Strefa

Jeszcze do niedawna obrazy z frontu w Ukrainie przywodziły skojarzenia z I wojną światową. Równoległe pasy okopów, zasieki, umocnienia i bijąca z oddali artyleria. „Wojna ma charakter pozycyjny”, donosiły media, co rusz opisując wyniszczające ataki rosjan, które w najlepszym razie przesuwały front o kilka kilometrów w skali roku. Dziś nadal „niewiele się dzieje” – obszar objęty walkami z grubsza pozostaje ten sam – ale sytuacja na polu bitwy drastycznie się zmieniła. I ta zmiana wymusza szeregi innych, adaptacyjnych strategii.

Na wielu odcinkach nie ma już wyraźnie wytyczonych pozycji, zachowujących ciągłość i nieprzecinających się z liniami wroga. Front stał się szeroką na kilkanaście kilometrów „strefą śmierci”, gdzie liczące po kilkunastu-kilkudziesięciu żołnierzy grupy są porozrzucane często w przypadkowy sposób – jedne pododdziały są bliżej, inne dalej od swoich, bywa, że od zaplecza oddzielają je wrogie ugrupowania. Krańce tej strefy wyznaczają zasięgi dronów – w ostatnim czasie przede wszystkim maszyn sterowanych światłowodem. To one decydują tu o wszystkim, kontrolując wszelkie ruchy przeciwnika. W takich warunkach – pełnej lub częściowej izolacji – żołnierze trwają nawet tygodniami; niektórych nigdy nie udaje się uratować z odcięcia.

—–

Ów stan nie tylko utrudnia wyrysowanie pozycji, zasięgów, zdobyczy; w sumie to najmniejsze zmartwienie sztabowców. Większym jest koszmar logistyczny. W klasycznym modelu ciężarówki z zaopatrzeniem docierały do przyfrontowych hubów, skąd towar – mniejszymi pojazdami czy ostatecznie na plecach żołnierzy – trafiał do okopów. Dziś ten schemat jest w dużej mierze nieaktualny. Oddziały funkcjonujące w izolacji, rozproszone na kilkunastu kilometrach „strefy śmierci”, nie mają bezpiecznych dróg zaopatrzenia. Każdy transport naziemny jest natychmiast wykrywany przez drony przeciwnika i narażony na ostrzał. W efekcie kolumny logistyczne praktycznie zniknęły z krajobrazu frontu. W ich miejsce pojawiły się bezzałogowce – to nimi dostarcza się amunicję, żywność, wodę, lekarstwa. Na drony zaopatrzeniowe czyhają inne bezpilotowce, lecz mimo wszystko łatwiej im przedrzeć się niż wozom na lądzie.

Małe quadcoptery przenoszą paczki o wadze kilku kilogramów. Większe konstrukcje potrafią dostarczyć skrzynki amunicji czy medykamentów. To wciąż znacznie mniejsze możliwości niż ciężarówek czy choćby quadów, które należy kompensować masowym zastosowanie dronów. A z tym bywa różnie…

W efekcie każdy oddział musi być przygotowany do funkcjonowania w realiach niedoboru. Lokalni dowódcy, nie mogąc liczyć na regularne dostawy, planują w kategoriach „co uda się przerzucić dronem” i „co można zdobyć na miejscu”. Koniecznością stają się zaimprowizowane punkty zaopatrzenia – w piwnicach, jamach, gdziekolwiek się stacjonuje i da się coś zachomikować. Do rangi kluczowych kompetencji urasta umiejętność racjonowania żywności i amunicji.

Tyle na poziomie taktycznym – na bardziej ogólnym, operacyjnym i strategicznym, brak stabilnych linii zaopatrzenia oznacza, że każda większa operacja ofensywna czy obronna jest ryzykowna. Brak pewności dostaw ogranicza tempo działań i wymusza ostrożność, co de facto konserwuje statyczny charakter frontu, nawet jeśli jest on znacząco szerszy niż kiedyś.

