Wyczerpywanie

„No to Ukraina już przegrała”, napisał jeden z moich Czytelników w reakcji na tekst, który opublikowałem w TVP Info. Dotyczył on przewidywań na 2026 rok i opisywał trudną sytuację władz w Kijowie. O niczym w artykule nie przesądzałem, ale materiał istotnie nie był hurra-optymistyczny (bo być nie mógł…), ponieważ jednak pisałem głównie z perspektywy ukraińskiej, rzeczywiście można było odnieść wrażenie pewnej „asymetrii pesymizmu”. Nie było moją intencją przekonanie Czytelnika, że rosja jest w wyjątkowo lepszej sytuacji niż Ukraina. Bo nie jest, o czym pisałem wielokrotnie, ale najwyraźniej muszę napisać raz jeszcze, w kontrze do defetystycznych nastrojów.

Zatem nie, rosja nie wygrała (już) wojny z Ukrainą. Teza o rosyjskim zwycięstwie jest nieprawdziwa nie w myśl zasady „zależy, jak spojrzeć”, tylko w sensie elementarnym – nie zgadza się ani z logiką wojny, ani z faktami, ani z tym, jak w historii kończą się konflikty zbrojne.

—–

Problem zaczyna się już na poziomie definicji zwycięstwa. Jeśli zwycięstwo ma oznaczać realizację celów politycznych i wojskowych, to rosja tych celów nie osiągnęła. Wojna nie miała być długotrwałym konfliktem pozycyjnym, lecz operacją zmieniającą układ sił w regionie. Ukraina miała zostać złamana, jej elity zastąpione, a państwowość podporządkowana rosyjskiej woli. Tymczasem Ukraina nie tylko przetrwała, ale zbudowała armię zdolną do zadawania rosji realnych, bolesnych strat. Państwo, które po prawie czterech latach pełnoskalowej wojny nadal walczy, zachowuje ciągłość władzy i zdolność mobilizacyjną, nie jest dowodem czyjejś wygranej – jest dowodem porażki planowania agresora.

W wymiarze czysto wojskowym rosja nie osiągnęła rozstrzygnięcia: nie zdobyła przewagi strategicznej, nie zniszczyła sił przeciwnika i nie narzuciła tempa działań. Linia frontu, tak często przywoływana jako dowód „faktów dokonanych”, jest miarą impasu okupionego ogromnym kosztem ludzkim, zużyciem sprzętu i koniecznością permanentnej mobilizacji. Państwo, które musi rok po roku dosypywać ludzi i zasobów tylko po to, by utrzymać stan posiadania, nie znajduje się w fazie zwycięstwa, lecz w fazie strategicznego wyczerpywania.

Jeszcze wyraźniej widać to na poziomie politycznym. Wojny wygrywa się wtedy, gdy przeciwnik uznaje porażkę, a otoczenie międzynarodowe akceptuje nowy stan rzeczy. Tego nie ma. rosja nie uzyskała legitymizacji swoich zdobyczy, nie stworzyła nowego ładu bezpieczeństwa i nie zmusiła Zachodu do powrotu do „business as usual”. Wręcz przeciwnie: wojna doprowadziła do trwałego wypchnięcia Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów i do wzmocnienia zachodnich struktur bezpieczeństwa. Narracja o „zmęczonym Zachodzie” funkcjonuje dobrze w mediach społecznościowych, ale słabo radzi sobie z faktami. Pomoc bywa wolniejsza, bardziej targowana i mniej entuzjastyczna niż na początku wojny, lecz nie została cofnięta – mimo częściowej obstrukcji USA – a kluczowe decyzje – dotyczące produkcji amunicji, szkolenia czy przekazywania coraz bardziej zaawansowanych systemów – zapadły i są realizowane.

—–

Argument gospodarczy również nie wytrzymuje krytyki. Owszem, rosyjska gospodarka funkcjonuje, a wskaźniki wzrostu można pokazać na wykresach. Tyle że jest to wzrost charakterystyczny dla państwa w trybie wojennym, opartego na masowej produkcji zbrojeniowej i wydatkach publicznych podporządkowanych frontowi. To nie jest historia o sukcesie, lecz o przestawieniu całego organizmu na jeden cel. Kosztem inwestycji cywilnych, elastyczności i długofalowego rozwoju rosja stała się państwem coraz bardziej uzależnionym od wojny – bo bez niej model ten zaczyna się chwiać. Trudno uznać to za wygraną; to raczej opis sytuacji, w której konflikt staje się warunkiem stabilności systemu.

Co więcej, fabryki pracują, broń schodzi z taśm, ale efektywność produkcji maleje, koszty rosną szybciej niż zdolność państwa do ich absorpcji, a brak rąk do pracy i inflacja stają się problemami strukturalnymi. Nad rosją cały czas wisi widmo załamania importu krytycznych komponentów, bez których zbrojeniówka i przemysł wydobywczy sobie nie poradzą. To nie jest pozycja siły, lecz kruchej równowagi.

