Dostawcy

Strzelanie z moździerza nie wydaje się skomplikowane. Ot, wystarczy wsunąć pocisk do rury. Moździerz to broń ładowana od góry, zatem po wpuszczaniu granatu do lufy, osuwa się on i uderza spłonką w iglicę. Tak powstaje płomień, który zapala proch znajdujący się w ładunku zasadniczym pocisku. Następnie zapalają się ładunki dodatkowe, a wytworzone ciśnienie gazów wyrzuca granat z lufy. Czy coś może pójść nie tak?

Ano może, o czym regularnie przekonują się rosyjscy artylerzyści.

Kilkanaście dni temu do sieci wypłynął filmik ilustrujący jedną ze zmór armii putina. Kadr otwierający przedstawia załadunek wspomnianego granatu. Oczekujemy na wystrzał, ten nie następuje. Dwóch żołnierzy z obsługi chwyta moździerz, przechylają lufę, felerny pocisk spada na ziemię. I tak trzy razy, poprzedzone wcześniejszymi próbami, bo odłożonych na plandekę niewypałów widzimy dużo więcej. Materiał wieńczy konkluzja, wedle której północnokoreańska amunicja jest do niczego. „Takim gównem musimy tu walczyć”, skarży się jeden z udostępniających filmik blogerów militarnych.

—–

Pod koniec lata 2022 roku amerykańskie media donosiły, że Moskwa chciałaby kupować amunicję artyleryjską w Korei Północnej i Iranie. Wtedy ów ruch wydawał się niezrozumiały. Przed 24 lutego 2022 roku rosyjskie zasoby amunicji artyleryjskiej szacowano na co najmniej 15 mln sztuk, moce produkcyjne na 1,5 mln rocznie*. „Wystarczyłoby nie tylko na Ukrainę”, przewidywali analitycy, którzy nie docenili niekompetencji i taktycznej impotencji rosjan.

Generałowie putina już wiosną 2022 roku dali sobie spokój z wojną na zachodnią modłę – której nie potrafili prowadzić – i wrócili do sowieckich wzorców. „Walec artyleryjski” – wypluwający dziennie nawet 60 tys. pocisków – miał złamać ukraińską obronę. Nie złamał, a gdy jesienią 2022 roku na front zaczęły docierać pociski z głębokich magazynów w rosji, duża ich część – z uwagi na wieloletnie składowanie w fatalnych warunkach – do niczego się nie nadawała. Wielomilionowy zapas okazał się pozornym bogactwem, stąd konieczność zwrócenia się do sojuszników federacji.

Tyle że sojusznicy, przynajmniej ci koreańscy, wysłali rosji jeszcze gorszej jakości produkt.

Jak dotąd rosjanie otrzymali od Koreańczyków co najmniej milion pocisków artyleryjskich. Niezależny portal Moscow Times podaje, że z powodu fatalnej jakości prochu, „kim-amunicję” stosuje się tylko w sytuacjach, gdy „precyzja pocisku, a nawet samo wystrzelenie go z lufy mają najmniejsze znaczenie” dla działań bojowych. Innymi słowy, gdy strzela się „dla huku” i wypełniania norm. Zwłaszcza że realny zasięg pocisków z Korei jest niemal dwa razy mniejszy niż w przypadku amunicji produkowanej w rosji.

Warto też wspomnieć o innym „darze” Kim Dzong Una – rakietach balistycznych krótkiego zasięgu. Kilka tygodni temu rosjanie ostrzelali nimi Charków. Nie wiemy nic o niewypałach, ale sądząc po miejscach upadku rakiet (mocno przypadkowych), ich precyzja pozostawia wiele do życzenia. Niestety, mówimy o broni wykorzystywanej do rażenia obiektów znajdujących na obszarach zurbanizowanych, co oznacza, że choć felerna, i tak robi krzywdę – głównie cywilom…

Właśnie w takim celu, w tym przypadku zupełnie świadomie, moskale posługują się systemem uzbrojenia od innego sojusznika – Iranu. Ale drony Szahid przeznaczone są nie tylko do atakowania budynków mieszkalnych i terroryzowania ludności cywilnej. Wysyłane nad Ukrainę falami – po kilkanaście-kilkadziesiąt sztuk – mają też absorbować uwagę i środki ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, „zmęczyć ją” przed uderzeniami z użyciem pocisków manewrujących.

