Rozkazy…

Spytali mnie dziś w radio (w Jedynce), czy odetchnąłem z ulgą po decyzji Trumpa, że nie tylko nie będzie redukcji sił amerykańskich w Polsce, ale wręcz kontyngent zostanie powiększony o kolejne 5 tys. żołnierzy. Co łącznie da 15 tys. wojskowych, ekwiwalent dywizji – nie lada siłę. Odrzekłem, że tak, i nie – że jest ulga, ale jest też niepokój. A po prawdzie, to tego drugiego jest nawet więcej. Dlaczego?

Nim odpowiem na to pytanie, ustalmy, do czego w ogóle potrzebne są amerykańskie wojska w Polsce. Przede wszystkim po to, by odstraszać Rosję – tak brzmi najpopularniejsza interpretacja. Zgodnie z nią, sama obecność żołnierzy USA oznacza, że ewentualny atak na Polskę automatycznie staje się problemem Waszyngtonu, a nie wyłącznie Warszawy. To polityczny i wojskowy „bezpiecznik”, który ma zmniejszać ryzyko agresji. To zarazem prawda i naiwność. Bez trudu wyobrażam sobie sytuację, w której rosjanie atakują Polskę, robiąc wszystko, by nie skrzywdzić ani jednego Amerykanina – o ile ci sami nie wejdą do wojny. W tym właśnie zawiera się istota efektywnej dla nas obecności sił USA – w ich gotowości, lub nie, do włączenia się do walki. Innymi słowy, to, że dodatkowy zawodnik jest na ringu, o niczym jeszcze nie przesądza, ważne, czy rzeczony użyje pięści czy oprze się o liny, albo wręcz zejdzie z maty.

Przy takim sposobie myślenia przestaje mieć znaczenie, ilu faktycznie Amerykanów u nas stacjonuje. Czy jest to 5, 10 czy 15 tys. O czym piszę nie dla siana defetyzmu, ale po to, byśmy przestali fetyszyzować liczby. Bo nawet 100-tysięczny kontyngent – jeśli zabraknie  politycznej zgody na jego użycie – przed niczym nas nie uchroni. I tu właśnie są źródła mojego niepokoju. Trump i jego administracja zrobili już tak wiele, by podważyć swoją wiarygodność, że trudno im ufać „z automatu”. I nawet nie chodzi o to, że w Waszyngtonie mogę sobie przekalkulować, że wojowanie im się nie opłaca; to, jakkolwiek złe dla Polski, broniłoby się jeszcze swoją racjonalnością. Problem w tym, że w amerykańskiej administracji po lutym 2025 roku panuje koszmarny bałagan, nie ma jasnych, wypracowanych polityk i strategii. Uproszczając, w czym nie ma wielkiej przesady, dużo – zbyt dużo – zależy od tego, w jakim humorze danego dnia obudzi się amerykański przywódca. Często wiedziony nie chłodną kalkulacją, ale emocją, impulsem i osobistymi obsesjami. Przeraża mnie fakt, jak bardzo jesteśmy – cały świat jest – uzależnieni od kaprysu tego człowieka.

Ale dobrze, załóżmy, że w sytuacji poważnej próby administracja Trumpa stanie na wysokości zadania. Albo że będzie to już inna, posttrumpowska administracja (czytaj – normalna) – czy to coś zmienia w naszych rozważaniach na temat obecności sił USA w Polsce? Czy kwestia liczebności ma znaczenie? Otóż Szanowni, dla Polski drugorzędne, Amerykanie nie są tu bowiem tylko dla nas, a precyzyjniej rzecz ujmując, są przede wszystkim dla Bałtów. Powiedzmy to wprost, na przekór dominującej retoryce – Rzeczpospolitej w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi fizyczny rosyjski najazd. Armia putina jest na to „za krótka”, zbyt zdemolowana przez Ukraińców; nie stać jej na próbę inwazji tak dużego państwa jak Polska, z tak dużym i stosunkowo silnym wojskiem (póki ono duże i relatywnie silne jest – nie zapominajmy o tym!). Na marginesie warto zauważyć, że w tej diagnozie kryje się niebagatelna rola ukraińskich sił zbrojnych. Prawdę mówiąc, są one dziś większym i efektywniejszym gwarantem bezpieczeństwa dla naszego kraju niż armia amerykańska, realnie bowiem upuszczają rosji krew. Warto o tym pamiętać, gdy mówimy o naszych priorytetach bezpieczeństwa.

Wracając zaś do sedna – „oni” tu nie przyjdą, ale mogą spróbować wejść do któregoś z maleńkich państw bałtyckich; to jakoś sobie ogarną mimo poniesionych w Ukrainie strat. Dla Litwy, Łotwy i Estonii głębią strategiczną jest Rzeczpospolita – to tu, w razie W, będzie zaplecze logistyczne dla operacji obronnej NATO na wschodniej flance. Stąd ruszą sojusznicze siły, jeśli pojawi się groźba rosyjskiego ataku na któreś z trzech państw. Im więcej będzie tu gotowych do szybkiego działania Amerykanów, tym lepiej. Im więcej będą mieli zmagazynowanego na miejscu sprzętu, tym większa to będzie siła.

Byle tylko przyszły odpowiednie rozkazy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Obecność

Przez lata obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce stała się symbolem bezpieczeństwa i trwałości sojuszu z Waszyngtonem. Problem w tym, że znaczna jej część ma charakter rotacyjny i pozostaje uzależniona od politycznych decyzji podejmowanych za oceanem.

Jeszcze dekadę temu wojskowa obecność USA w Polsce miała charakter symboliczny. Amerykańskie pododdziały pojawiały się głównie na ćwiczeniach, a dyskusje o stałych bazach – z forsowanym przez polityków pomysłem „Fort Trump” – traktowano bardziej jako polityczny sygnał niż realny projekt wojskowy. Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie całkowicie zmieniła jednak znaczenie Polski w strategii NATO i USA.