Idźmy dalej, rosja ma większą populację niż Ukraina, ale ponosi też wielokrotnie wyższe straty. Wojna wyciąga z rynku pracy setki tysięcy mężczyzn w wieku produkcyjnym, zwiększa presję demograficzną i pogłębia nierównowagi regionalne. Każda kolejna fala mobilizacji jest droższa niż poprzednia, a mechanizmy zachęty finansowej wymagają sięgania do topniejących oszczędności. Na 2026 rok jeszcze ich wystarczy, ale co będzie dalej?

Skąd więc w ogóle bierze się przekonanie, że rosja „już wygrała”? Z przesunięcia znaczeń. Dla wielu obserwatorów zwycięstwo nie oznacza dziś jednoznacznego rozstrzygnięcia, lecz sam fakt, że wojna trwa, że jest kosztowna, że wspierający Ukrainę Zachód nie potrafi jej szybko zakończyć. Tyle że zmęczenie wojną nie jest jej przegraniem, a brak szybkiego sukcesu jednego z przeciwników nie oznacza automatycznie triumfu drugiego. Wojna, w której jedna ze stron nie potrafi ani wygrać, ani się wycofać bez strategicznej i symbolicznej porażki, rzadko bywa zapamiętana jako zwycięska. I żadna propaganda tego nie zmieni.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Zdjęcie ilustracyjne, za SzG ZSU

Przeczekanie

Niemal cztery lata po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, mimo marnych sukcesów i koszmarnych strat, rosja nie wydaje się gotowa, by zakończyć wojnę. Ba, putin wciąż wierzy, i daje temu wyraz, że może ów konflikt wygrać – i że jest już bliżej niż dalej na drodze do zwycięstwa. Stąd sztywne stanowisko Moskwy, którego częścią jest pogardliwe wręcz lekceważenie inicjatyw dyplomatycznych USA i prezydenta Donalda Trumpa.

putin nie jest generałem. Nie dowodzi, nie planuje operacji militarnych, wszystko wskazuje na to, że jest wojskowym dyletantem. To stwierdzenie faktu, nie zarzut – politycy nie muszą znać się na wojennym rzemiośle, mają od tego ludzi. Czy ludzie putina – z gen. gierasimowem na czele – są kompetentni, to już inna historia; temat do rozważań w odrębnym tekście. Na gruncie tego artykułu dość stwierdzić, że rosyjski prezydent nie kalkuluje jak wojskowy. Wciąż za to pozostaje pod wpływem schematów myślowych typowych dla ludzi służb specjalnych. Nawet jako trzeciorzędnego kagiebistę, putina wyuczono, że od doraźnych efektów ważniejsze są długofalowe skutki. Że sukcesy przychodzą po latach mozolnej pracy, że trzeba być cierpliwym i znosić liczne niedogodności po drodze. Więc kremlowski dyktator je znosi, wciąż przekonany, że może – ale też że musi – wygrać. Co konkretnie się za tym kryje?

Zmęczenie

putin gra na czas. Wie, że demokracje są niecierpliwe. Że wyborcy w USA, Niemczech czy Francji nie chcą wojny, która trwa latami (nawet jeśli ich kraje nie są w nią bezpośrednio zaangażowane). Liczy, że zmęczenie społeczne przełoży się na presję polityczną – i że finalnie Ukraina zostanie zmuszona przez swoich sojuszników i donatorów do ustępstw.

W tym kontekście najnowsza decyzja Donalda Trumpa, by nie przekazywać Ukrainie pocisków Tomahawk, jest dla Kremla sygnałem, że Zachód się cofa. Bo jeśli Stany Zjednoczone nie sięgają po jedne ze swoich najpotężniejszych narzędzi, to rosja może kontynuować wojnę bez ryzyka poważniejszej eskalacji.

A nie tylko USA są w tej grze. W Niemczech rośnie presja, by ograniczyć kosztowną pomoc wojskową. We Francji prezydent Macron balansuje między twardą retoryką, akceptowaną przez liberalną część społeczeństwa, a realną niechęcią do eskalacji, popularną na prawicy. Nawet w Brukseli, gdzie jeszcze niedawno mówiono o „strategicznej cierpliwości”, dziś coraz częściej słychać głosy o „strategicznym kompromisie”.

