Promil

Dwa razy znalazłem się pod silnym ogniem artylerii. Za pierwszym razem był to ostrzał z gradów, w odsłoniętym polu; szczęśliwie zagrzebałem się wówczas w dziurze w ziemi i jakoś poszło. Po wszystkim tylko w zasięgu wzroku doliczyłem się dwudziestu lejów.

Następnym razem było trochę lepiej – już po pierwszej eksplozji dałem nogę do piwnicy, skąd wyszedłem kilka godzin później, gdy było już cicho. Przez pierwszą godzinę liczyłem nieodległe eksplozje, po dojściu do 120 dałem sobie spokój. Ale wybuchy wciąż następowały, z kwadransa na kwadrans coraz rzadziej i rzadziej.

Ani za pierwszym razem – gdy towarzyszyło mi pięć osób – ani za drugim – gdy siedziałem w rumowisku z plutonem ukraińskiego wojska – nikt nie zginął, ba, nikt nawet nie został poważnie ranny.

Wspominam o tym nie dla weterańskich opowieści, lecz by uzmysłowić Wam prostą, wojenną zależność. Jeden wystrzelony pocisk nie musi i w miażdżącej większości przypadków nie oznacza zabitego człowieka. To trochę inna kategoria, bo dotyczy amunicji strzeleckiej, ale dobrze ilustruje problem. Gdy Amerykanie w Wietnamie podsumowali zużycie środków bojowych, wyszło im, że zabicie jednego żołnierza z północy/partyzanta z Wietkongu, kosztowało wystrzelenie… 500 tys. sztuk naboi. Wojskowi z USA zwykle strzelali do dżungli – czasem udało im się kogoś trafić.

Czasem udaje się też trafić rosyjskim artylerzystom. Którzy zużywają ogromne ilości pocisków – Ukraińcy szacują, że 50-60 tys. sztuk dziennie – ale tylko promil z nich wyrządza realne fizyczne szkody ukraińskiej „sile żywej”. Są rzecz jasna jeszcze szkody niefizyczne – nawała ma bowiem moc łamania psychiki, co zauważam gwoli rzetelności, ale nad czym nie zamierzam się pochylać z braku statystycznych danych. Ta materiałochłonność wojny jest zjawiskiem obiektywnym, ale o zmiennej skali. Armie Zachodu jeszcze w ubiegłym wieku zaczęły odchodzić o filozofii masowego ostrzału na rzecz precyzyjnych uderzeń. W ostatecznym rozrachunku, tak jest taniej (gdy zbuduje się już odpowiednie zaplecze naukowo-techniczno-przemysłowe), nie bez znaczenia są też przesłanki humanitarne. Strzelanie wagonami amunicji w pozycje wroga zwiększa ryzyko strat ubocznych, pośród cywili. Rosjanie do takiej armii „nie dorośli”; próbowali świat przekonać, że jest inaczej, ale po zużyciu skromnych zapasów precyzyjnej broni, po uwłaczających porażkach punktowych natarć, szybko wrócili do tego, na czym znają się najlepiej. Na kumulacji masy i ilości, przede wszystkim rozumianej jako tak zwany artyleryjski walec.

Mimo przerażających atrybutów werbalno-wizualnych ów walec jest tak sobie skuteczny. Rosjanie potrzebowali 10 tygodni, by wygrać bitwę na łuku donbaskim. Wzięli dwa miasta – jedno wielkości Włocławka, drugie Kutna – co usiłują przedstawić jako wielki sukces. Ma on wymiar symboliczny – bo to na obszarze Siewierodoniecka i Lisiczańska koncentrowały się w ostatnich tygodniach wysiłki zbrojne obu stron – więc nie jest to tylko „propagandowe pierdolenie”. Niemniej nie zapominajmy, że w wymiarze praktycznym mówmy o wejściu w głąb terytorium przeciwnika na 15-35 km. Co więcej, tej pełzającej ofensywie nie towarzyszyły spektakularne zjawiska typu „kocioł”, w którym zamknięto by, a następnie wzięto do niewoli tysiące żołnierzy. Ukraińcy wycofali się w sposób uporządkowany i na tyle zmyślnie, by nie musieć porzucać ciężkiego sprzętu – co zwykle towarzyszy odwrotowi (Moskwa coś tam bredzi o porzuconych czołgach, ale dowodów zdjęciowych i filmowych brak). Dla pełnego obrazu dodajmy, że wzięcie Lisiczańska oznacza utratę przez Ukrainę całości obwodu ługańskiego. I że ten cel Rosjanie mieli osiągnąć najpierw 1 czerwca, potem w połowie czerwca, a ostatnia OFICJALNA zapowiedź mówiła o 1 lipca.

