, ale ostatecznie to zwykły żołnierz trafiłby do strefy walk, a nie rosyjscy czy wierni watażce generałowie.

W mojej ocenie łukaszenko będzie więc lawirował, co czyni umiejętnie od początku pełnoskalowej inwazji. Z jednej strony, w wymiarze retorycznym/propagandowym, pozostanie wiernym sojusznikiem putina. Ba, zapewne nie omieszka od czasu do czasu podkręcać atmosfery – sugerować, że już zaraz pośle armię do bitwy. Lecz za kulisami samozwańczy prezydent poprzestanie na tym, co do tej pory – na słaniu do zachodnich stolic (i Kijowa) zapewnień, że to tylko gra o zachowanie resztek białoruskiej niezależności i że tak naprawdę nie zamierza przekroczyć czerwonej linii.

Oczywiście putin ślepy nie jest i „czyta” łukaszenkę. Ale sam ma mocno związane ręce. Może grozić inkorporacją (i utrąceniem mniejszego satrapy), licząc na efekt mrożący, lecz dalej posunąć się nie może. Armia rosyjska nie jest obecnie w stanie wziąć Białorusi w twardą okupację. Zresztą, gdyby spróbowała, mogłoby się okazać, że armia białoruska jednak zamierza walczyć – czynnik motywacji do obrony przed agresją trudno przecenić; to, jak jest ważny, widzimy na przykładzie morale ukraińskiego wojska. Pozostaje więc putinowi manewrować z wykorzystaniem kija (gróźb) i marchewki (wsparcia dla reżimu łukaszenki) i wyciągać z tego „białoruskiego słoika” tyle konfitur, ile się da. I tak jest tego sporo – Białoruś pozostaje zapleczem dla rosyjskich wojsk w Ukrainie, buforem między rosją a NATO, przede wszystkim jednak wymusza na Kijowie szereg absorbujących zasoby działań. Budowa fortyfikacji wzdłuż granicy, konieczność utrzymywania relatywnie licznych sił wokół stolicy i w północno-zachodniej części kraju – to wszystko obniża efektywność ukraińskich działań wojennych na wschodzie.

Wróćmy do „czytania” łukaszenki – putin chyba już pogodził się z faktem, że Mińsk nie pójdzie mu tak całkiem na rękę. Tym tłumaczę drenaż białoruskich składów amunicyjnych i sprzętowych, jakiego dopuszcza się rosja. Ostatnio objął on sprzęt z liniowych (!) białoruskich jednostek, które musiały oddać rosjanom własne czołgi i wozy bojowe. To oczywiście świadczy o fatalnej sytuacji rosyjskiego zaplecza, ale każe też przyjąć, że gdyby istniały realne plany użycia bojowego oddziałów białoruskich, nie pozbawiano by ich narzędzi walki (Białoruś nie jest Ukrainą, która po ZSRR odziedziczyła ogromne nadwyżki uzbrojenia, nie jest też państwem, które jakoś szczególnie dbało o modernizację; oddanie moskalom nawet kilkudziesięciu czołgów oznacza poważny ubytek potencjału).

Załóżmy jednak, że Białoruś wchodzi do wojny „na ostro”. Choćby tylko po to, by dać rosjanom ulgę w Kursku, a więc „na chwilę”. Jestem przekonany, że mielibyśmy do czynienia z masowymi dezercjami i przechodzeniem całych oddziałów na stronę ukraińską. Tam, gdzie Białorusini mimo wszystko podjęliby walkę, czekałyby na nich zaprawione w bojach jednostki ukraińskie. Wynik tych starć byłby łatwy do przewidzenia i skutkował szybkim przeniesienia działań wojennych na terytorium Białorusi. Także rękoma wolnych Białorusinów, bez wątpienia owacyjnie witanych na ojczystej ziemi…

—–

Białoruś – jej status/charakter relacji z rosją – to klucz do przyszłości nie tylko Ukrainy, ale i Polski oraz szerzej, całej Europy środkowo-wschodniej.

Wojna w Ukrainie kiedyś się skończy. Cokolwiek ustalą Moskwa z Kijowem, z nieprzyjazną Białorusią na karku będzie to dla Ukrainy pokój „kulawy”. Wymagający większej mobilizacji zasobów niż w sytuacji, w której Ukraińcom odpadłoby do pilnowania ponad 1000 km granicy. Zrujnowane ukraińskie państwo będzie liczyło każdą hrywnę (i dolara czy euro pomocy), stając na nogi. Trudno w tej chwili ocenić, jaki charakter przybiorą zachodnie gwarancje bezpieczeństwa – idealnie byłoby przyjąć Ukrainę do NATO, ale obecnie bardziej prawdopodobny wydaje się sojusz z częścią członków Paktu. Nim jakikolwiek alians się zmaterializuje, ukraińska niepodległość będzie chroniona tylko przez ukraińską armię. Zapewne niepobitą, być może zwycięską, ale i tak pokiereszowaną.

Tysiąc kilometrów wrogiej granicy mniej dla Ukraińców, to zarazem ponad 400 km nieprzyjaznej granicy mniej dla Polski i ponad 700 dla Litwy i Łotwy. Białoruś niebędąca protektoratem rosji to sytuacja, o której marzyły pokolenia Polaków. Sytuacja, w której rosja zostaje odepchnięta o 500 km, de facto wyrzucona z Europy do Azji. Owszem, Moskwie zostałaby eksklawa w postaci okręgu królewieckiego, ale kompletnie niefunkcjonalna w realiach szerokiego buforu oraz Bałtyku jako „jeziora NATO”.

Brzmi jak political fiction? Fakt, iż „król kartofli” lawiruje, wynika z jego kalkulacji/obawy czy warto się po stronie moskwy tak bardzo angażować. Wizja rozpadu armii i społecznych protestów stopuje łukaszenkę. Stopuje też putina, który chciałby Białorusi w wojnie, ale nie chciałby uruchomić procesów, na skutek których Białoruś by się rosji wymknęła.

I dlatego żadnego ataku z Białorusi nie będzie.

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego blogu (w ubiegłym tygodniu znów coś się zacięło…) – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Żadnych strzałek na mapach rysować nie będziemy, chyba że jako artystyczne wizje…