Dodajmy do tego zestawienia komercyjne drony, masowo kupowane przez rosjan w Chinach, następnie przerabiane do celów wojskowych (zwykle poprzez dodanie ładunku wybuchowego). Tak zyskujemy pełen ogląd prorosyjskiej osi zła, choć gwoli rzetelności warto zauważyć, że chińskie bezpilotowce kupują też Ukraińcy (i proukraińscy wolontariusze), Pekin zaś formalnie nie udziela Moskwie wsparcia militarnego.

—–

Ale rosja czerpie także z innych źródeł – jawnie jej nieprzychylnych. W czerwcu 2022 roku pojawiły się doniesienia o zachodnich komponentach znalezionych m.in. w radiostacjach, dronach, czołgach, systemach OPL oraz pozostałościach pocisków manewrujących. Większość z nich pochodziła z USA, więc tamtejsza FBI wszczęła dochodzenie, by ustalić, czy części trafiły do rosji przed 2014 rokiem – kiedy zaczęto wprowadzać na Moskwę pierwsze sankcje – czy po tej dacie, zwłaszcza po wybuchu pełnoskalowej wojny. Nie znamy dokładnych ustaleń śledztwa, wiemy jednak, że jego efektem były rekomendacje dotyczące uszczelnienia reżimu sankcyjnego.

Przypomnijmy, począwszy od aneksji Krymu i Donbasu, na federację nałożono prawie 18 tys. ograniczeń. Tym samym rosja stała się najbardziej dotkniętym sankcjami krajem na świecie. Kierunek działań jak najbardziej zasadny, szczególnie w obszarze technologii wojskowych. Powiedzieć, że rosjanie „nie potrafią” w miniaturyzację układów elektronicznych, to jakby nic nie rzec. A problemem wciąż pozostaje niska kultura pracy i wykonania, co przy delikatnych produktach mści się znacznie szybciej niż przy topornych urządzeniach mechanicznych. Gdy w 2022 roku ukraińscy inżynierowie zbadali szczątki rakiet Ch-101, ich oczom ukazała się elektronika z lat 70. Za najnowszy uchodził system nawigacji PGI-2M, opracowany w 1977 roku – analogowy i zawodny. W tej sytuacji nie może zaskakiwać fakt, że większość Ch-101 wystrzelonych do celów w Ukrainie chybiła.

Ale Moskwa nie zamierzała oddać się bezczynności. Świadoma, że bez zachodniego „wsadu” ani rusz, zaczęła szukać luk prawnych i korytarzy transportowych, które pozwoliłby obejść ograniczenia eksportowe i zakazy korporacyjne. Efekt? Najnowsze partie rakiet są coraz mniej „rosyjskie”. W szczątkach oraz wrakach niedolotów (rakiet, które spadły na ukraińskim terytorium i nie eksplodowały) roi się od zachodnich części. W zbadanych Ch-101 znaleziono 53 komponenty elektroniczne wyprodukowane przez zagraniczne firmy, głównie mikroukłady i chipy. W wystrzeliwanych z okrętów Kalibrach – 45 „obcych” podzespołów elektronicznych. W hipersonicznych Kindżałach („anałogach-w-miru-niet!”) – 48. Wszystkie o kluczowym znaczeniu. 81 proc. z nich pochodziło z USA, 8 proc. ze Szwajcarii, po 3,5 proc. z Niemiec i Japonii.

– Mamy świadomość, że produkowane u nas części trafiają do rosji – przyznał niedawno koordynator ds. sankcji w Departamencie Stanu USA, Jim O’Brien. – Europejskie firmy sprzedają te materiały innym krajom, które następnie odsprzedają je rosji.

Pośrednicy pochodzą zwykle z Chin, Turcji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Aby pokrzyżować im szyki, w grudniu 2023 roku Joe Biden podpisał rozporządzenie umożliwiające wprowadzenie sankcji przeciwko bankom z krajów trzecich, zamieszanym w sprzedaż zakazanych materiałów rosyjskiej zbrojeniówce. Czas pokaże, czy mechanizm sankcji wtórnych sprawdzi się w działaniu.