Trochę wolny ten walec, co nie zmienia faktu, że jednak obrońców przetrzebił. Dał im w kość do tego stopnia, że Ukraińcy postanowili „odciąć go od prądu”. W efekcie już od wielu dni – a od kilku w niezwykle efektownej „oprawie” – obserwujemy ataki ukraińskiej artylerii na składy materiałowe armii najeźdźców. Gdy piszę te słowa, płoną co najmniej cztery takie obiekty – niektóre, jak w Doniecku, na bliskim zapleczu frontu, inne, jak w Melitopolu, w sporej odległości od linii styku wojsk, co sugeruje użycie dalekonośnej artylerii rakietowej.

Z informacji, jakie do mnie napływają, wynika, że od kilkudziesięciu godzin rosyjska presja na froncie słabnie. Być może jest to już efekt odcięcia od zapasów, wiele jednak wskazuje, iż mamy do czynienia z pauzą operacyjną, za którą stoi cały szereg także innych czynników. Sam Putin orzekł wczoraj, że po „wyzwoleniu” obwodu ługańskiego, oddziały muszą odpocząć, odbudować potencjał bojowy. „Zielone światło” z Kremla chyba zostało wykorzystane przez dowódców w Ukrainie, świadomych, że jednostki bojowe gonią w piętkę. Rosjanie nie mają w tej chwili dość sił, by „dokończyć” zadania w Donbasie – do zajęcia jest połowa obwodu donieckiego, co przy dotychczasowym tempie oznacza kolejne długie tygodnie walk.

A przecież Ukraińcy ani myślą w tym czasie spać. Ich pierwszoliniowe oddziały też potrzebują odpoczynku, ale artyleria zasilona zachodnim sprzętem zdaje się właśnie rozkręcać. Nie będę tu wyrwalił (w drugą stronę) i rościł sobie prawo do budowania całościowych scenariuszy – nie mam takiej wiedzy, by bez ryzyka blamażu orzec, jak będą wyglądać najbliższe tygodnie na froncie. Niezmiennie trzymam kciuki za obrońców.

Zaś własne intuicje (optymistyczne) zasilam kolejnymi doniesieniami, z których jasno wynika, że dla matuszki roSSji ta wojna jest solidnym obciążeniem. Jak zauważa portal Riddle, od maja 2022 roku moskiewskie ministerstwo finansów niemal całkowicie ograniczyło dostęp do danych o bieżących wydatkach budżetu federalnego. Lecz z jakiegoś powodu pozycja „obrona narodowa” jest nadal dostępna. Dzięki czemu wiemy, że w okresie styczeń-kwiecień na obronę narodową wydano około 1,6 bln rubli z planowanych 3,85 bln. Tymczasem cały budżet federalny na 2022 rok wynosi około 26 bilionów rubli. I teraz tak – w 2021 roku na obronę narodową wydano prawie 3,6 bln rubli (cały budżet wynosił wówczas 24,8 bln rubli), ale poprzeczkę 1,5 bln rubli przekroczono dopiero w czerwcu. Jeśli zatem utrzyma się tempo wydatków z okresu marzec-kwiecień – 500 mld rubli miesięcznie zamiast średnio 300 mld – do końca roku wydatki na obronę narodową mogą sięgnąć 5,0-5,5 bln rubli, czyli 19-21 proc. budżetu federalnego. Dla porównania, obronność w Polsce czy USA „przejada” 10-11 proc. budżetu, Rosja tymczasem funkcjonuje w realiach coraz dotkliwszych sankcji. Na wojowanie trzeba mieć pieniążki, zwłaszcza gdy straciło się na przykład 1600 spośród 3300 najlepszych (najnowszych lub zmodernizowanych) czołgów.

