Odpowiedzialność

W ubiegłym tygodniu brytyjskie samoloty transportowe przerzuciły na Ukrainę 2 tys. lekkich zestawów przeciwpancernych oraz 30-osobową grupę szkoleniowców. „To broń krótkiego zasięgu i defensywna. (…) nie zagraża ona Rosji, ma być używana do samoobrony”, mówił w Izbie Gmin szef brytyjskiego resortu obrony, Ben Wallace. Co ciekawe, trasa maszyn RAF-u wiodła nad Morzem Północnym, Danią, Bałtykiem i Polską – omijając Niemcy. Brytyjczycy nie poprosili Berlina o zgodę na przelot, gdyż niemiecki rząd od dłuższego czasu komunikuje, że nie popiera dozbrajania Ukrainy. Kijów ma tę postawę Niemcom za złe i oczekuje rezygnacji z „moralnie niegodziwej blokady” oraz „pilnego zaopatrzenia Ukrainy w potrzebne uzbrojenie obronne”. Cytowane słowa padły z ust Andrija Melnykowa, ukraińskiego ambasadora w RFN. Dyplomata podkreślił, że Niemcy „ponoszą za Ukrainę taką samą historyczną odpowiedzialność, jak za Izrael”. Z czego ma ona wynikać? Na skutek działań wojennych z lat 1941-45 i okupacji ukraińskich terenów ZSRR, śmierć poniosło co najmniej 7 mln Ukraińców. To więcej niż 6 mln ofiar Holocaustu, który stał się podstawą dla specyficznych kontaktów między RFN a Izraelem. Relacji w istotnej mierze opartych o militarne wsparcie dla Jerozolimy.

Wymowne gesty pojednania

Latem 2020 r., po raz pierwszy w historii, izraelskie siły powietrzne wysłały myśliwce do Niemiec na ćwiczenie z Luftwaffe. Poza zadaniami szkoleniowymi zrealizowano wówczas symboliczne przeloty – pierwszy nad bazą Fürstenfeldbruck, by upamiętnić izraelskich sportowców, zabitych przez palestyńskich terrorystów podczas igrzysk w 1972 r. Drugi nad dawnym hitlerowski obozem koncentracyjnym w Dachau, gdzie pojawiła się też delegacja z udziałem ówczesnej minister obrony RFN i ambasadora Izraela w Niemczech. Jesienią 2021 r. doszło do rewizyty – tym razem myśliwce obu krajów, pilotowane przez dowódców tych formacji, przeleciały nad stolicą Izraela. Wcześniej niemiecki generał Ingo Gerhartz – razem ze swym izraelskim odpowiednikiem, gen. Amikamem Norkinem – odwiedził Instytut Jad Waszem. „Wciąż czujemy cierpienie żydowskich ofiar Szoa (…), a nasza odpowiedzialność nie wygaśnie”, zapewniał Niemiec. Jego Eurofighter przyleciał na Bliski Wschód, odświętnie przemalowany w barwy izraelskiej i niemieckiej flagi.

Tyle współczesności; historia niemiecko-izraelskiej współpracy wojskowej sięga 1957 r. To wówczas doszło do potajemnego spotkania Szymona Peresa, odpowiedzialnego za zakupy broni dla Izraela, z Franzem Josefem Straussem, ministrem obrony RFN. Młode żydowskie państwo na gwałt potrzebowało broni i wyposażenia wojskowego – kolejna wojna z arabskimi sąsiadami, zapowiadającymi „wrzucenie syjonistów do morza”, wisiała na włosku. Żydom tymczasem brakowało gotówki, a stosunki z Ameryką Eisenhowera znajdowały się w krytycznym momencie. Peres poprosił więc Straussa o darmowe dostawy sprzętu z zasobów Bundeswehry. I Niemiec się zgodził – przy pełnym, choć nieformalnym poparciu całego rządu. Odtąd, przez kilka lat, do Izraela trafiały statki po brzegi wyładowane czołgami, samolotami, działami, amunicją i częściami zamiennymi. Gdyby nie te dostawy, Izraelczycy prawdopodobnie przegraliby wojnę sześciodniową z 1967 r.

Gwarancje atomowych delfinów

Z czasem współpraca wojskowa Niemiec i Izraela stała się jawna, choć – z uwagi na rosnące zagrożenie palestyńskim terroryzmem – raczej dyskretna. Pomogło temu nawiązanie stosunków dyplomatycznych między oboma krajami w 1965 r. Obecnie w arsenale armii izraelskiej znajduje się sporo broni rodzimej konstrukcji, mnóstwo amerykańskiej, ale nie brakuje też produktów made in Germany. To w niemieckich stoczniach zbudowano okręty podwodne klasy Dolphin i Dolphin II. Jedne z najlepszych na świecie (jeśli nie najlepsze) czołgi Merkawa Mk IV napędzane są niemieckimi silnikami i strzelają z armat Rheinmetall, produkowanych na niemieckiej licencji. Izraelskie ministerstwo obrony wybrało niedawno amerykańsko-niemiecką przekładnię automatyczną dla nowego kołowego transportera piechoty Eitan. Przykładów można by mnożyć, choć żaden system uzbrojenia i rozwiązanie technologiczne nie będą tak istotne, jak wspomniane okręty Dolphin. Pierwszy z nich trafił do służby w 1999 r., ostatni, szósty, w 2019. Budowę dwóch pierwszych jednostek sfinalizowali Niemcy, kosztami trzeciej oba kraje podzieliły się po połowie. W 2006 r. Izrael zamówił dwa okręty Dolphin II warte po ok. 500 mln euro każdy, z czego Niemcy zapłaciły 1/3 tej kwoty. Pięć lat później podpisano kontrakt na szósty okręt, w ramach którego niemiecka subwencja zamknęła się w kwocie 135 mln euro. Kilka lat temu rząd Angeli Merkel zgodził się na sprzedaż kolejnych trzech okrętów (mają wejść do linii do końca bieżącej dekady). Tym razem Niemcy pokryją 30 proc. kosztów, wyliczonych na 540 mln euro.

