Bum!

Dobre wieści z rana – amerykańska administracja już nie przeciwstawia się wysłaniu do Ukrainy pocisków ATACMS. Ogłoszenia decyzji ws. transferu można się spodziewać lada dzień.

ATACMS-y mają zasięg do 300 km, można nimi strzelać z wyrzutni Himars, są zabójczo precyzyjne. Zaprojektowano je do niszczenia tzw. celów krytycznych jak lotniska, baterie obrony przeciwlotniczej, wyrzutnie pocisków balistycznych, strefy zaopatrzenia, centra łączności i dowodzenia. Na załączonej mapie widać obszar, jaki będą w stanie pokryć.

Mój osobisty komentarz: ATACMS-y zabiją rosyjską logistykę. Oby jak najszybciej…

Za: Nexta. Mapa z października 2022 roku, ale lepszej nie znalazłem

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. startujący pocisk ATACMS/fot. US Army

Sznur…

Nie wiem, czy macie świadomość, ale Polska importuje energię elektryczną z Ukrainy. Tak, Polska, tak, z Ukrainy. Kraj wolny od wojny, z państwa objętego konfliktem. Ukraina od lat dysponowała nadwyżkami mocy, które sprzedawała sąsiadom, nawet po 24 lutego 2022 roku. Ukraiński prąd płynął do nas do października ub.r. – przestał, gdy zaczęła się rosyjska kampania rakietowa, której celem było zniszczenie energetyki Ukrainy. W sumie rosjanom udało się porazić około 40 proc. obiektów produkujących i przesyłających prąd. To, co nadal działało, zabezpieczało wyłącznie potrzeby własne Ukraińców, wyższe wraz z nastaniem jesienno-zimowych chłodów. Ukraina przetrwała, rosyjski zamysł przeniesienia jej w średniowiecze spalił na panewce. Lotnictwo rosji okazało się niedostatecznie mocne w konfrontacji z obroną powietrzną ZSU. Gdy pod koniec marca br. byłem w Odesie, zamieszkałem w hotelu z jaskrawo oświetloną fasadą. Przed urzędami, sklepami i restauracjami nadal stały generatory, ale nikt ich nie używał – prąd płynął z sieci. W kwietniu br. Kijów znów zaczął sprzedawać nadwyżki do Polski. Dla kraju, którego gospodarka funkcjonuje w realiach wojny, pozyskiwane w ten sposób środki finansowe są jak życiodajne zastrzyki. Ale skąd te nadwyżki, skoro rosjanie zdewastowali infrastrukturę? Po pierwsze, częściowo już ją odbudowano. Po drugie, najważniejsze, ukraiński przemysł działa na ćwierć gwizdka, a liczba indywidualnych odbiorców spadła. Obecnie w Ukrainie żyje 29 mln ludzi, gdy przed inwazją kraj zamieszkiwała 40-milionowa populacja.

Ukraiński wywiad upublicznił informację, wedle której rosjanie już dziś szykują się do kolejnej terrorystycznej kampanii rakietowej – dlatego tak ważna jest dalsza rozbudowa potencjału obrony powietrznej kraju. Ostatnia zima okazała się łagodna, ale czy najbliższa też taka będzie? Nie wiadomo, stąd intensyfikacja prac ukraińskich energetyków zmierzająca do tego, żeby system stał się możliwie najbardziej wydolny i pozwolił przetrwać kolejne naloty. Szybkość napraw, przy jednoczesnej dużej skali zniszczeń oraz zużycia infrastruktury, skutkuje spektakularnymi awariami. Kilka dni temu w obwodzie odeskim ponad ćwierć miliona ludzi przez wiele godzin pozostawało bez prądu. Co w wielu przypadkach oznaczało również brak dostępy do bieżącej wody. O czym piszę nie tylko po to, by poszerzyć Waszą znajomość realiów ukraińskiej codzienności. Nim doprecyzuję intencje, chciałbym zauważyć, że Polska od tygodnia zmaga się z upałami i że dla wielu z nas to dokuczliwa sytuacja. A teraz wyobraźcie sobie, że nie ma wody… Jakiś czas temu poszedłem pobiegać. Wróciłem zlany potem, a spod prysznica nie spadła nawet kropla. Godzinę później miałem spotkanie face-to-face, suchy szampon sprawy by nie załatwił. Na szczęście awarię usunięto, ale ta banalna niedogodność przez moment wydała mi się potwornym dramatem.