No ale „Rosja jest wielka, a Ukraińcy walczyć nie chcą”. Do takiego wniosku doszedłem, zanurzając się dziś w rodzimy, prorosyjski internet. Sporo tam o „byczkach” – ukraińskich mężczyznach, którzy migają się od walki. I wieją zagranicę. Amunicji dostarczyła kilka tygodni temu „Rzeczpospolita”, pisząc, że do połowy czerwca 430 tys. Ukraińców w wieku 18-60 lat wjechało do Polski. W dużej mierze dzięki łapówkom, bo mężczyźni w wieku poborowym nie mają prawa opuszczać Ukrainy. Zabawne, że w antyukraińskiej narracji jest to powód do oburzenia („jak można nie chcieć walczyć za swój kraj!?”), nie mniejszy niż fakt, że Ukraina stawia Rosji opór („po co, przecież Rosjanie nie mają złych intencji?”). Znać tu sznyt rosyjskiej propagandy i jej wewnętrznej niespójności. Klocuszki nie muszą się układać w jedną opowieść, każdy ma „walić w Ukraińców” – w taki czy inny sposób. Na marginesie – ów mechanizm wykorzystał do perfekcji Antoni Macierewicz w swoich smoleńskich bredniach; ileż to wzajemnie wykluczających się teorii lansował? Nieważne, grunt, że część ludzi uwierzyła, iż coś na rzeczy jest z tym zamachem…

No więc we wspomnianym przypadku „coś na rzeczy jest” z tym brakiem woli walki u Ukraińców. Tylko że:

a/istnieją w ukraińskim prawie wyjątki pozwalające wyjechać poborowym;

b/pół miliona osób (z uwzględnieniem tych, którzy wyjechali inną niż polska drogą) to 1/34 męskiej populacji w tym przedziale wieku (słownie: jedna trzydziesta czwarta, trzy procent), trudno zatem mówić o masowej skali zjawiska;

c/z samej Polski w opisywanym okresie (luty-czerwiec) wyjechało na Ukrainę 600 tys. mężczyzn; popytajcie firmy budowlane, w jakich warunkach funkcjonują dziś takie biznesy.

No ale nie o uczciwość i racjonalne argumenty zwolennikom „rosyjskiego głosu w twoim domu” chodzi.

PS. „Nie spotkałem się z dezercjami” – pisze Damian, Polak, ochotnik pracujący w Ukrainie jako medyk polowy. „Wręcz przeciwnie, są osoby które walczą nieoficjalnie, bez kontraktu, bo chwilowo nie ma dla nich etatu. Ryzykują więc życie, wiedząc, że rodzina nie dostanie nawet grosza, jak zginą. Czy to świadczy o niskim morale?”.

—–

Nz. Ukraińskie Himarsy gdzieś w obwodzie zaporoskim/fot. Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pancerni

Ukraińska załoga „naszego” teciaka”. Prawdopodobnie okolice Krzywego Rogu/fot. Dowództwo Ukraińskich Sił Zbrojnych

Zwróćcie uwagę, że to już kolejne nawiązanie do legendarnego serialu „Czterej pancerni i pies”. Tym razem czołgistów jest trzech, bo i T-72 – wyposażony w automat – nie potrzebuje ładowniczego. Ale pies jest – i to prawilnej rasy!

Kilka dni temu Ukraińcy wypuścili krótki filmik z działań polskiej armatohaubicy Krab, używanej przez nich w Donbasie. Materiał ilustrowała – a jakże – ścieżka dźwiękowa z serialu. W genialnej punkowej re-aranżacji.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pancerz

