Koszty

– Przedłużanie wojny jest w interesie rosji. A ta możne konflikt prowadzić tak długo, jak długo jego koszty będą akceptowane przez zwykłych rosjan. Dopóki wojna toczy się na terytorium Ukrainy i w niewielkim stopniu dotyka życia codziennego obywateli rosyjskich, dopóty putin ma od „swoich” wolną rękę – to jedna z ocen, które stawiam w rozmowie, jaką przeprowadził ze mną red. Maciej Chilczuk, dziennikarz „Polski Zbrojnej”. W wywiadzie poruszone są także inne kwestie, warte rozważań w czwartą rocznicę rosyjskiej pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Zapraszam do odsłuchania rozmowy.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

System

Wojna w Ukrainie obnażyła coś, co przez dekady pozostawało na marginesie debat strategicznych: o wyniku konfliktu decyduje nie tylko armia, lecz zdolność państwa do działania jako spójny system.

O świcie w Kijowie wyją syreny. Kilkaset kilometrów dalej, ze stacji we Lwowie wyrusza na wschód transport amunicji. W Łucku urzędnik wydaje decyzję administracyjną, używając podpisu elektronicznego, a w Charkowie operator sieci energetycznej przywraca zasilanie po kolejnym nocnym ataku. Na froncie giną ludzie, lecz wojna toczy się także tam, gdzie nie ma okopów. W urzędach, fabrykach, szkołach, na stacjach kolejowych i w mieszkaniach cywilów. rosyjskie rakiety i drony nie są wymierzone wyłącznie w jednostki wojskowe – ich celem jest całe państwo. Brak prądu, przerwane łańcuchy dostaw, chaos decyzyjny i zmęczenie społeczeństwa mają w długim okresie działać skuteczniej niż czołgi. Taki pomysł na wojnę ma rosja.

Odpowiedź Ukrainy była w dużej mierze improwizowana, ale z czasem przybrała formę systemowej adaptacji. Państwo nauczyło się funkcjonować w trybie permanentnego kryzysu. Administracja nie została zawieszona; przeciwnie – musiała działać szybciej, prościej i bliżej obywatela. Przemysł się nie zwinął, a rozproszył. Społeczeństwo stało się czymś więcej niż tylko zasobem mobilizacyjnym. To właśnie ta zdolność do utrzymania funkcjonowania państwa pod ostrzałem stanowi dziś jeden z kluczowych czynników ukraińskiej wytrzymałości strategicznej. I to ona powinna być przedmiotem analizy z polskiej perspektywy – nie w kategoriach solidarności czy symboliki, a twardego planowania obronnego.

—–

Mobilizacja w wojnie pełnoskalowej nie jest wyłącznie problemem wojskowym. Jej istotą jest zarządzanie niedoborem zasobu, który zużywa się szybciej, niż można go odtworzyć. Tym zasobem są ludzie – nie tylko żołnierze i rezerwiści, lecz także pracownicy przemysłu, transportu i administracji. Każda decyzja mobilizacyjna ma więc charakter systemowy: wzmacnia front kosztem zaplecza albo stabilizuje państwo kosztem zdolności bojowej. W Ukrainie pierwsze miesiące wojny opierały się na nadwyżce motywacji społecznej. Ochotnicy pozwolili kupić czas, lecz nie stworzyli systemu. Gdy konflikt przeszedł w fazę długotrwałą, improwizacja przestała wystarczać. Państwo zostało zmuszone do uporządkowania mobilizacji: centralizacji ewidencji, cyfryzacji danych, zaostrzenia kontroli nad poborem i racjonalizacji jego kryteriów.

Wraz z tym pojawiły się napięcia. Społeczeństwo funkcjonujące miesiącami w stanie wojny przestaje reagować na argumenty moralne, a zaczyna kalkulować koszty. Rosnąca liczba poległych, długotrwała służba bez jasnej perspektywy rotacji oraz nierównomierne obciążenie poszczególnych grup podkopały poczucie sprawiedliwości systemu. Mobilizacja stała się jednym z najbardziej konfliktogennych obszarów funkcjonowania państwa. Kluczowym wyzwaniem okazało się utrzymanie równowagi między potrzebami frontu a wydolnością zaplecza. Każdy żołnierz powołany do wojska to nie tylko uzupełnienie etatu w brygadzie, lecz także luka w gospodarce i administracji. Wojna wymusiła brutalną selekcję według przydatności systemowej: kto jest niezbędny na froncie, a kto do jego utrzymania. Administracja lokalna stała się buforem tych napięć – miejscem, gdzie decyzje państwa zderzały się z presją społeczną.

