Ćma

Dzisiaj króciutko, bo zaraz wsiadam w auto i jadę na spotkanie autorskie na Śląsk Opolski. Pozwólcie, że wrócę do sprawy, którą zasygnalizowałem wczoraj w facebookowej rolce – nie wszyscy tam zaglądają, a rzecz warta jest tego, by Wam nie umknęła.

Otóż putin miał się w sierpniu pojawić na szczycie ekonomicznym państw BRICS. Skrót pochodzi od pierwszych liter nazw krajów: Brazylii, rosji, Indii, Chin i Południowej Afryki (ang. South Africa). BRICS nie jest sojuszem politycznym (na wzór Unii Europejskiej), ani stowarzyszeniem handlowym, nie ma również cech aliansu wojskowego. To luźne zrzeszenie, ale z ogromnymi aspiracjami – m.in. stworzenia nowego systemu walutowego, zwiększenia roli państw rozwijających się w światowych instytucjach finansowych oraz zreformowania ONZ. Innymi słowy, podważenia pozycji szeroko rozumianego Zachodu jako najważniejszego globalnego gracza. Wychodzi to „tak se”, no ale nie tym chciałbym się teraz zajmować.

BRICS w rosyjskiej propagandzie ma postać potężnego sojuszu, przy którym Unia Europejska czy NATO to karlejące byty. W przekazie Kremla, większość świata marzy o członkostwie w organizacji, w której rosja – co oczywiste – pełni rolę starszej siostry i lidera. Obecność rosyjskiej „głowy państwa” na szczycie BRICS byłaby zatem czymś absolutnie naturalnym i jak najbardziej pożądanym. A tu zonk – Międzynarodowy Trybunał Karny wydał za putinem nakaz aresztowania za zbrodnie wojenne w Ukrainie. Tymczasem RPA uznaje jurysdykcję MTK, co oznaczałoby konieczność aresztowania rosyjskiego prezydenta. O czym prezydent RPA poinformował moskali.

W odpowiedzi usłyszał, że zatrzymanie putina równałoby się z wypowiedzeniem wojny. I tu zrobiło się śmieszno-straszno. Bo wiadomo, wojna nie brzmi dobrze. Tylko jaka? Rozumiem, że rosja wysłałaby na ocean – indyjski i atlantycki – wszystkie swoje lotniskowce, by z ich pokładów przeprowadzić bombardowania i pod ich osłoną wysadzić potężny desant morski. Ale zaraz, przecież moskowia lotniskowców nie ma. To znaczy ma, jeden, „Admirała Kuzniecowa”, od lat stojącego w stoczni remontowej, gdzie zresztą spłonął, zatopił dok i bóg wie co jeszcze w nim i przez niego się popsuło. Ten lotniskowiec nawet w czasach swojej świetności budził raczej politowanie niż strach. Opalany mazutem kopcił jakby płonął, samolotów na pokładzie przenosił kilkanaście, zaś piloci tych maszyn często nie potrafili na nim lądować, co skończyło się kilkoma katastrofami. Taka to „projekcja siły”.

No ale ok, ma rosja jeszcze międzykontynentalne pociski rakietowe. Dziadostwo to może przelecieć i 11 tys. km, więc dałoby się porazić wrednych Afrykanów. Atomówkami? Tak od razu z najgrubszej rury?

Te pytania musieli zadawać sobie rosjanie, musiał też zastanawiać się nad tym putin. Bo ostatecznie, ćma bunkrowa, wydygał i stwierdził, że nigdzie nie pojedzenie. I na szczyt pośle przydupasa ławrowa. putin szczególnie mądry nie jest, ale ma dość oleju w głowie, by uświadomić sobie, że dla niego – w jego obronie – mogłyby te rakiety nie polecieć (a sam decyzji o ich wystrzeleniu podjąć nie może). Że w Moskwie raczej wykorzystano by okazję do zmiany reżimu. Ba, w ramach przewrotu ktoś pojedynczy pocisk mógłby i posłać – tak, by piekielny ogień pochłonął również samego putlera. A gość, mimo zaawansowanego wieku, śmierci boi się jak diabli. I tak jego lęki znów przełożyły się na blamaż rosji.