Wiem, jak istotna na wojnie jest woda (i nawodnienie) – zwłaszcza w gorących okolicznościach przyrody. Przerobiłem to w Iraku i w Afganistanie, zmierzyłem się z tematem w Ukrainie. Pamiętam, ile wysiłku kosztował mnie sprint przez niedługi odcinek odkrytego terenu, ostrzeliwany przez watnickiego snajpera. Był późny czerwiec, południe i niemal czterdziestostopniowy upał. Po kilkunastu sekundach biegu w kamizelce i hełmie byłem mokry jakbym wyszedł spod prysznica. W Ukrainie nie miałem okazji powtórzyć eksperymentu, jaki przeprowadziłem na sobie w Afganistanie. Któregoś razu zważyłem się przed wyjściem na patrol i zaraz po powrocie. Sześć godzin wędrówek po afgańskich wioskach, podczas których piłem wyłącznie minimalne ilości wody, przyniosły utratę dwóch kilogramów. Większość tego wypociłem. Choć byłem wówczas w szczytowej kondycji i tak czułem się wykończony. Pisałem przedwczoraj o problemach rosyjskiej logistyki na Zaporożu i w okupowanej części obwodu chersońskiego. Fiksując się na doniesieniach o zniszczonej amunicji i puszczonej z dymem żywności, pominąłem kwestię wody – a przecież to ona jest produktem absolutnie pierwszej potrzeby. I na południu też zaczyna jej moskalom brakować.

W obszarze ukraińskiej operacji zaczepnej na południu znajduje się około 50 tys. rosyjskich żołnierzy. Przy wysokich temperaturach każdy z nich potrzebuje co najmniej trzech litów wody na dobę (w Afganistanie uczulano żołnierzy, by wiosną i latem spożywali cztery litry płynów, ale tam było nieco cieplej). Czyli mamy 150 tys. litrów, 150 ton – to 30 wojskowych cystern, jeśliby wodę dostarczać w ten sposób. Kolejne 30 typowych rosyjskich ciężarówek, zakładając, że mówimy o wodzie butelkowanej. Ale trzydziestoma ciężarówkami czy cysternami problemu załatwić się nie da – transport zajmuje czas, sprzęt ulega awariom, kolumny transportowe są narażone na zniszczenia, które co jakiś czas następują. Dla zachowania płynności w danym dniu konieczne jest zatem dysponowanie co najmniej dwukrotnie większą flotą. A mowa tylko o dziennym zapotrzebowaniu – w skali miesiąca urastającym do 4,5 tys. ton – na wodę przewidzianą do wypicia. Tymczasem woda potrzeba jest także do innych celów – ta czysta choćby po to, żeby wojsko mogło się od czasu do czasu umyć i oprać. Co nie jest fanaberią, a istotnym wymogiem pozwalającym zachować odpowiednie morale i niezbędne standardy epidemiologiczne. Brudny żołnierz to chory żołnierz – po I wojnie światowej jest to kwestia niedyskutowalna. Ale jakby go nie napoić i umyć, głodny też nie może być. No i musi mieć czym walczyć.