—–

Zmiana charakteru frontu dramatycznie wpłynęła na funkcjonowanie wojskowej służby zdrowia. W „typowych” warunkach okopowych ranny żołnierz miał szansę na stosunkowo szybką ewakuację – sanitariusze wynosili go z linii, a transport naziemny kierował do polowego szpitala (ewentualnie wcześniej „zahaczając” o punkt stabilizacji). Dziś ten schemat jest w dużej mierze niemożliwy. W „strefie śmierci” także ruch pojazdów medycznych – i samych medyków – jest natychmiast wykrywany przez drony; a zapisy prawa humanitarnego w rosyjskiej wojnie z Ukrainą niestety nie obowiązują. Próby ewakuacji często kończą się stratami wśród ratowników. Bywa, że poszkodowani pozostają w miejscach, w których ich raniono, jeśli mają więcej szczęścia, trafiają do schronów i piwnic. W każdym razie z dala od profesjonalnej pomocy medycznej – i tak przez wiele godzin, nawet dni.

Wojsko próbuje sobie radzić. Transport rannych odbywa się nocą, czasem z wykorzystaniem autonomicznych pojazdów. Drony dostarczają leki i medykamenty, zaimprowizowane punkty chirurgiczne powstają coraz bliżej „zerówki”. Lekarze próbują w nich ratować życie w warunkach dalekich od sterylnych, narażając się przy tym bardziej niż do tej pory. A i tak, mimo tych wysiłków, wielu żołnierzy umiera, także z powodu powikłań.

Najbardziej dramatycznym skutkiem opóźnień w ewakuacji jest powrót zgorzeli gazowej, gangreny – choroby znanej z okopów I wojny światowej. Bakterie Clostridium rozwijają się w głębokich ranach postrzałowych, gdy tkanki pozostają niedotlenione. W normalnych warunkach szybka operacja usuwa zagrożenie, ale długotrwały brak interwencji sprzyja infekcji, co w najlepszym razie oznacza konieczność amputacji zranionej ręki czy nogi.

Ukraińska armia próbuje zaradzić tym problemom, zmieniając system szkolenia medycznego. Model docelowy – do którego wciąż daleko – to sytuacja, w której każdy żołnierz będzie potencjalnym ratownikiem. Umiejętność tamowania krwotoków, stosowania opasek uciskowych czy igłowej dekompresji klatki piersiowej to już niewystarczająca podstawa. Żołnierze muszą być przygotowywani do improwizowanych amputacji, by ratować życie towarzyszy.

Perspektywa zranienia zawsze jest obciążeniem psychicznym – ale jeśli żołnierz traci wiarę, że w razie potrzeby otrzyma pomoc, owo obciążenie staje się trudne do zniesienia. I wprost przekłada się na zdolność i gotowość do walki.

—–

To, co dzieje się w „strefie śmierci”, wymusza transformację sposobu prowadzenia walki i organizacji dowodzenia. To już nie jest wojna, w której dowódcy batalionów i brygad mają w miarę jasny obraz sytuacji w strefie swojej odpowiedzialności. To konflikt, w którym małe grupy żołnierzy muszą działać samodzielnie, często w izolacji, a decyzje zapadają na poziomie drużyn i sekcji, w oparciu o szczątkowe, „lokalne” informacje. W wojsku, które działa w takich okolicznościach, nie sprawdzi się koncepcja „niemyślących bagnetów”. Inicjatywą i improwizacją muszą wykazywać się żołnierze na najniższym szczeblu – inaczej nie przeżyją.

Wszechobecność dronów i systemów zakłócania utrudnia komunikację, wymusza pogodzenie się z realiami ciszy radiowej. Sprawia, że obrona polega na ciągłym maskowaniu się, unikaniu wykrycia. Natarcie z kolei wymaga synchronizacji wielu małych grup, które muszą działać równolegle, ale bez pewności wzajemnego wsparcia. Dlaczego małych? Bo każdy ruch jest ryzykowny, bo drony przeciwnika natychmiast wykrywają koncentrację większych sił.