Kluczowa dla obrony państw bałtyckich

Pierwszy przełom nastąpił po aneksji Krymu w 2014 roku. Wówczas NATO rozpoczęło wzmacnianie wschodniej flanki, a Waszyngton uruchomił European Deterrence Initiative – program finansowania zwiększonej obecności wojskowej w Europie. Do Polski zaczęły trafiać pierwsze większe rotacyjne kontyngenty wojsk lądowych, lotnictwa i sił specjalnych. Nadal były to jednak działania ograniczone skalą i podporządkowane przede wszystkim odstraszaniu politycznemu.

Dopiero pełnoskalowa rosyjska inwazja na Ukrainę z lutego 2022 roku uczyniła z Polski jedno z najważniejszych państw dla amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Liczba amerykańskich żołnierzy stacjonujących nad Wisłą wzrosła do około 10 tys., Polska stała się głównym hubem logistycznym wsparcia dla Ukrainy, a jednocześnie kluczowym zapleczem dla operacji NATO na całej wschodniej flance.

Zmienił się także charakter tej obecności. Jeszcze przed rosyjską inwazją z 2022 roku widocznymi symbolami rosnącego zaangażowania wojskowego USA w Polsce były budowana baza systemu Aegis Ashore w Redzikowie oraz rozwijane w Poznaniu wysunięte dowództwo V Korpusu armii amerykańskiej. Po 2022 roku znacznie większego znaczenia nabrała infrastruktura logistyczna: lotniska, centra przeładunkowe, magazyny sprzętu i węzły transportowe.

Szczególną rolę odgrywa dziś Powidz, gdzie ulokowano jeden z najważniejszych w Europie magazynów Army Prepositioned Stocks. To właśnie tam przechowywany jest ciężki sprzęt dla amerykańskiej brygady pancernej – czołgi Abrams, bojowe wozy piechoty, artyleria i wyposażenie logistyczne. Tego rodzaju infrastruktura ma ogromne znaczenie dla strategii NATO, ponieważ pozwala szybko przerzucać do Europy żołnierzy bez konieczności transportowania całego wyposażenia przez Atlantyk.

W praktyce Polska stała się dla Amerykanów czymś więcej niż tylko państwem-gospodarzem dla kilku baz. Dziś pełni rolę logistycznego pomostu między Zachodem a wschodnią flanką NATO. W razie kryzysu lub wojny infrastruktura ta miałaby kluczowe znaczenie również dla przerzutu wojsk sojuszniczych do państw bałtyckich.

Nie oznacza to jednak, że Polska stała się nowym centrum amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod tym względem kluczową rolę nadal odgrywają Niemcy. To tam znajdują się strategiczne dowództwa USA, ogromne zaplecze logistyczne, infrastruktura lotnicza oraz bazy wykorzystywane do operacji nie tylko europejskich, lecz także globalnych. Według danych Pentagonu w Niemczech stacjonuje około 35–38 tys. amerykańskich żołnierzy, na stałe, a nie jak w Polsce – rotacyjnie.

I właśnie ta różnica jest kluczowa dla zrozumienia rzeczywistego charakteru amerykańskiej obecności nad Wisłą. Polska stała się ważnym elementem wojskowej architektury NATO, ale nie oznacza to jeszcze budowy trwałego, modelu stałego stacjonowania wojsk USA. Wręcz przeciwnie – obecny system opiera się przede wszystkim na elastyczności, mobilności i możliwości szybkiego wzmacniania flanki w razie kryzysu.

Stała obecność czy stała rotacja?

Klasyczny model stałego stacjonowania wojsk USA ukształtował się jeszcze w czasach zimnej wojny. W Niemczech Zachodnich, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii Amerykanie budowali rozbudowane garnizony z pełnym zapleczem logistycznym, mieszkaniowym i administracyjnym. Na miejscu stacjonowały całe jednostki wraz z rodzinami żołnierzy, szkołami, szpitalami i infrastrukturą pozwalającą funkcjonować przez dekady. Tego rodzaju obecność oznaczała trwałe strategiczne zakorzenienie.

Polska wygląda dziś inaczej. Choć liczba amerykańskich żołnierzy jest największa w historii relacji wojskowych obu państw, 96 proc. sił przebywa nad Wisłą czasowo. Jednostki te regularnie wymieniają się w ramach kolejnych rotacji, zwykle trwających od kilku do kilkunastu miesięcy.

To właśnie dlatego eksperci mówią o modelu „persistent presence”, czyli obecności trwałej politycznie, ale realizowanej poprzez rotację wojsk. Z perspektywy odstraszania efekt może być podobny – amerykańscy żołnierze stale znajdują się w Polsce – jednak dla Pentagonu taki system daje znacznie większą elastyczność.

Rotacyjny model obecności ma kilka zalet. Po pierwsze pozwala szybciej reagować na zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa. Liczbę wojsk można relatywnie łatwo zwiększać lub zmniejszać bez konieczności formalnego zamykania baz czy wycofywania całych garnizonów. Po drugie ogranicza koszty polityczne i społeczne, jakie wiążą się z permanentnym stacjonowaniem dużych sił za granicą. Po trzecie umożliwia utrzymywanie większej liczby jednostek w gotowości do działań na różnych kierunkach jednocześnie.

Ten model dobrze odpowiada obecnej strategii USA wobec Europy. Amerykanie nie przygotowują się dziś do prowadzenia wieloletniej wojny lądowej na kontynencie na wzór zimnej wojny. Ich celem jest raczej stworzenie systemu szybkiego wzmocnienia NATO w razie kryzysu. Kluczową rolę odgrywają więc mobilność, logistyka i możliwość błyskawicznego przerzutu sił przez Atlantyk.