Przy niedostatkach wody, które uwypukliły się jeszcze bardziej po zniszczeniu tamy w Nowej Kachowce, linie zaopatrzeniowe rosyjskiej armii dosłownie stały się jej liniami życia. Krwiobiegiem o spadającej wydajności energetycznej. Bez wchodzenia w zbędne szczegóły, 70 proc. dostaw dla oddziałów stacjonujących na południu Ukrainy dociera „na około” – z rosji, przez most krymski, Krym i potem na północ i wschód zajętego korytarza. Pozostałe dostawy realizowane są drogą morską – przez port w Berdiańsku oraz transportem samochodowym z zajętych w 2014 roku terenów doniecczyzny. Z uwagi na jakość dróg ta ostatnia opcja jest mocno ograniczona. Nie wspiera jej transport kolejowy z Doniecka – linia prowadząca z tego miasta przez Wołnowachę w wielu miejscach przebiega zaledwie kilka kilometrów od frontu. Eszelony byłyby zbyt łatwym celem dla ukraińskiej artylerii, więc nikt ich tamtędy nie pcha (za to zimą rosjanie próbowali odepchnąć front bardziej na północ i zachód – temu właśnie służyły rozpaczliwe ataki na Wuhłedar). A zatem dostawy przez Krym to droga, którą do rosjan na Zaporożu trafia również woda. Tymczasem wczoraj w nocy Ukraińcy zaatakowali rakietami Storm Shadow most w Czonharze, łączący kontynentalną Ukrainę z Krymem. Most stoi, choć wybito w nim potężną dziurę. Teoretycznie można by ją omijać przy pokonywaniu przeprawy, ale na ujawnionych fotografiach widać również poważne uszkodzenia jednego z filarów. Tak czy inaczej most na razie wyłączono z użytku, a rosyjskie zapatrzenia są obecnie kierowane przez drugi most w Armiańsku. Ten z kolei znajduje się już w efektywnym zasięgu himarsów…

Co więcej, ukraińsko-tatarska partyzantka na Krymie co jakiś czas atakuje linie kolejowe na półwyspie. Jest ich zaledwie kilka, więc każde „przecięcie” którejś z nitek wywołuje potężne zatory. Jeszcze węższym gardłem pozostaje most krymski, który Ukraińcy już raz z powodzeniem zaatakowali w październiku ub.r. Ukraińskie rakiety i drony co kilka dni spadają na port w Berdiańsku, konsekwentnie obniżając jego przydatność jako hubu logistycznego. To wszystko w połączeniu z regularnym niszczeniem składów armii rosyjskiej, rozmieszczonych w okupowanej części obwodów chersońskiego i zaporoskiego, przywodzi skojarzenie ze sznurem. Pętlą, która zaciska się wokół szyi zgrupowania raszystowskiego na południu. W tej analogii rozwalenie mostu krymskiego byłoby jak ostateczne zadzierzgnięcie, ale i bez tak radykalnego kroku stopniowo podduszany kontyngent w końcu wyzionie ducha. Czy raczej „wyschnie” z braku wody. Most w Czonharze pewnie nie raz jeszcze oberwie, atak na węzeł logistyczny w Armiańsku to kwestia czasu. A walki z nacierającymi na odcinku zaporoskim Ukraińcami zużywają zgromadzone wcześniej zapasy. I może o to chodzi – patrząc z ukraińskiej perspektywy? O „powtórkę z rozrywki”. Rozwalenie mostu antonowskiego i konsekwentne paraliżowanie zaplecza logistycznego dla przyczółku chersońskiego, jesienią ub.r. zmusiły rosjan do oddania Chersonia i ucieczki na drugi brzeg Dniepru. Wysiłkom ukraińskiej artylerii rakietowej towarzyszyły ograniczone działania na lądzie, podjęte latem 2022 roku. Gdy ruska logistyka zdechła, przybrały one postać regularnej kontrofensywy, która w ciągu kilkunastu dni oczyściła zachodnią część chersońszczyzny. Czy właśnie taki scenariusz dla południa Ukrainy pisze gen. Załużny?

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraiński czołg w drodze na front/fot. Sztab Generalny ZSU

Wysuszanie

Świąteczny dla nas długi weekend na ukraińsko-rosyjskim froncie upłynął pod znakiem wielu wydarzeń. Najgłośniejszym był atak dronów na Kreml, ale to „tylko” efektowny pokaz fajerwerków (choć symbolicznie istotny i o możliwie poważnych konsekwencjach; pisałem o tym wczoraj, więc nie będę wracał do tematu). Z wojskowego punktu widzenia, dużo istotniejsze są uderzenia w rosyjskie składy paliw – kolejne, w weekend rozszerzone także o działania dywersyjne na torach (wysadzenie pociągów-cystern na Białorusi). Widać już konsekwencję w działaniach Ukraińców, zmierzających do sparaliżowania rosyjskiej logistyki.