W połowie czerwca br. w Paryżu odbyły się Eurosatory 2022, targi zbrojeniowe poświęcone wyposażeniu wojsk lądowych, druga co do wielkości tego rodzaju impreza na świecie. Z powodu sankcji w halach wystawienniczych zabrakło przedsiębiorstw z Rosji, co wykorzystały zbrojeniówki z Chin i Indii, prezentując sporo sprzętu o poradzieckiej i rosyjskiej proweniencji. Był także inny, trochę nietypowy „rosyjski” akcent w postaci… nadmuchiwanego zestawu rakietowo-artyleryjskiego Pancyr-S1. Gumowa makieta – wyprodukowana przez Amerykanów z firmy i2k Defense – to oferta całkiem serio, skierowana do użytkowników rosyjskiej broni. O tym, że realistycznie odwzorowane systemy uzbrojenia nadal wykorzystywane są w działaniach pozoracyjno-maskujących, świadczą chociażby drewniane czołgi stawianie przez Białorusinów przy granicy z Ukrainą. W tym przypadku „maskirowka” się nie powiodła – Ukraińcy zdobyli szereg zdjęć ilustrujących powstawanie rzekomego odwodu pancernego – niemniej solidnie wykonane makiety wciąż pozostają w cenie. Poza myleniem przeciwnika służą też do działań szkoleniowych dla własnych wojsk. Wspomniany Pancyr mógłby przydać się lotnikom trenującym wykrywanie wrogich systemów rakietowych.

Wracając do targów – zorganizowano je w cieniu wojny rosyjsko-ukraińskiej, pierwszego od dekad tak poważnego konfliktu w Europie. W mediach z miejsca pojawiły się opinie, wedle których sytuacja w Ukrainie wprost przełożyła się na ofertę wystawienniczą. „Europa znów pokochała czołgi”, zawyrokował jeden z największych na kontynencie portali, sugerując, że producenci zdołali już wyciągnąć wnioski z bitew stoczonych po 24 lutego. Trudno zgodzić się z taką oceną, bowiem czołgów nie projektuje się z tygodnia na tydzień czy nawet z miesiąca na miesiąc. Powierzchowne modernizacje da się przygotować w tak krótkim terminie, te zaawansowane już nie. Co wcale nie oznacza, że kolejna pancerna fiksacja Europy nie ma swych źródeł w działaniach Moskwy. Tyle że nie chodzi tu o najnowszą odsłonę prób znokautowania Ukrainy, a o wysiłki z przełomu 2014-2015 r. – z fazy najintensywniejszych, manewrowych starć w Donbasie, gdzie czołgi istotnie wykazały, że nadal liczą się na polu walki. Pełnoskalowa inwazja potwierdziła zjawisko pancernej dominacji, z zastrzeżeniem, że pojazdy nie przetrwają bez należytej aktywnej ochrony – że sam pancerz to za mało. Wystawcy uwzględnili ów czynnik, choć miejmy świadomość, że zachodni producenci czołgów już od dawna udoskonalają systemy, przewidziane do unieszkodliwiania nadlatujących pocisków.

Cyfrowa Panthera

Co znamienne, ale i niezaskakujące, w kwestii pancernych kolosów najwięcej w Paryżu mieli do powiedzenia Niemcy. Media skupiły się szczególnie na ofercie koncernu Rheinmetall – czołgu Panthera KF-51. Poza kwestiami merytorycznymi zadecydowała o tym symbolika – nazwa wprost nawiązująca do wozu produkowanego w czasach III Rzeszy. Nad Renem istnieje tradycja, zgodnie z którą czołgom (i innym ciężkim wozom bojowym) nadaje się „imiona” dzikich kotów (Tygrys, Leopard, Gepard itp.), lecz ta konkretna konotacja wydaje się szczególnie niefortunna. Być może dlatego Niemcy zastrzegli, że KF-51 nie jest i nie będzie pojazdem oferowanym armii niemieckiej, a zagranicznym użytkownikom, obecnie eksploatującym wozy z rodziny Leopard. Futurystycznie wyglądającą Pantherę wyposażono w uzbrojenie główne o większym kalibrze – zamiast dotychczas najpopularniejszej 120 mm armaty, działo użyte w KF-51 ma 130 mm. Zdaniem konstruktorów, pozwoli to na zwiększenie siły ognia o 50%. Proces ładowania jest w Pantherze całkowicie zautomatyzowany, armata może strzelać zarówno tradycyjną amunicją, jak pociskami typu airburst, eksplodującymi nad wybranym celem (co okazuje się morderczo skuteczne w rażeniu piechoty). Czołg wyposażono w zaawansowane systemy samoobrony oraz w masę cyfrowych udogodnień (w tym sensorów), zwiększających świadomość sytuacyjną załogi. Ma również wyrzutnię amunicji krążącej, zdolnej do atakowania celów na odległość do 60 km. Przypomnijmy, do tej pory o klasie czołgu decydował skuteczny zasięg armaty, nieprzekraczający 2-3 km.