Z perspektywy strategicznej wniosek jest jednoznaczny: państwo, które nie potrafi długofalowo zarządzać mobilizacją, nie jest w stanie prowadzić wojny na wyczerpanie. Ukraina utrzymuje zdolność bojową nie dzięki niewyczerpanym rezerwom, lecz dlatego, że przekształciła mobilizację z reakcji kryzysowej w narzędzie zarządzania całym systemem państwowym – rozwiązanie dalekie od doskonałości, ale jedyne możliwe w wojnie bez szybkiego finału.

—–

W konflikcie pełnoskalowym poważnemu stres-testowi poddano administrację publiczną. Wojna szybko obnażyła słabości rozbudowanych, hierarchicznych struktur. Administracja musiała zostać spłaszczona: część kompetencji przeniesiono w dół, skracając ścieżki decyzyjne i ograniczając formalizm. W praktyce oznaczało to przerzucenie znacznej części ciężaru na administrację lokalną. To samorządy łączyły funkcje cywilne i quasi-obronne: zarządzały ewakuacją, pomocą, usługami komunalnymi i komunikacją z ludnością.

Ataki na energetykę, łączność i transport bezpośrednio uderzały w zdolność urzędów do pracy. Państwo wprowadziło rozwiązania awaryjne: alternatywne źródła zasilania, rozproszone centra decyzyjne, pracę zdalną i uproszczony obieg dokumentów. Celem nie był komfort funkcjonowania instytucji, lecz utrzymanie minimalnej zdolności działania. Kluczową rolę odegrała cyfryzacja. Systemy elektroniczne z narzędzi modernizacji stały się narzędziem przetrwania państwa. Pozwoliły ograniczyć skutki fizycznych zniszczeń, ale jednocześnie uczyniły infrastrukturę teleinformatyczną jednym z priorytetowych celów ataków.

Wojna wymusiła redefinicję skuteczności. Liczyła się nie zgodność z procedurą, lecz zdolność do utrzymania funkcji państwa. Błędy przestały być wyjątkiem, a stały się elementem akceptowalnego ryzyka. To przejście – od państwa proceduralnego do adaptacyjnego – pozwoliło Ukrainie uniknąć paraliżu instytucjonalnego. Patrząc z polskiej perspektywy, ukraińskie doświadczenie jest ostrzeżeniem. Polski aparat administracyjny projektowany jest na warunki stabilności: z rozbudowanymi procedurami, silną centralizacją decyzji i wysoką awersją do błędu. W realiach wojny pełnoskalowej taki model staje się obciążeniem. Bez przygotowania do pracy w trybie kryzysowym – z uproszczonymi procedurami, jasno delegowanymi kompetencjami i odpornością energetyczno-cyfrową – administracja może stać się wąskim gardłem całego systemu obronnego.

(…).

—–

Początkowa faza wojny charakteryzowała się wysokim poziomem samoorganizacji. Wolontariat, zbiórki sprzętu, wsparcie dla armii i uchodźców zastępowały niewydolne jeszcze mechanizmy państwowe. Z czasem jednak ta energia zaczęła się wyczerpywać. Społeczna mobilizacja, podobnie jak wojskowa, ma swoje granice. Państwo stanęło przed wyzwaniem przejścia od improwizacji do systemu – bez zabijania oddolnej inicjatywy, ale też bez opierania bezpieczeństwa na emocjonalnym zrywie. Codzienność w warunkach wojny została podporządkowana rytmowi alarmów, przerw w dostawach energii i zagrożenia uderzeniami. Szkoły, szpitale i miejsca pracy musiały funkcjonować w trybie awaryjnym. Adaptacja stała się normą: piwnice zastąpiły schrony, generatory – stabilne zasilanie, a nauczanie zdalne – regularną edukację. Społeczeństwo nauczyło się funkcjonować w warunkach obniżonych standardów, akceptując, że wojna oznacza trwałą degradację komfortu życia.

Kluczowym elementem odporności okazała się informacja. Wojna toczyła się równolegle w sferze narracyjnej – między potrzebą utrzymania morale a ryzykiem dezinformacji i propagandy. Państwo musiało balansować między transparentnością a kontrolą przekazu, starając się zapobiegać panice, zmęczeniu i poczuciu bezsensu strat. Każdy kryzys energetyczny, każda fala mobilizacji i każda porażka na froncie miały swoje konsekwencje społeczne, które wymagały zarządzania równie uważnego jak działania wojskowe. Granice odporności społecznej ujawniały się stopniowo. Narastało zmęczenie, frustracja i poczucie nierówności obciążeń. Długotrwała wojna rozwarstwia społeczeństwo: jedni pozostają na froncie, inni na zapleczu; jedni tracą bliskich, inni ponoszą głównie koszty ekonomiczne. Państwo musiało reagować na te napięcia także poprzez realne mechanizmy wsparcia – świadczenia, pomoc psychologiczną, opiekę nad rodzinami poległych i rannych.