Właśnie dlatego tak duże znaczenie mają magazyny sprzętu, infrastruktura transportowa i wysunięte dowództwa. W razie zagrożenia do Europy mogą zostać przerzuceni żołnierze, którzy na miejscu odbiorą wcześniej przygotowane wyposażenie. To rozwiązanie tańsze i bardziej elastyczne niż utrzymywanie na stałe wielkich zgrupowań wojskowych.

Jednocześnie rotacyjny charakter tej obecności sprawia, że pozostaje ona bardziej podatna na polityczne zmiany w Waszyngtonie. Redukcja liczby wojsk rotacyjnych jest bowiem znacznie łatwiejsza niż likwidacja wielkich stałych baz. Nie wymaga wieloletnich procesów administracyjnych ani kosztownych operacji przenoszenia infrastruktury. W praktyce oznacza to, że skala amerykańskiej obecności w Polsce może stosunkowo szybko zmieniać się wraz z priorytetami kolejnych administracji USA.

I właśnie tu pojawia się zasadnicza różnica między politycznym wyobrażeniem o „amerykańskim parasolu” a rzeczywistą logiką działania Pentagonu. Dla państw Europy Środkowej obecność wojsk USA jest często postrzegana jako trwała gwarancja bezpieczeństwa. Dla samych Stanów Zjednoczonych pozostaje jednak przede wszystkim narzędziem realizacji bieżącej strategii.

Europa ważna, ale Chiny ważniejsze

Rosyjska agresja przeciwko Ukrainie sprawiła, że USA ponownie stały się głównym gwarantem bezpieczeństwa Europy. To amerykańskie wojska najszybciej wzmocniły wschodnią flankę NATO, amerykański przemysł dostarczył znaczną część uzbrojenia dla Ukrainy, a amerykańskie systemy rozpoznania, logistyki i dowodzenia stały się fundamentem wsparcia dla Kijowa. W wielu europejskich stolicach pojawiło się przekonanie, że era strategicznego zwrotu USA ku Azji została przynajmniej czasowo zatrzymana.

W Waszyngtonie sytuację postrzega się jednak inaczej. Dla kolejnych administracji – zarówno demokratycznych, jak i republikańskich – najważniejszym długoterminowym wyzwaniem pozostają Chiny. To rywalizacja na Indo-Pacyfiku wyznacza dziś główny kierunek planowania strategicznego Pentagonu, modernizacji sił zbrojnych i inwestycji wojskowych USA.

… o czym więcej przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

„Obcy”

Nagrania z myśliwców, świetliste obiekty nad Syrią, meldunki marynarzy i archiwa z czasów zimnej wojny – Pentagon rozpoczął publikację kolejnych akt dotyczących UFO. Choć dokumenty nie przynoszą dowodów na istnienie obcych, pokazują, że nowoczesne wojskowe systemy rejestrują zjawiska, których nie potrafią zidentyfikować. Skali tego problemu armia nie może już ignorować.

W listopadzie 2004 roku piloci amerykańskiej marynarki wojennej ćwiczyli nad Pacyfikiem, kilkaset kilometrów od wybrzeży Kalifornii. W pewnym momencie operatorzy radaru na krążowniku USS Princeton wykryli obiekt, który zachowywał się w sposób trudny do wyjaśnienia: gwałtownie zmieniał wysokość, wykonywał manewry przekraczające możliwości znanych maszyn i nie emitował sygnałów charakterystycznych dla samolotu czy pocisku. Gdy do przechwycenia skierowano myśliwce F/A-18 Super Hornet, jeden z pilotów opisał później obiekt jako biały, podłużny i przypominający kształtem… cukierek Tic Tac.

Obcy, ale inni…

Przez lata podobne historie funkcjonowały głównie na pograniczu wojskowych plotek, internetowych teorii i popkultury. Oficjalnie Pentagon unikał tematu lub traktował go z wyraźnym dystansem. Dziś sytuacja wygląda już inaczej. Departament Wojny USA rozpoczął publikację kolejnych partii odtajnionych materiałów dotyczących UAP (ang. Unidentified Anomalous Phenomena) – niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych – dawniej określanych jako UFO (niezidentyfikowane obiekty latające). W ujawnionych archiwach znalazły się raporty pilotów, materiały radarowe, zdjęcia, nagrania wideo i dokumenty sięgające czasów zimnej wojny.

Obecna fala odtajniania dokumentów nie jest jednorazową akcją, lecz elementem procesu rozpoczętego kilka lat temu. Punktem zwrotnym okazały się opublikowane w 2017 roku przez „New York Times” informacje o tajnym programie AATIP (Advanced Aerospace Threat Identification Program), prowadzonym przez Pentagon jeszcze od czasów administracji George’a W. Busha. Wkrótce do opinii publicznej trafiły również krótkie nagrania wykonane przez pilotów marynarki wojennej – m.in. słynny już „Tic Tac”. Po raz pierwszy amerykańska administracja oficjalnie potwierdziła ich autentyczność.

Od tego momentu temat zaczął stopniowo wychodzić z politycznego i wojskowego cienia. W Kongresie odbyły się publiczne przesłuchania z udziałem wojskowych i urzędników wywiadu, a ówczesny Departament Obrony powołał specjalną komórkę analityczną AARO – All-domain Anomaly Resolution Office. Jej zadaniem stało się zbieranie i analizowanie raportów dotyczących niezidentyfikowanych obiektów obserwowanych w powietrzu, na morzu, w przestrzeni kosmicznej, a nawet pod wodą.