Co istotne, mówimy o okrętach dostosowanych do przenoszenia pocisków manewrujących, uzbrojonych w głowice jądrowe o mocy 200 kT (dla porównania, moc bomby zrzuconej na Hiroszimę wynosiła 16 kT). Izrael nigdy oficjalnie nie potwierdził, że posiada broń jądrową, ale zakulisowo wielokrotnie dawał do zrozumienia swoim wrogom, że próba zniszczenia państwa żydowskiego spotka się ze srogą ripostą. Najważniejszym elementem tej strategii odstraszania są dziś dyżury „stalowych delfinów”, z których każdorazowo dwa przebywają gdzieś w morzu, gotowe do śmiercionośnego kontrataku. Dodajmy, że rozwijanie izraelskich technologii atomowych również odbyło się za pieniądze z RFN. W 1960 r. jeden z zachodnioniemieckich banków w większości kontrolowanych przez państwo, przekazał 2 mld marek na humanitarny projekt przekształcenia pustyni Negew w grunty rolne. Pieniądze trafiły tam, gdzie zapowiadano, ale – za zgodą Niemców – użyto ich do zgoła innego celu – rozbudowy Nuklearnego Centrum Badawczego.

Oczywiście, transfer technologii i uzbrojenia odbywa się również w drugą stronę. W 2010 r., podczas szczytowego zaangażowania NATO w Afganistanie, Bundeswehra kupiła w Izraelu samoloty zwiadowcze Heron. Niemcy nie dysponowały wtedy własnym odpowiednikiem drona o podobnych parametrach. Tak jak dziś nie dysponują równie skutecznym co izraelski systemem ochrony aktywnej czołgów. Zimą minionego roku spółka Rafael poinformowała o podpisaniu z niemieckim rządem umowy na dostarczenie i integrację zestawów Trophy dla czołgów Leopard 2. Kontrakt ma zostać zrealizowany w latach 2024-25. Kilka miesięcy później koncern Israel Aerospace Industries ujawnił, że niemieckie wojska lądowe otrzymają radary pola walki, produkowane przez IAI. Tym razem terminy dostaw sprzętu – z pakietami szkoleniowym i wsparcia oraz częściami zamiennymi – zaplanowano na lata 2022-24.

Palestyńska kość niezgody

Zażyłe relacje niemiecko-izraelskie nie mają wyłącznie militarnego wymiaru. Zaś ich beneficjantami są nie tylko instytucje z obu państw. Claims Conference (ang. Konferencja Roszczeniowa) to międzynarodowa organizacja działająca na rzecz zapewnienia odszkodowań, restytucji mienia oraz pomocy ocalałym z Holocaustu i spadkobiercom ofiar. Powołano ją w Nowym Jorku w 1951 r., w oparciu o 23 organizacje żydowskie, z wiodącą rolą Światowego Kongresu Żydów. To wówczas odbyły się pierwsze negocjacje z Niemcami Zachodnimi, których format jest kontynuowany rokrocznie aż do dziś. Tylko w 2021 r. Konferencja rozdysponowała prawie 660 mln dol. w formie bezpośrednich odszkodowań dla 260 tys. osób z 83 krajów. Przez cały okres działalności, Claims Conference wynegocjowała od Niemiec niemal 90 mld dol. Tych pieniędzy z pewnością by nie było, gdyby nie niemieckie poczucie winy.

Mówiła o nim w 2008 r., podczas słynnego przemówienia w Knesecie, poruszona Angela Merkel. „Właśnie w tym miejscu chcę wyraźnie podkreślić: każdy rząd Niemiec i każdy kanclerz przede mną, byli świadomi historycznej odpowiedzialności Niemiec za bezpieczeństwo Izraela. Ta odpowiedzialność jest elementem racji stanu naszego państwa. (…) bezpieczeństwo Izraela jest dla mnie, jako niemieckiej kanclerz, czymś niepodlegającym dyskusji”, zapewniała polityczka, która podczas 16 lat urzędowania odwiedziła Izrael aż siedem razy. Czy jej następca Olaf Scholz pozostanie równie pryncypialny? „Lewicowe skrzydła Zielonych i socjaldemokratów mają bardziej dwuznaczny stosunek do Izraela”, zauważył niedawno Politico. Annalena Baerbock, nowa szefowa niemieckiego MSZ, swego czasu sprzeciwiała się sprzedaży Izraelowi okrętów podwodnych. Kością niezgody pozostawała kwestia palestyńska, co do której własne zastrzeżenia głośno wyrażała również Merkel. A i tak nie popsuło to międzypaństwowych relacji. O tym, czy ulegną one istotnym zmianom, dowiemy się pewnie nieprędko – Niemcy mają dziś inne zmartwienia. Kraj boryka się z pandemią Covid-19, a na arenie międzynarodowej ogromnym wyzwaniem pozostaje kryzys ukraińsko-rosyjski, gdzie Berlin ma do odegrania niebagatelną rolę. Także z uwagi na swą „historyczną odpowiedzialność” wobec europejskich republik byłego ZSRR…

—–

Nz. INS Tanin (Krokodyl)/fot. Wikimedia Commons

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 5/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zbrojeniówka

– Z pustego i Salomon nie naleje – ocenia sytuację państwowej branży obronnej Jarosław Wolski, analityk „Nowej Techniki Wojskowej”. – Kłania się trzydzieści lat niedoinwestowania, kilkanaście lat braku politycznego wsparcia dla eksportu, no i niemniej zabójcza praktyka traktowania przemysłu jako zbioru synekur dla „swoich”.

„I na koniec najlepsze”

Widać to doskonale za sprawą niedawnego przecieku ze skrzynki mailowej Michała Dworczyka. „Najgorsze jest to, że niekompetencja, nieudolność, głupota, a czasem różne ciemne interesy są zawsze podlewane (…) obrzydliwym sosem bogoojczyźnianych frazesów. (…). A tak naprawdę wywalamy dziesiątki milionów złotych w błoto lub zgadzamy się na rozkradanie środków budżetowych”, pisał latem 2018 r. Dworczyk w liście do Mateusza Morawieckiego. Z korespondencji polityków dowiadujemy się m.in., że Polska Grupa Zbrojeniowa sprzedawała MON krótkofalówki, które na rynku kosztują ok. 13 tys. zł, za 80 tys. zł. „Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale tak jest”, zapewniał szef kancelarii premiera.