[*] Milion pocisków nowych i 500 tys. uzyskanych po regeneracji starej amunicji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Trafiony szahidem hotel „Alfa” w Kijowie/fot. własne

Tekst, w nieco inne formie, ukazał się pierwotnie w portalu Interia.pl

Paliwo

Na szybciutko, bo praca nad książką wzywa (ale i tak wrzucę dziś wieczorem, najdalej jutro rano większy materiał).

Zakończył się kolejny duży rosyjski atak rakietowy na ukraińskie miasta. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na dwie sprawy. Po pierwsze, Ukraińcy raportują zestrzelenie wszystkich 10 użytych przez rosjan hipersonicznych pocisków rakietowych Kindżał. Można mieć zastrzeżenia co do jakości ukraińskiej sprawozdawczości, ale w przypadku kindżałów Ukraińcy dokładają wszelkich starań, by udokumentować swoje sukcesy. Poza kwestiami typowo propagandowymi, może to mieć związek z tym, że z hipersonikami walczą amerykańskie patrioty, a rzetelna ocena skuteczności własnych systemów leży w interesie USA. Dodajmy przy tym, że kindżałowe anałogi-w-miru-niet mierzą się ze starszymi generacjami patriotów; tyle w kwestii rzekomej niezawodności raszystowskiej superbroni.

Druga sprawa ma związek z działaniami podjętymi w Polsce. Najpierw zacytuję komunikat Dowództwa Operacyjnego: „Informujemy, że obserwowana jest intensywna aktywność lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej, która związana jest z wykonywaniem uderzeń na terytorium Ukrainy. W celu zapewnienia bezpieczeństwa polskiej przestrzeni powietrznej aktywowano dwie pary myśliwców F-16 oraz sojuszniczy tankowiec powietrzny. Około godziny 5.45 wystartowała amerykańska para stacjonującą w bazie w Łasku, a około godz. 6.15 polska para z bazy w Krzesinach”.

Po co podnoszono F-16? Poza show of force, chodzi o bardzo pragmatyczny cel – rozpoznanie. Wykorzystanie radarów efów szesnastych do śledzenia ewentualnych zbłąkanych rakiet. Także ich zestrzelenia, gdyby zaszła taka konieczność (i doszło do wzrokowej identyfikacji celu).

A po co tankowiec? Po to, by samoloty maksymalnie długo przebywały w powietrzu. Nawet podczas pobierania paliwa, radary efów pozostają aktywne.

Tankowce są zatem niezbędnym elementem takich akcji – w gruncie rzeczy rutynowych, gdy za miedzą toczy się pełnoskalowy konflikt. Dziś nad Polskę przyleciał tankowiec z Wielkiej Brytanii. Udało się to spiąć w czasie (działania par myśliwskich i tankera), co nie zmienia faktu, że byłoby dużo prościej, gdyby maszyna tego typu stacjonowała w Polsce. Najlepiej była polska, czy należała m.in. do Polski. Niestety, Antoni Macierewicz – będąc ministrem obrony narodowej – wypisał nas z programu MRTT Fleet (ang. Multinational Multi-Role Tanker Transport), wielonarodowej flotylli tankowców/transportowców. Własnych samolotów też nie kupiliśmy, bo pieniądze na ten cel zostały przeznaczone na maszyny dla vipów.

A vipowska salonka paliwa nie poda.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tanker podczas podawania paliwa/fot. Airbus

Napinka

Mimo upokarzającej kampanii w Ukrainie, jej bolesnych politycznych i ekonomicznych reperkusji, putinowska rosja nadal próbuje stworzyć wrażenie, że jest supermocarstwem. Że stać ją, i ma ku temu środki, na adekwatne reagowanie w globalnej rozgrywce światowych graczy. Efekty są… śmieszno-straszne czy wręcz żałosne.