To właśnie AARO odpowiada dziś za tworzenie centralnego archiwum UAP. Pentagon publikuje tam kolejne dokumenty: raporty świadków, meldunki wojskowe, fotografie, materiały z sensorów pokładowych oraz historyczne analizy sięgające okresu zimnej wojny. W części przypadków chodzi o incydenty znane od lat, wcześniej jednak funkcjonujące w przestrzeni publicznej głównie w formie przecieków lub niepotwierdzonych relacji. Inne dokumenty po raz pierwszy ujrzały na światło dzienne.

Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, czego w tych materiałach nie ma. Nie pojawiają się żadne jednoznaczne dowody na obecność technologii pozaziemskiej. W ogromnej większości przypadków raporty kończą się bardziej prozaicznie: „brak wystarczających danych”, „nie udało się ustalić charakteru obiektu” albo „prawdopodobne zjawisko naturalne”. Część incydentów udało się po latach wyjaśnić jako błędne interpretacje odczytów radarowych, efekt działania sensorów optycznych czy zaobserwowane balony i drony.

Paradoksalnie właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że Pentagon traktuje temat poważnie. Dla wojskowych analityków problemem nie jest bowiem pytanie o „obcych”, lecz o to, dlaczego nowoczesne systemy obserwacji coraz częściej rejestrują obiekty, których nie można szybko i pewnie sklasyfikować. A w realiach współczesnej rywalizacji mocarstw każda taka luka oznacza potencjalne ryzyko dla bezpieczeństwa.

Co znalazło się w dokumentach?

Największe zainteresowanie wzbudzają oczywiście konkretne incydenty opisane w odtajnionych materiałach. Pentagon opublikował zarówno historyczne raporty z czasów zimnej wojny, jak i znacznie nowsze przypadki rejestrowane przez współczesne systemy wojskowe. Wśród nich regularnie powracają obserwacje pilotów marynarki wojennej i sił powietrznych USA, którzy meldowali spotkania z obiektami zachowującymi się w sposób trudny do wyjaśnienia.

Najbardziej znanym pozostaje wspomniany już incydent „Tic Tac” z 2004 roku. Według relacji pilotów obiekt miał gwałtownie zmieniać wysokość i prędkość, nie wykazując przy tym cech charakterystycznych dla klasycznych statków powietrznych. W odtajnionych dokumentach pojawiają się także materiały związane z nagraniami zatytułowanymi „Gimbal” i „GoFast”, wykonanymi kilka lat później przez pilotów F/A-18. Szczególnie nagranie „Gimbal”, pokazujące obiekt obracający się w locie, stało się jedną z ikon współczesnej debaty o UAP.

W archiwach znalazły się również raporty dotyczące obserwacji nad Bliskim Wschodem, w tym nad Syrią, gdzie amerykańskie siły prowadziły operacje przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu. Część meldunków opisuje niewielkie obiekty lub świetliste kule pojawiające się w pobliżu wojskowych tras lotniczych i baz. W innych przypadkach chodziło o zjawiska rejestrowane przez radary okrętów operujących na Pacyfiku i Atlantyku.

(…)

Jednocześnie charakterystyczne jest to, że ogromna część dokumentów pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. W wielu raportach brakuje pełnych danych telemetrycznych, jakość nagrań jest słaba, a relacje świadków bywają sprzeczne. Pentagon podkreśla więc, że samo zakwalifikowanie incydentu jako „niewyjaśnionego” nie oznacza automatycznie istnienia technologii pozaziemskiej. Najczęściej oznacza jedynie, że dostępne informacje nie pozwalają na definitywne ustalenie, z czym rzeczywiście mieli do czynienia operatorzy i piloci.

(…)

Obiekt obserwowany przez pilotów myśliwców albo rejestrowany przez radary okrętu wojennego może okazać się błędem sensora, efektem zakłóceń elektronicznych, eksperymentalnym dronem, platformą rozpoznawczą przeciwnika albo po prostu zjawiskiem atmosferycznym źle zinterpretowanym przez operatora.

Wojsko nie może jednak zakładać tego z góry. Szczególnie że część najbardziej znanych incydentów miała miejsce w pobliżu strategicznych instalacji wojskowych i grup lotniskowcowych. W ostatnich latach amerykańskie media wielokrotnie opisywały przypadki niezidentyfikowanych dronów pojawiających się nad bazami USA czy obiektami infrastruktury krytycznej. Granica między „dziwnym zjawiskiem” a realnym incydentem kontrwywiadowczym zaczęła się zacierać.

(…)

Reasumując, Pentagon nie boi się tak „obcych”, jak własnej niewiedzy. To wniosek, który przebija się z lektury ujawnionych akt.

Pełną wersję tego tekstu – który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Grafika ilustracyjna, wygenerowana przez AI

Trauma

W Wietnamie służyło około 2,7 mln Amerykanów, w większości 19-letnich chłopców, wcielonych do armii w ramach poboru. Przez lata sądzono, że ich powrót na łono społeczeństwa odbywa się w sposób harmonijny. Ot, kolejne pokolenie z epizodem wojennym w życiorysach. Coś jednak było nie tak…

Gdy w latach 80. przeprowadzono National Vietnam Veterans Readjustment Study (NVVRS) – pierwsze szeroko zakrojone badanie epidemiologiczne weteranów – wyniki okazały się szokujące. 15% badanych doświadczało aktualnych objawów zespołu stresu pourazowego, a blisko 30% miało je w którymś momencie życia. W liczbach bezwzględnych oznaczało to setki tysięcy ludzi – nawet do 830 tys. przypadków chronicznego PTSD.

Jeszcze bardziej poruszające są inne dane. Choć brak jednego, w pełni wiarygodnego rejestru, wiele analiz – opartych m.in. na statystykach Departamentu ds. Weteranów (U.S. Department of Veterans Affairs, VA) i badaniach epidemiologicznych – wskazuje, że liczba samobójstw weteranów Wietnamu mogła przekroczyć 100 tys., a według niektórych szacunków sięgać nawet 150 tys. Oznaczałoby to, że więcej żołnierzy odebrało sobie życie po powrocie, niż zginęło w samej wojnie, gdzie amerykańskie straty wyniosły około 58 tys. poległych.