„Obawiam się, że PGZ nie ma listy sensownych projektów, a wiele z tego, co mają, to jakiś kosmos”, czytamy w kolejnym mailu do Morawieckiego. Tę wiadomość sprowokowała publikacja w jednym z dzienników wywiadu z prezesem WB Electronics, największej prywatnej firmy zbrojeniowej w Polsce. „Zażądałem testów porównawczych (jedyny raz kiedy się odbyły) z Warmate – produktem WB. Wyszło (…), że drony PGZ istnieją wyłącznie w fazie wstępnych prototypów. Najpierw trzeba było czekać, by skonstruowali trzy sztuki, a potem okazało się to totalną klęską”, opisywał Dworczyk. Podczas testów drony z PGZ nie mogły trafić w cel lub nie wybuchały. Testy Warmate wyszły zaś „świetnie”. „(…) a i tak ich zakup Antoni Macierewicz zablokował, bo nie będziemy kupować od prywaciarza. Dopiero jak media zaczęły obśmiewać go, że drony (…) to kolejna niespełniona obietnica, na szybko kazał kupić 100 sztuk”, zdradzał kulisy minister. „I na koniec najlepsze. Zażądałem, aby przedstawiono, jaki procent drona z PGZ jest produkowany w Polsce. To sama głowica bojowa (…), obudowa z tworzywa (produkowana w prywatnej firmie poza PGZ) i kilka drobnych części. Cała reszta jest sprowadzana – głównie z Chiny i chyba z Izraela – a my w Polsce tylko staramy się z tych części coś złożyć. Kurtyna”.

Prywatne znaczy… dobre

Ale czy rzeczywiście jest aż tak źle? Zostawmy PGZ i przyjrzyjmy się wspomnianym dronom Warmate. To rodzaj amunicji krążącej, wyposażonej w wymienną głowicę z kamerą.

– Ładunek bojowy można dostosować do misji – wyjaśnia Remigiusz Wilk, dyrektor ds. komunikacji Grupy WB. – Może być odłamkowo-burzący, termobaryczny lub przeciwpancerny. Warmate jest mały i cichy, trudny do wykrycia i zniszczenia przez obronę przeciwlotniczą. Operator jest w stanie kierować nawet tuzinem systemów. Amunicja krążąca może długo oczekiwać w podniebnych stosach na rozkaz ataku. Kiedy zostanie wydany, operator może razić jeden cel jednocześnie z różnych stron. Wielokierunkowemu atakowi nie sprosta żadna obrona. Dlatego istotne jest masowe użycie tej broni – twierdzi mój rozmówca. I zapewnia, że do obsługi nie trzeba specjalistycznego przeszkolenia. Kierowania systemem można szybko nauczyć każdego żołnierza.

Dodajmy za ministrem Dworczykiem, że Warmate kupują Turcy, Ukraińcy i Arabowie, którzy „(…) prowadzą wojny, oceniając, że jest to lepszy produkt niż odpowiedniki izraelskie czy amerykańskie”.

Równie dobre recenzje zbiera inny sprzęt WB – cyfrowa platforma komunikacji Fonet, montowana we wszystkich działach samobieżnych Wojska Polskiego.

– To jedyny produkt wojskowy z Polski, wytwarzany na licencji w USA. Trafił do dziesiątek tysięcy zagranicznych pojazdów – podkreśla Wilk. Fonet to informacyjny układ nerwowy. Pozwala połączyć członków załogi komunikacją wewnętrzną, wyciszając głośne dźwięki. Jednocześnie umożliwia korzystanie z systemów zarządzania polem walki oraz z łączność zewnętrznej za pomocą radiostacji.

– Każdy dowódca chce wiedzieć, gdzie znajdują się jego żołnierze i gdzie można spodziewać się przeciwnika. Najlepiej, jeśli ta sytuacja zostanie przedstawiona na cyfrowej mapie. Zaś dowódca będzie miał natychmiastowy dostęp do wszystkich danych o jednostkach. Gdzie dokładnie się znajdują? Jakie pojazdy są na chodzie? Ile zostało amunicji i paliwa? Jakie rozkazy zostały wydane przez podwładnych? Wszystko to kontrolują systemy zarządzania polem walki, takie jak Topaz – Wilk wymienia jeszcze jeden z czołowych produktów WB, który łączy wszystkie polskie armato-haubice, moździerze i wyrzutnie rakietowe. Dane rozpoznawcze dostarczają mu bezzałogowce. – Topaz daje naszym oddziałom możliwość natychmiastowego namierzenia celu oraz błyskawicznego oddania strzału – kontynuuje przedstawiciel firmy. – Działa zatrzymują się na kilkadziesiąt sekund, aby oddać kilka salw, i natychmiast się oddalają. Wszystko po to, by nie zniszczył ich ogień kontrbateryjny przeciwnika.

Brak realnego wsparcia

Ale nie tylko „prywaciarze” mogą się pochwalić solidnymi wyrobami. Należąca do PGZ Huta Stalowa Wola ma w ofercie moździerz samobieżny Rak.

– To autonomiczny system wieżowy z moździerzem 120 mm, posadowiony na podwoziu transportera Rosomak – mówi Jarosław Wolski. – Sprzęt o bardzo dobrych parametrach, który mógłby być naszym hitem eksportowym. Armie NATO nie są jednak Rakiem zainteresowane, preferują inne rozwiązania. Z kolei sprzedaży do krajów spoza Sojuszu sprzeciwia się Inspektorat Uzbrojenia, moim zdaniem przesadnie, bo nie mamy tu do czynienia z jakimś supertajemnicami technologicznymi.

Raki zaczęły trafiać do WP latem 2017 r. Armia otrzyma 122 egzemplarze moździerzy wraz z 60 wozami dowodzenia.

Wojsko korzysta również z wyrzutni Grom i Piorun – przenośnych, rakietowych zestawów przeciwlotniczych, wytwarzanych w Skarżysku Kamiennej.

– Produkt firmy Mesko to światowa czołówka – twierdzi Wolski. – Podobnej jakości sprzęt powstaje tylko w Rosji i USA. Stany zresztą kupiły od nas partię Piorunów. Generalnie jednak najnowszych wersji wyrzutni nie sprzedajemy – zastrzeżenia Inspektoratu Uzbrojenia są w tym przypadku słuszne. Pozwoleniem na eksport objęte są za to starsze typy, Gromy. Sprzedaliśmy je m.in. do Gruzji, gdzie latem 2008 r. dały się we znaki rosyjskiemu lotnictwu.

Tbilisi kupiło 30 wyrzutni i setkę rakiet. Podczas konfliktu z Rosją odpalono 12 rakiet, 9 dosięgło nieprzyjacielskie samoloty i śmigłowce (nie zawsze oznaczało to strącenie). Współczynnik trafień byłby wyższy, gdyby Gruzini mieli więcej czasu na nauczenie się obsługi Gromów.