Na tym tle Polska jawi się jako wyjątek. Warszawa – niezależnie od tego, kto akurat rządzi – utrzymuje twardą linię wobec rosji. Wspiera Ukrainę militarnie, politycznie, logistycznie. Ale i tu widać zmęczenie, nade wszystko jednak rosnącą skalę antyukraińskich nastrojów, która sprawia, że poparcie dla dalszego zaangażowania w konflikt nie jest już tak jednoznaczne jak w 2022 roku. Dlatego rosja prowadzi wobec Polski grę równoległą: z jednej strony grozi, z drugiej – próbuje destabilizować. Kampanie dezinformacyjne, ataki cybernetyczne, prowokacje na granicy z Białorusią – to nie przypadek, to strategia. Działająca, wszak antyukraińskie nastroje są w istotnej mierze efektem inspirowanej przez rosjan nagonki.

Reasumując wątek, putin jest przekonany, że nie musi pokonać Ukrainy militarnie. Wystarczy mu, że Zachód się cofnie, że Polska się zawaha (i na przykład zamknie lotnisko w Jasionce). Że Waszyngton powie „nie teraz”, Berlin „może później”, a Paryż „spróbujmy negocjacji”. Wtedy Ukraina zostanie sama. A samotna Ukraina to taka, którą można zmusić do kapitulacji – nie na polu bitwy, ale przy stole rozmów.

Przewaga

rosja nie ma przewagi technologicznej – przynajmniej nie w takim zakresie, który pozwalałby jej pokonać Ukrainę w sposób szybki i decydujący. Nie dysponuje systemami, które mogłyby zneutralizować zachodnie uzbrojenie, nie ma przewagi w zakresie precyzyjnych uderzeń, nie kontroluje przestrzeni powietrznej. Ale ma coś innego. Ma ludzi. I gotowość do ich poświęcenia.

Według danych Center for Strategic and International Studies (CSIS) – jednego z najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się analizą polityki zagranicznej i bezpieczeństwa międzynarodowego – tylko w 2025 roku rosja straciła bezpowrotnie ponad 100 tys. żołnierzy. To liczba, która w każdym innym kraju wywołałaby kryzys polityczny, społeczne protesty, może nawet zmianę władzy. Ale nie w rosji. Tam Kreml wciąż nazywa wojnę „zrównoważoną” i liczy na zwycięstwo w konflikcie na wyczerpanie.

rosyjskie społeczeństwo, choć zmęczone, nie wykazuje oznak masowego sprzeciwu. Dlaczego tak się dzieje napiszę za chwilę, na razie dość stwierdzić, że putin wie, że może rzucać kolejne fale rekrutów – nawet jeśli są słabo wyszkoleni, nawet jeśli giną tysiącami. Dla niego to nie koszt, to narzędzie. Mięso armatnie, które ma zmiękczyć ukraińskie pozycje, ujawnić punkty obrony, wyczerpać amunicję. Po „mięsie” do akcji wchodzą jednostki szturmowe – lepiej wyposażone, lepiej dowodzone, ale wciąż będące częścią tej samej logiki wojny totalnej.

Do tego dochodzi przemysł zbrojeniowy, który – mimo sankcji – wciąż funkcjonuje. Nie w skali, którą obiecuje rosyjska propaganda, ale wystarczająco, by podtrzymać wojenny wysiłek. Fabryki w Tatarstanie, za Uralem czy w obwodzie moskiewskim pracują na trzy zmiany, remontując czołgi, produkując amunicję i drony. Częściowo z rosyjskich komponentów, częściowo z importu – bo Iran, Korea Północna i Chiny dostarczają to, czego rosji brakuje. Silniki, układy optyczne, materiały wybuchowe, elektronikę. „Na lewo” – poza systemem sankcyjnym – i zupełnie legalnie, gdy rzecz dotyczy komponentów podwójnego zastosowania.

putin wierzy, że Ukraina nie wytrzyma tej jednoczesnej presji wojny i wyścigu zbrojeń. Że pęknie pierwsza. Nie trzeba mu więc spektakularnych zwycięstw – jego wojska mogą dreptać w miejscu. Nie znaczy to, że terenowe zdobycze zupełnie się nie liczą – machina propagandowa musi „mieć co jeść”. Dlatego żołdacy putina powinni czasem coś zdobyć. Coś w zasięgu ich ograniczonych możliwości, jak „twierdzę Pokrowsk” czy „fortecę Kupiańsk”, o które toczą się właśnie zacięte walki. Nie są to Charków czy Odesa, ale na użytek człowieka rosyjskiego wystarczy…

Narracja

W rosji nie ma wolnych mediów. Nie ma debaty. Jest przekaz: „bronimy się przed NATO”, „walczymy z nazistami”, „ratujemy Donbas”. To nie slogany – to fundament rosyjskiej narracji wojennej, powtarzany w telewizji, radiu, internecie, w szkołach i na billboardach. Według analizy RAND Corporation z maja 2025 roku, ponad 80 proc. rosyjskich obywateli deklaruje, że czerpie informacje o wojnie z państwowych źródeł, takich jak Kanał Pierwyj, Rossija 24 czy RIA Novosti.

putin nie musi tłumaczyć strat, nie musi odpowiadać na pytania. Może prowadzić wojnę w rytmie, który sam narzuca. Może zmieniać cele, redefiniować sukces, ogłaszać zwycięstwo nawet tam, gdzie go nie ma. Dla społeczeństwa rosyjskiego liczy się obraz – nie rzeczywistość. A obraz jest starannie konstruowany: przez ministerstwo obrony, przez propagandystów, przez duchownych, którzy błogosławią „świętą wojnę”.