Wymiar operacyjny? Dowódcy wyższego szczebla tracą możliwość bezpośredniego kontrolowania działań – muszą polegać na raportach i fragmentarycznych danych. Wzrasta znaczenie elastyczności i zdolności adaptacji. Armia musi szkolić żołnierzy do samodzielnego podejmowania decyzji, co zmienia kulturę wojskową – z hierarchicznej na bardziej autonomiczną. Wojsko ukraińskie wciąż się zmienia, jednak spora jego część nadal nie potrafi zerwać z sowieckim dziedzictwem skrajnej hierarchiczności i bierności żołnierskich „dołów”. W realiach „strefy śmierci” przekłada się to na ponadnormatywne straty.

C.d. tekstu – który opublikowałem w portalu TVP.Info – znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Mateuszowi Sznurze, Tomaszowi Olejnikowi, Marcie Müller-Reczek i Piotrkowi Jasiewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne/fot. SG ZSU

Zdolności

Kilka dni temu rozmawiałem z gen. bryg. Witoldem Bartoszkiem, zastępcą dowódcy NSATU, powołanej niedawno natowskiej struktury odpowiedzialnej za koordynację pomocy dla Ukrainy.

Sam wywiad jest raczej dla insajderów, głęboko siedzących w tematyce wojskowej (i umiejących czytać wojskową nomenklaturę), tym niemniej kilka kwestii wartych jest tego, by o nich wspomnieć na szerszym forum. Uczynię to cytując fragmenty rozmowy (link do całości znajdziecie poniżej).

MO: Pan kieruje największym z trzech zarządów dowództwa…

WB: Tak, to Support Division, który liczy ponad 135 osób pochodzących z 31 krajów. Odpowiadam za procesy finansowe i logistykę. Dowodzę też trzema centrami logistycznymi (LENs): w Polsce (LEN-P), Rumunii (LEN-R) i Słowacji (LEN-S). Największe z nich, w Rzeszowie-Jasionce, obsługuje ponad 94% dostaw sprzętu i zaopatrzenia kierowanego do Ukrainy. (…).

MO: Czy może Pan powiedzieć, jaki konkretnie sprzęt przekazujecie Ukrainie?

WB: Od marca, gdy przejęliśmy centra logistyczne, zrealizowaliśmy ok. 80 tys. transportów – średnio 20 tys. ton miesięcznie. Wspieramy obronę powietrzną, wysyłaliśmy np. radar systemu Patriot (z zasobów Niemiec), przekazujemy sprzęt dla wojsk pancernych, artylerii, jednostek walki elektronicznej oraz inżynieryjnych. (…).

MO: Czy zdarza się, że w zasobach zachodnich armii brakuje sprzętu, który jest Ukrainie pilnie potrzebny na pierwszej linii frontu?

WB: Takie sytuacje się zdarzają. Na początku wojny pomoc opierała się głównie na zapasach, dziś coraz więcej dostaw pochodzi bezpośrednio od europejskiego przemysłu obronnego, a więc sprzęt nie jest dostępny od ręki. Dobrym przykładem jest niemiecki system IRIS-T, który trafia na pole walki prosto z fabryki. Wspieramy też rozwój ukraińskiego przemysłu, bo choć nie zapewni on pełnej samowystarczalności tamtejszej armii, to jest to kierunek, który warto wzmacniać. Musimy też pamiętać o równowadze – Ukraina potrzebuje wsparcia, ale NATO musi jednocześnie odbudowywać własne zdolności. (…).

MO: Jakie są cele NSATU na najbliższy czas?

WB: Chcemy zwiększyć przewidywalność dostaw. To kluczowe dla planowania działań obronnych. Czasem decyzje zapadają zbyt późno. To obszar, który musimy poprawić wspólnie z partnerami w Europie i poza nią. Pracujemy nad tym, by Ukraina mogła planować z większym wyprzedzeniem, a nie tylko reagować na bieżące potrzeby.