Nim powiodę Was ku tej konkluzji, rzućmy okiem na Morze Czerwone. Operuje tam amerykański niszczyciel USS Carney z V Floty Stanów Zjednoczonych. Tylko 19 października 2023 roku okręt ów zniszczył cztery pociski manewrujące i 15 dronów wystrzelonych z Jemenu na Izrael. Szyici z terrorystycznej organizacji Huti jasno opowiedzieli się po stronie Hamasu i od kilku dni usiłują wesprzeć go z oddali. Amerykanie, którzy mają wobec Żydów zobowiązania sojusznicze, neutralizują zagrożenie z tego kierunku. Temu służy obecność USS Carney i innych jednostek na północnym akwenie Morza Czerwonego.

W tym samym celu – by zneutralizować ewentualne ataki na Izrael innych arabskich czy szerzej, muzułmańskich państw lub organizacji – Waszyngton pchnął na wschód Morza Śródziemnego dwie grupy lotniskowcowe, wchodzące w skład VI Floty. Tak ogromnej koncentracji amerykańskich sił morskich na Bliskim Wschodzie nie było od wielu lat. USA, odkąd uniezależniły się od bliskowschodniej ropy, mocno ograniczyły obecność wojskową w regionie. Świat już do tego przywykł, a tu nagle taka demonstracja…

Uaktywniła ona władimira putina. „Na moje polecenie rosyjskie siły powietrzne i kosmiczne rozpoczynają stałe patrolowanie w neutralnej strefie przestrzeni powietrznej nad Morzem Czarnym. A nasze samoloty MiG-31K są uzbrojone w kompleksy Kindżał”, odgrażał się wojenny zbrodniarz z Kremla na konferencji prasowej z 18 października br. Zapewniał przy tym, że nie miał wyjścia, że to wina Stanów Zjednoczonych, które „ściągnęły dwie grupy lotniskowców na Morze Śródziemne”. „To nie jest groźba, ale będziemy sprawować kontrolę wizualną, za pomocą broni, nad tym, co dzieje się na Morzu Śródziemnym”, dodał. Ze zdjęć satelitarnych wynika, że na Krym przebazowano cztery samoloty MiG-31K. Stacjonują one na lotnisko Belebek i rzeczywiście przenoszą kindżały.

Hipersoniczne Ch-47M2 zaprojektowano do niszczenia grup lotniskowcowych – przy założeniu, że przeznaczone do tego celu kindżały będą przenosić głowice jądrowe (gwarantujące odpowiednią siłę eksplozji). Rakiety mają zasięg dwóch tysięcy kilometrów, przenoszące je migi dysponują radarem, który „widzi” na odległość ponad 300 km. Operując wyłącznie nad Morzem Czarnym rosyjskie maszyny mogą zaobserwować niewielką część aktywności (i to tylko lotniczej) amerykański floty. Pamiętajmy jednak, że MiG-31 dostosowano do bieżącej wymiany danych z rozpoznania satelitarnego, de facto więc mogą „widzieć” więcej i czysto teoretycznie stanowią zagrożenie dla lotniskowców US Navy. Teoretycznie, bowiem nie ma jasności, czy przebazowane na Krym maszyny noszą kindżały z głowicami jądrowymi. Ponadto Ch-47M2 – wbrew twierdzeniom rosyjskiej propagandy – wcale nie okazał się cudowną bronią. Mimo iż pędzi toto z prędkością ponad 10 tys. km/h, w ostatniej fazie lotu i tak mocno zwalnia, wystawiając się na łup obrony przeciwlotniczej. W maju br. Ukraińcy udowodnili, że kindżały można zestrzeliwać. Co więcej, uczynili to przy użyciu starszych generacji wyrzutni i pocisków Patriot. Obrona przeciwlotnicza amerykańskich grup lotniskowcowych ma tymczasem znacznie większe możliwości.

Problemem są też same migi. Najmłodsze maszyny tego typu liczą sobie 28 lat. Dla samolotów bojowych to taki wiek średni, pod warunkiem, że przechodzą regularne remonty i modernizacje. Tymczasem po zakończeniu produkcji seryjnej MiG-ów-31 w 1994 roku, rosyjski przemysł zaprzestał wytwarzania wielu kluczowych elementów samolotu, które umożliwiałyby ich długofalową i sensowną eksploatację. W efekcie rosjanom pozostała w służbie niecała setka maszyn, drugie tyle, formalnie w rezerwie, faktycznie służy za rezerwuar części zamiennych. Z tych latających zaledwie kilkanaście to maszyny w wersji K, przystosowane do przenoszenia kindżałów. A wszystkie nominalnie sprawne „trzydziestki-jedynki” co rusz trapią mniej lub bardziej poważne usterki (zwłaszcza silników). Tylko w minionym roku na ich skutek moskale utracili w wypadkach aż cztery MiG-i-31. Tak wynika z oficjalnych danych, a przecież poważnych zdarzeń lotniczych mogło być – i zapewne było – znacznie więcej. Jest zatem MiG-31 „dobrem rzadkim”, a zarazem kłopotliwym, obarczonym wymogiem bardzo oszczędnej eksploatacji.