Według badania CSIS z września 2025 roku, 72 proc. rosjan popiera kontynuację „specjalnej operacji wojskowej”, choć jednocześnie ponad połowa nie potrafi wskazać, gdzie dokładnie toczą się walki ani jakie są cele strategiczne tej wojny. To nie poparcie – to efekt propagandy. To zgoda na wojnę, której nie rozumieją, ale której nie kwestionują.

Mechanizm ten działa, bo w rosji nie ma alternatywy informacyjnej. Niezależne media zostały zdelegalizowane lub wypchnięte za granicę. Dostęp do zagranicznych źródeł jest blokowany – zarówno technicznie, jak i prawnie. A ci, którzy próbują mówić inaczej, trafiają do więzienia. Według danych organizacji OVD-Info, od początku 2022 roku ponad 20 tysięcy osób zostało zatrzymanych za „dyskredytację armii”, a kilkaset skazano na wieloletnie wyroki.

To daje putinowi swobodę strategiczną. Może prowadzić wojnę nie tylko bez społecznej kontroli, ale wręcz z aktywnym wsparciem – choćby milczącym. Może ogłaszać sukcesy tam, gdzie są porażki. Może zmieniać cele – z „denazyfikacji” na „ochronę ludności rosyjskojęzycznej”, z „demilitaryzacji” na „walkę z NATO”. I nikt nie zapyta: „dlaczego?”. Bo pytania są nielegalne.

rosja prowadzi wojnę nie tylko na froncie, ale też w głowach. I to właśnie ta wojna – informacyjna, propagandowa, psychologiczna – pozwala Kremlowi kontynuować działania mimo strat, mimo izolacji, mimo braku realnych sukcesów. Bo jeśli społeczeństwo wierzy, że wygrywa – to władza nie musi się tłumaczyć.

Strach

Ale nawet najbardziej zniewolone umysły potrafią się czasem wybić na chwilę niezależności. I właśnie ta chwila – krótka, niepozorna, ale potencjalnie wybuchowa – jest ostatnią zmienną, która determinuje działania putina.

Przeczytacie o tym w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Mężczyzna wynoszący dziecko z zaatakowanego przez rosjan przedszkola w Charkowie (do tego zdarzenia doszło kilka dni temu)/fot. DSNS

Ślepota

Od wielu miesięcy nad Wisłą – i dalej na zachód aż za ocean – postrzegamy sytuację Ukrainy i rosji w nazbyt asymetryczny sposób. Ta pierwsza „ledwo żyje”, druga jawi się niczym twór z teflonową powłoką, po której „wszystko spłynie”. Skądinąd przekonanie obywateli wolnego świata do takiej wizji należy uznać za duży sukces (pro)rosyjskiej propagandy. Nie zmienia to faktu, że ta percepcja – delikatnie rzecz ujmując – kłóci się z realnym stanem rosyjskiej gospodarki i armii.

O ich kondycji pisałem już nie raz, nie będę więc sięgał po szczegóły, a poprzestanę na wyjściowej tezie: widzimy słabnącą Ukrainę – która rzeczywiście jest w złej sytuacji – i nie dostrzegamy słaniającej się rosji. A że ta „selektywna ślepota” jest także udziałem wielu zachodnich polityków, jej skutki mogą być katastrofalne.

I o tym pisałem przedwczoraj, poświęcając uwagę głównemu rozgrywającemu Zachodu, jakim niebawem stanie się nowy prezydent USA. Pozwólcie, że przypomnę niezbędne fragmenty. Uważam, że Trump może rosjanom dać złudzenie siły i sprawczości. Tak się stanie, jeśli Ameryka porzuci Ukrainę, czyli przymusi Kijów do zawarcia pokoju na warunkach bardziej komfortowych dla Kremla. Na przykład takich, że Ukraina nie tylko godzi się na status quo, ale i wycofuje z objętych roszczeniami obwodów zaporoskiego i chersońskiego. Co nadal będzie moskiewską porażką (bo rosja chciała więcej), zarazem mając postać na tyle poważnej zmiany granic, że da się ją sprzedać jako rosyjskie zwycięstwo. A jeśli rosjanie uwierzą w opowieść o spektakularnym sukcesie „spec-operacji”, nakarmią nią swój imperializm, nie tylko mogą uznać, że było warto. Mogą poczuć chęć na więcej.