Cały czas musimy też wysyłać rosji jasny sygnał, że będziemy wspierać Ukrainę tak długo, jak będzie to konieczne. Niezależnie od planów Kremla, Ukraina nie zostanie sama. To nie tylko kwestia polityczna, lecz także moralna i strategiczna. Wierzę, że konsekwencja i solidarność są kluczowe – i że właśnie dzięki nim Ukraina przetrwa tę próbę.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

A tu aktywne przekierowanie do całości wywiadu.

Nz. Transporter opancerzony ZSU pochodzący z zasobów którejś z zachodnich armii/fot. SzG ZSU

„Dziady”

Był lipiec 2015 roku – przez Szyrokino, nadmorski kurort położony nieopodal Mariupola, przebiegała wówczas linia frontu. Formalnie obowiązywały tzw. porozumienia mińskie, które przewidywały, że obie strony nie będą używać artylerii. Tymczasem separatyści do spółki z rosjanami grzmocili po pozycjach ukraińskich ile wlezie, i to z najcięższych kalibrów. Ukraińcy nie pozostawali dłużni – i tak trwała sobie kanonada, w środku której spędziłem kilkanaście godzin.

Ogień zmusił moich ukraińskich towarzyszy do opuszczenia okopów – schroniliśmy się w piwnicach zrujnowanego ośrodka kolonijnego „Majak”. Ściany drżały, tynk sypał się na głowy, a chłopcy co rusz złorzeczyli na „watników”.

– Już całkiem rozwalą drogę i kto dowiezie nam żarcie? – jeden z nich wyjaśnił mi powody złości. Przypomniałem sobie ścieżkę wiodącą ku pozycjom „mojego” plutonu. Rano, kilkanaście godzin wcześniej, była poprzecinana lejami i wymagała poruszania się slalomem. Bardzo szybkim slalomem, bo na finiszu droga wychodziła na otwarty teren ostrzeliwany przez snajpera.

Kiwnąłem głową. Nad nami, w jednym z pomieszczeń magazynowych, zgromadzono setki puszek „tuszonki”, więc mogłoby się wydawać, że nie ma powodów do zmartwień. Rzecz w tym, że wieprzowiny (jeśli to rzeczywiście była wieprzowina…) przełknąć się nie dało, z uwagi na obrzydliwy smak i podłą jakość. „Tego nawet psy i koty żreć nie chcą…”, mówili żołnierze, przeklinając armijną logistykę i wychwalając wolontariuszy, którzy na zapleczu przygotowywali posiłki z „normalnych produktów” i dowozili je pick-upami na front.

Niedobór – jak to zwykle bywa – wykształcał zaradnych. Ostrzał trwał w najlepsze, gdy żołnierz imieniem Maksym klepnął mnie w ramię i powiedział:

– Chodź, coś ci pokażę.

Zeszliśmy do czegoś, co było piwnicą w piwnicy – małym pomieszczeniem wyposażonym w łóżko, stolik, krzesło i dwie skrzynie po amunicji.

– Fajnie się tu urządziłem, prawda? – gospodarz oczekiwał aprobaty. – Patrz – był wyraźnie zadowolony. – Moje skarby – uchylił jedną ze skrzyń.

Sądziłem, że zobaczę zdobyczne artefakty – elektronikę czy inny wartościowy sprzęt – tymczasem patrzyłem na… słodycze. Czekoladę, kilka batonów, jakieś ciastka i cukierki. Były też puszki z „energetykami” i paczka kawy. – Szybko nie umrę… – Maksym puścił oczko.