Mam przy tym nieodparte wrażenie deja vu. Rok temu, mniej więcej o tej samej porze, zaczęła się akcja „grillowania” rosyjskiego zaplecza amunicyjnego. W maju były to jeszcze sporadyczne ataki, ale „…między czerwcem a sierpniem zniszczyliśmy ponad setkę rosyjskich składów amunicyjnych. Szacujemy, że dzięki temu pozbawiliśmy rosjan co najmniej miliona pocisków artyleryjskich” – relacjonował mi tuż przed wrześniową kontrofensywą jeden z wyższych rangą ukraińskich wojskowych. Niszczenie bombo-składów było wiosną i latem minionego roku kluczowym zadaniem ukraińskich sił zbrojnych. To artylerią próbowali wówczas wygrać wojnę rosjanie, artyleryjskim walcem zgnieść Ukraińców i wyrzucić ich na początek z Donbasu. Strzelać, jak się wydawało, mieli czym – rosyjskie rezerwy pocisków artyleryjskich przed lutym 2022 roku szacowano na 15 mln sztuk, a możliwości produkcyjne przemysłu zbrojeniowego oceniano na poziomie 1,5 mln sztuk rocznie (milion nowych pocisków i pół miliona „odzyskanych” z głębokich, sowieckich zapasów).

Zatem kilkunastotygodniowe „himarsowanie” – jak nazwano ukraińskie ataki na rosyjskie magazyny – pozbawiło armię najeźdźców zapasów odpowiadających rocznej produkcji. A i ta – szybko wyszło na jaw – w praktyce okazała się kulawym procesem. Już jesienią ubiegłego roku moskalom zaczęło brakować artyleryjskiej amunicji, zimą ten niedobór okazał się dramatyczny. Jeśli rozważać przyczyny porażki rosyjskiej tzw. ofensywy zimowej, „amunicyjny głód” jest jednym z najistotniejszych czynników. Co istotne, nadal występujących – „druga armia świata” była w stanie nasycić artylerią tylko trzy kilkunastokilometrowe odcinki frontu, a i nawet na tym „najbardziej eksponowanym”, w Bachmucie, raportowano stały niedosyt pocisków.

Niedostateczna podaż amunicji na pierwszej linii ma jeszcze jedną przyczynę – „himarsowanie” zmusiło rosjan do odsunięcia składów amunicyjnych poza zasięg ukraińskich wyrzutni. Logistyka orków opiera się o transport kolejowy (który z braków torów nie wszędzie da się realizować) – kołowy jest u nich niedostatecznie rozwinięty, co w połączeniu z kiepską jakością i siecią dróg w Ukrainie tylko potęguje problem. 100-kilometrowa odległość między jednostkami bojowymi a bombo-składami – choć relatywnie nieduża – urasta do rangi wielkiego wyzwania. Rzecz w tym, by było ono jeszcze większe – by moskalom brakowało nie tylko ciężarówek do wożenia amunicji (prowiantu, picia i całej niezbędnej do normalnego funkcjonowania reszty), ale i paliwa do nich. Paliwa do cystern, które dowożą ropę czołgom i wozom opancerzonym. Ropa bowiem to „krew wojny”, bez niej obumrze nawet najzdrowszy organizm, a armia rosyjska szczególnie zdrowa nie jest.

I właśnie o to chodzi Ukraińcom. Na pierwszy rzut oka wyzwanie wydaje się karkołomne. Przecież w rosji – będącej naftowym potentatem – paliwa NIE MOŻE zabraknąć. Czyżby? Chciałbym zauważyć, że przed wojną federacja uchodziła za potęgę w dziedzinie produkcji zbrojeniowej, co i tak nie uchroniło jej wojska przed „amunicyjnym głodem”. Oczywiście, nawet rozwalenie wszystkich rosyjskich składów (i rafinerii!) w zasięgu ukraińskiej artylerii rakietowej, lotnictwa bezzałogowego i grup dywersyjnych nie „wysuszy” armii putina. Ale z pewnością postawi ją w jeszcze trudniejszej sytuacji.