O dobrych parametrach polskiego uzbrojenia przekonali się także Malajowie. Kontrakt na 48 czołgów PT-91M dla Malezji zrealizowano w latach 2007-10. Wozy w Polsce określane mianem „Twardych” (i w nieco odmiennej konfiguracji używane przez nasze bataliony pancerne), nie były szczytowym osiągnięciem techniki wojskowej. Tak naprawdę mieliśmy do czynienia z dość zaawansowaną modernizacją produkowanych na licencji, radzieckich T-72. Niemniej czołgi te nie ustępowały rosyjskim maszynom T-90A, zaś malezyjski kontrakt dawał nadzieję na reanimację już wówczas podupadającego Bumaru.

– Niestety, zabrakło woli politycznej – ocenia Jarosław Wolski. – Ostatnim rządem, który aktywnie wspierał eksport polskiego uzbrojenia, był gabinet SLD-PSL. Potem zaczęła się równia pochyła, w efekcie której Bumar nieodwracalnie utracił możliwości produkcyjne w zakresie pojazdów pancernych.

Ma je wciąż – choć nie tyczy to czołgów – wspomniana Huta Stalowa Wola. Powstający tam bojowy wóz piechoty Borsuk zacznie niebawem wchodzić na uzbrojenie polskiej armii. Zdaniem Wolskiego, BWP będzie miał spory potencjał eksportowy, wszędzie tam, gdzie ważne jest, aby transporter pływał.

– W grę wchodzi cała dalekowschodnia Azja i Ameryka Południowa – wymienia analityk. – Ale i tu obawiam się blokady ze strony Inspektoratu Uzbrojenia.

„Kamo” i wizerunek

Z eksportem nie powinny mieć problemu Zakłady Mechaniczne Tarnów, gdzie powstają karabiny MWS (ang. Modular Weapon System – system broni modułowej). Bo choć mówimy o bardzo nowoczesnym produkcie, innowacje w zakresie broni strzeleckiej zwykle nie noszą gryfu supertajnych.

– Miałem okazje strzelać z MWS-15 i MWS-25 – przyznaje ppłk w stanie spoczynku Michał Sitarski, redaktor naczelny magazynu „Frag Out”. – To broń o wysokiej odporności na warunki środowiskowe, ergonomiczna, w dużym stopniu zunifikowana z karabinami rodziny AR, popularnymi w innych armiach i na rynku cywilnym. Co ciekawe, producent oferuje MWS-y w różnych kolorach pokrycia, w zależności od oczekiwań klienta.

Karabiny nie bez kozery nazywają się modułowymi. Za sprawą wymiennej lufy i komory spustowej oraz kolby o regulowanej długości, można konfigurować je pomiędzy wariantem precyzyjnym i szturmowym.

– To naprawdę ciekawa konstrukcja – przekonuje Sitarski.

Równie ciekawą propozycją mógłby być kamuflaż, przez laików z rzadka postrzegany inaczej niż w kategoriach estetycznych. Tymczasem dobre „kamo” to jeden z niezbędnych warunków przetrwania na polu walki. Obecnie używany, Wz. 93, nie spełnia np. normy reemisji podczerwieni.

– Kamuflaż Mapa, oferowany przez Maskpol, zapewniłby żołnierzom znacznie większe bezpieczeństwo – ocenia Sitarski. – Zmianę „kamo” rozważano już kilkanaście lat temu, lecz zwyciężył argument, że wojska nie stać na jednoczesną wymianę umundurowania i oporządzenia. A na to nie stać nawet Amerykanów, którzy podczas II wojny w Zatoce nosili mundury i wyposażenie z trzema różnymi wzorami kamuflażu. I trochę czasu zajęło, nim doszło do pełnej unifikacji.

W tym przypadku istotny był też argument części generalicji, że Wz. 93 „zrósł się z wizerunkiem polskiego żołnierza”. Tak jak nędza zrosła się z wizerunkiem polskiej zbrojeniówki. Mającej w zanadrzu kilka ciekawych propozycji, ale mierzącej się z wybiórczym zainteresowaniem polityków.

—–

Nz. Dron Warmate/fot. WB Electronics

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 3/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

(Nad)kontrola

Rozmawiam z Bogusławem Packiem, generałem dywizji Wojska Polskiego w stanie spoczynku, profesorem nauk społecznych. Byłym dowódcą Żandarmerii Wojskowej i rektorem Akademii Obrony Narodowej (przemianowanej później na Akademię Sztuki Wojennej). Obecnie wykładowcą w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu Uniwersytetu Jagiellońskiego, twórcą i dyrektorem Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego.

– Czy Emil C., dezerter, który uciekł na Białoruś i poprosił tam o azyl polityczny, to szpieg reżimu Aleksandra Łukaszenki?

– Ktoś, kto rozpowszechnia takie przypuszczenia, naoglądał się za dużo filmów sensacyjnych. Widział Pan materiały białoruskiej telewizji z udziałem tego chłopaka?

– Widziałem. Opowiadał niestworzone historie. O strzelaniu do migrantów, o zabijaniu wolontariuszy…

– Gdyby takie sytuacje miały miejsce, wiedzielibyśmy o nich bez Emila C. Organizacje pomocowe wszczęłyby alarm, gdyby ktoś od nich zaginął. Mordowanie migrantów nie uszłoby uwadze służb białoruskich, miejscowej ludności i wreszcie samych uchodźców. W mediach mielibyśmy dziesiątki relacji przerażonych i wściekłych ludzi, którym udało się ujść z potrzasku. Zawsze komuś się udaje.

– Kim więc jest szeregowiec C.?

– Gwiazdką z nieba dla służb Łukaszenki. Plecie bzdury, by przypodobać się KGB. Nie mam kompetencji, by go diagnozować medycznie, ale ewidentnie coś z nim jest nie tak. Złożył już wniosek o zwolnienie ze służby, lada moment byłby poza wojskiem. Po co więc zdecydował się na dezercję? Tym samym postąpił jak więzień, który w ostatnim miesiącu odsiadki decyduje się na ucieczkę z zakładu karnego. Jaka z tego korzyść? I jeszcze ta Białoruś… Mógł przecież wyjechać gdziekolwiek na Zachód.

– Może właśnie o zakład karny chodzi? C. miał kłopoty z prawem, niewykluczone, że trafiłby za kraty.

– No to sobie poprawił – teraz ciąży na nim zarzut dezercji.