Raszan stronk pałer :D

—–

Wybaczcie frywolną formę, ale naprawdę rozbawiła mnie ta historia. Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. sam on(a), ćma bunkrowa/fot. kremlin.ru

Przyszłość

Pradziadek pracował w Dyrekcji Okręgowej Kolei w Toruniu – i 4 września 1939 roku, wraz z żoną i dwójką nastoletnich dzieci, wsiadł do pociągu, który ruszył w kierunku Kowla na Wołyniu. Ewakuacja przygranicznych urzędników państwowych i ich rodzin była obligatoryjna. Jak się później okazało, wiązała się nie tylko z koszmarem podróży pod ogniem niemieckich samolotów, ale także z innym ryzykiem. Niemieckie władze okupacyjne postanowiły bowiem ukarać uciekinierów – zarówno ze zorganizowanych, jak i spontanicznych ewakuacji – konfiskatą opuszczonych nieruchomości. Moja rodzina uniknęła tego losu i gdy pod koniec 1939 roku wróciła do Torunia, mieszkanie wciąż na nią czekało. Pradziad miał bohaterską kartę z czasów służby w armii cesarskiej na froncie zachodnim I wojny światowej – i to uratowało bliskich przed wywłaszczeniem.

Bombardowanie dworca w Kowlu to jedno ze wspomnień, które przekazała mi Babcia. Bardzo plastycznie opisywała podniebne „akrobacje” pilotów sztukasów. „Od tamtej chwili musieliśmy sobie radzić sami”, mówiła. 8 września zaplecze ewakuacji przestało działać, dziesiątki tysięcy ludzi rozproszyły się, szukając schronienia i pomocy na własną rękę. Nie tylko nie odbierano ewakuowanych, którzy dotarli do punktów zbornych. Liczne składy kończyły drogę w środku trasy, nierzadko gdzieś w polu. Tego samego dnia w Chełmie, podczas spotkania z pracownikami resortu komunikacji, jego szef płk Juliusz Ulrych, oznajmił: „mam w dupie całą tę ewakuację”. Sam, z rodziną, był bezpieczny, a 17 września – jak większość sanacyjnej władzy – zwiał do Rumunii.

„Moi” trafili na jakąś wołyńską wieś, której nazwy, niestety, nie poznałem. Nie dane im było zaznać spokoju. Po kilku dniach, nocą, musieli uciekać przed skrzykniętymi ad hoc bandami. We wiosce nie było już policji (uciekła), wojska nikt na oczy nie widział; upadek państwa polskiego sprowokował miejscowych Ukraińców do rozliczeń z Lachami. Dziś wiemy już, że była to zapowiedź krwawych porachunków, do jakich doszło na Wołyniu latem 1943 roku.

O czym wspominam nie tylko przy okazji okrągłej rocznicy. Po raz kolejny bowiem spotkałem się z następującą argumentacją: że nie miałbym proukraińskich sympatii, gdyby w mojej rodzinie było doświadczenie rzezi wołyńskiej. No więc jakieś było, wracające w postaci pełnych przerażenia relacji („nigdy się tak nie bałam, jak wtedy, leżąc w mokrym rowie” – Babcia). Przekładające się na niespecjalnie pielęgnowany, ale jednak istniejący ukraiński resentyment. Czy szerzej, obawę przed Wschodem jako takim, wzmocnioną wydarzeniami z 1945 roku – pełnym przemocy wobec cywilów przemarszem armii czerwonej przez Pomorze. Wyrosłem na tych uprzedzeniach i trzeba było własnych doświadczeń, bym przekonał się, czy są zasadne. Dziś jestem za Ukrainą i przeciw rosji niezależnie od tego, co spotkało moich bliskich. Niezależnie od tego, co wydarzyło się w relacjach polsko-ukraińskich przed laty. Historią niech zaopiekują się historycy, my zajmijmy się teraźniejszością i przyszłością. Gdzie zagrożeniem nie jest dla nas Ukraina i Ukraińcy, ale rosja i rosjanie.