Wojna obnażyła słabość klasycznych koncepcji obrony cywilnej, projektowanych z myślą o krótkotrwałych kryzysach. W realiach długotrwałego konfliktu obrona cywilna stała się procesem ciągłym, obejmującym nie tylko schronienie ludności, lecz także utrzymanie usług publicznych, komunikacji i minimum normalności. Społeczeństwo nie było wyłącznie obiektem ochrony – stało się aktywnym elementem odporności państwa. Z perspektywy strategicznej kluczowy wniosek brzmi: wojny nie wygrywa się samą determinacją społeczną, ale bez niej przegrywa się ją zawsze. Ukraina utrzymuje zdolność do walki, ponieważ jej społeczeństwo, mimo zmęczenia i strat, wciąż akceptuje koszty konfliktu jako niższe niż koszty porażki. To równowaga krucha, wymagająca stałego zarządzania – i jedno z najtrudniejszych wyzwań dla państwa prowadzącego wojnę na wyczerpanie.

(…).

Ten tekst ukazał się w miesięczniku „Polska Zbrojna” – gdybyście chcieli go przeczytać w pełnej wersji, magazyn nadal jest w sprzedaży. Poza „papierem” dostępna jest także wersja cyfrowa lutowego numeru – znajdziecie ją pod tym linkiem – a w niej trzy inne moje artykuły, w tym wywiad z Piotrem Łukasiewiczem, chargé d’affaires RP w Ukrainie. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Jeden z najprostszych przykładów adaptacji – stacja paliw zabezpieczona workami z piaskiem/fot. własne

Impas

Wojny nie muszą rozstrzygać się na froncie. Dość wspomnieć Niemcy z końca 1918 roku – kajzerowskie wojsko wciąż pozostawało zdolne do walki. Jednak niemiecka gospodarka była na skraju załamania, a społeczne zaplecze wojny uległo erozji. W odniesieniu do Ukrainy mechanizm ten działa inaczej, ale logika pozostaje podobna: armia pozostaje niepobita, natomiast narastające obciążenia po stronie państwa i społeczeństwa coraz silniej wpływają na przestrzeń możliwych decyzji politycznych. Dlatego 2026 rok może przynieść istotne rezultaty, nawet jeśli nie będą one miały formy spektakularnych zwycięstw lub porażek na froncie.

Po czterech latach konfliktu na pełną skalę front pozostaje krwawy, lecz w dużej mierze stabilny. Każdy kolejny miesiąc walk nie zmienia zasadniczo układu sił, za to pogłębia koszty – ludzkie, społeczne i polityczne. To właśnie one zaczynają odgrywać rolę decydującą.

—–

Dla Ukrainy w 2026 roku wojna nie będzie już tylko starciem zewnętrznym. Wyraźniej stanie się ona wyzwaniem wewnętrznym – testem zdolności państwa do funkcjonowania w warunkach permanentnego kryzysu. Społeczeństwo, które w pierwszych latach wojny wykazało się imponującą mobilizacją i odpornością, weszło w fazę długotrwałego wysiłku, w której heroizm ustępuje miejsca zmęczeniu, a jednorazowe poświęcenie – codziennej kalkulacji kosztów.

Ukraińska codzienność w 2026 roku pozostanie „oswojoną wojną”. Alarmy lotnicze, przerwy w dostawach energii, informacje o kolejnych stratach – wszystko to stało się elementem życia, a nie nadzwyczajnym wydarzeniem. Taka normalizacja przemocy ma jednak swoją cenę. O ile w pierwszych latach konfliktu cementował on wspólnotę, o tyle przedłużanie się wojny zaczyna coraz trwalej różnicować doświadczenie społeczne. Inaczej postrzegają ją ci, którzy walczą na froncie lub mają tam bliskich, inaczej mieszkańcy regionów oddalonych od linii walk, jeszcze inaczej osoby, które wyjechały za granicę. Tych percepcji nie da się już pospinać w jedną, a fundamentalne różnice w doświadczeniach mogą być, i są, powodem narastających napięć. Z perspektywy Kijowa łatwiej jest trwać w oporze niż z pozycji mieszkańców umęczonego Kramatorska. Ochocze „tak!” dla dalszej walki wyrażane przez żyjących za granicą uchodźców – nawet jeśli wspierają oni ukraińską gospodarkę dewizami – nie ma już żadnego znaczenia.

Jednym z kluczowych problemów strukturalnych pozostaje demografia. Straty wojenne, masowa emigracja oraz dramatyczny spadek dzietności tworzą długofalowe ograniczenia, które będą odczuwalne niezależnie od przebiegu działań militarnych. W 2026 roku coraz wyraźniej widać będzie, że zasób ludzki – zarówno dla armii, jak i dla gospodarki – nie jest niewyczerpalny. Pytanie o to, kto ma wrócić z zagranicy i na jakich warunkach, stanie się jednym z centralnych tematów debaty publicznej.