Jak zauważa psychiatra Robert Jay Lifton, jeden z pionierów badań nad doświadczeniem wietnamskim, „dla wielu z tych ludzi wojna nie była wydarzeniem z przeszłości – była stanem, który trwał”.

Dlaczego Wietnam „produkował” traumę?

Skala problemów psychicznych wśród weteranów wynikała w dużej mierze ze specyfiki samego konfliktu. W Wietnamie nie dało się wyznaczyć wyraźnej linii frontu. Zagrożenie było wszechobecne i permanentne. Wróg pozostawał niewidoczny – mógł kryć się zarówno w dżungli, jak i wśród cywilów. Patrol, który jednego dnia przebiegał spokojnie, następnego mógł zakończyć się zasadzką. Jak podkreślał Jonathan Shay – autor książki „Achilles in Vietnam” (1994) – jednym z kluczowych czynników traumatyzujących jest „ciągłe oczekiwanie śmierci, bez możliwości przewidzenia, skąd nadejdzie zagrożenie”. Tego rodzaju permanentna czujność prowadzi do głębokiego przeciążenia układu nerwowego i utrwala reakcje stresowe, które nie wygasają po zakończeniu służby.

Istotnym elementem była również organizacja służby. Amerykańscy żołnierze trafiali do Wietnamu na 12-miesięczne tury, po czym wracali do kraju – często indywidualnie, bez swojej jednostki. Ten system miał swoje zalety logistyczne, ale z psychologicznego punktu widzenia okazał się katastrofalny. Rozbijał więzi w oddziałach, które w innych konfliktach stanowiły podstawowy mechanizm radzenia sobie ze stresem. Jednocześnie uniemożliwiał symboliczne „zamknięcie” doświadczenia wojny. „Jednostka nie wracała razem – rozpadała się jeszcze przed powrotem do domu”, zauważał Shay. W efekcie żołnierz pozostawał sam ze swoim doświadczeniem, pozbawiony wsparcia tych, którzy przeżyli to samo.

Jednym z najbardziej charakterystycznych – i najbardziej destrukcyjnych – aspektów wojny była jej moralna ambiwalencja. W przeciwieństwie do II wojny światowej, która była postrzegana jako konflikt „słuszny”, Wietnam od początku budził kontrowersje. Żołnierze wielokrotnie uczestniczyli w działaniach trudnych do pogodzenia z własnym systemem wartości. Najbardziej znanym przykładem pozostaje masakra w Mỹ Lai, gdzie amerykańscy żołnierze zamordowali setki cywilów. Jak pisał Robert Jay Lifton, tego rodzaju doświadczenia prowadziły do głębokiego rozdarcia wewnętrznego. „Trauma nie polega tylko na tym, co ktoś przeżył – ale także na tym, co zrobił lub czego nie zdołał powstrzymać”. To właśnie ten wymiar – dziś określany jako „moral injury” – okazywał się szczególnie trudny do przepracowania.

Jeśli sama wojna była doświadczeniem granicznym, to powrót do kraju często pogłębiał problem. Weterani wracali do społeczeństwa głęboko podzielonego, w którym narastał sprzeciw wobec konfliktu. Zamiast uznania spotykali się z obojętnością, a czasem wrogością. Nie było parad zwycięstwa ani społecznego rytuału przejścia, który pozwalałby symbolicznie zamknąć doświadczenie wojny. Żołnierz, który jeszcze dzień wcześniej funkcjonował w warunkach permanentnego zagrożenia, następnego dnia znajdował się w cywilnej rzeczywistości, bez przygotowania i bez wsparcia.

Wojna, która została w środku

Jednym z najbardziej znanych świadectw traumy wietnamskiej jest historia Rona Kovica – byłego żołnierza piechoty morskiej, który w 1968 roku został ciężko ranny i sparaliżowany od pasa w dół. Jego losy spopularyzował film „Urodzony 4 lipca”. Kovic w swoich wspomnieniach opisywał poczucie winy, gniew i całkowitą utratę sensu. „Czułem, że nie mam już żadnego miejsca w tym kraju”, pisał w książce „Born on the Fourth of July”, wydanej w 1976 roku. Przez lata zmagał się z depresją i myślami samobójczymi, zanim zaangażował się w działalność antywojenną. Jego historia pokazuje, że trauma wojenna rzadko ma jeden wymiar – fizyczny i psychiczny uraz często wzajemnie się wzmacniają.

Znacznie mniej znane, ale liczniejsze, są historie anonimowych weteranów, które zebrano m.in. w badaniu NVVRS. Wielu z nich opisywało powracające obrazy walki – tzw. flashbacki – które pojawiały się nagle, często po latach od zakończenia służby. „Czuję zapach dżungli, słyszę helikoptery i znowu tam jestem”, relacjonował jeden z uczestników badania. Te doświadczenia często prowadziły do izolacji społecznej. Weterani unikali kontaktów, mieli trudności z utrzymaniem pracy i relacji rodzinnych. W badaniach wskazywano wyraźny związek między PTSD a nadużywaniem alkoholu i substancji psychoaktywnych – które stawały się formą samoleczenia.

W wielu przypadkach trauma przekładała się także na przemoc w życiu codziennym. Badania prowadzone w latach 80. wskazywały, że weterani z objawami PTSD byli istotnie bardziej narażeni na konflikty rodzinne i zachowania agresywne. Rozpady małżeństw, problemy wychowawcze i przemoc domowa stawały się częścią szerszego obrazu społecznych konsekwencji wojny.