Zresztą putin wcale nie musi ulegać iluzjom, może mieć świadomość, że wojna w Ukrainie przetrąciła kręgosłup jego armii. Problem w tym, że kryzysy, jakie zafundował rosji angażując ją w kosztowną wojnę, prędzej czy później „wybuchną mu w twarz”, wywołają fale społecznego niezadowolenia, pewnie i buntu. Z jego perspektywy może się okazać, że lepiej „uciec do przodu”, wejść w kolejną „zwycięską wojnę”. „Obywatele” rosji są na takie bodźce podatni – powiedzą sobie „biedujemy, ale znów kogoś pobiliśmy!”. Agresją skompensują niedostatki. W którymś momencie rzeczywistość dobierze im się do skóry, ale putin nie potrzebuje dekad. Jest starcem, zostało mu kilkanaście lat życia. Trump może dać mu komfort na najbliższe cztery, zwłaszcza jeśli wycofa wojska USA z Europy, a NATO sparaliżuje decyzyjną obstrukcją.

Nie, putin nie zaatakuje Polski, to dla rosji za duże wyzwanie. Przedwczoraj sugerowałem, że może zwrócić się ku któremuś z państw nadbałtyckich. Nie wycofuję się z tego przypuszczenia, choć dziś bardziej prawdopodobne – bo obciążone mniejszym ryzykiem – wydają mi się inne cele: Mołdawia lub Gruzja. „Trump nie kiwnie palcem”, jeśli na Kremlu weźmie górę taka kalkulacja, kolejny kraj dotkną „rakietowe dobrodziejstwa” ruskiego miru.

Wszak niezależnie od obiektywnej słabości – po skończonej czy zawieszonej wojnie z Ukrainą – rosja byłaby w stanie wystawić kontyngent zdolny do zajęcia Gruzji i Mołdawii. Niewielka powierzchnia obu krajów, słabość ich sił zbrojnych, ale i obecność całkiem pokaźnych grup ludności o prorosyjskim nastawieniu działałyby tu na korzyść Kremla.

Do Gruzji federacja ma dostęp bezpośredni, z Mołdawią byłby większy kłopot, ta bowiem otoczona jest przez Ukrainę i Rumunię, a od najbliższej rosyjskiej granicy dzielą ją setki kilometrów. Pamiętajmy jednak, że Mołdawię toczy prorosyjski rak w postaci Naddniestrza, zbuntowanej prowincji. Próba wybicia korytarza lądowego do tej „republiki” wzdłuż brzegu Morza Czarnego była jednym z początkowych celów rosjan, gdy w lutym 2022 roku zaatakowali Ukrainę. Operacja się nie powiodła – najeźdźcy doszli pod Mikołajów, potem zostali zepchnięci do Chersonia, a ostatecznie utracili i to miasto, wycofując się na wschodni brzeg Dniepru. Siedzą tam do dziś, bez widoków na wznowienie działań ofensywnych, do czego brakuje im sił i środków.

Jeśli nie lądem, to może morzem? Rzecz w tym, że Naddniestrze (i cała Mołdawia) nie ma dostępu do czarnomorskiego akwenu. Ewentualny desant morski musiałby nastąpić na obszarze Jedysanu czy dalej na południowym-zachodzie, w Budziaku – tym kawałku Ukrainy, który leży „pod” Mołdawią. Co de facto oznaczałoby otwarcie kolejnego frontu w wojnie Moskwy z Kijowem, a w naszym scenariuszu ponowne rozpoczęcie działań zbrojnych, co czyni tę opcję mało prawdopodobną. Desant wojsk powietrznodesantowych? W warunkach wojny z Ukrainą przerzut spadochroniarzy z Krymu byłby ryzykowną operacją – ukraińska obrona przeciwlotnicza w rejonie Odesy jest silna i wiele wyładowanych spadochroniarzami Iłów-76 nie dotarłoby do celu. A co dopiero mówić o utrzymaniu mostu powietrznego. Ale jeśli Kijów i Moskwa zawrą porozumienie pokojowe, wspomniane zagrożenie zostanie zniesione. WDW wylądują w Naddniestrzu i ruszą dalej na zachód.

Albo i nie ruszą, jeśli wolny świat im na to nie pozwoli. Jest oczywistą oczywistością, że Europa – silna skumulowanym potencjałem militarnym i gospodarczym, ale słaba rozdrobnionym, zdecentralizowanym przywództwem – musi „przepracować” swój status. Zostawmy te rozważania na inny tekst, na potrzeby tego podkreślmy, że idzie tu o wyzwanie długofalowe. Tymczasem przeciwdziałać rosji trzeba „tu i teraz”, a najmocniejsze narzędzia są w rękach USA.

