Paliwo

Na szybciutko, bo praca nad książką wzywa (ale i tak wrzucę dziś wieczorem, najdalej jutro rano większy materiał).

Zakończył się kolejny duży rosyjski atak rakietowy na ukraińskie miasta. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, Ukraińcy raportują zestrzelenie wszystkich 10 użytych przez rosjan hipersonicznych pocisków rakietowych Kindżał. Można mieć zastrzeżenia co do jakości ukraińskiej sprawozdawczości, ale w przypadku kindżałów Ukraińcy dokładają wszelkich starań, by udokumentować swoje sukcesy. Poza kwestiami typowo propagandowymi, może to mieć związek z tym, że z hipersonikami walczą amerykańskie patrioty, a rzetelna ocena skuteczności własnych systemów leży w interesie USA. Dodajmy przy tym, że kindżałowe anałogi-w-miru-niet mierzą się ze starszymi generacjami patriotów; tyle w kwestii rzekomej niezawodności raszystowskiej superbroni.

Druga sprawa ma związek z działaniami podjętymi w Polsce. Najpierw zacytuję komunikat Dowództwa Operacyjnego: „Informujemy, że obserwowana jest intensywna aktywność lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, która związana jest z wykonywaniem uderzeń na terytorium Ukrainy. W celu zapewnienia bezpieczeństwa polskiej przestrzeni powietrznej aktywowano dwie pary myśliwców F-16 oraz sojuszniczy tankowiec powietrzny. Około godziny 5.45 wystartowała amerykańska para stacjonującą w bazie w Łasku, a około godz. 6.15 polska para z bazy w Krzesinach”.

Po co podnoszono F-16? Poza show of force, chodzi o bardzo pragmatyczny cel – rozpoznanie. Wykorzystanie radarów efów szesnastych do śledzenia ewentualnych zbłąkanych rakiet. Także ich zestrzelenia, gdyby zaszła taka konieczność (i doszło do wzrokowej identyfikacji celu).

A po co tankowiec? Po to, by samoloty maksymalnie długo przebywały w powietrzu. Nawet podczas pobierania paliwa, radary efów pozostają aktywne.

Tankowce są zatem niezbędnym elementem takich akcji – w gruncie rzeczy rutynowych, gdy za miedzą toczy się pełnoskalowy konflikt. Dziś nad Polskę przyleciał tankowiec z Wielkiej Brytanii. Udało się to spiąć w czasie (działania par myśliwskich i tankera), co nie zmienia faktu, że byłoby dużo prościej, gdyby maszyna tego typu stacjonowała w Polsce. Najlepiej była polska, czy należała m.in. do Polski. Niestety, Antoni Macierewicz – będąc ministrem obrony narodowej – wypisał nas z programu MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców. Własnych samolotów też nie kupiliśmy, bo pieniądze na ten cel zostały przeznaczone na maszyny dla vipów.

A vipowska salonka paliwa nie poda.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tanker podczas podawania paliwa/fot. Airbus

Zawziętość

Zdjęcie Wołodymyra Zełenskiego na tle F-16, w towarzystwie holenderskiego premiera Marka Rutte, rozeszło się wczoraj po sieci niczym burza. Co ciekawe, w Ukrainie nie było aż tak popularne, jak można by się tego spodziewać; mimo iż „selfiak” niósł niezwykle istotną dla kraju wiadomość, o jego percepcji zadecydował wizerunek prezydenta, który nie ma już takiego rządu dusz jak w pierwszych miesiącach wojny. W zakresie polityki wewnętrznej sytuacja w Ukrainie ulega stabilizacji – jakkolwiek prezydencka władza pozostaje niezagrożona, w coraz większym stopniu musi się mierzyć z ponownie wyrażanymi partyjnymi i środowiskowymi interesami. Mam też wrażenie, że Ukraińców męczy już celebrycki nieco charakter autoprezentacji głowy państwa (co za granicą czyni Zełenskiego wciąż niezwykle lubianym politykiem). Ale to uwagi na marginesie – dziś chciałbym się zająć istotą tematu, czyli „efami”.

O F-16 w kontekście Ukrainy napisano mnóstwo tekstów, nie zamierzam więc powielać łatwo dostępnych informacji. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii.