Inny niemiecki kolos na gąsienicach zaprezentowany w Paryżu, to Leopard 2A7 – najnowsza odmiana popularnego czołgu, używanego także przez Wojsko Polskie. „Leo” w najświeższej odsłonie otrzymał m.in. nową armatę dostosowaną do strzelania pociskami o zwiększonej energii kinetycznej, nowe przyrządy obserwacyjne oraz wzmocnioną ochronę balistyczną i przeciwminową. System aktywnej ochrony EuroTrophy wraz ze zdalnie sterowanym stanowiskiem strzeleckim, znacząco podniosły parametry tzw.: przeżywalności załogi. Niemniej jednak wciąż mówimy o maszynie, której początki sięgają lat 80. ub.w. – i która w perspektywie najbliższych kilkunastu lat zmuszona będzie „zejść ze sceny”. Niemcy – tym razem do spółki z Francuzami – solidnie się do tego scenariusza przygotowują. Przemysłowa kooperacja obu krajów odbywa się w oparciu o dwa programy – EMBT (ang. Enhanced Main Battle Tank – Europejski/Ulepszony Czołg Podstawowy) oraz MGSC (ang. Main Ground Combat System – Podstawowy Lądowy System Bojowy). W przypadku tego drugiego mówimy o produkcie, który ma być gotowy w połowie lat 30. Póki co w Paryżu pokazano prawdopodobne uzbrojenie francusko-niemieckiego czołgu przyszłości – armatę o kalibrze 140 mm. Konstruktorzy działający w ramach EMBT zaprezentowali z kolei wóz z nietypowym dla współczesnych czołgów składem załogi. Choć maszynę wyposażono w automat do ładowania, nadal wymaga ona 4-osobowej obsługi. Znakiem czasów, w których czołgi staną się „nosicielami” całej masy wyspecjalizowanych urządzeń, jest załogant-operator systemów. W EMBT odpowiedzialny za obsługę systemu zarządzania walką, drona i dodatkowego stanowiska strzeleckiego z 30-mm armatą.

Potencjał modernizacyjny

Lecz nie samymi czołgami Eurosatory stały – sporo powierzchni i uwagi poświęcono artylerii. W przeciwieństwie do wojsk pancernych, które po 1989 r. miały w zachodnich armiach pod górkę, z „boga wojny” nikt rezygnować nie zamierzał. Wiadomo było jednak, że należy artylerię „usamobieżnić”, zwiększyć jej precyzję i zasięg rażenia. Oparte o takie założenia koncepcje w całości sprawdziły się w Ukrainie. Nie dziwi zatem spore zainteresowanie, jakie towarzyszyło francuskiej armatohaubicy Caesar, używanej w boju przez armię ukraińską. Wnioski z tej eksploatacji są na tyle obiecujące, że w Paryżu podpisano dwie umowy (z Litwą i Belgią) na dostawy systemów, do tej pory – poza krajem producenta – używanych przez „egzotyczne” armie: saudyjską, indonezyjską i tajlandzką. A propos umów – podczas Eurosatorów Polska Grupa Zbrojeniowa zawarła porozumienie o współpracy z koreańskim koncernem Hyundai Rotem. Tak naprawdę nie bardzo wiadomo, co ma z tego wynikać. Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak zapewnia, że chodzi o „współpracę w rozwoju czołgów i transporterów opancerzonych”. Koreańczycy już od jakiegoś czasu zabiegają, by Polska kupiła od nich czołgi K2 Black Panther, oferując możliwość licencyjnej produkcji i głębokiej „polonizacji” wozu i jego następców. Szczegółów na razie brak.