Mobilizacja, która w pierwszych fazach wojny była postrzegana jako oczywisty obowiązek, już od niemal trzech lat pozostaje źródłem napięć. Każda kolejna fala poboru oznacza nie tylko wyzwanie logistyczne, ale również polityczne i społeczne. Rosnąca liczba wyjątków, kontrowersje wokół decyzji komisji wojskowych oraz próby unikania służby podważają poczucie równości obciążeń. Państwo staje przed trudnym zadaniem: jak utrzymać zdolności obronne, nie tracąc jednocześnie społecznej legitymacji dla dalszej wojny.

W tle tych procesów pozostaje gospodarka, wciąż w znacznym stopniu uzależniona od pomocy zewnętrznej. Bez wsparcia finansowego Zachodu Ukraina nie byłaby w stanie utrzymać armii i realizować podstawowych funkcji administracyjnych. Jednocześnie długotrwały stan wojny ogranicza możliwość realnej odbudowy i inwestycji, co utrudnia władzom oferowanie społeczeństwu pozytywnej wizji przyszłości.

—–

Jednym z najbardziej wrażliwych wyzwań, przed jakimi stanie Ukraina w 2026 roku, będzie kwestia relacji między władzą cywilną a wojskiem. W warunkach wojny to armia cieszy się najwyższym poziomem zaufania społecznego, a dowódcy wojskowi należą do najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych postaci życia publicznego. Ten autorytet jest jednocześnie siłą i potencjalnym źródłem napięć.

W miarę jak wojna się przedłuża, decyzje strategiczne coraz rzadziej dotyczą wyłącznie działań militarnych. Coraz częściej obejmują one kwestie polityczne: zakres mobilizacji, priorytety budżetowe, relacje z sojusznikami czy gotowość do ewentualnych rozmów. W takich warunkach naturalne różnice perspektyw między dowództwem wojskowym a władzami cywilnymi stają się bardziej widoczne. Wojsko patrzy na konflikt przez pryzmat zdolności bojowych i bezpieczeństwa żołnierzy, politycy – przez pryzmat konsekwencji społecznych, gospodarczych i międzynarodowych. W 2026 roku utrzymanie jasnych linii odpowiedzialności między tymi dwoma sferami będzie jednym z kluczowych warunków stabilności państwa.

Do tego dochodzi problem legitymacji władzy w warunkach przedłużającego się stanu wojennego. Zawieszenie normalnego cyklu wyborczego było w pierwszych latach wojny decyzją oczywistą i powszechnie akceptowaną. Jednak im dłużej trwa konflikt, tym częściej pojawiają się pytania o granice takiego rozwiązania. Nawet jeśli przeprowadzenie wyborów w warunkach wojennych pozostaje skrajnie trudne, presja na większą transparentność i rozliczalność decyzji władzy będzie narastać – zarówno ze strony społeczeństwa, jak i partnerów zagranicznych.

Temat ten jest szczególnie wrażliwy w kontekście relacji z Zachodem. Pomoc finansowa i wojskowa coraz częściej wiązana jest z oczekiwaniami dotyczącymi standardów rządzenia, walki z korupcją i funkcjonowania instytucji państwa. W 2026 roku tolerancja sojuszników dla „wojennych wyjątków” może być mniejsza niż wcześniej. Każda ujawniona afera korupcyjna, każda niejasna decyzja personalna czy budżetowa będzie nie tylko problemem wewnętrznym, lecz także argumentem w międzynarodowej debacie o dalszym wsparciu dla Ukrainy.

Kijów stanie więc przed dylematem charakterystycznym dla państw prowadzących wojnę długotrwałą: jak pogodzić konieczność centralizacji i szybkiego podejmowania decyzji z potrzebą zachowania demokratycznej legitymacji. Od sposobu, w jaki władze poradzą sobie z tym napięciem, zależeć będzie nie tylko stabilność wewnętrzna państwa, ale także jego wiarygodność jako partnera politycznego w Europie.

—–

Linia styczności wojsk, choć wciąż aktywna i krwawa, coraz mniej przypomina przestrzeń, w której można osiągnąć rozstrzygnięcie o znaczeniu strategicznym. Obie strony konfliktu nauczyły się funkcjonować w realiach „przezroczystości” pola walki. Rozpoznanie prowadzone w sposób ciągły sprawia, że utrzymanie tajemnicy przygotowań ofensywnych staje się wyjątkowo trudne. Każde większe zgrupowanie wojsk, zaplecze logistyczne czy punkt dowodzenia jest potencjalnym celem. W takich warunkach klasyczne działania manewrowe tracą sens – i straciły – a inicjatywa operacyjna ulega fragmentacji. Zamiast jednego, silnego uderzenia pojawia się wiele mniejszych działań, które mają na celu stopniowe wyczerpywanie przeciwnika.