– Generał Skrzypczak chciałby go rozstrzelać, a Pan, były szef Żandarmerii Wojskowej?

– C. postąpił niegodnie. I to pierwszy przypadek dezercji w WP od kilkudziesięciu lat. Chciałbym dla niego kary długoletniego więzienia.

– Ilu takich C. mamy jeszcze w armii?

– Chcę wierzyć, że to odosobniona historia. Wpadka bezpośrednich przełożonych, którzy wysłali C. na granicę, choć nie powinni, i lokalnej komórki kontrwywiadu, która najwyraźniej nie miała pojęcia o wcześniejszych występkach szeregowca.

– Co jeszcze mówi nam ta historia?

– Po pierwsze, jest przyczynkiem do dyskusji o jakości systemu rekrutacji. Do wojska można dziś trafić z licznymi przypadłościami, tak niskie są kryteria naboru. Po drugie, marna jest działalność służb informacyjnych MON i MSWiA. C. brylował już w białoruskiej telewizji, a nasi przekonywali, że szukają zaginionego. W tym obszarze oddajemy inicjatywę drugiej stronie, działamy reaktywnie, ociężale.

– Nie tylko w tym. Okulała nam logistyka, która potrzebowała dwóch miesięcy na dostarczenie żołnierzom kontenerów sypialnych. Były doniesienia o kiepskiej aprowizacji. Mamy absurdalne decyzje o skierowaniu w rejon operacji jednostek pancernych. Chyba nie bardzo nam idzie zarządzanie dużą operacją kryzysową…

– Wciąż się uczymy i sporo nauki przed nami.

– Trudno wskazać dowodzącego operacją…

– Ja panu nie pomogę, sam nie jestem w stanie wymienić nazwiska czy choćby stopnia takiej osoby. Tymczasem zadania, jakie postawiono przed wojskiem, policją i Strażą Graniczną wymagają jednoosobowego kierowania.

– Kto powinien się tym zająć?

– Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Mógłby to być żołnierz, skoro to armia dysponuje największymi siłami. Ale równie dobrze ktoś ze Straży Granicznej, skoro operacja toczy się w obszarze odpowiedzialności tej formacji. Mogłaby to być także osoba cywilna, przedstawiciel rządu, co byłoby najlepszym rozwiązaniem. Ktoś, kto personalnie wziąłby za wszystko odpowiedzialność.

– I przyjął na siebie odium niepopularnych, a często haniebnych decyzji?

– Faktem jest, że były w historii Polski wydarzenia, kiedy użyto wojska przeciwko cywilom. Cierpiał na tym wizerunek armii, a politykom zwykle uchodziło to na sucho. Tu mamy też, choć inną, to jednak sytuację, gdzie skierowano armię do działań wobec osób cywilnych. Tymczasem żołnierz na co dzień jest szkolony do innych zadań. Kryzys graniczny winien być rozwiązany siłami SG, policji i Żandarmerii Wojskowej. Ta ostatnia formacja ma odpowiednio przygotowane oddziały specjalne. Każdy ich członek potrafi zdziałać na granicy więcej niż dziesięciu zwykłych, nieprzeszkolonych żołnierzy.

– Zgoda, ale kryzys tak wyeskalował, że wspomnianych służb by nie starczyło.

– Stąd wniosek – zresztą nie dotyczy on tylko Polski – że proces szkoleniowy w armii należy rozszerzyć o procedury związane z zagrożeniami niekinetycznymi. W ostatnich latach wojsko coraz częściej jest potrzebne do zapewnienia bezpieczeństwa wewnątrz kraju.

– Przy użyciu czołgu i transportera opancerzonego?

– Popieram decyzje o wysłaniu sprzętu ciężkiego do odstraszania wojskowego. Natomiast jeśli po drugiej stronie mamy cywili, to znaczy, że ktoś w siłach zbrojnych zapomniał o naszych doświadczeniach z misji na Bałkanach. Tam, tak długo, jak używano ciężkich pojazdów, miejscowa ludność traktowała patrole jako prowokacje. Każdy przejazd wojskowej kolumny, zamiast obniżać ciśnienie, zaostrzał sytuację. Zmiana nastąpiła, gdy kontyngenty przesiadły się na normalne pojazdy, a żołnierze nie straszyli już wystawionymi lufami.

– Operacja „Granica” kierowana jest przede wszystkim do odbiorcy wewnętrznego. Ma mu pokazać, że jesteśmy silni, zwarci, gotowi…

– Zmierzmy się z realiami. Po jednej stronie mamy 15 tys. żołnierzy, po drugiej, w okresie największego nasilenia, 3 tys. rodzin. Pchniętych ku nam przez Łukaszenkę, no ale cywilów. Źle to wygląda…

– Źle wygląda też sposób, w jaki delegujemy żołnierzy na granicę.

– Podobnie jak w Iraku, gdzie na początku słaliśmy kontyngenty składające się z ludzi zebranych z całej Polski. Fatalnie wpływało to na jakość realizowanych zadań. I nie mówię o typowo bojowych sytuacjach, a zwyczajnych, jak przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Kiedy zaczęliśmy wysyłać zwarte oddziały z dowódcami, zupełnie inaczej zaczęło to funkcjonować.

– Na granicy wciąż popełniamy ten „iracki błąd”.

– Nie tylko ten. Od początku byłem zdania, że migrantów należy zatrzymywać na granicy. Ale jednocześnie zapewnić im pomoc tu, na miejscu – dać schronienie, jedzenie, leki. I podjąć odpowiednie procedury administracyjne, w wyniku których odesłalibyśmy pewnie większość z nich do domów, lecz w cywilizowany sposób. Jeżeli miałbym cokolwiek rekomendować, to dałbym pełne pole do działania organizacjom pomocowym. Nie tylko dla dobra migrantów, ale również dla dobra wizerunku Rzeczpospolitej i nas samych. Ci ludzie tracą życie także po naszej stronie. Każdy człowiek, który umarł i umrze w tych lasach, obciąża nas, nasze sumienia. Jako Polak, obywatel tego państwa i żołnierz tego kraju, nie potrafię się z tym pogodzić.

– Ustaliliśmy, że istnieją przesłanki wewnętrzne, by wojsko było większe i wszechstronniej wyszkolone. Są też uwarunkowania zewnętrzne, które wymuszają konieczność rozbudowy armii.