Zacznijmy od liczby zadeklarowanych samolotów. Zełenski mówił wczoraj o 42 sztukach z Holandii, kilkadziesiąt minut  później pojawiła się informacja o gotowości Danii do przekazania 19 F-16. Czyli razem byłoby to 61 sztuk; niebagatelna siła. Dla porządku przypomnijmy – Polska zakupiła 20 lat temu 48 „efów”. Problem w tym, że strona holenderska nie potwierdza danych Zełenskiego. Niderlandy mają obecnie 24 operacyjne (sprawne) „efy”, około dwudziestu pozostałych maszyn jest w stanie nielotnym, a część z nich służy jako rezerwuar części zamiennych. I zapewne w takim charakterze te maszyny zostaną przekazane Kijowowi. Spośród sprawnych 24 holenderskich F-16, jeden samolot już de facto został Ukraińcom podarowany – latają nim ukraińscy piloci, kilka dni temu maszyna była nawet w Ukrainie. Zostają zatem 23 myśliwce, co z 19 duńskimi daje 42 sztuki (jestem pewien, że taki był kontekst wypowiedzi Zełenskiego). Czterdzieści dwa samoloty to nadal dużo, no i pamiętajmy, że Holandia i Dania jedynie przecierają szlak – że będą inni donatorzy, w tym USA, gdzie najnowsza wersja rozwojowa „efów” nadal jest produkowana.

Holenderskie i duńskie „szesnastki” młode nie są, ale pozostały resurs pozwala na ich intensywną eksploatację jeszcze przez kilka lat. Z powodu wieku nie są też demonstratorami szczytowej zachodniej techniki lotniczej, były jednak modernizowane i stanowią groźną broń. Ich zasadniczą zaletą jest możliwość przenoszenia zachodnich systemów uzbrojenia, pełnego spektrum, obejmującego zarówno amunicję do niszczenia celów powietrznych, różnego rodzaju bomby, lotnicze pociski manewrujące, a nawet rakiety przeciwokrętowe. Są do tego zaprojektowane, więc dla ukraińskiego lotnictwa skończy się okres „radosnej” improwizacji – nie trzeba już będzie integrować „na siłę” zachodniej amunicji z poradzieckimi samolotami, na czym zwykle cierpiała skuteczność tej pierwszej.

Do tej pory wyprodukowano ponad 4,5 tys. „szesnastek”, co przy trwającej nadal produkcji oznacza – przynajmniej potencjalnie – brak kłopotów, z jakimi borykają się obecnie siły powietrzne Ukrainy. Posowiecki sprzęt się zużywa, niszczeje w akcji, a możliwości jego zastępowania w zasadzie już nie ma. Ukraina nie produkuje własnej broni tej klasy, zasoby sojuszników niegdyś korzystających z uzbrojenia wyprodukowanego w ZSRR są na wyczerpaniu, a rosyjski przemysł z oczywistych powodów nie stanowi żadnej alternatywy. W tej chwili ukraińska flota powietrzna ma około 60 sprawnych maszyn różnych typów – przy obecnej dynamice działań bojowych za rok większość z nich zostanie zniszczona lub „zajechana na amen”. Jest więc transfer „efów” nie tyle sposobem na zbudowanie nowej jakości ukraińskiego lotnictwa, co przede wszystkim metodą na podtrzymanie jego zdolności bojowych; jakościowa zmiana in plus to w tym ujęciu „bonus”.

Ale i nie czarujmy się co do skali tej zmiany. F-16 napsują rosjanom krwi, ale radykalnych rozstrzygnięć nie przyniosą. Wynika to z dwóch rodzajów czynników – ludzkich i technicznych – wzajemnie się przenikających. Wielu z nas ma błędne wyobrażenia na temat jakości ukraińskich pilotów. Legenda „Ducha Kijowa” i późniejsze działania propagandy każą postrzegać ich jako doświadczonych zawodowców. Nic bardziej błędnego. Ukraińskie lotnictwo po 1991 roku funkcjonowało w realiach permanentnego kryzysu – nie zmieniła tego nawet wojna w Donbasie, bo między 2014 a 2022 rokiem prawie nie używano tam lotnictwa. Dość wspomnieć, że większość pilotów mogła się pochwalić nalotami na poziomie 30-40 proc. niezbędnego minimum. Pełnoskalowy konflikt niewiele w kwestii wyszkolenia zmienił. Brytyjskie źródła wywiadowcze szacują, że do tej pory rosjanie stracili około 70 samolotów, Ukraińcy 60. Tylko kilka maszyn – głównie ukraińskich – spadło na skutek starć powietrznych; miażdżąca większość strat obu stron to skutek porażenia przez systemy obrony przeciwlotniczej (niekiedy własnej…). Słabi nie tylko liczbowo, ale i jakościowo Ukraińcy nie walczą z rosjanami o uzyskanie przewagi powietrznej. Realizują przede wszystkim misje wsparcia wojsk lądowych i to w iście partyzanckim stylu: wystartuj, leć jak najniżej, doleć jak najbliżej, poślij rakiety/bomby, wiej (znów ryzykując otarcie spodu samolotu o korony drzew). Te zadania wymagają wielkiej odwagi, poprawiają ogólne zdolności pilotażu, ale nie czynią z lotników fachowców o umiejętnościach absolwentów Top Gun. Szczęśliwie u rosjan jest niewiele lepiej – kompetencje są na tyle niskie, że siły powietrzne rosji nie potrafią wykorzystać atutu, jaki daje im nowocześniejszy i liczniej posiadany sprzęt. W efekcie strony konfliktu szachują się własnymi słabościami. Konkludując wątek – Ukraina nie wyśle na Zachód supermenów, tylko taką kadrę, jaką ma. I ona owszem, mogłaby na „efach” zrobić „cuda na kiju” – ale na to potrzeba czasu, lat intensywnych szkoleń.