Uśmiechnąłem się. Na wesoło, choć w głębi ducha na smutno. Jako „dziecko komuny” wychowałem się w gospodarce niedoboru i kulturze przezorności, nakazującej chomikowanie. Jednak większość życia spędziłem w innych realiach, a ta jego część związana z pracą i wojnami wręcz mnie „zepsuła”. Towarzyszenie Polakom i Amerykanom w Iraku i Afganistanie oznaczało funkcjonowanie w warunkach logistycznego luksusu. Płatnik – rząd USA – robił wszystko, by żołnierz dobrze zjadł (przyswoił dziennie 4 tys. kalorii), wypoczął, miał zapewnioną rozrywkę; jako tzw. embed, dziennikarz akredytowany przy wojsku, i ja byłem beneficjentem tego systemu. Lody waniliowe na pustyni? Proszę bardzo. Świeże owoce i warzywa z drugiego końca świata? Nie ma problemu. Stek? Jasne! Jak wysmażony? W takim kontekście skarby Maksyma jawiły się niczym śmieci. Ba, tak właśnie o nich pomyślałem, przypominając sobie walające się po natowskich bazach racje żywnościowe, pełne także niechcianych słodyczy.

Wtedy, w Szyrokino, w pełni uświadomiłem sobie różnicę między wojną prowadzoną przez Wschód (i na Wschodzie), a konfliktem, w który angażuje się Zachód.

Często słyszę argument, że „Ukraina jest za biedna, by tę wojnę wygrać”. Zgadzam się z nim, i zarazem nie zgadzam. Dlaczego?

Pisałem już o tym, więc tylko powtórzę – gdyby wsparcie dla Kijowa miało typowy zachodni rozmach logistyczny (bogactwo materiałowe) – gdyby Zachód użył nie promili, a procentów swego ekonomicznego potencjału – po armii rosyjskiej w Ukrainie nie zostałby marny pył. W realiach „kroplówki” zaś jest jak jest – wystarczy, by obronić niepodległość, ale na definitywne pokonanie wroga nie ma większych szans.

Nie dlatego, że rosjanie są jakoś szczególnie lepiej zaopatrzeni i wyposażeni. Z wielu miejsc dochodzą wieści o tym, że armia rosyjska już się „ogarnęła”. Sporo w tym prawdy, zwłaszcza jeśli za punkt wyjścia weźmiemy kondycję tego wojska wczesną jesienią 2022 roku – rozbitego, zdemoralizowanego i zdziesiątkowanego. Dziś rosjanie sprawnie uzupełniają straty i mogą sobie pozwolić na częste rotowanie oddziałów – luksus niedostępny Ukraińcom. Z obecności większej liczby „świeżego wojska” nie wywodziłbym jednak wniosku o rosyjskiej gotowości do „wielkiej ofensywy” – więcej napiszę o tym w oddzielnym wpisie, jutro. Na użytek tego tekstu dość stwierdzić, że miażdżąca większość oddziałów inwazyjnych wciąż pozostaje armią „dziadów”, trawioną potężnymi problemami aprowizacyjnymi i żenująco niewydolną logistyką.

Co z tego, że w siły zbrojne rosji mają bombowce strategiczne, zdolne razić rakietami na odległość dwóch i pół tysiąca kilometrów, że wysyłają w kosmos satelity obserwacyjne, a w podziemnych silosach trzymają rakiety międzykontynentalne z głowicami jądrowymi? Co z tego, skoro zwykły żołnierz na pierwszej linii często nie ma co zjeść i nie dostarcza mu się pitnej wody, w efekcie nie dość, że jest głodny, to jeszcze trawi go czerwonka.

Ba, nierzadko zmienia się w kryminalistę. Powszechna bezkarność sprawców zbrodni to część modus operandi rosyjskiej armii nie dlatego, że rosjanie są „z gruntu źli” – bo nie są. Po prostu, wojsko nie jest w stanie zaspokoić wielu podstawowych potrzeb żołnierza, godzi się zatem na jego bandyckie zachowania, traktując je jako cenę za dyspozycyjność. Promując wręcz jako cnotę samowystarczalność prostego „sołdata”, który sam się wyżywi – rabując żywność cywilom – i jeszcze sobie dorobi – kradnąc dobra materialne okupowanej ludności.