– W pierwszej kolejności należy poprawić jakość. Liczby nie są tak istotne. Od lat weryfikacja naszych zdolności sprowadza się do wybranych elementów. Nie idziemy podczas ćwiczeń na całość, jak Rosjanie, którzy jednym zamachem wyprowadzają w pole całe dywizje. Tym sposobem wiedzą, co w armii działa, a co nie.

– Nie liczą się z kosztami…

– Jestem za większą armią, pod warunkiem, że będzie nas na nią stać. Że będzie ta armia odpowiednio wyposażona. Sprzęt kosztuje, mówimy zatem o zrównoważonym, stopniowym, rozłożonym na lata i adekwatnym do możliwości państwa wysiłku. Koniecznym ze względu na nową sytuację geopolityczną, która – wiele na to wskazuje – może przynieść osłabienie naszych możliwości obronnych.

– Stwierdził Pan kiedyś – co nie spodobało się wielu kolegom-generałom – że skuteczną obronność zapewnia Polsce bardziej NATO i Unia Europejska niż własny system obronny. Coś się w tej sprawie zmieniło?

– Na razie nie. Na razie przed Rosją chroni nas przede wszystkim NATO. Tak jak kiedyś, w czasach słusznie minionych, tak i dziś duży wojskowy sojusz sprawia, że jesteśmy nie do ruszenia.

– Ale?

– Oceniam, że Chiny stanowią zagrożenie dla przyszłości NATO. USA, niezależnie od deklaracji, coraz mniej włożą do Sojuszu, gdy na dobre uwikłają się w dalekowschodni konflikt. Niewielu z nas ma świadomość, że natowskie zdolności militarne w co najmniej 70% opierają się o potencjał Stanów Zjednoczonych. Jeżeli tych zdolności zabraknie, Europa będzie miała poważny problem.

– W Czadzie, gdzie był Pan zastępcą dowódcy całej misji, widzieliśmy, czym są zdolności europejskie.

– To była największa operacja wojskowa dla powojennej Europy. A i tak mierzyliśmy się z niedosytem helikopterów, łączności i odpowiedniego zaplecza medycznego. Wszystkiego, czego Amerykanom nie brakuje.

– W przypadku tej misji zabrakło również konsensusu pośród sojuszników – miesiącami trwały ustalenia, co kto wyśle.

– Konsensus zabija działanie wojska. Bo zjada czas, szczególnie cenny, gdy mamy do czynienia ze zdeterminowanym i szybko działającym przeciwnikiem.

– Nie brzmi to najlepiej w kontekście rosyjskich zagrożeń dla Polski.

– Zwłaszcza, że przyszła wojna będzie inna od tych konfliktów, które znamy. Kiedyś w Kabulu obserwowałem działania, toczące się w czasie rzeczywistym, których celem było unieszkodliwienie oddziału rebeliantów. Mniejsza o szczegóły – wspominam o tym, bo wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z sytuacją, w której siły i środki do działania wybrał algorytm. Wskazał narzędzia znajdujące się w sporej odległości od celu – i zasugerował ich użycie. Nasz przeciwnik, w odróżnienie od nas, może dziś zaatakować równie niespodziewanie, z dowolnego miejsca w obrębie gigantycznego terytorium, jakim dysponuje.

– Nie będzie czasu na konsultacje, a przy braku amerykańskiego parasola nasze szanse spadną do zera.

– Czas pomyśleć o tym, jak w większym stopniu przygotować się do obrony samodzielnie.

– Rozwijając Wojska Obrony Terytorialnej?

– Jestem zwolennikiem idei obrony terytorialnej, ale to nie ona sama decyduje o przetrwaniu państwa. Zwróćmy uwagę, że jej powstanie nie spowodowało żadnej reakcji Rosji. Natomiast gdy kupiliśmy rakiety JASSM do samolotów F-16, Rosjanie cofnęli swoje jednostki na Białorusi o taką liczbę kilometrów, która pozwalała na zachowanie bezpiecznego dystansu.

– Zacieśnianie sojuszy to też dobra metoda.

– Oczywiście. To musi być nasze „drugie płuco”. I nie mówię o być może dobrych gospodarczo rozwiązaniach typu Międzymorze. Sojusze mają poprawić polskie zdolności, a nie je obniżyć, tworzyć kolejne koalicje słabych.

– Za to licznych. Kaczyński chciałby 300-tysięcznej armii.

– Jako żołnierz wolę mieć więcej i lepiej niż mnie i gorzej. Ale państwo to system naczyń połączonych. Żeby wojsku dać te 5% PKB, gdzieś trzeba będzie zabrać. Już raz, w czasach PRL-u, zarżnięto państwo m.in. za sprawą ogromnych wydatków zbrojeniowych. Stworzyliśmy wówczas armię dobrze uzbrojoną i nieźle wyszkoloną, ale co z tego, skoro na końcu państwo zbankrutowało?

– W nowej ustawie o obronie ojczyzny zapisano niejasne mechanizmy finansowania sił zbrojnych. A to niejedyna jej słabość.

– Jako wojskowy nie znam się na kwestiach finansowych, wolę więc skupić się na innych niedoróbkach. Na przykład tych, które dotyczą systemu kierowania i dowodzenia. Za siły zbrojne musi odpowiadać jedna osoba. Możemy dyskutować, czy powinien to być dowódca generalny, szef sztabu generalnego, czy jeszcze ktoś inny. Z ustawy się tego nie dowiemy. Druga rzecz, to brak wyraźnie rozpisanej roli premiera. Szef rządu jest w polskich uwarunkowaniach ustrojowych najważniejszym decydentem. Nie prezydent, któremu powierzamy rolę zwierzchnika. Ustawa wymaga udoskonalenia.

– Zostawmy na razie kwestię cywilnej kontroli. Bardziej intryguje mnie fakt, że reagowanie kryzysowe scedowano na WOT.

– A co w sytuacji powodzi, gdy będą potrzebne śmigłowce, których WOT nie ma? Dzisiaj ta formacja ma swoje pięć minut, co rozumiem, ale czy jej dowództwo będzie w stanie operować jako połączony sztab, koordynujący pracę wyspecjalizowanych pododdziałów? Trzeba ten pomysł dopracować.

– Ustawa przewiduje likwidację Wojskowych Komend Uzupełnień. W to miejsce ma powstać centrum rekrutacyjne podległe MON.

– A co z zarządzaniem rezerwami mobilizacyjnymi, z tworzeniem w oparciu o nie nowych jednostek? Zadania typowo wojskowe ma przejąć minister-cywil?