Niektórym umyka, że Zachód, rozumiany przede wszystkim jako NATO, także był celem „specjalnej operacji wojskowej” – oczywiście pośrednim. W wymiarze geopolitycznym zajęcie i zwasalizowanie Ukrainy nie tylko fizycznie poszerzyłoby strefę wpływów rosji, ale stanowiłoby też ostrzeżenie. Pokazało krajom wschodniej Europy (i Azji Centralnej), czym kończy się próba „zerwania” z Moskwą. Również „stary” Zachód mógłby się przeląc. Jedną z reakcji obronnych na ekspozycję brutalnej siły jest wycofanie – w tym przypadku byłoby to zaprzestanie rozbudowy możliwości obronnych Sojuszu na wschodnich rubieżach. Bo czy dla Polski lub Litwy warto narażać się na wojnę z „nieprzewidywalną” rosją? Taka demobilizacja z czasem przyniosłaby demoralizację – świadomość występowania różnych kategorii członkostwa i nieoczywistego charakteru gwarancji bezpieczeństwa podważyłaby sens istnienia NATO. Mnóstwo wschodnich Europejczyków zaczęłoby zastanawiać się, po co być częścią „papierowego sojuszu”, gdy już sama przynależność naraża ich na gniewne reakcje potężnego sąsiada. Erozja dotknęłaby też zachodnioeuropejskiego „korzenia” NATO. Skoro jesteśmy tacy słabi, tamci zaś tak bardzo skłonni do ryzyka, może lepiej się z tym pogodzić? – kalkulowano by, mając rosjan za łobuzów, z którymi jednak nadal można robić niezłe interesy. Narrację w tym akapicie poprowadziłem w trybie przypuszczającym, ale mamy dość dowodów, by uznać, że tego właśnie pragnął putin, że ramy jego „wielkiego zwycięstwa” wykraczały daleko poza granice Ukrainy.

Wyszło jak wyszło. Dzięki determinacji Ukraińców, ale i samego Zachodu, pomysł zajęcia Ukrainy zasługuje dziś na miano mrzonki, a odradzające się NATO jest silniejsze niż dwa lata temu. Zaś putin najprawdopodobniej walczy o życie w swoim przegniłym królestwie, targanym wewnętrznymi napięciami wywołanymi fatalnie prowadzoną wojną. Ale rosji nadal nie rzucono na kolana, ba, Ukraina nie ma takiej siły, a Zachód intencji. Zatem niezależnie od tego, jak bardzo wynik tej wojny będzie niekorzystny dla Kremla, rosja przetrwa. Z takim czy innym reżimem. Dziś nikt rozsądny nie postrzega armii rosyjskiej jako zagrożenia dla NATO i stan ten potrwa jeszcze wiele lat po zakończeniu gorącej fazy wojny z Ukrainą. Rzecz w tym, by konieczność lizania ran zajęła moskalom jak najwięcej czasu. W idealnym układzie, także w obliczu innych problemów – demograficznych, ekonomicznych (które da się generować podtrzymując presję sankcyjną) – by już nigdy nie poczuli się dość silni do kolejnej rozgrywki va banque. Kluczem jest Ukraina – to ona może i za jej pośrednictwem można wybić rosjanom z głów rojenia o „należnej strefie wpływów”.

Strefie, w której znajduje się i Polska. Gdzie nie brakuje i zapewne nie zabraknie współczesnych Ulrychów – polityków, którzy w momencie zagrożenia będę mieli w dupie bezpieczeństwo współrodaków. Tak, Ukraińcy bronią nas i na okoliczność tej naszej słabości, także w tym sensie nasza przyszłość leży w ich rękach.

A propos przyszłości. Jutro zaczyna się szczyt NATO w Wilnie. Decyzje, o których zostaniemy poinformowani, zapewne już zapadły – oby oznaczały jak najefektywniejszą pomoc dla Ukrainy.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Mariuszowi Radomskiemu, Piotrowi Kamińskiemu, Janowi Tymowskiemu (za „wiadro kawy”) oraz Czytelnikowi Konradowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Ukraińcy skutecznie rozprawiają się z rosyjskimi rojeniami o „należnych strefach wpływów”/fot. Sztab Generalny ZSU

Ogień

Jutro pięćsetny dzień trzydniowej operacji specjalnej władmira putina. Dziś powszechnie nabijamy się z „geniusza geopolityki”, ale nie zmienia to faktu, że 500 dni temu poważni ludzie naprawdę sądzili, że rosjanom się uda. Dość wspomnieć gen. Marka Milley’a, najwyższego rangą amerykańskiego dowódcę. Na początku lutego 2022 roku, podczas niejawnego briefingu dla kongresmenów, ocenił on, że rosyjski pełnoskalowy atak na Ukrainę może doprowadzić do upadku Kijowa właśnie w ciągu trzech dni. Zginąć miało przy tym do czterech tysięcy rosyjskich i 15 tys. ukraińskich żołnierzy.