Coraz większą rolę odgrywa wojna prowadzona poza bezpośrednią linią walk. Ukraina będzie kontynuowała uderzenia na zaplecze logistyczne i infrastrukturę wojskową przeciwnika, starając się podnosić koszt prowadzenia wojny po rosyjskiej stronie. rosja natomiast nie zrezygnuje z ataków na ukraińską infrastrukturę krytyczną, licząc na stopniowe osłabienie zdolności państwa do funkcjonowania. W obu przypadkach nie chodzi o jednorazowe paraliżujące ciosy, lecz o długotrwałą presję, zmuszającą przeciwnika do stałego odtwarzania utraconych zdolności.

Taka logika konfliktu sprawia, że wojna w 2026 roku coraz bardziej oddala się od tradycyjnego rozumienia zwycięstwa. Postępy mierzone są nie zdobytymi kilometrami, a zdolnością do utrzymania pozycji, ciągłości dostaw i odporności struktur dowodzenia. Dla Ukrainy oznacza to konieczność prowadzenia wojny ostrożnej i selektywnej, w ramach której unika się ryzykownych operacji o niepewnym efekcie politycznym. Dla rosji – akceptację długotrwałego konfliktu bez perspektywy szybkiego rozstrzygnięcia.

Front w 2026 roku pozostanie więc kluczowym elementem wojny, ale nie jej punktem ciężkości. Będzie raczej trwałym przypomnieniem, że żadna ze stron nie jest w stanie narzucić przeciwnikowi swojej woli siłą militarną. To właśnie ten impas – kosztowny, krwawy, lecz stabilny – stworzy przestrzeń dla decyzji politycznych, które w kolejnych miesiącach mogą okazać się ważniejsze niż ruchy wojsk na mapie.

—–

Wbrew nadziejom części obserwatorów, rok 2026 nie przyniesie załamania rosyjskiego systemu politycznego ani nagłego wyczerpania zdolności państwa do prowadzenia wojny. rosja weszła w fazę konfliktu, w której wojna została w dużej mierze wchłonięta przez codzienne funkcjonowanie państwa. Stała się nową normą, a nie nadzwyczajnym stanem wymagającym mobilizacji całego społeczeństwa.

rosyjskie władze zdołały narzucić „swoim” model akceptacji kosztów wojny bez potrzeby jej pełnej internalizacji. Konflikt toczy się „gdzieś daleko”, a jego bezpośrednie konsekwencje są nierównomiernie rozłożone. Duże miasta, kluczowe dla stabilności politycznej reżimu, wciąż funkcjonują w relatywnie normalnych warunkach. Straty osobowe koncentrują się głównie w regionach peryferyjnych – zamieszkałych przez pogardzane mniejszości etniczne – co ogranicza potencjał masowych protestów. W 2026 roku ten mechanizm nadal będzie działał, o ile Kremlowi uda się uniknąć kolejnej fali mobilizacji o charakterze powszechnym.

Gospodarka rosji również została dostosowana do realiów długotrwałego konfliktu. Sankcje, które miały doprowadzić do jej szybkiego osłabienia, stały się elementem nowego krajobrazu gospodarczego. Państwo nauczyło się funkcjonować w warunkach ograniczonego dostępu do technologii i rynków zachodnich, kompensując te braki przez zwiększoną rolę sektora publicznego, przestawienie przemysłu na produkcję wojenną oraz intensyfikację współpracy z partnerami spoza świata euroatlantyckiego. Ten model nie sprzyja rozwojowi – ba, jest tragicznie regresywny, a długofalowo przesądzi o dalszej degradacji rosji – ale „na dziś” jest wystarczający i pozwala podtrzymać zdolność do prowadzenia wojny.

Strategia Kremla w 2026 roku będzie opierać się na prostym założeniu: czas działa na korzyść strony, która potrafi dłużej utrzymać konflikt poniżej progu destabilizacji wewnętrznej. rosja nie musi wygrać wojny w klasycznym sensie – wystarczy, że jej nie przegra. Każdy miesiąc impasu osłabia Ukrainę i zwiększa presję na jej sojuszników, zmuszając ich do coraz trudniejszych decyzji politycznych i finansowych.

Jednocześnie Kreml będzie unikał działań, które mogłyby doprowadzić do niekontrolowanej eskalacji. Bezpośrednia konfrontacja z NATO pozostaje poza kalkulacją, podobnie jak próby spektakularnych operacji militarnych o wysokim ryzyku porażki. Wojna w 2026 roku z rosyjskiej perspektywy ma pozostać konfliktem „zarządzalnym” – wystarczająco intensywnym, by wywierać presję, ale na tyle ograniczonym, by nie zagrozić stabilności systemu.