Tylko twarde wsparcie Ameryki dla Ukrainy może pozbawić rosjan złudzeń o własnej sile i sprawczości. Nie zrozumcie mnie źle, nie występuję w roli chorążego militaryzmu; też chciałbym, żeby wojna na Wschodzie się skończyła. Ale dobrze wiem, że zły pokój to nie jest pokój, a przedpokój do kolejnej wojny – zwykle gorszej niż poprzednia; taką naukę i nauczkę niesie nam historia. Mówiąc konkretnie, rosję trzeba bardziej poharatać, poprawiając pozycję negocjacyjną Ukrainy, to po pierwsze. I po drugie, poprzez szeroko rozumianą dotkliwość skutków wojny wybić ze łba rosjanom chęć do następnej „spec-operacji”. Tu rzecz jasna konieczne jest utrzymanie reżimu sankcyjnego, na lata – ale to kolejna kwestia na oddzielny tekst.

Skupmy się na kwestiach militarnych. „Politico” donosi, że Waszyngton zamierza zintensyfikować dostawy uzbrojenia do Ukrainy. Tak, by obiecane niedawno 6 mld dol. wykorzystać przed upływem kadencji Joe Bidena. Lepiej późno niż później, chciałoby się rzec w ponurym tonie, zarazem trudno zaprzeczyć, że to całkiem pokaźny zastrzyk. A gdyby jeszcze „wzbogacić” go o polityczną zgodą na używanie amerykańskiej broni na terenie rosji…

Pamiętacie, co się stało latem 2022 r., w efekcie używania przez Ukraińców wyrzutni Himars? Ich zasięg (do 80 km) i precyzja pozwoliły na masowe niszczenie rosyjskich magazynów. Zmusiło to rosjan do porzucenia idei dużych składów, tworzonych tuż na zapleczu stanowisk bojowych. Artyleria moskali się zadławiła, żołnierze nie mieli co jeść. Operacja ofensywna ustała, szerzył się defetyzm, który przesądził o wrześniowej klęsce agresorów na Charkowszczyźnie. Ten efekt osiągnięto z wykorzystaniem nieco ponad tysiąca rakiet systemu Himars. Zaledwie tysiąca…

To teraz wyobraźmy sobie skutki „himarsowania 2.0”, na głębokość 300 km, z uwzględnieniem zaplecza na macierzystym terytorium rosji. Nie trzeba niemożliwego – szybkich dostaw setek Abramsów czy dziesiątek F-16 – by zadać rosjanom bolesny kop w krocze.

Niechby to było „dziedzictwo Bidena” i niechby Trump poszedł tym tropem. Miał świadomość rosyjskich słabości i skutków ich niedostrzegania. Wykorzystał ułamek siły Ameryki, jeśli rzeczywiście chce, by była wielka.

—–

Dziękuję za lekturę! Dobrego długiego weekendu Wam życzę. Nim oddacie się jego atrakcjom zerknijcie proszę życzliwym okiem na przyciski poniżej. Kierują do miejsc, gdzie możecie wesprzeć moje pisanie „kawą” lub subskrypcją. Tymczasem, co do znudzenia przypominam, to głównie dzięki Wam powstają moje teksty, także ten.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Osoby zainteresowane nabyciem moją najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku innych wcześniejszych pozycji (również z bonusem), zapraszam tu.

Nz. Zdjęcie ilustracyjne/fot. SzG ZSU

„Dziady”

Był lipiec 2015 roku – przez Szyrokino, nadmorski kurort położony nieopodal Mariupola, przebiegała wówczas linia frontu. Formalnie obowiązywały tzw. porozumienia mińskie, które przewidywały, że obie strony nie będą używać artylerii. Tymczasem separatyści do spółki z rosjanami grzmocili po pozycjach ukraińskich ile wlezie, i to z najcięższych kalibrów. Ukraińcy nie pozostawali dłużni – i tak trwała sobie kanonada, w środku której spędziłem kilkanaście godzin.

Ogień zmusił moich ukraińskich towarzyszy do opuszczenia okopów – schroniliśmy się w piwnicach zrujnowanego ośrodka kolonijnego „Majak”. Ściany drżały, tynk sypał się na głowy, a chłopcy co rusz złorzeczyli na „watników”.

– Już całkiem rozwalą drogę i kto dowiezie nam żarcie? – jeden z nich wyjaśnił mi powody złości. Przypomniałem sobie ścieżkę wiodącą ku pozycjom „mojego” plutonu. Rano, kilkanaście godzin wcześniej, była poprzecinana lejami i wymagała poruszania się slalomem. Bardzo szybkim slalomem, bo na finiszu droga wychodziła na otwarty teren ostrzeliwany przez snajpera.