Tak jak kłopotliwa jest dla rosjan aktywność ukraińskiego lotnictwa i sił specjalnych, które wielokrotnie już udowodniły, że atakowanie infrastruktury wojskowej na Krymie leży w ich zasięgu. Że rosyjska OPL bywa w obliczu tych uderzeń często po prostu bezradna. MiG-i-31 na Krymie to dla Ukraińców wyborny cel, naiwnością byłoby zakładać, że nie spróbują ich zniszczyć. Zwłaszcza że „trzydziestki-jedynki” od początku inwazji terroryzują Ukrainę, wykonując naloty przy użyciu kindżałów wystrzeliwanych znad terytorium Białorusi. Kijów nie chce atakować rosyjskich baz w kraju łukaszenki, dlatego załogi MiG-ów-31 stacjonujące pod Mińskiem mogą czuć się bezpiecznie. W przypadku okupowanego Krymu sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Mało tego, teoretyczne, ale mimo wszystko jakieś tam zagrożenie dla własnej floty, może skłonić Waszyngton do pomocy Kijowowi w zaplanowaniu i przeprowadzeniu akcji zniszczenia migów.

Z czego putin musi sobie zdawać sprawę. A mimo to – wszystkich tych ewidentnych słabości i ryzyk – zdecydował się ogłosić światu, że jego lotnictwo rozpoczyna długotrwałe patrole „trzydziestek jedynek”. Boję się obstawiać, co nastąpi szybciej – czy kolejny wypadek miga czy ukraiński atak na ich bazę.

Tyle z tego napinania mięśni.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Kazimierzowi Mitlenerowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Marcinowi Pędziorowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Jackowi Madejowi, Łukaszowi Podsiadle, Arkadiuszowi Żmudzińskiemu, Andrzejowi Panufikowi, Jakubowi Szeptunowi i Grzegorzowi Zgnilcowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Niszczyciel USS Carney w akcji/fot. US Navy

„Terroryzm”

Gęsto nad Kijowem, gęsto nad Moskwą…

Nad ranem mieszkańcy rosyjskiej stolicy mieli okazję po raz pierwszy w pełni doświadczyć lęku, regularnie doznawanego przez kijowian od lutego ubiegłego roku. Oto bowiem na moskiewskim niebie pojawiło się co najmniej kilkanaście dronów (niektóre źródła mówią o ponad 30 maszynach). Nie była to pierwsza wizyta ukraińskich bezpilotników w tej części rosji, ale wcześniejsze przyloty (nie licząc ewidentnej rosyjskiej prowokacji z uderzeniami w Kreml) miały charakter rozpoznawczy bądź demonstracyjno-propagandowy („możemy wam wylądować, gdzie nam się żywnie podoba”, komunikowali ruskim Ukraińcy). Co najmniej dwa przypadki (z przełomu zimy i wiosny) użycia dronów bojowych z zamiarem uderzenia w cele w Moskwie zakończyły się niepowodzeniem – maszyny rozbiły się/zostały zestrzelone na odległych rubieżach metropolii. Dziś tymczasem wdarły się nad nią bez większych problemów, choć rzecz jasna ministerstwo obrony federacji raportuje sukces. Dzielna stołeczna OPL miała zestrzelić pięć bezpilotników, trzy pozostałe spadły na skutek generowanych przez rosjan zakłóceń.