Co z Zachodem? Jak zachowa się wspólnota wobec wyzwań generowanych przez rosjan? O tym przeczytacie w pełnej wersji materiału – zapraszam do lektury! Cały tekst, który napisałem dla TVP Info, znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Kasi Byłów, Grzegorzowi Zgnilcowi, Robertowi Sewerynowi, Marii Warnke i Pawłowi F. Górze.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wystrzał z przenośnej wyrzutni przeciwpancernej/fot. SzG ZSU

Zuchwałość

gierasimow, ksywa „młotkowy’, do putina (10 dni temu):

– Zdobyliśmy Kupiańsk!

Zełenski (dziś):

– Potrzymaj mi piwo…

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że chłopięca zuchwałość nie przystoi politykowi, głowie państwa na wojnie. „Propagandowa szopka”, rzekną, usiłując zdezawuować fakt, że prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, gdy jego adwersarz długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów (nawet Hitler, który odwagą nie grzeszył, był bliżej…). Załączone zdjęcie wykonano w Kupiańsku, 2000 metrów od rosyjskich pozycji. Gdy je robiono, Zełenski nagrywał wystąpienie, w którym odnosił się do kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta.

„Frajerzy…”, mówi jego postawa, a komunikat ów skierowany jest nie tylko do putina i jego speca od masowego wytracania własnych żołnierzy. To także przesłanie do Trumpa, coś w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, mam za to jaja”. Tak również (obok szeregu innych działań!), ową chłopięcą zuchwałością, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną. Prezydencki gest jest tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczy i daje powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń.

—–

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Fot. Biuro prezydenta Ukrainy

Rozdźwięk

A dziś zapraszam Was do lektury tekstu, który podsumowuje mój ostatni wyjazd do Ukrainy, jest też autorską konkluzją kilkudziesięciu rozmów, które odbyłem na przestrzeni ostatnich tygodni. Znajdziecie w nim kilka powtórzeń z poprzednich, krótszych materiałów; ten zabieg wynikał z konieczności zachowania ciągłości narracji. Ufam, że czeka Was satysfakcjonująca lektura.

Chersoń jest niczym Sarajewo z czasów serbskiego oblężenia (z lat 1992-1996). Podobnie jak w bośniackiej stolicy, w ukraińskim mieście żyje liczna populacja, tak jak wtedy, tak i dziś nękana selektywnym ostrzałem artylerii. Każdego dnia na chersońskiej tkance przybywają nowe blizny – kolejne zniszczone domy i obiekty publiczne – i tak jak w przypadku sarajewskiej rzeczywistości i tu nie ma mowy o poważnych remontach czy odbudowie. Miasto popada w ruinę…

Normalne życie zamarło (lub zeszło do podziemi), chersonianie do minimum ograniczają aktywność poza domem. W Sarajewie, obok armat i moździerzy, ryzyko dla mieszkańców stwarzali polujący snajperzy, w Chersoniu na miano najpodlejszych bandytów – atakujących kobiety, dzieci i starców, na ulicach, przystankach czy przed sklepami – pracują droniarze. „Ludzie ludziom zgotowali ten los”; znamienne, że w obu dramatach w role tych złych wcielili się Serbowie i rosjanie, przedstawiciele kulturowo blisko ze sobą związanych narodów. Nie wiem czy to przypadek.

Jedno z wielu chersońskich „dzieł” rosyjskich agresorów/fot. własne

Chersoń na mapie współczesnej Ukrainy jest miejscem wyjątkowym, doświadczenia jego mieszkańców istotnie odmienne. rosjanie stoją za wąską na tym odcinku wstęgą Dniepru. Wystarczy im zatem byle moździerz, by narobić szkód na drugim brzegu, drony zaś mogą posyłać rojami – te o najkrótszym zasięgu i tak dotrą na najgłębsze przedmieścia.

Innym miastom Ukrainy – w centrum i na zachodzie kraju – szkodzą „co najwyżej” rakiety i pociski manewrujące oraz irańskie Szahidy; amunicja kosztowna i stosunkowo nieliczna, używana więc przez rosjan w ograniczonym zakresie. I z ograniczoną skutecznością, bo ukraińska obrona przeciwlotnicza potrafi z tym zagrożeniem walczyć. Gdy zdamy sobie sprawę z tych uwarunkowań, łatwiej pojmiemy, dlaczego w Chersoniu – i szerzej, na całym poharatanym walkami i ostrzałami wschodzie – myślą inaczej niż w Kijowie czy Lwowie.

Inaczej, czyli jak? Z badań Instytutu Gallupa wynika, że wśród Ukraińców ze wschodu odsetek pragnących niezwłocznego końca wojny jest ponad dwa razy większy niż osób, które chciałyby kontynuacji walki (63 proc. vs. 27 proc.). W skali kraju już „tylko” 52 proc. obywateli życzy sobie, by Ukraina jak najszybciej wynegocjowała zakończenie wojny, a 38 proc. uważa, że państwo powinno walczyć do zwycięstwa. „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”, głosi popularne powiedzenie. W nakreślonych realiach ów punkt to niewygodny fotel bądź krzesło elektryczne.