Kiwnąłem głową. Nad nami, w jednym z pomieszczeń magazynowych, zgromadzono setki puszek „tuszonki”, więc mogłoby się wydawać, że nie ma powodów do zmartwień. Rzecz w tym, że wieprzowiny (jeśli to rzeczywiście była wieprzowina…) przełknąć się nie dało, z uwagi na obrzydliwy smak i podłą jakość. „Tego nawet psy i koty żreć nie chcą…”, mówili żołnierze, przeklinając armijną logistykę i wychwalając wolontariuszy, którzy na zapleczu przygotowywali posiłki z „normalnych produktów” i dowozili je pick-upami na front.

Niedobór – jak to zwykle bywa – wykształcał zaradnych. Ostrzał trwał w najlepsze, gdy żołnierz imieniem Maksym klepnął mnie w ramię i powiedział:

– Chodź, coś ci pokażę.

Zeszliśmy do czegoś, co było piwnicą w piwnicy – małym pomieszczeniem wyposażonym w łóżko, stolik, krzesło i dwie skrzynie po amunicji.

– Fajnie się tu urządziłem, prawda? – gospodarz oczekiwał aprobaty. – Patrz – był wyraźnie zadowolony. – Moje skarby – uchylił jedną ze skrzyń.

Sądziłem, że zobaczę zdobyczne artefakty – elektronikę czy inny wartościowy sprzęt – tymczasem patrzyłem na… słodycze. Czekoladę, kilka batonów, jakieś ciastka i cukierki. Były też puszki z „energetykami” i paczka kawy. – Szybko nie umrę… – Maksym puścił oczko.

Uśmiechnąłem się. Na wesoło, choć w głębi ducha na smutno. Jako „dziecko komuny” wychowałem się w gospodarce niedoboru i kulturze przezorności, nakazującej chomikowanie. Jednak większość życia spędziłem w innych realiach, a ta jego część związana z pracą i wojnami wręcz mnie „zepsuła”. Towarzyszenie Polakom i Amerykanom w Iraku i Afganistanie oznaczało funkcjonowanie w warunkach logistycznego luksusu. Płatnik – rząd USA – robił wszystko, by żołnierz dobrze zjadł (przyswoił dziennie 4 tys. kalorii), wypoczął, miał zapewnioną rozrywkę; jako tzw. embed, dziennikarz akredytowany przy wojsku, i ja byłem beneficjentem tego systemu. Lody waniliowe na pustyni? Proszę bardzo. Świeże owoce i warzywa z drugiego końca świata? Nie ma problemu. Stek? Jasne! Jak wysmażony? W takim kontekście skarby Maksyma jawiły się niczym śmieci. Ba, tak właśnie o nich pomyślałem, przypominając sobie walające się po natowskich bazach racje żywnościowe, pełne także niechcianych słodyczy.

Wtedy, w Szyrokino, w pełni uświadomiłem sobie różnicę między wojną prowadzoną przez Wschód (i na Wschodzie), a konfliktem, w który angażuje się Zachód.

Często słyszę argument, że „Ukraina jest za biedna, by tę wojnę wygrać”. Zgadzam się z nim, i zarazem nie zgadzam. Dlaczego?

Pisałem już o tym, więc tylko powtórzę – gdyby wsparcie dla Kijowa miało typowy zachodni rozmach logistyczny (bogactwo materiałowe) – gdyby Zachód użył nie promili, a procentów swego ekonomicznego potencjału – po armii rosyjskiej w Ukrainie nie zostałby marny pył. W realiach „kroplówki” zaś jest jak jest – wystarczy, by obronić niepodległość, ale na definitywne pokonanie wroga nie ma większych szans.

Nie dlatego, że rosjanie są jakoś szczególnie lepiej zaopatrzeni i wyposażeni. Z wielu miejsc dochodzą wieści o tym, że armia rosyjska już się „ogarnęła”. Sporo w tym prawdy, zwłaszcza jeśli za punkt wyjścia weźmiemy kondycję tego wojska wczesną jesienią 2022 roku – rozbitego, zdemoralizowanego i zdziesiątkowanego. Dziś rosjanie sprawnie uzupełniają straty i mogą sobie pozwolić na częste rotowanie oddziałów – luksus niedostępny Ukraińcom. Z obecności większej liczby „świeżego wojska” nie wywodziłbym jednak wniosku o rosyjskiej gotowości do „wielkiej ofensywy” – więcej napiszę o tym w oddzielnym wpisie, jutro. Na użytek tego tekstu dość stwierdzić, że miażdżąca większość oddziałów inwazyjnych wciąż pozostaje armią „dziadów”, trawioną potężnymi problemami aprowizacyjnymi i żenująco niewydolną logistyką.