Jak zauważa prof. Taras Kuzio z Akademii Kijowsko-Mohylańskiej – w artykule opublikowanym w „Geopolitical Monitor” w listopadzie 2022 roku – przed inwazją większość zachodnich analityków militarnych twierdziła, że rosja pokona Ukrainę w ciągu dwóch-trzech dni. W związku z tym w środowisku podzielano opinię, że dozbrajanie zagrożonego kraju byłoby bezsensowne.

Tymczasem trzy dni minęły, a Ukraina nadal się broniła. „Pytanie nie brzmi: czy Kijów padnie, ale kiedy?”, zastanawiano się w CNN. Paski podobnej treści towarzyszyły wówczas programom wielu innych renomowanych stacji. Szacowni goście w studiach – mundurowi, cywilni specjaliści z naukowymi tytułami oraz wszelkiej maści znawcy rosji i wschodu – mieli poważne miny i kiwali smutno głowami. W tym czasie ukraińska armia kiwała rosyjską, a rosjanie przecierali oczy ze zdumienia.

Koncepcja „trzech dni” przeszła długą drogę między 2022 a 2023 rokiem, z obaw lub buńczucznych deklaracji zmieniając się w powód do wstydu. Zachód wstydzi się dziś swojej niewiary, rosja własnej słabości. Rosyjska propaganda wręcz wyparła się, że kiedykolwiek sugerowała szybkie zwycięstwo.

Obyśmy nie musieli czekać kolejnych 500 dni na definitywną rosyjską porażkę w Ukrainie.

—–

365 dni temu zamieściłem na profilu mapę pożarów w Ukrainie – załączam ją poniżej. To część globalnej, aktualizowanej na bieżąco mapy, czym zajmuje się amerykańska NASA w oparciu o obserwacje z kosmosu. Jak nietrudno się domyśleć, w przypadku Ukrainy przedstawia ona skutki samoistnych wypaleń substancji leśnej bądź celowych podpaleń niezwiązanych z wojną, ale w miażdżącej większości ilustruje ogień wywołany działaniami zbrojnymi. Dlatego rok temu na jej podstawie dało się wyznaczyć linię frontu. Czy dziś też można? Oczywiście – na najnowszym odczycie, także dołączonym do postu, widzimy wszystkie najbardziej zapalne punkty styku obu wojsk. Tam, gdzie Ukraińcy i rosjanie walczą, tam płonie przyroda i infrastruktura.

Mapa pożarów sprzed roku

Co ciekawe, duże skupisko pożarów występuje na wyzwolonych jesienią zeszłego roku obszarach obwodu chersońskiego. Nie ma tam ruskich, nie ma walk – skąd więc ów ogień? Część ognisk dotyczy terenów dotkniętych niedawną powodzią – także pod drugiej, „rosyjskiej” stronie Dniepru. To „ziemia opuszczona”, nie ma tam komu gasić, zatem zarzewia przekształcają się w poważne pożary. W marcu tego roku zjeździłem południe i centrum wyzwolonej części chersońszczyzny. To trudny teren z fatalnymi drogami, w dodatku solidnie przez wycofujących się rosjan zniszczony. Państwo funkcjonuje tam w formie szczątkowej, działania służb nakierowane są przede wszystkim na rozminowanie. Miny i niewybuchy mogą inicjować pożary, a zarazem utrudniać akcje ratownicze. Jako młody chłopak przyglądałem się gaszeniu pożaru na toruńskim poligonie artyleryjskim – odgłosy były przy tym iście frontowe i gdyby nie samoloty gaśnicze, ognia pewnie nie udałoby się opanować.

Mapa pożarów z dziś

Tyle dywagacji, wróćmy do tego, co widać. A w porównaniu z odczytem z minionego roku, gdzie czerwone kropki wręcz zlewają się w wielkie plamy, mapa pożarów z 7 lipca br. przywodzi skojarzenie z wysypką. Czy to znaczy, że na froncie toczone są mniej intensywne walki? Przeczą temu dostępne statystyki – rosjanie stracili przez sześć miesięcy tego roku 130 tys. zabitych i rannych, przez 10 miesięcy pierwszego roku wojny „tylko” 100 tys. Ukraińskich strat, jakkolwiek niższych (wedle danych amerykańskich: 150-170 tys. zabitych i rannych), również dotyczy tendencja wzrostowa. Co się zatem zmieniło? Ano nie ma rosyjskiego „walca artyleryjskiego”, wypluwającego dziennie po 50-60 tys. pocisków, z których każdy mógł zainicjować poważny pożar. Armaty wciąż grzmią, ale – zwłaszcza po stronie ukraińskiej, która wykazuje tak wysoką skuteczność w uśmiercaniu rosjan – jest to ogień rzadszy, za to precyzyjniejszy. Inna sprawa, że pola bitew coraz bardziej przypominają krajobrazy spod Sommy czy Verdun – co miało spłonąć, to już spłonęło…

—–

Pozostając w temacie palenia. W ostatnich dniach sporo mówi się o amunicji kasetowej, m.in. za sprawą raportu Human Rights Watch na temat jej użycia w Ukrainie. Zdaniem przedstawicieli HRW, rosja i Ukraina powinny zrezygnować z amunicji kasetowej, a USA „nie powinny dostarczać jej żadnemu państwu”. Tymczasem – jak donoszą media – w najnowszym amerykańskim pakiecie pomocy wojskowej mają się znaleźć pociski artyleryjskie tego typu.

Amunicja kasetowa może być wystrzeliwana nie tylko z dział, ale też z wyrzutni rakietowych bądź zrzucana z samolotów. Pojedynczy pocisk lub bomba zawiera kilkadziesiąt (niekiedy kilkaset) małych ładunków, gdy detonuje, rozsiewa je na dużym obszarze. „Deszcz ognia” jest niezwykle śmiercionośny, zwłaszcza w miejscach koncentracji „siły żywej”. Niestety, amunicja kasetowa zostawia po sobie wiele niewybuchów i dlatego jest niebezpieczna dla ludności cywilnej. W 2008 roku ponad 120 państw podpisało konwencję zakazującą jej użycia.

Obie strony konfliktu na wschodzie nie przystąpiły do tego porozumienia, więc ostrzeliwały się w sposób zgodny z prawem. Problem w tym, że Ukraińcy swoje zasoby już zużyli, stąd powtarzane od kilku tygodni prośby o dostawy z arsenałów NATO. Z nieformalnych informacji wynika, że spore zapasy amunicji kasetowej przekazał już Ukrainie Polska.

—–

Skoro zaś o Polsce w tym kontekście mowa. W 2019 roku opublikowałem powieść „Międzyrzecze”, która toczy się w realiach polsko-rosyjskiej wojny. Wtedy była to czysta fantazja – pełnoskalowy konflikt z ruskimi w 2020 roku – ale mnie dość trafnie udało się określić możliwości współczesnej rosyjskiej armii. Mniejsza o to, zainteresowanych odsyłam do lektury; rzecz w tym, że jest tam następujący fragment o użyciu amunicji kasetowej:

„(…) W powietrzu przeleciały dwa F-16. Samoloty pięły się w górę, wcześniej uwolniwszy spod siebie charakterystyczne zasobniki. Las w oddali, z którego kilkanaście minut wcześniej wyruszyli do ataku Rosjanie, zapłonął od gęstej serii stosunkowo niewielkich wybuchów. Ktokolwiek i cokolwiek znalazło w nim schronienie, właśnie spotkało się ze swoim przeznaczeniem.

‘Ha! A chcieli, żebyśmy się jej pozbyli…’ – Piotr miał na myśli amunicję kasetową, uznaną przez ONZ za broń niehumanitarną, w związku z czym wycofaną z arsenałów większości armii świata. Polska – podobnie jak USA, Chiny i Rosja – odmówiła podpisania konwencji w tej sprawie. „I bardzo dobrze!” – Kucharski zdał sobie sprawę, że rzadko miał okazję chwalić przezorność polityków i dowódców. ‘Płońcie, skurwysyny!’ – patrzył na ogarnięty coraz większą pożogą las. (…)”.

I tak to mniej więcej wygląda. Koncept „piekielny ogień w zamian za agresję” mnie nie oburza. A niewybuchy się uprzątnie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ukraińska artyleria na froncie/fot. Sztab Generalny ZSU

Cyjanek

Gen. Erwin Rommel, jeden z najbardziej utalentowanych niemieckich dowódców, nie doczekał końca II wojny światowej. Posądzony o wspieranie spiskowców – którzy 20 lipca 1944 roku usiłowali zabić Adolfa Hitlera w Wilczym Szańcu – zmuszony został do popełnienia samobójstwa. Generałowie Wilhelm Burgdorf i Ernst Maisel – wówczas adiutanci wodza III Rzeszy – dali Rommlowi wybór: publiczny proces, niechybnie zakończony karą śmierci lub „rozwiązanie honorowe”. 15 października 1944 roku „Lis pustyni” łyknął cyjanek. Pochowano go jak bohatera, kryjąc przed Niemcami prawdziwe okoliczności śmierci. Wymuszone samobójstwo było elementem szerszej całości – niezwykle krwawej zemsty, wymierzonej w zamachowców i podejrzanych o udział w spisku. Hitler żądał krwi, Heinrich Himmler wprawił w ruch maszynerię, która w dramatycznym dla Niemiec momencie wojny zdziesiątkowała korpus oficerski Wehrmachtu. Wojsko w jeszcze większym stopniu wpadło w łapy dyletantów (sam Himmler – niegdyś wiejski agronom – został dowódcą Armii Rezerwowej, potem dowódcą Grupy Armii Wisła). Czystki zaspokoiły mordercze pragnienia Hitlera, przyczyniły się do szybszego zakończenia wojny, a zarazem – na skutek prymatu fanatyzmu nad kompetencjami – do jej brutalizacji. Tyle że to spojrzenie post factum; z perspektywy ówczesnych Niemców rozprawa z puczystami była dowodem nieuchronności kary i niesłabnącej siły reżimu.

Po puczu prigożyna można było założyć, że podobny scenariusz zostanie zrealizowany w rosji. Działania szefa wagnerowców – jakkolwiek niewymierzone wprost w putina – miały wymusić zmiany na kluczowych stanowiskach. „Przy okazji” ujawniły dramatyczną słabość głowy państwa oraz samego państwa. Dobitnie unaoczniły niebezpieczną dla władzy cechę rosyjskiego społeczeństwa. W swoim ostatnim przemówieniu putin przekonywał, że rebelia załamała się dzięki „jedności społeczeństwa”. To kompletna bzdura, ale dla Kremla niezwykle istotny element propagandowej narracji. Reżim, by przetrwać, musi zachować pozory legitymizacji. „Drodzy rosjanie, zachowaliście się jak trzeba”, zapewnia zatem putin, a nawykli do konformizmu obywatele federacji nie będą przesadnie domagać się prawdy. Dla własnego dobra – wszak system jednak jakoś się trzyma – nikt publicznie nie przyzna się do własnej obojętności, tego charakterystycznego dla wydarzeń z soboty „wyjebania” na losy państwa i władzy. Ba, wielu uwierzy wręcz, że nagrania ilustrujące mieszkańców Rostowa nad Donem, którzy biją brawo zbuntowanym najemnikom, to fałszywki.

Ale fałszowanie historii to za mało – Kreml potrzebuje czegoś więcej, by utrzymać iluzję własnej sprawczości. I dlatego związani z władzą propagandyści rozsiewają już od kilku dni informacje o czystkach, jakie dotykają przede wszystkim armię. Ich ofiarą miał paść m.in. gen. siergiej surowikin, zastępca szefa sztabu generalnego, jeden z byłych dowódców specjalnej operacji wojskowej. Jak pisze Rybar, popularny rosyjski mil-bloger i były rzecznik prasowy ministerstwa obrony, czystka dotyka oficerów, którzy nie podjęli decyzji o zdecydowanym stłumieniu buntu. I fakt, surowikin nie pojawia się publicznie od soboty, w wypadku komunikacyjnym miał zginąć inny generał (związany z MSW), to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę żadnych czystek nie ma. Co więcej, prigożyn – „twarz” i narzędzie buntu – udał się na Białoruś, co większość komentatorów błędnie interpretuje jako oddanie się pod protekcję aleksandra łukaszenki. Tymczasem szef Wagnera przebywa w Mińsku pod ochroną dowódcy tamtejszego zgrupowania wojsk federacji gen. aleksandra matownikowa. Starego znajomego prigożyna, wywodzącego się z sił specjalnych. Więc może to i jest banicja, ale we „właściwym towarzystwie”.

Na razie to moje intuicje, lecz mam nieodparte wrażenie, że w rosji doszło do klinczu. putin pewnie by chciał krwawej zemsty i gdyby chodziło tylko o prigożyna, już by jej dokonał. Ale za szefem najemników stoją grube ryby w mundurach, które nie pozwolą się wyrżnąć – a przynajmniej na razie nie pozwalają. O łykaniu cyjanku nie ma więc mowy…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Gen. surowikin pierwszy po prawej/fot. Kremlin.ru

Skała

Czytelnicy pytają mnie, czy pucz prigożyna przełoży się na sytuację w Ukrainie. Zwykle w domyśle, ale czasem wprost wyrażając nadzieję, że docelowo przyniesie koniec wojny. Są pośród pytających i pesymiści, wieszczący eskalację (włącznie z opcją atomową). Wszystkim Wam odpowiadam uczciwie – nie wiem, naprawdę; pisanie jakichś scenariuszy byłoby dziś jak wróżenie z fusów, a tego wolałbym unikać. Zapewne w ciągu najbliższych dni lub tygodni zobaczymy, czy dojdzie do przetasowań w strukturach rosyjskiej władzy i armii. Przekonamy się, w jakim pójdą kierunku.

Rebelia wpisuje się w szerszy kontekst, jakim jest niemający związku z Ukrainą konflikt ośrodków władzy w rosji. Wywodzących się z FSB „bezpieczniaków”, z wojskowymi. Od ponad dwóch dekad rosją rządzą ci pierwsi – putin, sam niegdyś kagiebista i efesbek, jest ich patronem, choć jego status najprawdopodobniej uległ już poważnej erozji. W obozie „bezpieczniaków” są też ludzie z innych środowisk – szojgu, który nie miał związków z KGB/FSB, czy gen. gierasimow, zawodowy wojskowy, który raczej winien być po drugiej stronie sporu. No ale nie jest; od lat trzyma z frakcją „bezpieczniaków”, czemu zresztą zawdzięcza stołek szefa sztabu generalnego. Konflikt między oboma ośrodkami tlił się latami, a zaostrzył po inwazji na Ukrainę. Tę wojnę przygotowali ludzie FSB i to oni nią zarządzają, czyniąc to fatalnie, źle wykorzystując potencjał armii – tak widzą sprawy wojskowi. Niezależnie od ujawnionych w trakcie zmagań niekompetencji rosyjskiej kadry oficerskiej, coś na rzeczy jest. Dość wspomnieć, jak relatywnie nieduże siły rzucili rosjanie do walki 24 lutego ub.r. – żaden szanujący się wojskowy strateg tak by tego nie zaplanował.

No więc jedni wpakowali w wojnę drugich, jest między frakcjami kosa, a prigożyn – niczym użyteczny idiota – miał zamieszać w kotle. Przysłużyć się generałom i osłabić „bezpieczniacki” układ poprzez uwalenie szojgu i gierasimowa. Spektakularność puczu wywindowała bezpieczniacko-wojskowy konflikt na wyższy poziom. Po czymś takim nie ma powrotu do „normalnego” podgryzania, teraz czas na noże. „Bezpieczniacy” chcą czystek, ale czy armia da się zarzynać jak bezbronne zwierzę? W mojej ocenie, rosję czekają kolejne konwulsje, ale zwycięstwo żadnej ze stron nie gwarantuje zakończenia wojny. Wojskowi mogą w ramach racjonalnej kalkulacji zawiesić działania zbrojne – wycofać się, dać sobie czas na odbudowę armii i jej zdolności. Mogą też pójść w opcję eskalacji, brutalizując konflikt i angażując weń wszystkie dostępne zasoby (na przykład kosztem ochrony granic, ściągnąć do Ukrainy więcej żołnierzy). Dla „bezpieczniaków”, zwłaszcza zaś dla putina, ta wojna nie może się skończyć wynikiem, który rosjanie odebraliby jako upokorzenie. Co oznacza jej trwanie, z nadzieją, że Ukraina (i Zachód!) wreszcie pękną.

Na taki poziom ogólności mogę sobie pozwolić. Ale jednego już dziś jestem pewien – frakcyjne walki, zwłaszcza tak widowiskowe jak pucz (a niewykluczone, że dojdzie do kolejnych tego typu odsłon), rozsiewają wirus demoralizacji.

Pozwólcie, że dla lepszej ilustracji zjawiska zabiorę Was do Iraku, gdzie byłem późnym latem 2005 roku. Przez kilka wieczorów miałem okazję przyglądać się amerykańskim żołnierzom, gromadzącym się na posiłek w ogromnej stołówce bazy Echo w Diwaniji. W sali było kilka wielkoekranowych telewizorów, non-stop włączonych. W tamtym czasie południe Stanów pustoszył huragan Katrina, który najmocniej uderzył w Nowy Orlean. Dramat miasta był przedmiotem telewizyjnych relacji, młodzi jankescy żołnierze – zwykle obojętni na ruchome obrazki – oglądali je z ogromnym przejęciem. Zwłaszcza ciemnoskórzy i Latynosi, w czym nie było nic zaskakującego, wszak Orlean to jedno z „najczarniejszych” miast Ameryki. No więc przyglądałem się tym chłopakom i było mi ich żal, bo mierzyli się z dowodami totalnej nieporadności służb ratunkowych. Miasto umierało nie tylko z powodu niepohamowanej siły żywiołu, ale też na skutek zaniedbań władzy. Zainteresowanych odsyłam do tekstów poświęconych Katrinie, na użytek tego materiału wystarczy stwierdzenie, że byłem świadkiem sytuacji, w której żołnierze najpotężniejszego imperium w historii świata przecierali oczy ze zdumienia. Tak bardzo zaskoczył ich i rozczarował własny kraj.

– Co my tu, kurwa, robimy!? – usłyszałem w pewnym momencie. – Powinniśmy być tam, nie w tym jebanym Iraku…

Któregoś wieczoru nie było już komercyjnych stacji – wszystkie telewizory nadawały program wojskowy, w którym o Nowym Orleanie owszem, mówiło się, ale opowiadano tę historię poprzez budujące przykłady bohaterstwa ratowników czy samych mieszkańców.

– Cenzura – wyjaśnił mi menadżer stołówki. – Chłopcy mają dość zmartwień, by jeszcze przejmować się tym, co w Stanach.

Mówimy o armii, której logistykę oraz zabezpieczenie medyczne żołnierzy wywindowano na nieosiągalny przez żaden kraj poziom. Której oficerów od pierwszych godzin pobytu w szkołach uczono, że cele militarne należy osiągać w taki sposób, by maksymalnie redukować straty własne. Słowem, o armii, w której żołnierski dobrostan to absolutny priorytet.

A teraz przenieśmy się na front w Ukrainie. Do okopu, w którym siedzi Iwan, świadomy, że jest armatnim mięsem. Głodny, spragniony, czasem schorowany (Ukraińcy raportują, że w ostatnich dniach na południu biorą do niewoli jeńców z cholerą i czerwonką). Wojna i wojsko obnażyły mu ułudę mocarstwowości rosji, ale lata propagandowej obróbki potrafią zakłamać niejedno rozczarowanie. A tu kap! Przebitki z ojczyzny, po której hulają sobie znienawidzeni przez zwykłe wojsko najemnicy. Kap! „Twarz przewrotu” – łysy gangster, co to ledwo się wysławia – grozi zajęciem stolicy. Kap! Po wszystkim jak gdyby nic wyjeżdża z kraju. Kap, kap, kap – jeszcze wiele będzie tych kropel, a każda z nich drąży skałę. Skałę, która wbrew potocznej wiedzy, wcale nie jest twardym sowieckim minerałem.

– Suka blać, co my tu robimy!? – prędzej czy później zacznie pytać jeden z drugim. A dziś trudniej niż przed dwoma dekadami odciąć ludzi od informacji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. prigożyn w Ukrainie/fot. grupa Wagnera