– Mam wrażenie, że ustawa wpisuje się w trwający od lat trend zwiększania uprawnień ministra obrony.

– Zdecydowanie coś tu nie gra. Rola ministra w zakresie decyzji kadrowych, finansowych i wielu innych, jest za daleko posunięta. Weźmy sposób mianowania generałów. W wielu krajach wypracowano reguły, zgodnie z którymi kandydatów wskazuje środowisko wojskowe. Nominacje zatwierdza dajmy na to Kongres, buławy wręcza cywil, na przykład prezydent, lecz istotą procesu jest dobór w oparciu o czytelne, profesjonalne kryteria. U nas często decyduje „widzimisię” polityków. Wraz z początkiem lat 90. poszliśmy w stronę nie tyle rozbudowanej cywilnej kontroli, co cywilnego dowodzenia armią.

– Przypomnę – zaczęło się od hasła „humanizacji”…

– W wyniku czego wylaliśmy dziecko z kąpielą. Stworzyliśmy „pracownika armii” – coraz mniej żołnierza, coraz bardziej cywila. Liczba obwarowań, na które musi zważać dowódca, aby nie naruszyć praw podwładnego, jest bardzo duża. Choćby kwestia godzin pracy, które często nijak się mają do bieżących wymogów służby. Nie twierdzę, że żołnierz powinien być niewolnikiem, ale dowódca musi mieć więcej możliwości działania.

– Wróćmy do ustawy. Ponarzekaliśmy, ale przecież ma też dobre strony.

– Oczywiście. Na przykład dodatki, które będą przysługiwać po odsłużeniu 25 i 28,5 lat. Dziś żołnierz z takim stażem nabiera pełne prawa emerytalne i zwykle nie jest zainteresowany dalszą służbą. Zdecydowanie pochwalam pomysł rocznej dobrowolnej służby zasadniczej. To sposób na odbudowę rezerw, bez konieczności przywracania przymusowego poboru.

– Chciałby Pan powrotu tradycyjnej „zetki”?

– Nie, bo pamiętam zjawisko „uciekającej dywizji”. W latach 80. rejestrowano 12 tys. ucieczek z koszar. Rocznie wiało tylu żołnierzy, ilu liczyła etatowa dywizja. A tak naprawdę kilka razy więcej, gdyż dowódcy nie wykazywali samowolek, bo nikt nie chciał dostać po głowie za zbyt niską dyscyplinę. Armia nie może się kojarzyć z czymś, z czego się ucieka. Ma to być obowiązek, nawet trudny, ale warty wykonania.

– Chwalił Pan możliwość finansowania studiów w zamian za późniejszą służbę.

– Bo to dobre, sprawdzone w innych krajach rozwiązanie. Generalnie wszystko, co zwiększy pulę rezerwistów, zasługuje na uznanie. Zastanowiłbym się jeszcze nad podniesieniem maksymalnego wieku rezerwistów. Dziś jest to 60. rok życia. Tymczasem statystycznie żyjemy dłużej, po 60-tce jesteśmy zdrowsi, sprawniejsi, może by więc podnieść poprzeczkę o trzy-pięć lat na przykład oficerom starszym?

– Ustawa jest w konsultacjach, dałoby się jeszcze wprowadzić zmiany.

– Wierzę, że będzie lepsza, ale obawiam się najgorszego efektu, jaki może spotkać nasz system obronny. Wprowadzenia ustawy na dwa, może trzy-cztery lata – i później gwałtownej wolty. Z analiz, jakie niedawno przeprowadziłem, wynika dramatyczny brak ciągłości działania i brak strategii, cechujący lata 1989-2020. Dobrym przykładem jest obrona terytorialna, którą wielokrotnie powoływano i redukowano, i której koncepcję zmieniano po 1989 roku kilkanaście razy. Albo kwestia budowy sił na ścianie wschodniej – no przecież myśmy mieli tam już dwie dywizje, pierwszą i piętnastą. Nowy minister, nowe koncepcje, a potem wychodzą takie kwiatki, jak budynek dowództwa wojsk lądowych we Wrocławiu, do którego dowództwo nigdy się nie wprowadziło, bo najpierw zostało w Warszawie, a potem je rozwiązano.

– Ministrom doradzali mundurowi, więc problem nie dotyczy tylko cywilów. W armii od lat mamy koterie, grupy towarzyskie, ideologiczne podziały.

– Zaraz po 1918 roku wojsko składało się z oficerów i żołnierzy z trzech zaborczych armii, którzy skakali sobie do gardeł bardziej niż teraz. A mimo wszystko ostatecznie potrafili się dogadać.

– Warunkiem koniecznym jest zgoda pośród polityków. Nie mówię o „polityce miłości”, bo to mrzonka, ale o kompromisie w strategicznych obszarach. Na przykład dotyczących przemysłu zbrojeniowego, który w naszym przypadku stoi nad przepaścią.

– Kraj, który nie ma własnego przemysłu obronnego, bądź z jakichś powodów z niego nie korzysta, kupuje wszystko na wolnym rynku. Wszyscy kupują, ale chodzi o proporcje i produkty newralgiczne. Na przykład nie powinno się dopuścić do sytuacji, w której państwo zmuszone jest do nabywania na zewnątrz amunicji.

– My nawet prochu nie jesteśmy w stanie od początku do końca samodzielnie wyprodukować…

– Bośmy zarżnęli zbrojeniówkę, która dziś potrzebuje nie tylko pieniędzy, ale i technologii. To pierwsza kwestia. Druga dotyczy traktowania po macoszemu prywatnego przemysłu, który przecież dysponuje wieloma ciekawymi projektami.

– Patrząc na ostatnie zakupy, odnoszę wrażenie, że mamy gdzieś i rodzimych „prywaciarzy”, i transfer technologii.

– Brałem kiedyś udział w spotkaniu u szefa sztabu generalnego. Z jednej strony wojskowi, z drugiej przedstawiciele przemysłu obronnego, na czele z prezesem ówczesnego Bumaru. I doskonale pamiętam puentę gospodarza, który stwierdził, że polski żołnierz ma takie samo prawo do używania niezawodnego sprzętu, jak wojskowy z armii francuskiej, brytyjskiej czy amerykańskiej. „Póki nie dacie tej samej jakości, póty nie liczcie na to, że będziemy u was kupowali”, usłyszeli szefowie fabryk. Do czego zmierzam (poza postulatem dofinansowania i transferu)? Otóż przemysł zbrojeniowy musi działać w oparciu o realne potrzeby wojska, nie obok nich. Po co armii fabryka autobusów?