„Ale przecież ukraińscy piloci już od dawna się szkolą w USA” – słyszę i czytam. Wiem o jednej takiej grupie, która w połowie zeszłego roku poleciała za ocean, inne doniesienia znam wyłącznie z dziennikarskich spekulacji. Wspomniana grupa miała doskonalić techniki pilotażu i obsługi na poradzieckim sprzęcie, zgromadzonym swego czasu przez Amerykanów. I niejako przy okazji zapoznawać się też z produktami made in USA. Wobec braku politycznej zgody na transfer samolotów z tej drugiej opcji nic nie wyszło. Ukraińcy czasu nie zmarnowali, zwłaszcza że to przy ich pomocy testowano możliwości adaptacji zachodniego uzbrojenia do sowieckich maszyn. Niemniej wrócili do ojczyzny bez większych doświadczeń za sterami „efów”. Część z nich już zresztą nie żyje, bo to z tego grona pochodzą piloci obsługujący posowieckie samoloty, wyposażone w zachodnią amunicję – a na ten personel, i te samoloty, rosjanie polują z szaloną zawziętością.

Polować też będą na „efy”, gdy już pojawią się na ukraińskiej ziemi; za pewnik można uznać, że zniszczenie jak największej liczby F-16 będzie dla moskali punktem honoru. Co oznacza, że transferowi samolotów muszą towarzyszyć dostawy nowoczesnych systemów OPL – na przykład patriotów. Mało kto zdaje sobie sprawę z tej korelacji (konieczności) – i jej możliwych implikacji. Wyrzutnie Patriot czy NASAMS to koszmarnie drogie „zabawki”, Ukraińcy nie mają ich dość, by skutecznie bronić wszystkich większych miast, a możliwości finansowe i produkcyjne donatorów nie są z gumy. Chronić cywilów czy cenne uzbrojenie? – oto dylemat, przed jakim mogą stanąć ukraińskie władze. Tym większy, że samoloty to jedno. Drugie wynika z faktu, że „efy” potrzebują specyficznej infrastruktury lotniskowej. Dość o tym napisano w innych publikacjach, zauważę więc tylko, że przebudowanych lotnisk, nawet jeśli pustych (konieczność częstych przebazowań to jedna z wojennych oczywistości) i tak trzeba będzie bronić.

Chyba że… – o czym jutro, w kolejnym wpisie. Do lektury którego zapraszam już dziś.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi i Patrycji Złotockiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arkadiuszowi Wiśniewskiemu i Marcinowi Lyszkiewiczowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Prezydent Ukrainy i premier Holandii/fot. Wołodymyr Zełenski

„Zachęta”

Władze miejskie Odesy zwróciły się do UNESCO – oenzetowskiej agendy zajmującej się m.in. ochroną dziedzictwa kulturowego – o wyrzucenie z organizacji rosji. Powód? Odesa od kilku dni jest celem zmasowanych ataków rakietowych, w wyniku których zniszczeniu ulega infrastruktura portowa oraz przyległe doń fragmenty miasta. Tymczasem historyczne centrum „perły Morza Czarnego” znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Najeźdźcy łamią zatem statut organizacji, niszcząc i narażając na zniszczenie obiekty o niepowtarzalnych walorach historycznych.

Zaciętość, konsekwencja i barbarzyństwo, jakie towarzyszą nalotom, zdumiewają nawet Ukraińców. Miasto dotąd raczej oszczędzane, nagle stało się w zasadzie jedynym celem dla rosyjskich rakiet i dronów-samobójców. Dlaczego?