Trauma weteranów szybko stała się fizycznie widoczna – szacuje się, że w latach 80. znaczną część populacji bezdomnych w USA stanowili weterani, w tym duża grupa uczestników wojny wietnamskiej. Według analiz VA nawet jedna trzecia bezdomnych mężczyzn mogła mieć za sobą służbę wojskową, a wśród nich dominowali właśnie weterani Wietnamu.

Czy państwo było na nich gotowe? Albo inaczej – jak bardzo nie było przygotowane? Tego dowiecie się z dalszej części artykułu, który jest uzupełnieniem anonsowanego tu już materiału czołówkowego majowego numeru „Polski Zbrojnej”, poświęconego opiece psychologicznej w armii. Miesięcznik dostępny jest w wersji papierowej, e-wydanie – gdzie przeczytacie także inne moje teksty – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Helikoptery UH-1D zabierają żołnierzy armii amerykańskiej z pola bitwy, 1966 rok/fot. sierż. James K. F. Dung, US Army/domena publiczna

Opieka

Żołnierze coraz odważniej mówią o stresie, lęku i traumie, i coraz częściej szukają pomocy, także u psychologów. Wizyta w gabinecie przestaje być powodem do wstydu, a armia uczy się dbać o psychikę swoich ludzi.

Zmiana nie dokonała się z dnia na dzień, ale widać ją wyraźnie – kontakt żołnierzy z psychologami wychodzi ze strefy tabu, zmieniając się w coraz bardziej oczywisty element dbania o siebie. To przesunięcie akcentów, które za murami koszar latami było trudne do wyobrażenia, ma konkretne źródła.

„W 2019 roku, gdy zaczynałam pracę, sytuacja wyglądała inaczej”, wspomina ppor. Sylwia Biardzka, psycholog z 18 Dywizji Zmechanizowanej. „Żołnierze obawiali się psychologa, o psychiatrze już nie wspominając. Zmiany przyszły wraz z pandemią. Izolacja, rozłąka z rodziną – to były dla wielu bardzo trudne doświadczenia. Wtedy moja praca polegała na tym, że dzwoniłam do żołnierzy i pytałam: co słychać, jak się czują, czego potrzebują. I nagle się okazało, że rozmowa ze mną jest dla nich ważna. A potem przyszła wojna w Ukrainie. Nawet doświadczeni żołnierze zaczęli pytać: czy to normalne, że ja – w mundurze od dwudziestu lat – boję się tego, co może nastąpić? Oczywiście, że było to normalne, ale ta diagnoza musiała wybrzmieć. Ulga, jaką przynosiła, przekonywała żołnierzy do kontaktu z psychologiem”, dodaje specjalistka.

To, co wydarzyło się w wojsku, nie jest zjawiskiem oderwanym od szerszego kontekstu. W ostatnich latach w całym społeczeństwie zmieniło się podejście do zdrowia psychicznego – korzystanie z pomocy psychologa czy psychiatry przestaje być jednoznacznie kojarzone ze słabością. Potwierdzają to dane: liczba wizyt u specjalistów rośnie dynamicznie (w 2024 roku o ponad 60 proc. rok do roku), zaś doświadczenie terapii deklaruje już ok. 20 proc. dorosłych Polaków. A żołnierze nie funkcjonują w próżni: mają rodziny, dzieci, znajomych mierzących się z własnymi problemami, szukających wsparcia, mówiących o terapii. Widzą też konsekwencje jej braku – w historiach przemocy, załamań, tragedii, które przebijają się do opinii publicznej. To wszystko sprawia, że psycholog przestaje być kimś „od problemów, do których się nie przyznajemy”, a zaczyna być kimś „od spraw, które trzeba załatwić”.

A przecież armia ma jeszcze własny bagaż doświadczeń. Misje w Iraku i Afganistanie wiązały się z ogromnym obciążeniem psychicznym żołnierzy. Brakuje zbiorczych danych na ten temat, ale szacuje się, że co najmniej kilkuset weteranów przypłaciło te doświadczenia objawami zespołu stresu pourazowego [post-traumatic stress disorder, PTSD], na co wojsko nie mogło pozostać obojętne. Ale nawet bez wojny służba w armii wiąże się z dużymi obciążeniami, co sprawia, że siły zbrojne nie mogą funkcjonować bez systemu opieki psychologicznej. Systemu, przed którym konflikt w Ukrainie stawia kolejne wyzwania, pokazując, że odporność psychiczna staje się jednym z kluczowych elementów zdolności bojowej.

Aktywna obecność

Zmiany, jakie zaszły w zakresie opieki psychologicznej, nie sprowadzają się tylko do tego, że żołnierze zaczęli częściej sięgać po pomoc. Widać je także w roli, jaką pełni w jednostce psycholog. Jeszcze niedawno kojarzony głównie z sytuacjami kryzysowymi, dziś coraz częściej funkcjonuje jako ktoś obecny w codziennym życiu pododdziału. „Jesteśmy w tym środowisku razem z żołnierzami”, mówi Anna Chacewicz, psycholog z 1 Warszawskiej Brygady Pancernej. „To nie jest tak, że widzimy się raz w tygodniu w gabinecie, w jakiejś odseparowanej przestrzeni. Zdarza się, że ktoś po prostu podchodzi do mnie i zaczyna rozmowę. Czasem to jest zwykłe »co słychać«, a czasem coś poważniejszego. Ta granica jest płynna, ale to właśnie dzięki temu taki kontakt w ogóle się pojawia. Gdybyśmy byli tylko ludźmi »od problemów«, wielu z żołnierzy nigdy by do nas nie trafiło”, podkreśla specjalistka.