„To zapowiedź kontrofensywy” – wieszczą specjaliści komentujący ukraińskie ataki. Zgadza się. Lecz nie popadajmy w nadmierny entuzjazm („to już!, to już!”). Podobnie jak w zeszłym roku z odcinaniem orków od amunicji, tak w tym roku z paliwem – mówimy o działaniach rozpisanych na długie tygodnie…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Pożar rosyjskiej bazy paliw /fot. Telegram gubernatora okupowanego Krymu

Bogowie

Trzy dni po spektakularnym uderzeniu w kompleks szkolny w Makiejewce pod Donieckiem, rosjanie oficjalnie przyznali się do jeszcze większych strat niż pierwotnie. Najpierw mowa była o 63 zabitych, i nieznanej liczbie rannych, potem stanęło na 89 ofiarach śmiertelnych. Biorąc pod uwagę tradycje rosyjskiej sprawozdawczości, poległych było zapewne kilka razy więcej, co dowodzi przerażającej skuteczności wysokoprecyzyjnych systemów rakietowych. „Boga bogów”, jak pisałem w jednym z wcześniejszych tekstów, odnosząc się do popularnego stwierdzenia, wedle którego artyleria jest „bogiem wojny”. Ale…

Ale ktoś te użyte w ataku na Makiejewkę himarsy w strefę walk dostarczył. To sprzęt amerykański, czyli droga rakiet wiodła przez ocean, a później przez kawał Europy, i mierzyła tysiące kilometrów. W tym pozornie błahym stwierdzeniu kryje się zapomniana czy ignorowana prawda o warunku koniecznym militarnego sukcesu – bez sprawnej logistyki ani rusz. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego, w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. Bóg jest zatem inny, a imię jego zaczyna się na literę „L”.

„Generał gdzieś załatwił”

O tym, jak ważna jest logistyka, przekonałem się w Afganistanie. W 2012 r. duża część transporterów Rosomak jeździła z uszkodzonymi siatkami LSO (chroniącymi zasadniczy pancerz przed granatami RPG). Formalnie były to sprawne wozy, podobnie jak rosomaki z niedziałającymi urządzeniami do obserwacji nocnej. Za dnia maszyny te z powodzeniem mogły brać udział w rozmaitych operacjach, wszystko więc było ok. Wysoki wskaźnik sprawności sprzętu to w wojsku, szczególnie na wojnie, nie lada wyczyn, były więc powody do zadowolenia.

Wyczyn, który mimo wysiłków mechaników realnie trudno było osiągnąć, bo zaopatrzenie kontyngentu kulało. Zamówione części „szły” do Afganistanu nawet kilka miesięcy. Do dziś włos mi się jeży na wspomnienie historii pododdziału, który przez długi czas jeździł na niesprawnych oponach, bo zabrakło kołków do wulkanizacji. „Generał gdzieś załatwił”, podsumował historię jeden z rozmówców. „Załatwianie” sprowadzało się również do kanibalizacji, czyli pozyskiwania części ze zniszczonych i uszkodzonych wozów. Co w połączeniu z niewiarą w szybkie działanie służb logistycznych, sprzyjało utrzymaniu fikcji wysokiej sprawności. Chętnie przyjmowanej na kolejnych szczeblach, któż bowiem lubi meldować o kłopotach? Tyle że na końcu łańcucha – w gabinetach wojskowych urzędników i polityków – wojna była pojęciem zupełnie abstrakcyjnym. Tam nikt życia na niesprawnym sprzęcie nie ryzykował.