Powodów jest kilka. Pierwszy, „ogólny”, wpisuje się w szerszą rosyjską strategię, której ofiarami padają wszystkie większe miasta Ukrainy. Najeźdźcy usiłują zmusić Ukraińców, by ci jak największą część potencjału obrony przeciwlotniczej trzymali z dala od frontu. Konieczność ochrony zaplecza niezbędnego dla podtrzymania wojennego wysiłku, poza wymiarem technicznym, przemysłowym, ma także postać czysto humanitarną. Kondycja ludności cywilnej wprost przekłada się na morale armii, więc żadne kierownictwo wojskowe i polityczne nie może sobie pozwolić na nadmierne narażanie społeczeństwa. Dlatego tak zaciekle broniony jest Kijów – największa ukraińska aglomeracja – przy użyciu najnowszych i najskuteczniejszych systemów. Brakuje ich dla pozostałych miast, lecz i one nie są bezbronne – po prostu, pozostają gorzej chronione, wszak z widokami na uszczelnienie „parasolów”. Tylko Amerykanie zamierzają do końca przyszłego roku dostarczyć do Ukrainy pięć kolejnych baterii Patriot, co oznacza pięć przyzwoicie chronionych obszarów miejskich. Ale właśnie – obszarów miejskich, a nie rejonów, w jakich operują wojska frontowe. Świetne zachodnie systemy, gdyby ukraińskie dowództwo mogło pozwolić sobie na używanie ich wyłącznie w strefie walk, „wyczyściłyby” niebo do spodu. Rosyjskie lotnictwo nie jest szczególnie aktywne na pierwszej linii, ale bywa dokuczliwe, zwłaszcza śmigłowce szturmowe; na utratę tego atutu moskiewscy dowódcy nie mogą sobie pozwolić.

Kolejny powód jest ściśle związany z Odesą. Gdy byłem w mieście w marcu tego roku, z żalem przekonałem się, że nie zobaczę historycznych schodów. Port i okolica stały się strefą zamkniętą, zmilitaryzowaną. Nie mam pojęcia, kto tam stacjonował i co przechowywano, ale rosyjskie twierdzenia o atakach na obiekty wojskowe akurat w tym przypadku mogą być prawdziwe.

Tylko dlaczego u licha niszczone są również instalacje portowe, w tym dźwigi, niezbędne do realizacji tzw.: umowy zbożowej? Dlaczego płoną silosy z pszenicą? W odpowiedzi na te pytania zawiera się trzeci, czwarty i piąty powód rosyjskiej rakietowej presji wymierzonej w Odesę. Jak wiemy, rosja nie przedłużyła porozumienia, zgodnie z którym od lipca zeszłego roku możliwy był wywóz ukraińskich zbóż za pośrednictwem czarnomorskich portów. Teraz podbija stawkę, niszcząc niezbędną infrastrukturę. Media grzmią, że putin zamierza w ten sposób wywołać poważny kryzys żywnościowy, zwłaszcza w Afryce. Ukraina była jednym z największych na świecie producentów i eksporterów zbóż, brak tego gracza na rynku rzeczywiście oznacza problemy. Ale czy głód? A jeśli tak, to gdzie? W Afryce Subsaharyjskiej – która w medialnych doniesieniach ma być najbardziej poszkodowana – pszenica wcale nie jest podstawą menu i stosunkowo łatwo można ją zastąpić sorgo czy kukurydzą. Tak naprawdę ucierpią państwa arabskie, szczególnie zaś Egipt, który – co oczywiste – zacznie szukać alternatywnych dostawców. Tymczasem rosja – tak się składa – ma jeszcze możliwości częściowego wypełnienia rynku własnymi produktami (pytanie jak długo, wszak efektywność rosyjskiego rolnictwa w dobie sankcji spada i będzie spadać). Innymi słowy, w Odesie jesteśmy świadkami wyjątkowo brutalnej odmiany walki konkurencyjnej.

Ale są też zamysły czysto polityczne. Wpływy ze sprzedaży zboża są dla ukraińskiego budżetu w realiach wojny niezwykle istotne. W żywotnym interesie państwa jest zatem je utrzymać. Techniczną alternatywą dla eksportu morskiego jest wysyłka zbóż „naokoło” – najpierw drogą lądową do Europy, a dopiero z tamtejszych portów „w świat”. Problem w tym, że państwa tranzytowe niespecjalnie radzą sobie z organizacją przerzutu, co w Polsce doprowadziło nawet do poważnych konfliktów społecznych, gdy ukraińskie zboże zaległo w naszych magazynach. I Moskwa doskonale zdaje sobie z tego sprawę, dostrzegając w pszenicy potencjał do antagonizowania Ukrainy i jej sojuszników.