Z jakiego powodu o tym piszę? Mit „drugiej armii świata” zdechł w Ukrainie zimą i wiosną 2022 roku. Ale od jakiegoś czasu znów się w naszej części świata odradza. Na miano osobliwego paradoksu zasługuje fakt, że dzieje się to mimo braku znaczących sukcesów rosji. Znów – jak przed inwazją – pozwalamy się okłamywać (pro)rosyjskiej propagandzie i sami się okłamujemy co do rzeczywistych możliwości militarnych federacji rosyjskiej. Tymczasem to nadal jest bieda-armia, silna słabością swojego ubogiego przeciwnika.

Nadal możemy pomóc Ukraińcom tych „dziadów” pokonać.

A gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Pozwoliłem sobie zilustrować ów wpis zaproszeniem na spotkanie – w najbliższy czwartek, w Lublinie. Mam nadzieję, że mimo pięknej pogody frekwencja dopisze.

Istotne fragmenty tego tekstu znalazły się w linkowanym materiale, który opublikowałem w portalu Interia.pl

Młotkowy

Rosyjska propaganda latami wmawiała odbiorcom, że federacja dysponuje „drugą armią świata”. Status ten miał być z jednej strony dziedzictwem potężnej armii radzieckiej, z drugiej, efektem wieloletniej modernizacji, rozpoczętej w pierwszej dekadzie XXI w. Na ów przekaz nabrali się nawet specjaliści – cywilni i mundurowi – w przededniu inwazji spekulując, że rosjanie przeprowadzą atak według zachodnich wzorców nowoczesnej wojny. Że „od ręki”, korzystając z dalekonośnej precyzyjnej amunicji, dokonają potężnego uderzenia w kluczowe elementy ukraińskiego systemu obronnego.

Lecz minęła pierwsza doba inwazji, a rosjanie użyli niewiele ponad stu rakiet. W kolejnych dniach jeszcze mniej, tysiąc po trzech miesiącach działań. Intensywność precyzyjnego ognia dramatycznie niska jak na „drugą armię świata”. By rzucić na kolana kraj wielkości Ukrainy, moskale musieliby strzelać 4-5 razy więcej. Musieć a móc robi różnicę…

Armia rosyjska weszła do wojny bez należytego zapasu precyzyjnej amunicji (nie tylko rakietowej). I bez zdolności bazy przemysłowej, by ów zapas zapewnić. Ale to nie zapóźnienie technologiczne oraz jego skutki zrujnowały wizerunek „drugiej armii świata” – zadecydowały o tym braki w dużo bardziej prozaicznych kompetencjach. Najpierw bowiem „umarła” rosyjska logistyka. Po prawdzie stało się to jeszcze przed inwazją, którą poprzedziło długotrwałe sterczenie w polu wyznaczonych do operacji oddziałów. Pal licho, gdy było ciepło, a reżim gotowości bojowej pozwalał na liczne przepustki. Problem zaczął się późną jesienią 2021 r., gdy spadkowi temperatury towarzyszyło podniesienie poziomu alertu. Wieczorem 24 lutego 2022 r. – po obejrzeniu kilku filmów z udziałem wziętych do niewoli rosjan – napisałem na Facebooku: „(…) to w dużej mierze wystraszeni poborowi. Chłopcy. Z oznakami wyziębienia i dłuższego nadużywania alkoholu. Mści się pozostawienie na długie tygodnie wojska w zimowym stepie”.

Kilka dni wcześniej w mediach wypłynęło zdjęcie zrobione w obwodzie kurskim przy granicy z Ukrainą. Przedstawiało kilkudziesięciu rosyjskich wojskowych w niewielkiej sali dworcowej. Żołnierze leżeli jeden przy drugim, ściśnięci, korzystając z dobrodziejstwa ogrzanego pomieszczenia. Zaraz potem mieli wracać do zimnych namiotów, ale w tamtej chwili większość z nich drzemała. Wyglądali niczym sterta zwłok, w najlepszym razie stos rannych. „Chyba putin rzeczywiście blefuje, chce jedynie Ukrainę przestraszyć”, przyszło mi do głowy, w której nie mieściło się, że z wojskiem w tak fatalnej kondycji można planować agresję. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że żołnierzom wydano przeterminowane racje żywnościowe, a wozom przewidzianym do wykonania szybkich i głębokich rajdów nie zapewniono dostatecznej ilości paliwa.