Wojskowa logistyka dzieli się na cztery obszary. Pierwszy obejmuje zaopatrzenie w paliwo, amunicję, części zamienne, medykamenty i racje żywnościowe. Na drugi składa się zaplecze remontowe. Trzeci, kwatermistrzowski, odpowiada za warunki bytowe. Czwarty związany jest z zabezpieczeniem medycznym. W Afganistanie dwa ostatnie spoczywały na barkach Amerykanów, oba pierwsze w istotnym zakresie zależały od Polaków. Przy odległości dzielącej kraj od miejsca ekspedycji (4 tys. km) i braku strategicznego transportu lotniczego, kłopotów nie dało się uniknąć. Na szczęście pod ręką byli Amerykanie.

Zabrakło ich podczas granicznego kryzysu z jesieni i zimy 2021 r., który w momencie największego nasilenia angażował niemal jedną trzecią wojska. Pozostałe po redukcjach służb tyłowych armii dwie brygady logistyczne (w Bydgoszczy i Opolu) przez pół roku nie zdołały dowieźć na wschód wystarczającej liczby kontenerów mieszkalnych. Część wojska mieszkała więc w ziemiankach, co kompletnie nie przystaje do standardów XXI-wiecznej armii, operującej w niewojennym reżimie, w kraju z gęstą siecią nowoczesnych dróg.

Ile pali czołg? Dużo…

Wróćmy do wyzwań wojennych. W 2005 r., gdy intensywność walk w Iraku była najwyższa, konflikt kosztował amerykańskiego podatnika 190 mln dol. dziennie. Skąd ta suma? Amerykański żołnierz musi otrzymać posiłki o wartości 4000 kal., co czyni z logistyki made in USA wyjątkowo drogie przedsięwzięcie. Bo nie chodzi tylko o bilans, ale i różnorodność. Amerykańskie stołówki „na teatrze działań” wyglądają jak bary szybkiej obsługi. W największych bazach w Iraku i Afganistanie lunch można było wybierać z dwudziestu pozycji. Produkty nie pochodziły z lokalnego rynku, przylatywały z USA, głęboko przetworzone, zmrożone, poddane obróbce pod kątem zapobieżenia masowym zatruciom. Warta kilkaset dolarów tona owoców, po uwzględnieniu kosztów transportu puchła do wartości kilkunastu tysięcy dolarów.

A nie samym jedzeniem żołnierz żyje. Dostarczenie do zbiorników agregatów i baków pojazdów paliwa o wartości 10 tys. dolarów kosztowało trzy-cztery razy tyle, a w sytuacji, gdy trzeba je było przetransportować do oddziałów z wysuniętych posterunków – nawet 10 razy więcej. Konwój sam „palił”, wymagał ochrony (której wozy też „paliły”), zaangażowani ludzie potrzebowali jedzenia, picia, amunicji, w razie potrzeby – ewakuacji medycznej. Dodajmy do tego zużycie amunicji, zniszczony i uszkodzony sprzęt. Gdy mówimy o 150-tysięcznym kontyngencie, łatwo robi się z tego 190 mln dol.

Zostawmy historię – radziecki czy rosyjski sprzęt, będący postawą dla obu armii walczących w Ukrainie, też jest energochłonny. Godzina lotu śmigłowca Mi-24 wymaga niemal tony paliwa. Przy przyzwoitym średnim zużyciu i średnim przebiegu starczyłoby na prawie rok jeżdżenia cywilnym autem. „Weźmy typowy rosyjski batalion czołgów – 31 T-72B czy T-90, trzy ciągniki ewakuacyjne, kilka samochodów osobowo-terenowych, 30 ciężarówek, pluton przeciwlotniczy, pluton łączności”, pisze Michał Fiszer, niegdyś wojskowy pilot, dziś wzięty analityk. Na pytanie, ile paliwa zużywa czołg, odpowiada: 800 litrów na 100 km. Co dla 34 czołgów i ciągników ewakuacyjnych na tym samym podwoziu daje 27 tys. litrów. Z uwzględnieniem innych pojazdów – 35 tys. litrów. „Czyli siedem typowych wojskowych cystern samochodowych dla jednego batalionu na 100 km marszu”, konkluduje Fiszer, autor wydanej razem z synem Jackiem książki pt.: „Wojna w Ukrainie. Od napaści do kontrofensywy”. A przecież czołg zużywa paliwo i na postoju – ok. 20-30 litrów na godzinę. By mógł w razie potrzeby strzelać, agregat zasilający elektrykę i hydraulikę musi pozostać na chodzie. „Dla jednej brygady mającej cztery bataliony, dywizjon artylerii i kilka samodzielnych kompanii robi się z tego już 200 tys. litrów na każde 100 km lub 5 tys. litrów na każdą godzinę postoju. A to 40 wojskowych cystern paliwowych po 5 tys. litrów”, czytamy.