Ta obecność nie ogranicza się do czekania na żołnierza, który zapuka do drzwi. Coraz częściej oznacza wychodzenie do niego – dosłownie. „Umówiłem się z dowódcą, że raz w tygodniu idę do pododdziałów, sprawdzam, co u nich słychać”, relacjonuje Marcin Tymoszuk, psycholog z 18 Batalionu Rozpoznawczego. „Dzięki temu oni wiedzą, że jestem obecny, że mogą do mnie przyjść. I wtedy rzeczywiście przychodzą – nie dlatego, że muszą, tylko dlatego, że wcześniej już się spotkaliśmy, pogadaliśmy, zbudowała się jakaś relacja między nami”. W tym modelu psycholog widzi żołnierzy nie tylko w sytuacji, kiedy mają problem, ale także w ich codziennym funkcjonowaniu. I może wychwycić to, co w klasycznej, gabinetowej relacji łatwo umyka. Zmiany nastroju, narastające napięcie, wycofanie, które nie są jeszcze powodem do formalnej interwencji, ale mogą być pierwszym sygnałem, że coś zaczyna się dziać. „Ktoś mniej się odzywa, jest bardziej nerwowy, unika ludzi. Gdy jesteśmy na miejscu, możemy zareagować wcześniej, zanim problem się rozwinie. Bo najgorsze, co można zrobić, to czekać, aż ktoś sam powie, że sobie nie radzi. Bardzo często on tego nie powie”, podkreśla Tymoszuk.

Kultura samowystarczalności

Bo tuż za widoczną zmianą – rosnącą otwartością na pracę z psychologiem – wciąż funkcjonuje coś przeciwnego: bariery, które sprawiają, że wielu żołnierzy po pomoc jednak nie sięga. Nie dlatego, że jej nie potrzebuje, ale dlatego, że przez długi czas nie jest w stanie uznać takiej potrzeby. To napięcie między dostępnością a gotowością dobrze opisują specjaliści pracujący z weteranami. „Wsparcie zaczyna się w drugim człowieku”, podkreślał płk dr Jarosław Świstak z Centrum Leczenia Weteranów Działań poza Granicami Kraju w Wojskowym Instytucie Medycznym – Państwowym Instytucie Badawczym. „Ale żeby do niego doszło, ktoś musi zrobić pierwszy krok”, mówił podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu ds. weteranów, które odbyło się w połowie kwietnia 2026 roku. Z tym pierwszym krokiem bywa jednak trudno, także za sprawą silnej kultury samowystarczalności. Przekonania, że trzeba sobie poradzić samemu, że proszenie o pomoc to ostateczność. W warunkach służby taka postawa jest czymś naturalnym, wręcz koniecznym. „Samodzielność, odporność i zdolność działania pod presją są w wojsku wartościami podstawowymi”, zwraca uwagę dr hab. Justyna Klingemann, socjolog zdrowia i medycyny z WIM – PIB. „Problem pojawia się wtedy, gdy te same cechy zaczynają działać przeciwko człowiekowi – utrudniając mu rozpoznanie własnych ograniczeń i przyjęcie pomocy”.

Społeczny kontekst w tym nie pomaga – w Polsce, mimo postępujących zmian kulturowych, wciąż popularne jest przekonanie, że problemy psychiczne są czymś, co należy ukrywać. „Przykładowo uzależnienie postrzegane jest nie jako poważna choroba, która wiąże się z ogromnym cierpieniem i wymaga wsparcia, ale jako coś, co należy piętnować, przejaw słabości”, rekonstruuje potoczne wyobrażenia Justyna Klingemann. W środowisku wojskowym, gdzie znaczenie ma ocena, zaufanie, pozycja w grupie, taka stygmatyzacja może mieć szczególnie silne konsekwencje. Oznacza bowiem realne ryzyko utraty wiarygodności – w oczach przełożonych, kolegów, a często także w ocenie samego siebie. „Nakładają się na to jeszcze kulturowe normy tradycyjnie rozumianej męskości”, dodaje Klingemann. „Zgodnie z nimi trzeba być twardym, nie okazywać słabości, nie mówić o emocjach, nie zawracać innym głowy swoimi problemami. To jest silnie zakorzenione, zarówno w kulturze wojskowej, jak i szerzej, w społeczeństwie, tymczasem wyrażanie uczuć to przecież też akt odwagi”.

W efekcie dochodzi do bagatelizowania objawów, odsuwania rozmowy, prób przeczekania. „Mężczyźni rzadziej mówią o swoich problemach i rzadziej szukają pomocy”, mówi Klingemann. „Częściej próbują radzić sobie sami, a jednym ze sposobów regulowania napięcia staje się alkohol lub inne substancje psychoaktywne”. W takich okolicznościach decyzja o sięgnięciu po pomoc nie zapada w momencie, w którym pojawia się problem, a dopiero wtedy, gdy nie sposób go już ukryć – przed sobą i przed innymi.

Dostępny antydepresant

Ten mechanizm – odkładania, wypierania, prób poradzenia sobie samemu – dobrze widać w historiach weteranów z Iraku i Afganistanu. Piotr Kurpas wrócił z drugiej zmiany misji w Iraku, mając za sobą udział w patrolach i konwojach oraz wspomnienie samobójczego ataku na bazę w Al-Hilli. Widok ludzkich szczątków przemieszanych z fragmentami wraku samochodu pułapki wrył mu się w pamięć szczególnie. Kurpas przez długi czas nie nazywał tego, co czuł, żadnym słowem. Po prostu zaczął unikać tłumów i nieutwardzonych dróg, trzymał się tylko sprawdzonych tras. Napięcia gromadziły się w nim tygodniami, aż wystarczała iskra, by wybuchnąć. Alkohol pojawił się jako ucieczka od gonitwy myśli. Bliscy mówili, że przesadza, pije za dużo. Przez długi czas nie przyjmował tego do wiadomości. „Stawałem okoniem, zakładałem maskę twardziela”, przyznaje. „Dopiero partnerka, która konsekwentnie wierciła mi dziurę w brzuchu, nakłoniła mnie do spotkania z psychologiem”.