W nieprzedłużeniu umowy zbożowej i niszczeniu infrastruktury chodzi również o inny rodzaj presji. Zeszłoroczne porozumienie nie miało charakteru dwustronnego – Ukraina zawarła je z rosją za pośrednictwem Turcji i ONZ. Tymczasem Moskwie zależy na bezpośrednich rozmowach z Kijowem. Omawianie paktu zbożowego mogłoby wówczas stać się pretekstem do negocjacji pokojowych, które w obliczu słabości własnej armii i coraz bardziej kulejącej gospodarki, stają się dla rosji niechybną koniecznością. „Rakietowa zachęta” to rzecz jasna chuligańska, ale przecież typowo rosyjska metoda zaciągnięcia drugiej strony do stołu.

Ukraińcy pozostają nieugięci, więc Odesa płonie. A wraz z nią kawał ważnej dla świata historii…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Odesa, zdjęcie ilustracyjne/fot. Marcin Ogdowski

„Terroryzm”

Gęsto nad Kijowem, gęsto nad Moskwą…

Nad ranem mieszkańcy rosyjskiej stolicy mieli okazję po raz pierwszy w pełni doświadczyć lęku, regularnie doznawanego przez kijowian od lutego ubiegłego roku. Oto bowiem na moskiewskim niebie pojawiło się co najmniej kilkanaście dronów (niektóre źródła mówią o ponad 30 maszynach). Nie była to pierwsza wizyta ukraińskich bezpilotników w tej części rosji, ale wcześniejsze przyloty (nie licząc ewidentnej rosyjskiej prowokacji z uderzeniami w Kreml) miały charakter rozpoznawczy bądź demonstracyjno-propagandowy („możemy wam wylądować, gdzie nam się żywnie podoba”, komunikowali ruskim Ukraińcy). Co najmniej dwa przypadki (z przełomu zimy i wiosny) użycia dronów bojowych z zamiarem uderzenia w cele w Moskwie zakończyły się niepowodzeniem – maszyny rozbiły się/zostały zestrzelone na odległych rubieżach metropolii. Dziś tymczasem wdarły się nad nią bez większych problemów, choć rzecz jasna ministerstwo obrony federacji raportuje sukces. Dzielna stołeczna OPL miała zestrzelić pięć bezpilotników, trzy pozostałe spadły na skutek generowanych przez rosjan zakłóceń.

Eksplozji było jednak znacznie więcej, niż by to wynikało z tego zestawienia, zatem twierdzenia o ośmiu dronach można włożyć między bajki. Chyba że spanikowana obrona posłała w niebo nieadekwatną liczbę rakiet (ładowała z czego i gdzie popadnie), które nie trafiwszy w cel, spaść gdzieś musiały (one, a raczej ich szczątki po samozniszczeniu). Miasto rozległe, więc efektowne upadki miały miejsce na jego obszarze.

Co ciekawe, większość wybuchów odnotowano w południowo-zachodniej części Moskwy, w tak zwanej Rublówce bądź jej sąsiedztwie. Już od czasów Stalina mieszka tam rosyjska elita polityczno-biurokratyczno-wojskowa, do której za Jelcyna i putina dołączyła śmietanka biznesowo-oligarchiczna. „Szyszki” zajmują zwykle okazałe rezydencje, pośledniej wagi personel mafijno-państwowej struktury zasiedla wielopiętrowe apartamentowce. Na ujawnionych w rosyjskich mediach zdjęciach i filmikach widać zniszczenia na górnych kondygnacjach jednego z takich budynków.

Ministerstwo obrony federacji orzekło, że takie działania „charakteryzują reżim kijowski jako międzynarodowych przestępców, których należy osądzić!”. Niejaki andriej kartapołow, szef komitetu obrony dumy państwowej, nazwał atak dronów „aktem zastraszania ludności cywilnej”. Zaś pieskow, rzecznik Kremla, był łaskaw zauważyć, że „kierowanie piekielnych maszyn na spokojne miasta jest nieludzkie”. Dodał przy tym, że ukraińskie uderzenie dronami było odwetem Kijowa za niedzielny atak rosji na jeden z – jak to ujął – „ośrodków decyzyjnych” w Ukrainie.