27 lutego 2022 r. sieć była już nabita materiałami kręconymi przez ukraińskich cywilów, obrazującymi skutki załamania się rosyjskiej logistyki. Głodnych żołnierzy szabrujących sklepy i wymuszających jedzenie od przypadkowych osób czy wojskowych kierowców kradnących ropę ze stacji paliw. Najbardziej szokowały obrazki porzuconych czołgów, dział samobieżnych i transporterów opancerzonych. Sprzęt nie był zniszczony, nie nosił śladów uszkodzeń – po prostu, nie było doń paliwa. Gwoli uczciwości warto nadmienić, że niekiedy rosyjscy pancerniacy – chcąc uniknąć udziału w walkach – sami opróżniali baki.

Drugi zawał rosyjskiej logistyki nastąpił latem 2022 r., w efekcie używania przez Ukraińców wyrzutni Himars. Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. Zmusiło to rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych tuż na zapleczu stanowisk bojowych. Rosyjska artyleria się zadławiła, żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o wrześniowej klęsce agresorów na charkowszczyźnie. Odsunięcie magazynów na odległość 100 km od frontu przyniosło ulgę, ale i nowe kłopoty. Rosyjska logistyka bazuje na kolei, co wraz z niedostateczną liczbą aut i opartym o siłę ludzkich rąk załadunkiem skutkuje „zjawiskiem zasięgu ciężarówki”. Maksymalnie 100 km od najbliższej linii kolejowej – tyle wynosi odległość pozwalająca na efektywne działania rosyjskich jednostek wojskowych. Im ten dystans się zwiększa, tym bardziej szwankują dostawy. Pod koniec drugiego roku pełnoskalowej wojny szwankują regularnie.

Rosyjskie słabości, dekomponujące mit „drugiej armii świata”, można być wymieniać godzinami. Byleby nie zapomnieć, że rosjanie również uczą się i wyciągają wnioski.

Jakie? Przeczytacie o tym w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu Interia.pl – oto link do całości.

Nz. Szef sztabu generalnego armii rosyjskiej gen. gierasimow…/fot. MOFR

Azbest

Późnym latem 2009 roku, w przydługiej drodze do domu, wylądowałem w Mazar-i-Szarif w północnym Afganistanie. Za tę część kraju odpowiadał wówczas niemiecki kontyngent, a baza w „Mazar” była największym skupiskiem oddziałów Bundeswehry u podnóża Hindukuszu. Przyznam, nieco zdziwił mnie fakt, jak wygodnie Niemcy się tam urządzili – gdyby nie temperatura i wysokie pasma gór, głowę dałbym sobie uciąć, że trafiłem do koszar gdzieś w środkowych Niemczech. Schludne baraki, gładziutko wyasfaltowane drogi, ścieżki rowerowe, plaża z basenem (!), kasyno z alkoholem – mój boże, czego tam nie było… Ale największy szok przeżyłem po wejściu do jadalni, na widok porcelanowej zastawy i metalowych sztućców. Po kilku tygodniach jedzenia plastikiem i na plastiku, z trudem powstrzymałem się przed ciśnięciem zużytych „statków” do kosza.