Eksplozji było jednak znacznie więcej, niż by to wynikało z tego zestawienia, zatem twierdzenia o ośmiu dronach można włożyć między bajki. Chyba że spanikowana obrona posłała w niebo nieadekwatną liczbę rakiet (ładowała z czego i gdzie popadnie), które nie trafiwszy w cel, spaść gdzieś musiały (one, a raczej ich szczątki po samozniszczeniu). Miasto rozległe, więc efektowne upadki miały miejsce na jego obszarze.

Co ciekawe, większość wybuchów odnotowano w południowo-zachodniej części Moskwy, w tak zwanej Rublówce bądź jej sąsiedztwie. Już od czasów Stalina mieszka tam rosyjska elita polityczno-biurokratyczno-wojskowa, do której za Jelcyna i putina dołączyła śmietanka biznesowo-oligarchiczna. „Szyszki” zajmują zwykle okazałe rezydencje, pośledniej wagi personel mafijno-państwowej struktury zasiedla wielopiętrowe apartamentowce. Na ujawnionych w rosyjskich mediach zdjęciach i filmikach widać zniszczenia na górnych kondygnacjach jednego z takich budynków.

Ministerstwo obrony federacji orzekło, że takie działania „charakteryzują reżim kijowski jako międzynarodowych przestępców, których należy osądzić!”. Niejaki andriej kartapołow, szef komitetu obrony dumy państwowej, nazwał atak dronów „aktem zastraszania ludności cywilnej”. Zaś pieskow, rzecznik Kremla, był łaskaw zauważyć, że „kierowanie piekielnych maszyn na spokojne miasta jest nieludzkie”. Dodał przy tym, że ukraińskie uderzenie dronami było odwetem Kijowa za niedzielny atak rosji na jeden z – jak to ujął – „ośrodków decyzyjnych” w Ukrainie.

Cóż, atakowanie cywilów to istotnie terroryzm, ale nie sposób wykazać, że Ukraińcy takie intencje mieli. Tu zresztą sami rosjanie zapętlili się w swojej narracji, bo jeśli rzeczywiście wszystkie drony zestrzelili (sprowadzili na ziemię), to uszkodzenia budynków są efektem upadku szczątków (rakiet i bezpilotników), nie zaś celowych działań. Oczywiście, jest jeszcze kwestia „bezspornego ryzyka” – świadomości, że posłanie dronów musi wywołać reakcję OPL, a ta może przynieść straty uboczne; Ukraińcy tę świadomość mieli, ale u licha, nie oni tę wojnę zaczęli i nie można od nich oczekiwać, że będą siedzieć z założonymi rękoma, gdy rosja – dzień po dniu – bombarduje ich miasta, zupełnie nie przejmując się losem cywilów. Jako ci cywilizowani, winni Ukraińcy redukować ryzyko ofiar pośród ludności cywilnej, nie tylko własnej, ale i wrogiej. I generalnie tak się dzieje, także w tym konkretnym przypadku. Przynajmniej część dronów wysłanych nad Moskwę nie była uzbrojona. One miały tylko przelecieć nad rosyjską stolicą – zwłaszcza jej „wrażliwą” częścią – by wywołać u rosjan odpowiedni efekt psychologiczny. Wystraszyć, zasiać (kolejne!) ziarno wątpliwości w możliwości reżimu, który obiecuje poddanym bezpieczeństwo.

Kropla drąży skałę – w którymś momencie rosjanie mogą porzucić schemat funkcjonowania niewolnika i nie wybaczyć władzy kolejnej wpadki. Albo władza może w reakcji popełnić jakiś kardynalny błąd. Za dobrą analogię może tu posłużyć rajd Doolittle’a – przeprowadzony 18 kwietnia 1942 roku pierwszy nalot bombowy na terytorium Japonii podczas II wojny światowej. Wykonano go na granicy możliwości technicznych amerykańskiej marynarki (kwestia zasięgu startujących z lotniskowca samolotów), siłą zaledwie 16 maszyn. Zrzucone wówczas bomby wyrządziły Japończykom symboliczne szkody, ale szok wywołany atakiem był tak powszechny i tak silny, że wymusił na japońskim kierownictwie tragiczną w skutkach decyzję o ataku na wyspę Midway. Przypomnijmy, cesarska flota, zwłaszcza zaś lotnictwo pokładowe, dostała tam wpierdziel, z którego już nigdy się nie podniosła.