Cóż, atakowanie cywilów to istotnie terroryzm, ale nie sposób wykazać, że Ukraińcy takie intencje mieli. Tu zresztą sami rosjanie zapętlili się w swojej narracji, bo jeśli rzeczywiście wszystkie drony zestrzelili (sprowadzili na ziemię), to uszkodzenia budynków są efektem upadku szczątków (rakiet i bezpilotników), nie zaś celowych działań. Oczywiście, jest jeszcze kwestia „bezspornego ryzyka” – świadomości, że posłanie dronów musi wywołać reakcję OPL, a ta może przynieść straty uboczne; Ukraińcy tę świadomość mieli, ale u licha, nie oni tę wojnę zaczęli i nie można od nich oczekiwać, że będą siedzieć z założonymi rękoma, gdy rosja – dzień po dniu – bombarduje ich miasta, zupełnie nie przejmując się losem cywilów. Jako ci cywilizowani, winni Ukraińcy redukować ryzyko ofiar pośród ludności cywilnej, nie tylko własnej, ale i wrogiej. I generalnie tak się dzieje, także w tym konkretnym przypadku. Przynajmniej część dronów wysłanych nad Moskwę nie była uzbrojona. One miały tylko przelecieć nad rosyjską stolicą – zwłaszcza jej „wrażliwą” częścią – by wywołać u rosjan odpowiedni efekt psychologiczny. Wystraszyć, zasiać (kolejne!) ziarno wątpliwości w możliwości reżimu, który obiecuje poddanym bezpieczeństwo.

Kropla drąży skałę – w którymś momencie rosjanie mogą porzucić schemat funkcjonowania niewolnika i nie wybaczyć władzy kolejnej wpadki. Albo władza może w reakcji popełnić jakiś kardynalny błąd. Za dobrą analogię może tu posłużyć rajd Doolittle’a – przeprowadzony 18 kwietnia 1942 roku pierwszy nalot bombowy na terytorium Japonii podczas II wojny światowej. Wykonano go na granicy możliwości technicznych amerykańskiej marynarki (kwestia zasięgu startujących z lotniskowca samolotów), siłą zaledwie 16 maszyn. Zrzucone wówczas bomby wyrządziły Japończykom symboliczne szkody, ale szok wywołany atakiem był tak powszechny i tak silny, że wymusił na japońskim kierownictwie tragiczną w skutkach decyzję o ataku na wyspę Midway. Przypomnijmy, cesarska flota, zwłaszcza zaś lotnictwo pokładowe, dostała tam wpierdziel, z którego już nigdy się nie podniosła.

Ukraińcy właśnie udowodnili, że mają zdolność głębokiej penetracji rosyjskiego zaplecza. A dron śmigający nad Rublówką to nie to samo, co bezpilotnik uderzający w skład paliw w Chujrzecku czy innej ruskiej pipidówie. Zapewne więc usłyszymy jeszcze o kolejnych dronach nad Moskwą, testujących rosyjskie nerwy i stołeczną OPL.

Jak na razie jednak trwa testowanie kijowskiej obrony powietrznej – kolejna noc i poranek upłynęły w ukraińskiej stolicy pod znakiem rosyjskich uderzeń rakietowo-dronowych. Widać, że moskale starają się przeciążyć ukraińskie systemy obronne. Sądząc po propagandowych doniesieniach, już ten cel osiągnęli. Jeden z „dowodów” szerują od wczoraj (pro)rosyjskie konta, także w naszej info-sferze. Składają się nań zdjęcia satelitarne lotniska Żuliany w Kijowie, gdzie mają stacjonować przekazane Ukraińcom patrioty. Pierwsza fotografia jest z 15 maja, druga rzekomo z 18-ego – ich porównanie pozwala niby dostrzec efekty rosyjskiego uderzenia rakietami Kindżał, do którego doszło 16 maja. Mowa o „dwóch lejach o promieniu kilkudziesięciu metrów”, z których jeden to skutek bezpośredniego trafienia w wyrzutnię Patriot. No więc krzywię usta ze śmiechu, przyglądając się tak niepełnosprytnej próbie konfabulacji. Obejrzyjcie oba zdjęcia jedno po drugim – widzicie to, co ja? Tę samą fotografię, poddaną słabiutkiej obróbce (filtr na jednej odsłonie, „wyciągnięte” piksele w miejscach rzekomych trafień w drugiej). Urzekł mnie zwłaszcza pociąg po lewej – trzy dni minęły, a on wciąż w tym samym miejscu. „Nie drgnął, kurwa, nawet o metr”, zauważył jeden z moich kolegów, biegły w wyciąganiu wywiadowczych wniosków. Niby fachura, a nie wie, że pociągi na zdjęciach się nie ruszają…