W Afganistanie w śmietnikach kończyły swój okres przydatności setki tysięcy zestawów kuchennych dziennie. Amerykańscy logistycy skalkulowali, że tak będzie taniej, niż gdyby zdecydowano się używanie tradycyjnej zastawy. Głównym problemem była konieczność mycia w skali przemysłowej, co wymagało dostępu do odpowiednio obszernych zasobów wody. Niemcy, na północy Afganistanu, mieli z tym łatwiej. Plastikowy talerz nie ma dużej objętości, łatwo go zgnieść, niewiele waży, lecz i tak przy 600-800-tysiącach posiłków dziennie, robią się z tego nieprzebrane tony śmieci. Gdyby ich utylizacja odbywała się z zachowaniem norm środowiskowych, pewnie służby tyłowe armii USA rozważyłyby powrót do porcelany. Ale w Afganistanie (tak jak w Iraku), góry plastikowych śmieci wyjeżdżały za bramę bazy, trafiały do głębokich dołów i był palone. Nie w zamkniętym obiegu wyposażonej w różnego rodzaju filtry spalarni, a na „żywca”, na „świeżym” powietrzu.

Wojna i ekologia nigdy nie miały ze sobą po drodze. Dawniej, gdy żyliśmy w izolowanych społecznościach, przemarszom wojsk towarzyszyła ekspansja zarazków. Cortez, hiszpański pogromca tubylczych ludów Ameryki, zwyciężył, bo jego nieliczny kontyngent zatargał za ocean choroby nieznane dotąd poza Europą. Wraz z mechanizacją, rozpoczął się kolejny rozdział degradacji środowiska naturalnego na skutek działań wojennych. Dla mnie wojna już zawsze będzie miała zapach paliwa lotniczego, tak wiele czasu spędziłem w miejscach, gdzie stacjonowały samoloty i śmigłowce. Nakłada się na to smród przepalonego diesla z agregatów prądotwórczych, bez których trudno wyobrazić sobie sprawnie działający wojskowy mechanizm. Dopiero gdzieś dalej będzie woń spalonego prochu i inne wojenne „perfumy” związane z wysiłkiem ludzkiego ciała i jego brutalną „obróbką” przy użyciu wszelkiej maści zabójczych narzędzi.

Dlaczego Wam o tym wspominam? Kilka dni temu rozmawiałem ze znajomym ukraińskim żołnierzem. Witalij co chwila odkasływał, spytałem go zatem, czy się przeziębił.

– A może to od papierosów? – przyszło mi do głowy. Na wojnie nawet niepalący palą (a niepijący piją, ale to zupełnie inna historia).

– Za dużo dymu – usłyszałem.

Początkowo uznałem, że chodzi o dym z płonącego sprzętu, ale szybko mnie olśniło. Przypomniałem sobie, jak wyglądają wschodnio-ukraińskie wioski i miasteczka – te wszystkie skupiska bieda-chatek pokrytych eternitem. Witalij służy już drugi rok, dużą część tego czasu spędził na froncie lub w strefie przyfrontowej – widział dość wojennej pożogi i miał okazję się nawdychać. Nie tylko toksyn wywołanych pożarami, ale i włókien uwolnionych gwałtownymi uszkodzeniami azbestowych powierzchni. Nie wiem, czy zapadł na azbestozę, on sam też tego nie wie, nikt mu bowiem profesjonalnej diagnozy nie postawił. Ale naiwnością byłoby założyć, że długotrwała ekspozycja na szkodliwe czynniki pozostanie bez wpływu na zdrowie.

A przecież takich jak Witalij – żołnierzy i cywilów z rejonów objętych działaniami zbrojnymi – są w Ukrainie miliony. A azbest w długookresowej perspektywie zabija. No więc opowiadam Wam o tym, by raz jeszcze podkreślić skalę ukraińskiego dramatu. Który wcale nie skończy się w chwili, gdy umilkną strzały…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Joannie Marciniak, Andrzejowi Kardasiowi, Jakubowi Wojtakajtisowi Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu i Michałowi Strzelcowi. A także: Kacprowi Myśliborskiemu, Adamowi Cybowiczowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Czytelnikowi imieniem Piotr, Jarkowi Uścińskiemu, Kasi Byłów i Danielowi Więcławskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Zniszczony dom gdzieś w okolicach Izjumu, styczeń 2023 roku/fot. własne