Ukraińcy właśnie udowodnili, że mają zdolność głębokiej penetracji rosyjskiego zaplecza. A dron śmigający nad Rublówką to nie to samo, co bezpilotnik uderzający w skład paliw w Chujrzecku czy innej ruskiej pipidówie. Zapewne więc usłyszymy jeszcze o kolejnych dronach nad Moskwą, testujących rosyjskie nerwy i stołeczną OPL.

Jak na razie jednak trwa testowanie kijowskiej obrony powietrznej – kolejna noc i poranek upłynęły w ukraińskiej stolicy pod znakiem rosyjskich uderzeń rakietowo-dronowych. Widać, że moskale starają się przeciążyć ukraińskie systemy obronne. Sądząc po propagandowych doniesieniach, już ten cel osiągnęli. Jeden z „dowodów” szerują od wczoraj (pro)rosyjskie konta, także w naszej info-sferze. Składają się nań zdjęcia satelitarne lotniska Żuliany w Kijowie, gdzie mają stacjonować przekazane Ukraińcom patrioty. Pierwsza fotografia jest z 15 maja, druga rzekomo z 18-ego – ich porównanie pozwala niby dostrzec efekty rosyjskiego uderzenia rakietami Kindżał, do którego doszło 16 maja. Mowa o „dwóch lejach o promieniu kilkudziesięciu metrów”, z których jeden to skutek bezpośredniego trafienia w wyrzutnię Patriot. No więc krzywię usta ze śmiechu, przyglądając się tak niepełnosprytnej próbie konfabulacji. Obejrzyjcie oba zdjęcia jedno po drugim – widzicie to, co ja? Tę samą fotografię, poddaną słabiutkiej obróbce (filtr na jednej odsłonie, „wyciągnięte” piksele w miejscach rzekomych trafień w drugiej). Urzekł mnie zwłaszcza pociąg po lewej – trzy dni minęły, a on wciąż w tym samym miejscu. „Nie drgnął, kurwa, nawet o metr”, zauważył jeden z moich kolegów, biegły w wyciąganiu wywiadowczych wniosków. Niby fachura, a nie wie, że pociągi na zdjęciach się nie ruszają…

Tyle tytułem komentarza do kolejnego sowieckiego „sukcesu”.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Skutki dzisiejszego ataku na Kijów. Wrzucam jako przeciwwagę dla obrazków z Moskwy/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Niepożądany

Jeszcze w nawiązaniu do poprzedniego wpisu.

Dowództwo ukraińskich sił powietrznych nie potwierdza zestrzelenia pocisku hipersonicznego Kindżał, do czego miało dojść 4 maja o 2.40 nad Kijowem. Tym samym zaprzecza doniesieniom uznanych ukraińskich dziennikarzy i ekspertów od wojskowości, co u zewnętrznego obserwatora może wywołać konfuzję. Oczywiście, nawet najlepsi spece, najlepiej poinformowani redaktorzy, mogą się mylić (mylić może się również piszący te słowa), ale i tak trudno oprzeć się wrażeniu, że coś dziwnego wydarzyło się w ukraińskim przekazie z ostatnich godzin. Informacja o zniszczeniu Kindżała – najprawdopodobniej przy użyciu wdrożonego właśnie do obrony stolicy systemu Patriot – nie pojawiłaby się w ukraińskich mediach ot tak. W realiach wojennej cenzury publikację takiego „hitu” z pewnością poprzedziło „zielone światło” z ministerstwa obrony albo innej ważnej instytucji. Wychodzi więc, że ktoś się zreflektował. Z jakichś powodów uznał, że nie czas i miejsce na ujawnianie informacji o incydencie, danych o nowych możliwościach ukraińskiej obrony przeciwlotniczej.