Tyle tytułem komentarza do kolejnego sowieckiego „sukcesu”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutki dzisiejszego ataku na Kijów. Wrzucam jako przeciwwagę dla obrazków z Moskwy/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Szczerbata

Dziś w nocy doszło do kolejnego uderzenia rakietowego na Ukrainę. Według danych obrońców, rosjanie użyli 30 pocisków manewrujących, wystrzelonych z samolotów i okrętów. Widać wyraźnie, że na przestrzeni ostatnich kilkunastu dni moskale zintensyfikowali działania – atakują w zasadzie noc po nocy, mniejszą liczbą rakiet niż podczas zimowej ofensywy powietrznej, za to częściej (wówczas interwały między poszczególnymi napadami sięgały dwóch tygodni). Widać też, jakie są ich dwa zasadnicze cele – po pierwsze, zmierzają do obezwładnienia baterii patriotów, słusznie zakładając, że stanowią one poważne zagrożenie. Po drugie, chcieliby sparaliżować ukraińską logistykę, a więc docelowo skomplikować sytuację armii ukraińskiej przed spodziewaną kontrofensywą. Dlatego atakują miejsca rozpoznane jako składy materiałowe ZSU. Nie zawsze trafnie rozpoznane i czasem niecelnie porażone – stąd doniesienia o zniszczonych obiektach niemilitarnych i poszkodowanych cywilach. Tym niemniej jakieś sukcesy mają – w Chmielnickim i Mikołajewie puścili z dymem poważne zapasy amunicji, zdaje się, że i w Odessie coś trafili. Za to na odcinku „wojny z patriotami” poważnych sukcesów brak – wyrzutnia trafiona przedwczoraj odłamkami (spadających, zestrzelonych wcześniej rakiet) wróciła już do służby.

Ukraińcy twierdzą, że zestrzelili dziś 29 z 30 rakiet. Nie mam powodów, by nie wierzyć, że istotnie zdjęli taką właśnie liczbę pocisków. Z biegiem czasu jednak przekonałem się, że obrońcy nagminnie – celowo bądź nie – nie doszacowują skali rosyjskich uderzeń. Rozmiary zniszczeń wywołanych przez kolejne fale ataków nie współgrają z raportowaną skutecznością ukraińskiej OPL. Składu amunicji w Chmielnickim nie mogły zniszczyć spadające odłamki trafionej rakiety, uszkodzenia infrastruktury energetycznej z czasów zimowych napadów były regularnie większe, niż wynikałoby z oficjalnych raportów. Niezestrzelone pięć rakiet nie mogło trafić w dziesięć celów (wybaczcie ten poziom ogólności, ale nie zamierzam dostarczać konkretów rosyjskiej propagandzie).

„Dziś pewnie znów uderzą”, pisze do mnie znajoma z Kijowa. Zapewne tak – rosjanie muszą zniszczyć patrioty także z powodów ściśle propagandowych (by wykazać wyższość swoje super-broni nad zachodnią). Z przyczyn wybitnie pragmatycznych i związanych z „być albo nie być” w Ukrainie, będą dążyć do osłabienia ukraińskiej armii. Na froncie idzie licho, ale przewaga w strategicznych środkach bojowych pozwala im na uderzenia w zaplecze. Gdy przeciwnika nie da się zdzielić w twarz, można skorzystać ze sposobności, by włożyć mu nóż w plecy.

Czy Ukraińcy mogą coś z tym zrobić? Zrobili, ile mogli. Atakując dronami lotniska rosyjskich bombowców strategicznych, przegonili je w głąb rosji. Przy okazji – tupolewy przy granicy z Finlandią i Norwegią to nie jest rosyjski pokaz siły i szantaż wobec NATO, a wyraz słabości w konfrontacji z Ukrainą. Na północy samoloty są bezpieczniejsze – ot i cała tajemnica przebazowania. Topiąc krążownik „Moskwa” i wysycając wybrzeże Morza Czarnego rakietami przeciwokrętowymi, Ukraińcy zmusili rosyjską marynarkę do operowania z głębi akwenu. I owszem, ratuje ich to przed desantem morskim (na przykład Odessy, co zakładały pierwotne rosyjskie plany inwazyjne), lecz w perspektywie ataków rakietowych pozostaje bez znaczenia. Strzelane z okrętów floty czarnomorskiej kalibry bez trudu pokonują dodatkowe kilometry. Zysk jest w odniesieniu do bombowców, które muszą przebyć dodatkowe odległości, liczone w setkach kilometrów, aby dokonać zrzutu rakiet. Ukraińcy mają więc nieco więcej czasu, aby uaktywnić systemy obronne i poinformować cywilów o zagrożeniu (o każdorazowych startach rosyjskich bombowców informuje Kijów NATO; dane pochodzą z bieżącego monitoringu i są przekazywane w czasie rzeczywistym).