—–

Czymkolwiek jest, pozostaje sprzętem w ciemnym i zimnym pokoju. Ukraińcy do przerw w dostawach prądu przywykli, ale coś w ich postawach zaczyna się zmieniać. Kilka dni temu – po niemal tygodniowym blackoucie – na ulice wyszli mieszkańcy Odesy, w sumie kilkaset osób. Był to pierwszy tak otwarty i tak liczny protest zmęczonych obywateli, domagających się od władzy przywrócenia stałych dostaw energii. Rosnącą irytację widać też w Charkowie, gdzie normą są 6-10-godzinne wyłączenia – dość poczytać lokalne fora internetowe. Ba, narzeka nawet Kijów, gdzie prąd „być musi” przynajmniej kilkanaście godzin na dobę. „Jak tak dalej pójdzie, nie przetrwam zimy”, zwierza mi się znajomy, właściciel niewielkiego bistro. Kijowianin – skądinąd weteran, zwolniony ze służby z powodu trwałego kalectwa – wykosztował się na zakup generatora, w którym przepala teraz znaczną część przychodów.

Ukraiński system energetyczny „wisi na włosku”. Przed ostatnim dużym atakiem lotniczo-rakietowym z 28 listopada br. zapotrzebowanie na moc realizowano w 40 procentach. Najświeższych danych brak, ale z dużym prawdopodobieństwem kolejne zniszczenia elektrowni i sieci przesyłowych pogorszyły sprawę. A to może oznaczać, że rosjanom wystarczą dwa do czterech uderzeń z jednoczesnym użyciem kilkudziesięciu rakiet i pocisków manewrujących, by udało im się „wyłączyć Ukrainę”.

Skutki humanitarne w warunkach zimy nietrudno przewidzieć (szacunki mówią o fali kolejnych 4-6 mln uchodźców), a jest jeszcze kwestia energochłonnej produkcji zbrojeniowej. Prądu potrzebują duże państwowe zakłady wytwarzające pociski artyleryjskie i liczne wolontariackie manufaktury, drukujące na drukarkach 3D plastikowe elementy ładunków wybuchowych podczepianych pod drony. Jeśli to wszystko „padnie”, możliwości odtwarzania potencjału bojowego armii zostaną dramatycznie zredukowane.

Podczas ostatniego wyjazdu odwiedziłem jedną z wolontariackich manufaktur, drukujących w 3D elementy ładunków wybuchowych dla dronów/fot. własne

Tak mają się sprawy z perspektywy ogólnej i wielkomiejskiej, ale wróćmy na prowincję. Pierwsze akapity tekstu poświęciłem Chersoniowi, jednak źle jest też na pozostałych obszarach wyzwolonych spod rosyjskiej okupacji. Niedawno minęły dwa lata od spektakularnych sukcesów armii ukraińskiej, a zmian na lepsze – poza oswobodzeniem – zwykle nie widać. Wiele wsi wygląda niczym plan filmu postapo. Zarwane dachy, wybite okna, przestrzelone ściany. Powalone płoty, wraki aut, rozorane drogi. I często ani śladu żywej istotny, choćby zdziczałych psów, które na wschodzie kręcą się hordami. Wiele osad jest dosłownie martwych, w innych – w otoczeniu ruin domów dawnych sąsiadów – gnieżdżą się ukraińscy Robinsonowie.

Nawet „pokazuchy” – wsie przewidziane do odbudowy w pilotażowym programie pod patronatem Wołodymyra Zełenskiego – nie mają się czym (i jak) pochwalić. Do podcharkowskich Cyrkunów nie sposób wjechać, bo znów stały się strefą przyfrontową, a w podchersońskim Posad-Pokrowsku z zaplanowanych kilkudziesięciu domów udało się zbudować pięć. Reszta wioski pozostaje rumowiskiem, otoczonym za to solidnym metalowym płotem, na którym wymalowano sielskie obrazki osiedla przyszłości.

Brak wody, minimalnie przyzwoitej drogi, sklepu, lokalnego miejsca pracy – przedsiębiorstwa, które po zniszczeniu/rozszabrowaniu przez rosjan nie ponowiło działalności – takie są realia wyzwolonych terytoriów. Abdykacja państwa? Raczej dowód jego dramatycznej sytuacji. Bo jednak w niektórych miejscach odbudowano mosty, rozminowanie idzie pełną parą, a niewielkie, ale zawsze jakieś!, świadczenia są regularnie wypłacane. Trzy czwarte ukraińskiego budżetu pochłania prowadzenie wojny – takie są priorytety. Tuż za Posad Pokrowskiem (w stronę Chersonia) koparki, miast kopać doły pod fundamenty dla kolejnych domów, „robią przy okopach”. Miejscowi to rozumieją, ale i tak czują się porzuceni i oszukani. I coraz bardziej zmęczeni tym, jak żyją, zwłaszcza gdy znów nie ma prądu…

Posad-Pokrowskie/fot. własne

Tymczasem wojsko chce się bić dalej – co stwierdzam w oparciu o rozmowy toczone już od wielu tygodni, z wieloma mundurowymi różnego szczebla i specjalności. Nie jest to w każdym razie wniosek wywiedziony z ostatniego krótkiego wyjazdu do Ukrainy.