Gdyby rzeczywiście K2/K2PL weszły na uzbrojenie Wojska Polskiego – i towarzyszyłoby temu uruchomienie linii produkcyjnej w kraju – byłaby to dobra wiadomość. Także w kontekście obserwowanego w Europie „powrotu do czołgu”. Los poradzieckich maszyn w Polsce jest już przesądzony – wszystkie trafią do Ukrainy. Niemieckie leopardy jeszcze posłużą, ale polityczne zatargi na linii Warszawa-Berlin i nieumiejętny lobbing na rzecz pozyskania kolejnych maszyn dla WP, każą widzieć w produktach made in Germany co najwyżej zapas mobilizacyjny (w perspektywie najbliższych kilku lat). O sile wojsk pancernych będą zapewne decydować amerykańskie abramsy – które niebawem zaczną trafiać nad Wisłę – oraz ewentualnie koreańskie, a docelowo polsko-koreańskie maszyny. K2 to zupełnie świeży czołg, abramsy w wersji oferowanej Polsce to właściwie również nowa konstrukcja. Obie będą miały zatem bardzo wysoki potencjał modernizacyjny, co sprawi, że nawet za 20-30 lat pozostaną konkurencyjne wobec kolejnych pojawiających się typów uzbrojenia. Jeśli zaś idzie o artylerię samobieżną – gąsienicowe Kraby ze Stalowej Woli (udany owoc polsko-koreańskiej współpracy!) właśnie dowodzą swojej skuteczności w Ukrainie. A i w tym przypadku mówimy o stosunkowo „młodym” systemie uzbrojenia.

—–

Nz. Czołg Panthera KF-51/fot. Rheinmetall

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 28/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Metry…

Ukraińcy zaatakowali dziś w nocy wyrzutnie rakiet Iskander, rozmieszczone na obrzeżach Biełgorodu (na terytorium Rosji, 40 km od granicy z Ukrainą). To stamtąd Rosjanie ostrzeliwali regularnie m.in. Charków. Rosyjskie władze o tym fakcie nie wspominają, choć nalotowi poświęcają sporo uwagi. Przy okazji bowiem ucierpiała infrastruktura w samym mieście – lokalne władze mówią o uszkodzeniu 11 bloków i 39 domów, w których zginąć miało 5 osób, a 11 zostało rannych.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że Ukraińcy nie celowali w obiekty cywilne (tu nawet nie chodzi o to, że są bardziej humanitarni niż Rosjanie – choć są! – a o racjonalną kalkulację, że świat nie będzie im pomagał, jeśli okażą się tacy sami jak ci barbarzyńcy). Cywile to zapewne efekt „pracy” rosyjskiej obrony przeciwlotniczej, której udało się zdjąć jakąś część nadlatujących rakiet, rzecz w tym, że nad miastem. O świadomym „ładowaniu” w swoich – by zrzucić winę na przeciwnika – wspomnę tylko jako o możliwości; nie mam bowiem żadnych dowodów, że tak się stało. Ale w przeszłości działo się już nie raz – dość wspomnieć zamachy w Moskwie i regularne ostrzały Doniecka będącego już w rękach separatystów.

Niemniej, dla ulokowania spraw we właściwym kontekście, chciałbym zwrócić Waszą uwagę, że do tej pory (dane na ostatni dzień czerwca) swoje domy straciło 800 tys. Ukraińców, a łączna powierzchnia zniszczonych mieszkań to 15 mln metrów kwadratowych.

—–

Nz. Płonące cele ataku na obrzeżach Biełgorodu/fot. za Euromaidan Press

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Życiochłonność

W czerwcu obszar terenów okupowanych w Ukrainie zwiększył się o 1500 km2. To wielkość odpowiadająca powierzchni 3 Warszaw, ewentualnie 5 Szczecinów bądź Wrocławiów. Daję dla porównania, z zastrzeżeniem, że to, co wzięli Rosjanie, w 80 proc. nie było terenem wysoce zurbanizowanym (a tam, gdzie było, wzięli gruzy…).

Te 1500 km2 to 0,25 proc. przedwojennej powierzchni Ukrainy. Cena? 5000 zabitych i rannych żołnierzy, 3,3 na każdy kilometr. Przy takiej „życiochłonności” zajęcie całej Ukrainy oznaczałoby utratę… 2 mln wojskowych.

Ps. Obecnie pod okupacją znajduje się 19,2 proc. powierzchni Ukrainy. Tydzień po rozpoczęciu inwazji Rosja okupowała 22 proc. terytorium (włącznie z DRL i ŁRL). Jest progres…

—–

Nz. Rosyjskie zdobycze w Ukrainie/graf. Ukraine War Map

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to