Rolę najbliższych, którzy pierwsi widzą zmianę, podkreśla inna historia. „Mąż mówił, że wszystko jest w porządku, że sobie radzi. A ja widziałam, że w nocy się rzuca, ma koszmary, a za dnia sięga po alkohol”, opowiada Aneta Cichosz, żona weterana III zmiany PKW Irak. Joanna Szymańska, której partner zaliczył w sumie trzy misje, wspomina o drżeniu rąk. „To przychodziło, gdy mąż się denerwował. Wcześniej takich objawów nie miał…”.

Szymon Mutwicki po powrocie z Afganistanu został sam – minął się z żoną, którą wyjechała do pracy za granicę. On tymczasem przywiózł do domu bagaż niechcianych emocji. „Zaczęło się 14 sierpnia 2007 roku, od patrolu, w którym zginął kpt. Łukasz Kurowski”, wspomina. „Mogłem po tym wydarzeniu od razu wracać do kraju, ale zostałem, czułem, że powinienem dokończyć misję”, opowiada. Już następnego dnia zaczął żałować tej decyzji. „Dopadał mnie paniczny strach”, relacjonuje. „Każdy mijający samochód wyglądał jak wóz zamachowców, każdy człowiek na drodze był zagrożeniem. Przez miesiąc spałem po dwie–trzy godziny dziennie”. W kraju nie było lepiej, za to w sklepiku nieopodal domu na półce stał „najbardziej dostępny antydepresant”, jak Szymon nazywa alkohol. Przez dwa miesiące pił do nieprzytomności i budził się z podwójnym kacem. „Ten moralny był chyba większy niż fizyczny”, opowiada. Pewnego piątku stanął przed lustrem – nieogolony, w dresie, który włożył w poniedziałek – i po raz pierwszy pomyślał, że potrzebuje pomocy. „Poszedłem do psychiatry i tam usłyszałem, że sam nie dam sobie rady”.

Element służby

Za tym, co widać w historiach weteranów, kryją się konkretne mechanizmy psychologiczne. Nie chodzi tylko o trudne wspomnienia, ale o sposób, w jaki organizm reaguje na skrajne doświadczenia. „Najprościej mówiąc, mózg nie wie, że zagrożenie się skończyło”, tłumaczy Bartosz Cichocki, przyjaciel i wolontariusz Fundacji SPRZYMIERZENI z GROM. „Nadal działa tak, jakby ono trwało. Jest w ciągłej gotowości, reaguje szybciej i intensywniej. Rzecz w tym, że to, co w warunkach zagrożenia było potrzebne, po powrocie do codzienności zaczyna przeszkadzać”, wyjaśnia Cichocki, który jako psycholog prowadzi konsultacje dla podopiecznych Fundacji, w tym weteranów. Pojawiają się objawy, które dla wielu żołnierzy są trudne do zrozumienia. Problemy ze snem, drażliwość, wybuchy złości, unikanie ludzi czy miejsc, które mogą się z czymś kojarzyć. „Wystarczy bodziec – dźwięk, zapach, sytuacja – i człowiek wraca do traumatycznego momentu”, relacjonuje nasz rozmówca. „Czasem na ułamek sekundy, czasem na dłużej”.

Jednocześnie – jak podkreślają specjaliści – nie każda reakcja na trudne doświadczenie musi skutkować rozwinięciem zespołu stresu pourazowego. „Sam fakt przeżycia sytuacji zagrożenia nie musi się wiązać z PTSD”, zwraca uwagę Małgorzata Rymkiewicz, psycholog do niedawna pracująca w armii, obecnie w policji. „Bardzo dużo zależy od tego, jakie ktoś ma zasoby, jakie wsparcie, w jakich warunkach wraca do normalnego funkcjonowania”. To ważne zastrzeżenie, bo pokazuje, że PTSD nie jest doświadczeniem zarezerwowanym wyłącznie dla żołnierzy czy uczestników misji. Może dotyczyć każdego, kto znalazł się w sytuacji skrajnego stresu – ofiar przemocy, wypadków czy katastrof.

Istnieją jednak grupy, które ze względu na charakter swojej pracy są na takie doświadczenia szczególnie narażone. „Żołnierze stanowią jedną z nich”, podkreśla ppor. Sylwia Biardzka. „I to nie tylko w kontekście misji bojowych. Choćby służba na granicy wiąże się z długotrwałym napięciem i podwyższonym ryzykiem utraty zdrowia, a nawet życia. Mamy też doświadczenia z pandemii, kiedy żołnierze wspierali służby medyczne i ratunkowe. Wchodzili do miejsc, gdzie były ofiary, dla wielu z nich stanowiło to pierwszy kontakt ze śmiercią. Co się dzieje!?, pytali. Nie ma wojny, a ludzie masowo umierają… To był ogromny szok”. Jak zaznacza Biardzka, takie doświadczenia często nie są od razu rozpoznawane jako coś, co może mieć długofalowe konsekwencje. „Nie jest tak, że ktoś wychodzi z takiej sytuacji i mówi: to mnie zmieniło. Emocje odkładają się w głowie. Wracają w snach, w reakcjach na różne sytuacje. I dopiero z czasem zaczynają stanowić problem”. W tym sensie PTSD nie jest „koszmarem z przeszłości”, związanym wyłącznie z misjami w Iraku czy Afganistanie. Jest realnym elementem współczesnej służby – również tej, która nie wiąże się bezpośrednio z wojną.

Dalszą część tego tekstu – czołówki majowego numeru „Polski Zbrojnej” – znajdziecie pod tym linkiem. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój blog oraz proces powstawania kolejnych książek, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, w sklepie Patronite możecie nabyć część moich książek w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Nocny patrol podczas misji w Afganistanie/fot. Adam Roik, Combat Camera DORSZ