Co z tego, że w siły zbrojne rosji mają bombowce strategiczne, zdolne razić rakietami na odległość dwóch i pół tysiąca kilometrów, że wysyłają w kosmos satelity obserwacyjne, a w podziemnych silosach trzymają rakiety międzykontynentalne z głowicami jądrowymi? Co z tego, skoro zwykły żołnierz na pierwszej linii często nie ma co zjeść i nie dostarcza mu się pitnej wody, w efekcie nie dość, że jest głodny, to jeszcze trawi go czerwonka.

Ba, nierzadko zmienia się w kryminalistę. Powszechna bezkarność sprawców zbrodni to część modus operandi rosyjskiej armii nie dlatego, że rosjanie są „z gruntu źli” – bo nie są. Po prostu, wojsko nie jest w stanie zaspokoić wielu podstawowych potrzeb żołnierza, godzi się zatem na jego bandyckie zachowania, traktując je jako cenę za dyspozycyjność. Promując wręcz jako cnotę samowystarczalność prostego „sołdata”, który sam się wyżywi – rabując żywność cywilom – i jeszcze sobie dorobi – kradnąc dobra materialne okupowanej ludności.

Z jakiego powodu o tym piszę? Mit „drugiej armii świata” zdechł w Ukrainie zimą i wiosną 2022 roku. Ale od jakiegoś czasu znów się w naszej części świata odradza. Na miano osobliwego paradoksu zasługuje fakt, że dzieje się to mimo braku znaczących sukcesów rosji. Znów – jak przed inwazją – pozwalamy się okłamywać (pro)rosyjskiej propagandzie i sami się okłamujemy co do rzeczywistych możliwości militarnych federacji rosyjskiej. Tymczasem to nadal jest bieda-armia, silna słabością swojego ubogiego przeciwnika.

Nadal możemy pomóc Ukraińcom tych „dziadów” pokonać.

A gdybyście chcieli nabyć „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” z autografem, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Pozwoliłem sobie zilustrować ów wpis zaproszeniem na spotkanie – w najbliższy czwartek, w Lublinie. Mam nadzieję, że mimo pięknej pogody frekwencja dopisze.

Istotne fragmenty tego tekstu znalazły się w linkowanym materiale, który opublikowałem w portalu Interia.pl

Ułamki

„Walczymy z całym Zachodem! Z NATO!”, przekonuje rosyjska propaganda, ruskie bowiem nie są w stanie pogodzić się z faktem, że wciry otrzymują przede wszystkim od Ukraińców. Owszem, wspieranych przez Zachód, ale Ukraińców – tych pogardzanych przez wielkoruskich panów „dzikusów” i „wieśniaków”.

No to spójrzmy, jak się sprawy mają. Na załączonej grafice widzimy, jaką część budżetów wojskowych za 2022 rok sojusznicy przeznaczyli na wsparcie dla Ukrainy. Imponujący wkład w stosunku do własnych możliwości wnieśli natowscy maluczcy – Estonia i Łotwa (44,5, 39,9 proc.). Sporym wysiłkiem wykazali się średniacy – znajdująca się w tej kategorii Polska przeznaczyła na pomoc jedną piątą budżetu wojskowego za miniony rok. Ale chodząca w pierwszej lidze Wielka Brytania już niecałe 9 proc. (choć w liczbach rzeczywistych jest to imponująca kwota 4,5 mld euro). A lider – Stany Zjednoczone – operuje już niemal resztówkami (5,9 proc.). W liczbach rzeczywistych Amerykanie dają najwięcej – to prawie dwie trzecie całej wartości wsparcia, wynoszącego po roku wojny 65,3 mld euro.

Innymi słowy, dla tych, którzy wnoszą najwięcej, wsparcie dla Ukrainy nie jest żadnym wielkim wysiłkiem. Naziole putina nie walczą więc z „całym NATO”. Walczą z Ukrainą, wspartą ułamkiem możliwości Zachodu.

Wołodymyr Zełenski był jakiś czas temu gościem talk show amerykańskiego dziennikarza Davida Lettermana (program można obejrzeć na Netfliksie). I opowiedział tam taki dowcip:

Rozmawiają dwaj odescy Żydzi. Jeden pyta drugiego: „Jak tam sytuacja na świecie? Co mówią ludzie?”. Drugi odpowiada: „Mówią, że jest wojna”. „Jak to wojna?”. „Rosja wojuje z NATO”. „I jak tam?”. „No jak tam: zginęło 70 tysięcy rosyjskich żołnierzy, stracili prawie wszystkie rakiety, masa sprzętu została uszkodzona”. „A co z NATO?”. „NATO jeszcze nie przyjechało”.

I raczej nie będzie musiało…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zełenski i Letterman/fot. Netfliks