No więc armia chce się bić, choć po tym stwierdzeniu potrzebnych jest kilka zastrzeżeń.

Po pierwsze, w Ukrainie próżno szukać śladów patriotycznego wzmożenia z pierwszych miesięcy pełnoskalowej wojny. Obecnie istotą rekrutacji pozostaje przymusowy pobór, z którego wielu ukraińskich mężczyzn usiłuje się wykręcić, zabiegając o „odsroczki” (odroczenia).

Po drugie, armia nadal cieszy się wielkim społecznym szacunkiem. A zarazem nikt już nie ma złudzeń, że front to także dla Ukraińców „maszynka do mielenia mięsa”. Dodajmy do tego powszechne rozczarowanie, że „wróciło stare” – korupcja, prywata ludzi władzy – i towarzyszące mu przekonanie, że wojnę toczy się rękoma najbiedniejszych; innymi słowy, czynniki zdecydowanie niesprzyjające rekrutacji. W efekcie mamy sytuację, w której żołnierze są w oczach rodaków niczym gladiatorzy. Herosi, a jednocześnie życiowi pechowcy, wepchnięci w tryby śmiercionośnej maszynerii. Można darzyć ich uznaniem, szacunkiem czy nawet miłością, ale lepiej nie być na ich miejscu.

—–

Po trzecie, armia jest zmęczona i coraz bardziej sfrustrowana. Według danych ukraińskiej Prokuratury Generalnej, od stycznia do października 2024 roku wszczęto 40 tys. postępowań karnych dotyczących samowolnego opuszczenia oddziału oraz 20 tys. spraw o dezercję. To dwa i pół raza więcej niż w całym 2023 roku. Rzeczywista skala zjawiska może być większa, z drugiej strony musimy pamiętać, że miażdżąca większość łamiących prawo dobrowolnie wraca do jednostek. Nie chcą uciekać, tylko spotkać się z bliskimi, których często nie widzieli od miesięcy. Dramatyczne straty i problemy z mobilizacją z minionych miesięcy skutkowały „nadeksploatacją” żołnierzy w linii. Polityka „zero urlopów” musiała skończyć się masową niesubordynacją.

Ale do „rozkładu morale armii” wciąż droga daleka.

Choć z pewnością skraca ją wspomniana frustracja. Jak to ujął jeden z moich wojskowych rozmówców: „milion walczy, pięć milionów grzeje łóżka na tyłach; tak dłużej być nie może”. To uproszczone i często krzywdzące postrzeganie rzeczywistości – bo ktoś na ten milion i jego narzędzia musi pracować – tym niemniej nierównomierność rozłożenia wysiłku obronnego jest w Ukrainie faktem.

I po czwarte, dojrzeć należy charakterystyczną zmianę percepcji, do jakiej dochodzi, gdy cywil zostaje wcielony do wojska. Znikają wówczas wątpliwości co do sensowności prowadzenia wojny, górę bierze „logika armii” i lojalność wobec kolegów w mundurze. Zresztą więzi, szczególnie te okopowe, mają niebagatelne znaczenie dla trwałości struktury; to często one, a nie patriotyczne wzmożenie czy poczucie obowiązku, stoją za decyzjami o powrocie z samowolnego oddalenia. Cementujące armię koleżeństwo to nihil novi – historycznie obserwujemy je przy okazji innych wojen. Narastający rozdźwięk między oczekiwaniami społeczeństwa i wojska też nie jest czymś, czego byśmy nie znali z przeszłości. Mnie Ukraina coraz bardziej przypomina kajzerowskie Niemcy z ostatnich miesięcy I wojny światowej. Z czasów, kiedy wojsko ani myślało o rozejmie, ale zaplecze miało już dość ponoszonych kosztów.

—–

Nz. głównym – skwer w centrum Kehicziwki (obwód charkowski), poświęcony pamięci poległych mieszkańców miasteczka/fot. własne

Osoby zainteresowane nabyciem mojej najnowszej książki pt. „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji”, w wersji z autografem, oraz kilku wcześniejszych pozycji (również z „bonusem”), zapraszam tu.

Niniejszy tekst zawiera fragmenty materiałów, które opublikowałem w portalach „Polska Zbrojna” i Interia.