rosjanie utrzymują w Ukrainie średnio 500-600 czołgów. W okresie największego zaangażowania (na przełomie lutego i marca ub.r.) było to nawet 1500 maszyn.

Zjawisko zasięgu ciężarówki

A co z wsadem do kotła? Gdy w 2015 r. trafiłem na donbaski front, przeżyłem szok. Wypieszczony przez amerykańską logistykę, znalazłem się w realiach iście drugowojennych, gdy żołnierz dostawał puszkę mięsa, kawałek chleba i tyle. Przydziałowa wieprzowina – którą mnie uraczono pod Mariupolem – była niejadalna, z ulgą więc przyjąłem fakt, że wysiłek aprowizacyjny na rzecz ukraińskiej armii częściowo wzięło na siebie społeczeństwo. Lokalni aktywiści dowozili na front gotowe posiłki oraz inne produkty spożywcze. Z czasem, gdy armia okrzepła, wojskowa logistyka zaczęła dbać o żołnierzy w większym zakresie, lecz do amerykańskich standardów nie dobiła. Zresztą, nie było takich ambicji, bo Amerykanie są niedościgłym wzorcem (w końcu kto bogatemu zabroni?). No i ukraiński standard jest wyższy od rosyjskiego, armia najeźdźcy bowiem nadal hołubi zasadzie, że żołnierz winien się wyżywić we własnym zakresie.

Amunicji jednak sam sobie nie zorganizuje, zwłaszcza tej cięższej. Na przełomie maja i czerwca u.br. rosjanie zużywali dziennie od 40 do 60 tys. pocisków artyleryjskich. Uśredniając, mamy 1,5 mln na miesiąc, 3 mln we wspomnianym okresie. Wcześniej wojna nie miała tak artyleryjskiego charakteru, rosyjskie wielkokalibrowe lufy wyrzucały z siebie nie więcej niż 10 tys. pocisków. W lipcu zużycie spadło do poziomu z zimy i nie przebiło tego pułapu aż do końca 2022 r., co znaczy, że rosjanie od początku inwazji wystrzelali 5,5 mln sztuk amunicji artyleryjskiej. Tymczasem „nabój do haubicy waży jakieś 60 kg (45 pocisk i 15 ładunek miotający). (…) A co z amunicją dla czołgów, piechoty i jej wozów bojowych, co z rakietami przeciwpancernymi, granatami do moździerzy?”, pytają retorycznie Michał i Jacek Fiszerowie. Przy tak wysokiej intensywności ognia nie sposób zachować ciągłości bez tworzenia podręcznych zapasów. „A jak przechowywać amunicję w polowym składzie? To nie ziemniaki, jak zawilgotnieje, będzie do niczego. A zabezpieczenie przeciwpożarowe, ochrona przed dywersja? To mnóstwo organizacji, sprawności, zaradności”, przekonują autorzy „Wojny w Ukrainie”.

Tak dochodzimy do kolejnych wyzwań. Wspomniane na wstępie himarsy – które pojawiły się na froncie wczesnym latem 2022 r. – zmieniły zasady gry. Ich zasięg (do 80 km) i przede wszystkim precyzja, zmusiły rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych w miejscach rozlokowania artylerii bądź w niedużej odległości od stanowisk bojowych. Obecnie takie magazyny znajdują się zwykle 100 km od frontu. Daleko? Dość, by chronić się przed himarsami i wystarczająco, by sprawić nie lada kłopot. Rosyjska logistyka bazuje na transporcie kolejowym, co wraz z innymi słabościami – przede wszystkim niedostateczną liczbą samochodów i opartym o siłę ludzkich rąk załadunkiem – skutkuje tzw.: zjawiskiem zasięgu ciężarówki. Maksymalnie 100 km od najbliższej linii kolejowej – tyle wynosi odległość pozwalająca na efektywne działania rosyjskich jednostek wojskowych. Im ten dystans się zwiększa, tym bardziej szwankują dostawy. I głównie stąd bierze się lęk Moskwy przed himarsami o zasięgu do 300 km – rosyjscy politycy i generałowie nie tyle boją się ataków na cele w rosji, co większego paraliżu logistyki. Jak na razie Ukraińcy takich rakiet z USA nie otrzymali.