Wciąż zatem mamy do czynienia z rażącą asymetrią możliwości. I nie da się jej znieść bez pozbawienia rosji lotnictwa strategicznego i floty czarnomorskiej. Ukraińcy nie mają sił i środków, by tego dokonać, NATO – owszem i to przy zaangażowaniu nieznacznej części potencjału. Ale…

Ale rosja jest jak szczerbaty łobuz. Nie ma połowy zębów, mimo to nadal może gryźć. Z dużym prawdopodobieństwem użre, jeśli dostanie w szczękę i straci dodatkowe kły – użre, póki będzie mogła gryźć. Odchodząc od nieprecyzyjnej analogii – w odpowiedzi przeprowadzi na przykład ograniczone uderzenie nuklearne (na Ukrainę bądź któryś z krajów Sojuszu), wyraźnie sygnalizując wolę deeskalacji („oddaliśmy, ale więcej bić nie będziemy, jeśli tylko wy dacie spokój”). Zachód nie chce podejmować takiego ryzyka, stąd samoograniczający się charakter pomocy dla Ukrainy, wykluczający pełne zaangażowanie.

Nie sądzę, by cokolwiek w tej materii się zmieniło.

Czyli Ukraina jest skazana na rosyjskie ataki rakietowe i ich dewastacyjne skutki? Nie. Przedwczorajsza bitwa nad Kijowem wykazała ogromną skuteczność zachodnich systemów przeciwlotniczych. Stopniowo zastępują one zużywające się poradzieckie systemy i dają Ukraińcom nowe, większe możliwości. Ale tych patriotów (i innych) musi być więcej. Kijów jest dziś chyba najlepiej chronionym na wypadek zagrożeń z powietrza miastem w Europie – niech pozostałe ukraińskie aglomeracje zbliżą się do takiego poziomu. Niech rosjanie rzeczywiście tracą 90-95 proc. wystrzeliwanych rakiet. Oczywiście, to będzie kosztować. Od kiedy odeszliśmy od kija i zaczęliśmy intencjonalnie wytwarzać broń, staje się ona coraz droższa. Dziś jest koszmarnie droga, a na szczycie kosztów i kosztochłonności znajdują się systemy OPL.

Tylko czy kilkanaście miliardów dolarów, no dobra, małe kilkadziesiąt, to naprawdę dużo? Wsparcie dla Ukrainy to 2 proc. budżetów obronnych krajów NATO. Promile całościowych budżetów. Tymczasem rosyjskie wydatki na obronność w styczniu i lutym br. stanowiły aż 36 proc. wszystkich wydatków budżetowych Rosji – i to w obliczu spadku dochodów. Reżim putina przeznaczył na armię prawie cztery razy więcej pieniędzy niż na potrzeby „gospodarki narodowej” i prawie dwa razy więcej niż na cele socjalne – podaje agencja Reutera, w oparciu o oficjalne rosyjskie dane. Przychody rosji z eksportu ropy i gazu spadły w okresie styczeń-kwiecień o 52 proc. rok do roku. Wydatki budżetu wzrosły o 26 proc. – przede wszystkim z powodu toczonej wojny. Deficyt budżetowy pod koniec kwietnia wynosił 3,4 bln rubli (45 mld dol.) i już dawno przekroczył całoroczny plan (2,9 bln rubli). Większość rosjan jest na garnuszku państwa – póki dostają wypłaty i emerytury, póty będą siedzieć cicho. Ale co zrobią, gdy pojawią się zatory?

Jak już kiedyś pisałem, wojny to domena księgowych – wygrywa je ten, kogo stać na więcej. Ukraina jest biedna jak mysz kościelna, ale stoi za nią nieprawdopodobnie bogaty Zachód. A rosyjskiego szczerbatego łobuza wkrótce nie będzie stać na dentystę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Eksplozja w Chmielnickim, kadr z monitoringu