A może chodzi o to, że ów sukces mógłby przynieść niepożądane skutki? Kremlowska propaganda jest obecnie w rozpaczliwej sytuacji – „druga armia świata” nie może zdobyć powiatowego miasteczka, w rosji płoną składy paliw i rafinerie, na polityczno-wojskowej górze toczy się demoralizująca bijatyka lordów wojny (prigożyna, szojgu, gierasimowa). A 9 maja, dzień pabiedy – najważniejsze święto putinowskiej rosji – tuż za progiem. Jak się nie obrócić, dupa zawsze z tyłu, a tu jeszcze Kijów chwali się zestrzeleniem „niezestrzeliwalnej” wunderwaffe. To potencjalnie niebezpieczna sytuacja – analogia ze zbójem przypartym do muru pasuje jak ulał. Bo ów zbój mógłby powiedzieć „nie!”, udowodnić, że jednak dysponuje wunderwaffe, zrobić coś, co da się przedstawić jako sukces.

Nie wiem, ile jednocześnie Kindżałów mogą posłać rosjanie – cztery, sześć, dziesięć? Pewnie nie więcej, bo to kwestia operacyjnej gotowości nośników (samolotów), których za wiele nie mają. Ale dziesięć to i tak sporo, by „przetrenować” obronę przeciwlotniczą ukraińskiej stolicy. Patrioty są świetne, tyle że Ukraińcy nie mają ich za wiele. Mniejsza o liczbę wyrzutni, w pierwszym pakiecie pomocowym znalazło się zaledwie 100 antyrakiet. Oficjalnie, więc możemy założyć, że realnie było ich ze dwa razy więcej. I owszem, sojusznicy dostarczą kolejne, lecz nie dziś czy jutro. I zapewne nie przed tym cholernym 9 maja, który dyszy za plecami rosjan, wymuszając na nich desperackie działania. „Strącacie Kindżały? No to się przekonajmy…”.

Ukraińskie dowództwo widocznie nie chce się przekonywać. Salwa odpierająca atak znacząco uszczupliłaby arsenał, a i tak coś by się przedarło – taka jest „natura” zmasowanych ataków rakietowych.

Idźmy dalej. Choć w doniesieniach ukraińskich mediów wprost sugerowano, że zestrzelenie Kindżała to zasługa Patriotów, wcale tak być nie musiało. Nie dalej jak wczoraj ambasador Ukrainy w Tel-Awiwie Jewhen Korniczuk ujawnił, że Izrael dostarczył i rozmieścił w Kijowie system wczesnego ostrzegania. Jest on obecnie testowany, a pozwala na identyfikację rakiet i pocisków wszelkiego rodzaju oraz przewidzenie, gdzie dokładnie spadną. W oficjalnych doniesieniach nacisk położony jest na korzyści dla ludności – system zawęża zagrożony obszar, oblicza również czas na szukanie schronienia. Nie sposób tego zrobić bez solidnych komputerów balistycznych, których dane można wykorzystać także do aktywnej obrony. Wyliczanie trajektorii to wstęp do zniszczenia nadlatujących rakiet – tak działa słynna izraelska Żelazna Kopuła, której pasywne elementy – jak sądzę – znalazły się właśnie w Kijowie (choć nikt tego tak nie nazywa). Do czego zmierzam? Skoro izraelskie komputery balistyczne wpięto w system stołecznej OPL (a wpiąć musiano, jeśli trwają teksty), zestrzelenie Kindżała niekoniecznie jest zasługą amerykańskiej antyrakiety. Może hipersonika zdjął poczciwy sowiecki S-300, podrasowany możliwościami żydowskiej technologii?

By jeszcze bardziej pokomplikować sprawy – nie ma też jasności, czy na zaprezentowanych przez ukraińskie media zdjęciach widzimy wrak Kindżała czy innego rosyjskiego pocisku, Iskandera. Obie rakiety mają bardzo podobnie wyglądające głowice. Tyle dobrego, że w wymiarze propagandowym niewiele to zmienia. W ocenie rosjan bowiem, Iskander również miał być „niezestrzeliwalny”…

No, to namieszałem Wam trochę tym i poprzednim wpisem – i to w piątek. Wybaczcie, ale czasem tej wojny nie sposób opowiedzieć w klarowny sposób…

PS. (dopisane w sobotę rano): A jednak dowództwo ukraińskich sił powietrznych potwierdza – i zestrzelenie, i Patriota. Moim zdaniem, Ukraińcy uznali, że skoro mleko się rozlało, nie ma co iść w zaparte. Podważać wiarygodności własnej polityki informacyjnej.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. MiG-31 z podwieszonym Kindżałem/fot. domena publiczna