Zmora wojny materiałowej

Ale i obrońcom nie brakuje zmartwień. Część jest uniwersalna (będąca udziałem i drugiej strony). Oddajmy głos Fiszerom: „Jedna salwa pojedynczego dywizjonu (haubic – dop. MO) to ponad tona amunicji. W ciągu dnia walk dywizjon może wystrzelić i 50 takich salw”. Do obsługi takiego ognia trzeba 10 wozów amunicyjnych o ładowności po 7 ton (skrzynki też ważą). Gdyby te samochody zbić w kolumnę przy zachowaniu minimalnej bezpiecznej odległości (50 m), dodać wozy z innym zaopatrzeniem, uwzględnić fakt, że dywizjon jest częścią większego związku taktycznego (np. brygady), robi nam się kilkukilometrowy konwój. Który wymaga utwardzonej drogi, odpowiedniego zabezpieczenia, którego wyjazd w trasę musi być skorelowany z bieżącymi potrzebami walczących oddziałów. Ukraińcy mają tu bardziej pod górkę, bo rosjanie – przynajmniej teoretycznie – dysponują większymi możliwościami ataku na kolumny logistyczne z powietrza.

Lecz nie to spędza sen z powiek ukraińskim generałom i politykom. „Żaden kraj NATO poza Stanami Zjednoczonymi nie ma wystarczających początkowych zapasów broni ani zdolności przemysłowych do prowadzenia pełnoskalowych działań wojennych”, piszą eksperci Royal United Services Institute, brytyjskiego ośrodka analitycznego. To skutek pozimnowojennej demilitaryzacji, na którą szczególnie ochoczo przystały zachodnioeuropejskie państwa. Tymczasem konfrontacja z rosją oznacza dla Ukrainy – a więc i dla jej sojuszników – wojnę materiałową na ogromną skalę. Ukraińskie zapasy amunicji są przetrzebione, możliwości produkcji – skromne. Zachód śle pociski z własnych arsenałów, ale w magazynach wielu natowskich armii niebawem będą już tylko żelazne zapasy. Donatorzy kupują też amunicję na całym świecie – w ostatnim w 2022 r. pakiecie pomocowym znalazło się m.in. 65 tys. pocisków artyleryjskich 152 i 122 mm oraz 50 tys. pocisków rakietowych Grad, czyli amunicji w standardzie (po)radzieckim. Pociski „natowskie” (155 mm) trafiają do Ukraińców niemal wprost z linii produkcyjnych. Zachód zwiększa możliwości fabryk zbrojeniowych, ale to proces rozłożony w czasie. USA podwoją produkcję amunicji artyleryjskiej za sześć do dwunastu miesięcy. Problemem nie jest wola polityczna, a kwestie techniczne. Co przywodzi nas do wniosku, że bez logistyki ani rusz, ale i ona ma swojego boga – bazę przemysłową.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi, Tomkowi Lewandowskiemu, Przemkowi Klimajowi i Tomaszowi Frontczakowi. A także: Szymonowi Jończykowi, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi i Monice Kołakowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich siedmiu dni: Maciejowi Jakóbiakowi, Joannie Siarze, Kamilowi Kajetanowiczowi, Katarzynie Milewskiej i Małgorzacie Kurczabie.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały. Raz jeszcze dziękuję!

Nz. Ukraińskie czołgi pod Bachmutem. One też spalają gigantyczne ilości paliwa…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки