Kampania

Źródła – zarówno ukraińskie, jak i rosyjskie – raportują o ponownym wzmożeniu walk toczonych na obszarze poddonieckiej Awdijiwki. Przypomnijmy, dziesięć dni temu rosjanie rozpoczęli tam operację zaczepną, rzucając do walki sporą liczbę żołnierzy i sprzętu ciężkiego. Po czterech dobach co rusz ponawianych szturmów presja moskali osłabła. Przyznał to – w jednym z wywiadów – sam putin, mówiąc o planowej pauzie i przejściu do działań obronnych. Od przedwczoraj rosjanie znów atakują, a analitycy militarni przyglądają się ich szturmom z rosnącym zdumieniem.

Wydawało się bowiem, że rosyjscy generałowie poszli po rozum do głowy. I że po tragicznych wydarzeniach spod Bachmutu i Wuhłedaru nie będą już z bezwzględną determinacją szafować żołnierskim życiem. Nic bardziej błędnego. Potwierdzone wizualnie rosyjskie straty w czołgach i wozach opancerzonych – poniesione pod Awdijiwką od 10 października do dziś – dochodzą do dwustu sztuk, realnie zatem może to być nawet trzysta zniszczonych i uszkodzonych pojazdów. A mówimy o technice (po)sowieckiej, w większości starszej generacji. To nie są zachodnie bradleye czy leopardy, przy projektowaniu których przeżywalność załogi była najistotniejszym priorytetem. Te 200-300 trafionych rosyjskich maszyn, to 200-300 spopielonych, a w najlepszym razie poważnie poranionych załóg. A przecież straty ludzkie są znacznie większe, niż by to wynikało z prostego przemnożenia „pojazd razy załoga”, bo walczy również piechota, no i ogień artyleryjski razi pozycje wyjściowe i tyły. Przez większość z ostatnich dziesięciu dni Ukraińcy zgłaszali straty przeciwnika na poziomie 800-900 żołnierzy „wyeliminowanych z walki” (a ubiegłej doby miało to być aż 1380 unieszkodliwionych moskali). Duża część tego „urobku” pochodziła właśnie spod Awdijiwki. Pisałem już o tym nie raz, powtórzę więc tylko skrótem – Ukraińcy manipulują danymi dotyczącymi strat rosjan. Sugerują, że wszyscy „wyeliminowani” to zabici, tymczasem ów zbiór obejmuje także rannych i wziętych do niewoli (co twierdzę w oparciu o ujawnione analizy zachodnich wywiadów). Tak czy inaczej, w bojach o Awdijiwkę poległo i odniosło rany kilka tysięcy moskali (zapewne około pięciu tysięcy). Oznacza to zagładę dwóch pułków, biorąc pod uwagę utracony sprzęt ciężki – ekwiwalentu dywizji.

A to wszystko w 10-dniowych starciach o 30-tysięczne przed wojną miasteczko. Po co?

Awdijiwka nie ma żadnego strategicznego znaczenia. Patrząc z perspektywy rosjan, problem z nią polega na tym, że stanowi niewielkie wybrzuszenie w ich pozycjach. I jest kłopotliwa wizerunkowo, bo broni się od… 9 lat. Najpierw miasteczko usiłowali zdobyć tak zwani separatyści, po 24 lutego 2022 roku przyłączyły się do nich regularne oddziały armii rosyjskiej. Bez skutku. W rosyjskiej sferze informacyjnej Awdijiwka urosła do miana twierdzy, co nijak ma się do technicznych aspektów ukraińskiej obrony. Nie ma tam żadnych bunkrów i bóg wie jakich ulepszeń, nie ma wyjątkowo licznej załogi. Są dobrze rozmieszczone punkty ogniowe, jest sensowna rotacja oddziałów, jest też coś, czego na tym odcinku frontu bardzo rosjanom brakuje – świetnie wstrzelana, precyzyjna artyleria. No i są drony, których Ukraińcy w Awdijiwce – co przyznają sami rosjanie – mają po prostu więcej.

Jest więc w rosyjskim przekazie „twierdza”, co Ukraińcy umiejętnie podbijają, sugerując, że i dla nich miasteczko ma ogromne symboliczne znacznie. Że jest czymś więcej niż dogodnym punktem obrony, pozwalającym na zadawanie rosjanom poważnych strat przy relatywnie niedużym zaangażowaniu własnego potencjału. Jedna z odsłon takich działań to wizyta w Awdijewce gen. Walerego Załużnego, do której doszło w ostatnich dniach (materiał na ten temat ujawniono kilka godzin temu).

A zatem mówimy o miejscu, które w logice propagandy Kremla jest dzisiejszym odpowiednikiem Bachmutu. Z czego wynika, że zdobycie Awdijewki byłoby pretekstem do wielkiej celebry, „dowodem”, że to rosjanie mają inicjatywę i że generalnie – mimo problemów – spec-operacja idzie zgodnie z planem.

Po co te zaklęcia? Cel, moim zdaniem, jest bardzo konkretny. W marcu przyszłego roku w rosji odbędą się wybory prezydenckie. Wiadomo, kto je wygra (jeśli dożyje…), wiadomo, że cała wyborcza procedura to tylko fasada. Ale nie rozumie funkcjonowania autorytarnych reżimów ten, kto ignoruje fetę, igrzyska – nie dostrzega legitymizującego charakteru wszelkiej maści najlepiej masowych pokazówek. Kandydat-putin potrzebuje „amunicji”, by móc z przytupem zainaugurować swoją kampanię. By pokazać się jako władimir-zwycięzca, gotowy przynieść rosji kolejne chwały, a nie jako stetryczały dziadyga, któremu nic nie wychodzi. Mają więc generałowie dać mu ten sukces, bez oglądania się na straty.

Na Wschodzie bez zmian.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zniszczone pod Awdijiwką rosyjskie pojazdy/fot. ZSU

Saltówka

A szczur bunkrowy obchodzi dziś urodziny (71.). Niechby to był jego ostatni „dzień-razdzienia” – tak w ogóle, albo przynajmniej na wolności. Srogie życzenia? A jakie mają być, gdy chodzi o zbrodniarza wojennego, odpowiedzialnego za śmierć setek tysięcy ludzi i niewyobrażalne zniszczenia…?

Zerknijcie na załączone zdjęcia. Zrobiłem je w Charkowie, w północnej części miasta, zaledwie kilka dni temu. Saltówka to specyficzne miejsce – domy są tam brzydkie, byle jak wykonane, dominuje sowiecka wielka płyta. A zarazem w dzielnicy jest mnóstwo zieleni, była cała niezbędna do życia infrastruktura, co w połączeniu z relatywnie niskimi cenami mieszkań od lat przyciągało do Saltówki młodych ludzi.

„Dzielnia” tętniła życiem, aż zjawiło się u jej progu putinowskie żołdactwo.

W „Kompanii Braci” jest scena, w której amerykański żołnierz ostrzega brytyjskiego dowódcę czołgu przed zamaskowanym w zabudowaniach niemieckim stanowiskiem ogniowym. Radzi, by Brytole nie zwlekali i strzelali od razu, nim rozpoznają wizualnie cel. W końcu sam właśnie Niemców zobaczył. „Nie mogę niszczyć własności prywatnej bez uzasadnienia”, odpowiada czołgista. Maszyna rusza i z miejsca zostaje trafiona. „Kompania…” to serial, ale oparty o autentyczne wydarzenia – opisana sytuacja nie jest zatem wymysłem na użytek fabuły. I rzeczywiście brytyjskie RoE (zasady użycia siły) takie restrykcyjne wtedy były. Nadal są…

Armia rosyjska ma takie reguły w dupie. Gdy jej czołgi dotarły na rogatki Charkowa, przywitały je ukraińskie javeliny. Agresorzy – którzy spodziewali się zajęcia „ruskiego miasta” z marszu – byli w szoku. Ale szok szybko ustąpił wściekłości i determinacji – i zaczęło się walenie na rympał, po pozycjach obrońców i po domach bogu ducha winnych ludzi. Na „wszelki wypadek” i z zemsty, że nie było kwiatów, chleba i wódki.

Odepchnięcie moskali od miasta niewiele w sytuacji Saltówki zmieniło. Dzielnica dalej była ostrzeliwana z artylerii, także z niesławnych gradów, spadały na nią bomby i rakiety. Wyczuwalną ulgę przyniosło dopiero wyrzucenie rosjan za państwową granicę, poza zasięg dział i wyrzutni.

Lecz i tak dzielnica pozostaje wyludniona – są wieżowce, w których mieszka zaledwie po kilka osób. Lokalne władze zaczęły odbudowę kilku budynków, idzie to jednak niemrawo. Saltówka pełni funkcję „tarczy miasta”, a w mieście nie ma pewności, czy rosjanie znów nie spróbują. Bo ich firer wciąż roi sobie we łbie, że może Ukrainę pokonać.

Więc niechby to był jego ostatni „dzień-razdzienia” – tak w ogóle, albo przynajmniej na wolności.

Niechby się rosjanie wreszcie opamiętali. Dość tych wszystkich „rozbambionych” Saltówek…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Dziedzictwo

Wieczorem 11 września 2001 roku zadzwoniłem do Richarda Pipesa i przeprowadziłem z nim wywiad o tym, co działo się u niego za oknem (profesor mieszkał w New Jersey) i jakie będą tego skutki. Rozmowa toczyła się „na gorąco”, nie wszystkie komentarze byłego doradcy Ronalda Reagana okazały się później trafne, ale w jednym profesor się nie pomylił. „Będzie miał pan o czym pisać przez najbliższe lata”, rzekł w pewnym momencie.

I owszem, wyrosłem na temacie zapoczątkowanym wydarzeniami sprzed 22 lat. Ich skutki – przede wszystkim wojna w Afganistanie i konflikt w Iraku – były moim zawodowym „paliwem”. Nie wiem, jak potoczyłaby się moja kariera, gdyby nie Osama bin Laden czy Muhammad Atta. Rozmawiałem o tym kiedyś z żoną – przypomniała mi, że dwa lata przed 11 września, w ankiecie dla przyszłych absolwentów toruńskiej socjologii, zapytany o to, jaki zawód chciałbym wykonywać, napisałem: „korespondent wojenny”. „Nie byłoby tych, byłby inne wojny”, podsumowała małżonka. I pewnie miała rację. Niezależnie od masy zła, które po drodze się wydarzyło, w takim dniu jak dziś towarzyszy mi refleksja, że postąpiłbym tak samo – że znów wszedłbym w temat wojny z terrorem, z czasem angażując się w wojenną reporterkę uprawianą w innych częściach świata. Bo mimo sporych kosztów, ta część mojego życia daje mi powody do satysfakcji.

Lecz to mocno subiektywna perspektywa. Gdy spojrzymy szerzej, widzimy negatywne skutki działań zainicjowanych zamachem na WTC. Bezmiar okrucieństwa, destabilizację, zwycięstwo złych gości nad tymi dobrymi. „Droga do piekła brukowana jest dobrymi chęciami” – w wymiarze geopolitycznym i humanitarnym nic na przestrzeni ostatnich dekad lepiej nie ilustruje tego powiedzenia. Dzisiejszy Afganistan nie jest lepszym miejscem do życia niż w 2001 roku, Irak zszedł na samo dno piekła, by obecnie cieszyć się rachityczną stabilizacją. Ba, rejterada USA z Afganistanu – przed dwoma laty oglądana na żywo przez cały świat – rozzuchwaliła władimira putina. Obecnie wiemy już, że ucieczka z Kabulu uznana została przez rosjan za dowód słabości Stanów Zjednoczonych i ich niechęć do angażowania się w konflikty „na drugim końcu świata”. Zarazem – kalkulowano w Moskwie – podważyła wiarygodność Waszyngtonu jako sojusznika, co w oczach Ukraińców mogło mieć wielkie znaczenie. „Osamotnieni, przekonani, że Amerykanie im nie pomogą, pewnie szybko się poddadzą. Atakujmy, jest dobra okazja!”, uznał więc „geniusz geopolityki” z Kremla i pchnął swoich bandziorów do Ukrainy. Jego kalkulacje okazały się błędne, lecz fakt, że ich dokonał – że miał ku temu pretekst – jest kolejnym niechcianym dziedzictwem 11 września.

—–

Ale wróćmy do teraźniejszości, w której putin widział siebie jako współwładcę świata; taki status miało mu dać ujarzmienie Ukrainy. Wyszło jak wyszło, w efekcie moskiewski satrapa musi się kryć przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym. Kilka dni temu brazylijski prezydent stwierdził, że putin może przyjeżdżać na kolejny szczyt G-20, że włos mu z głowy nie spadnie, choć Brazylia uznaje jurysdykcję MTK. Dziś Lula de Silva wycofał się z tych słów, stwierdzając, że „nie wie” czy brazylijski wymiar sprawiedliwości nie zechce jednak oskarżonego o zbrodnie wojenne rosjanina zatrzymać. Więc putler nigdzie nie pojedzie, możemy być tego pewni, wszak nie raz już, w podobnych sytuacjach, wysyłał w zastępstwie ławrowa. Wróć, pojedzie, na daleki wschód rosji, do Władywostoku, gdzie spotka się z Kim Dzong Unem. Ponoć pociąg pancerny Kima już wyruszył w drogę, a dwaj najwięksi pariasi światowej polityki mają się spotkać 13 września. Ten rosyjski będzie żebrał u tego koreańskiego o amunicję.

—–

A skoro o amunicji mowa – znów pojawiły się medialne spekulacje o przekazaniu Ukrainie ATACMS-ów, precyzyjnych pocisków rakietowych o zasięgu 300 km, wystrzeliwanych z himarsów. „To już za chwilę, w kolejny pakiecie z USA”, przekonują dobrze poinformowani. Uwierzę jak zobaczę, tyle razy już rozbudzono moją nadzieję. Wiem, że na ostatnim szczycie NATO w Wilnie prezydent Zełenski otrzymał ze Stanów informację o „rychłym” transferze tej broni, do dziś jednak nic z tego nie wyszło. Opór części administracji i wojska jest bowiem zbyt duży. Czyżby skruszał?

Wizja ATACMS-ów w Ukrainie nie przypadła do gustu samemu prezydentowi Joe Bidenowi. Jednocześnie jego wola dalszej pomocy Kijowowi pozostaje niezachwiana – prezydent wnioskuje o kolejne fundusze, by móc finansować następne pakiety. Pieniądze się znajdą, choć odbywa się to z większym trudem niż kilka miesięcy temu. Istotny jest – zwłaszcza w perspektywie nadchodzących wyborów – klimat społeczny, tymczasem Amerykanie powoli, ale systematycznie tracą serce dla idei tak rozległego jak dotąd wsparcia Ukrainy. I być może z tego powodu pojawia się/pojawi zielone światło dla ATACMS-ów. Rakiety są drogie, a zarazem piekielnie skuteczne, co w relacji do kosztów daje wysoką efektywność. Z praktycznego punktu widzenia, pojawienie się ATACMS-ów na południu Ukrainy wykończy ledwie zipiącą rosyjską logistykę. Bez której oddziały okupacyjne na Zaporożu nie będą w stanie prowadzić operacji obronnej, co dla Ukraińców oznaczałoby co najmniej rozerwanie rosyjskiego korytarza i fizyczną izolację Krymu wraz z tamtejszym garnizonem. Słowem, wielki krok ku końcowi wojny. Tyle dywagacji, czekamy na konkrety.

—–

Na pewno konkretem nie są inne doniesienia, dotyczące „Black Sea Security Act” (BSSA), dokumentu procedowanego obecnie w Waszyngtonie. Naiwnością jest oczekiwanie, że jego przyjęcie oznacza automatyczną wysyłkę amerykańskiej floty na Morze Czarne. Co do zasady, VI Flota US Navy (operująca z Morza Śródziemnego, a więc mająca najbliżej), bez większego wysiłku zagoniłaby rosyjską flotę czarnomorską do baz (albo posłała na dno), tyle że taki musiałby być cel jej przebywania na akwenie. Istotą „Black Sea Security Act” jest obrona członków NATO przed rosyjskim zagrożeniem – w tym przypadku byłaby to projekcja siły w wykonaniu okrętów stacjonujących w rumuńskich i bułgarskich portach, operujących na wodach międzynarodowych. Nie wiem, jak do BSSA miałby się pomysł eskorty ukraińskich statków zbożowych, ale pewnie udałoby się to jakoś formalnie połapać. Tylko co dalej? Bezpieczeństwo żeglugi byłoby zapewnione, a co z rozładunkiem/załadunkiem statków? Od kilku tygodni rosjanie konsekwentnie niszczą infrastrukturę czarnomorskich portów, okręty US Navy mogłyby temu skutecznie przeciwdziałać – duże jednostki morskie to de facto pływające baterie OPL. Ale to oznaczałoby aktywny udział w działaniach bojowych. Nie miałbym nic przeciwko, tylko że mandat BSSA tak daleko nie sięga.

Ale może tu chodzić o coś innego. Po zdemolowaniu odeskiego portu, działania rosjan koncentrują się na atakach na infrastrukturę portów nadrzecznych, znajdujących się u ujścia Dunaju. Obsługują one zarówno ruch śródlądowy jak i morski i pozostają dla Ukrainy strategicznie ważne. Szczęściem w nieszczęściu słynna rosyjska celność sprawia, że porażeniu ulegają też obiekty po rumuńskiej stronie rzeki. A to już terytorium NATO, któremu operujące u ujścia Dunaju okręty mogłyby zapewnić szczelny parasol powietrzny. A ponieważ potencjalne cele dla rosyjskich dronów dzieli od rumuńskiej ziemi dosłownie 100-200 metrów, parasol objąłby także część Ukrainy. Tak „przy okazji”…

—–

I na koniec o innym drobnym fragmencie Ukrainy. Podwładni gen. Kyryło Budanowa odzyskali dziś kontrolę nad gazowo-naftowymi platformami wiertniczymi na Morzu Czarnym. Ukraina zainstalowała dwie takie platformy – formalnie należące do spółki Czornomornaftohaz – w 2010 i 2012 roku. Każda z nich kosztowała wówczas 400 mln dolarów, co było ceną „z kosmosu”. Podejrzewano, że część kasy przytulił ówczesny minister energetyki Ukrainy Jurij Bojko, znany z prorosyjskich sympatii. Z tego powodu platformy nazywano „wieżami Bojki” – o czym piszę, gdyż w relacjach medialnych pojawia się właśnie taka nazwa. Platformy zainstalowano między Odesą a Krymem, w 2014 roku zajęli je rosjanie (nadając im nazwy Krym-1 i Krym-2). Po 24 lutego 2022 roku instalacje wykorzystywano jako platformy dla radarów i lądowiska dla śmigłowców. Dziś nad ranem wylądowali tam – w ramach desantu morskiego – ukraińscy komandosi. Załączone zdjęcia pochodzą z tej akcji.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu i Radosławowi Dębcowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Michałowi Baszyńskiemu i Czytelnikowi Robertowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Słodko-gorzki

Nie wiem, kto zabił prigożyna. W praktyce kryminalnej najbardziej oczywista odpowiedź – w tym przypadku wskazująca na putina jako zleceniodawcę – często okazuje się najbliższa prawdzie. Ale i po prawdzie zawsze warto rozważyć inne scenariusze, jak choćby najzwyklejszego komunikacyjnego wypadku. Nadzwyczajna śmierć – czy to za sprawą statusu umierających czy okoliczności ich zgonów – w sposób naturalny rodzi niezgodę na banalne wyjaśnienia. To tę cechę ludzkiej psychiki wykorzystał macierewicz, infekując opinię publiczną w Polsce rojeniami na temat katastrofy smoleńskiej. Przecież prezydent i przedstawiciele polskiej elity politycznej nie mogli zginąć na skutek zaniedbań i niekompetencji. Ano mogli. Mógł też prigożyn i towarzyszący mu bandyci.

Wagnerowska wierchuszka to specyficzne towarzystwo. Wojenni zbrodniarze, którzy mocno zaleźli za skórę Ukraińcom – co implikuje inną hipotezę. To ukraiński wywiad mógł ich posłać w diabły; robiono już takie akcje w historii tej wojny. Wątek z zaginionym właścicielem samolotu brzmi w tym ujęciu obiecująco.

Nie jestem specem od obrony przeciwlotniczej. Nie takim, który po obejrzeniu dostępnych filmików orzeknie, że do uszkodzenia samolotu – skutkującego jego zniszczeniem – użyto rakiety bądź dwóch. Niemniej hipoteza zakładająca przypadkowe porażenie odrzutowca wcale głupia nie jest. Moskwę noc po nocy nawiedzają ukraińskie drony, wojsku odpowiedzialnemu za jej obronę Kreml dał do zrozumienia, że traci cierpliwość. Niczym kiedyś Hitler na Goeringu (wtedy szło o Berlin), tak dziś putin na gierasimowie usiłuje wymusić „czyste niebo” nad stolicą. Groźbą i prośbą, wszak spokój moskwian jest dla putinowskiej władzy dużo ważniejszy niż komfort mieszkańców Buriacji, coraz bardziej przerażonych wysoką śmiertelnością pośród młodych mężczyzn. Dostawcy armatniego mięsa nie mają takiej siły sprawczej, jak wielkomiejska elita. Jest zatem moskiewska OPL nieco przewrażliwiona. Przy odpowiednim zamęcie informacyjnym ktoś decydujący o posłaniu rakiet mógł uznać cywilny odrzutowiec za zagrożenie. Niemożliwe? Ci gamonie – nie (pod)moskiewscy, ale jak najbardziej rosyjscy – dziewięć lat temu zestrzelili pasażerski liniowiec, przekonani, że strzelają do wojskowego transportowca.

A może za wypadkiem (zamachem) stał jeszcze ktoś inny? Zabici, własnymi i rękoma podwładnych, mordowali nie tylko w Ukrainie. Zła sława wagnerowców nie zrodziła się w Donbasie, a w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Piszę o tym z intelektualnej uczciwości, znając nieco metodologię formułowania hipotez śledczych. Ale nie sądzę, by uczciwe dochodzenie znalazło dowody na inny przebieg wydarzeń niż sprawstwo putina. Oczywiście w rosji nie będzie uczciwego śledztwa – publiczne wyjaśnienia zafałszują obraz sprawy. Poddani mają wiedzieć, że car ma długie ręce, ale nikt długości i możliwości tych rąk w papierach nie udokumentuje. Zadziwiający skądinąd jest ten szczątkowy rosyjski legalizm (jakże podobny do niemieckiego z czasów nazizmu). Ta potrzeba udawania, że proceduje się w myśl reguł typowego państwa. Czyż nie prościej byłoby machnąć ręką? Spadł to spadł, na chuj drążyć temat; wiadomo przecież, kto za tym stał. Pewnie byłoby prościej, ale wówczas rosja straciłaby resztki swej międzynarodowej wiarygodności.

Więc będzie spektakl – i zapewne obwiną w nim Ukraińców.

A czy śmierć prigożyna coś zmieni? Boję się wróżyć z fusów – bo na takim etapie obecnie jesteśmy. Wiemy, że rosja to państwo mafijne, gdzie walka o władzę rozstrzyga się nie na drodze wyborczej, gdzie nad praworządnością nie czuwają sądy. Tam liczy się brutalna siła i dostęp do zasobów aparatu przemocy. Wygrywa ten, kto bije mocniej. putin – co nie zaskakuje – okazał się silniejszy od prigożyna, ale czy będzie silniejszy od ludzi, którzy za prigożynem stali? Śmierć oberwagnerowca to zapewne sygnał dla niepokornych, wysłany w ramach prób konsolidacji władzy. Ma mieć efekt mrożący, zastraszyć (potencjalnych) buntowników, ale równie dobrze może ich zjednoczyć do działania. Pucz prigożyna pokazał, że dla wywołania poważnego kryzysu w rosji wcale nie trzeba potężnych sił. Nie trzeba wielkiej odwagi. To wielka zasługa dawnego kucharza putina, większa nawet od tego, że dał się zabić, sprawiając radość milionom Ukraińców.

„Z czego oni się cieszą?”, spytał mnie dziś kolega, uzasadniając swój sceptycyzm słusznym skądinąd założeniem, że „prigożyn po puczu się skończył”. Owszem, ale to nie skończonego po marszu na Moskwę oberwagnerowca znienawidzili Ukraińcy. Porównałem kiedyś grupę Wagnera do Waffen-SS, biorąc pod uwagę rolę, jaką odgrywała na ukraińskim froncie w czasach swojej świetności. Fanatyczna formacja traktowana jako straż pożarna, wyposażona w nadzwyczajne przywileje, brutalna w walce i bestialska wobec cywilów. Najgorsza swołocz tej wojny. W takim ujęciu prigożyn stawał się kimś na miarę Himmlera, diabłem z najgłębszych czeluści piekła (to oczywiście porównanie symboliczne, gdzie bowiem szefowi wagnerowców do pozycji instytucjonalnej dowódcy SS). Himmler spiskował przeciwko Hitlerowi, ten drugi nigdy nie zdołał pierwszego ukarać. Ale gdyby mu się udało, rodziny ofiar esesmańskich zbrodni miałyby powody do satysfakcji. I tak właśnie jest z Ukraińcami – zbrodniarz wojenny nie żyje, a że stało się to z inspiracji innego zbrodniarza? Szkoda, ale to i tak lepsze niż bezkarność.

„Śmierć prigożyna to dla nas prezent na dzień niepodległości. Trochę słodko-gorzki, bo jednak wolelibyśmy oglądać zwęglone szczątki innego drania. Wiesz jakiego” – pisze mi koleżanka z Kijowa.

Wiem.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Tak jak po puczu, tak po wczorajszym wypadku pozostanie mnóstwo mniej lub bardziej udanych memów. Ten (zamieszczam za Tygodnikiem NIE) jest jednym z lepszych.

„Wiatr”

32 lata temu nie było aż tak gorąco jak dziś; klimat mieliśmy deczko inny. Ale zrobiło mi się gorąco, gdy przyszły wieści z Moskwy.

„I to już, ledwie dwa lata i koniec?” – dręczyło mnie to pytanie. Pucz Giennadija Janajewa, który miał na celu restytucję Związku Sowieckiego, postrzegałem jako niebezpieczny regres. „Te diabły znów tu przyjadą” – orzekła Babcia, która raz już wizytę bolszewickich żołdaków przeżyła, zimą 1945 roku. Nie znajdywałem argumentów, by jej zaprzeczyć. Miałem 15 lat; za mało, by mieć na zawołanie sensowne i przekonujące pocieszenia, dość, by zupełnie świadomie się bać. Przeżyłem w komunie 13 pierwszych lat życia, groza wcale nie była dominującym doświadczeniem tamtych czasów, ale obawiałem się, że powrót starego w towarzystwie sowieckich czołgów nie będzie niczym dobrym.

Tego dnia sprawy postrzegało w ten sposób wielu Polaków. A ulubiona wówczas rozgłośnia – Radio PiK – raz za razem nadawała „Wind of change” Scorpionsów. Po 1989 roku z Moskwy wiał wiatr zmian. Dobrych zmian, które chcieliśmy, by trwały.

Czołgi i komusze ryje aparatczyków odbierały nadzieje.

Na szczęście puczystom nie pykło. A sowiety wkrótce ostatecznie się rozpadły. Polska weszła w okres prosperity, na lata zapominając o rosyjskim zagrożeniu.

Aż putinowi zechciało się wojować; zamarzył mu się Związek Sowiecki 2.0. W 2014 i w 2022 roku dał nam, szuja, mnóstwo powodów do strachu.

Strachu, z którego mnie na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy wyleczyli Ukraińcy. Nie boję się już dziś „diabłów ze wschodu”. Wiem, że mają broń jądrową, ale my (wolny świat) też ją mamy, co czyni zagrożenie mocno abstrakcyjnym. Wiem, że gdyby rosjanie zwrócili się przeciw nam, zginęłoby wielu ludzi – tak, jak giną teraz Ukraińcy. Ale wiem też, że nie są niepowstrzymani, że można im spuścić łomot i zachować wolność. Dla mnie to ożywcza świadomość, prawdziwy wind of change.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Borys Jelcyn, zwycięzca puczu, następnie „ojciec” nieudanej próby demokratyzacji rosji/fot. Kremlin.ru