– Bo bez zamówień z wojska tej fabryki by już nie było. A skoro jesteśmy przy brutalnych prawach rynku – pomysł na większą armię może się z nimi boleśnie zderzyć. Wojsku już dziś brakuje ochotników.

– Chłopak, który przyjdzie na rok do dobrowolnej służby, ma dostać 4,4 tys. zł brutto. To trzy tysiące na rękę, więcej niż dostaje nauczyciel na początku pracy. Chętnych więc nie zabraknie. Obawiam się innego scenariusza – drenażu rynku. Mamy złą sytuację demograficzną, która w perspektywie 30 lat stworzy większe zagrożenia niż kryzys militarny. Będziemy jak Rosja masowo się wyludniać. Na razie ratują nas Ukraińcy i Białorusini – bez których, gdyby nie ograniczenia wynikłe z pandemii, już dziś brakowałoby 2 mln ludzi do pracy. Ściągnijmy z rynku na rzecz wojska kolejne 100-150 tys. osób i gdzieś nastąpią braki. Kim je uzupełnimy, jak migracja ukraińsko-białoruska już się wysyci? Mam nadzieję, że ktoś o tym myśli.

– Ostatecznie możemy stworzyć polską legię cudzoziemską.

– Nie sądzę, by ten pomysł przyjął się nad Wisłą.

– Dziękuję za rozmowę.

—–

Nz. Zestaw przeciwlotniczy Zu-23, ćwiczenia Anakonda 2010/fot. własne

Wywiad opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 1/2022

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Koncentracja

Władimir Putin uderza w najwyższe tony – mówi o bezpośrednim zagrożeniu serca Rosji. „NATO mogłoby wykorzystać ukraińskie terytorium do rozmieszczenia pocisków zdolnych dosięgnąć Moskwę w ciągu pięciu minut”, złowieszczy. A więc rakiety, choć wiadomo, że one stanowią tylko początek działań wojennych. Wątku ewentualnej eskalacji rosyjski prezydent nie rozwija celowo – i nie chodzi o to, że w jego ocenie atak lądowy z terenu Ukrainy jest niemożliwy. Putin po prostu unika wstydliwych nawiązań do czeczeńskich rajdów na Moskwę, z których jeden, w 2002 r., zakończył się masakrą w teatrze na Dubrowce, obnażając iluzoryczny charakter „zapór bezpieczeństwa” chroniących stolicę od południa. Nie zmienia to faktu, że koncepcja Ukrainy (i Kaukazu, patrząc dalej na wschód) jako „miękkiego podbrzusza Federacji”, jest istotnym elementem rosyjskiej kultury strategicznej. Mówiąc wprost, 500-600 km dzielących Charków, Sumy czy Szostki od Moskwy to za mało, by pozwolić Ukraińcom na pełne samowładztwo. Tak myślą rosyjskie elity i znaczna część społeczeństwa. I na tym opiera się wewnętrzna legitymizacja działań Kremla wobec Kijowa. Wspiera je niezmienne, mimo upadku ZSRR, przekonanie Rosjan, że NATO to wróg ich ojczyzny, co ukraiński „romans” z Zachodem czyni nieakceptowalnym. Putin zatem – wbrew opiniom części analityków – wcale nie musi się obawiać reakcji własnego społeczeństwa, jeśli zdecyduje się ruszyć na Ukrainę. Ale czy naprawdę zamierza to zrobić?

– Skuteczne zastraszanie zawsze opiera się na wiarygodnych fundamentach, bo inaczej nikt Rosji nie uwierzy – zwraca uwagę gen. Bogusław Pacek, dyrektor Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego. – Putin musi wysłać w świat klarowny przekaz: „Jesteśmy gotowi na wojnę, a wy, potencjalni sojusznicy Ukrainy, zastanówcie się, czy chcecie za nią ginąć”.

Przerzut bez udziału kamer

Pierwsze doniesienia o poważnej koncentracji Rosjan pochodzą z połowy listopada br. Kyryło Budanow, generał ukraińskiego wywiadu wojskowego, powiedział wówczas amerykańskiemu portalowi „Military Times”, że Rosja przygotowuje inwazję na Ukrainę na początku 2022 r. Wydawało się, że to kolejna z licznych katastroficznych zapowiedzi, składanych przez urzędników z Kijowa, niekoniecznie znajdujących pokrycie w faktach. Lecz niebawem w identycznym tonie zaczęli wypowiadać się przedstawiciele zachodnich rządów, z prezydentem USA Joe Bidenem na czele. Na dowód prezentując dane satelitarne, z których jasno wynikało, że coś się szykuje. Ostatecznie liczebność kontyngentu oszacowano na ponad 100 tys. (wedle „Washington Post”, który powołuje się na źródła w CIA, może to być nawet 175 tys. wojskowych), lokalizując silne zgrupowania wojsk pancernych, artylerii, lotnictwa oraz – co wywołało szczególne zaniepokojenie – rozwinięte komponenty logistyczne. Gdy wiosną tego roku Kreml posłał nad granice z Ukrainą 100 tys. żołnierzy, towarzyszyła im mocno ograniczona logistyka, za mała do przeprowadzenia operacji zaczepnej. Kolejnym novum był skryty charakter operacji – wiosenną koncentrację Rosjanie przeprowadzili „na pokaz”, w świetle kamer i aparatów. Tym razem przerzut jednostek odbył się skrycie. Amerykanie zaobserwowali ruchy wojska w październiku, w listopadzie poinformowali o nich sojuszników i Ukraińców. Wówczas w miejscach dyslokacji stacjonowało już ponad 90 tys. rosyjskich żołnierzy.

Moskwa najpierw nabrała wody w usta, jak zwykle zapewniając, że chodzi tylko o ćwiczenia, i że Rosja ma prawo przemieszczać wojska gdzie chce w obrębie Federacji. Później Kreml zmienił narrację i ustami Siergieja Ławrowa, ministra spraw zagranicznych, wskazał Ukrainę jako winną eskalacji napięcia. „Kijów szykuje się do zintensyfikowania wojny na wschodzie kraju”, twierdził Ławrow, sugerując, że Moskwa nie pozwoli skrzywdzić prorosyjskich separatystów. Maski spadły kilkanaście dni temu, gdy głos zabrał sam Putin. Z jego słów wynikało, że Kreml oczekuje wycofania się Zachodu ze współpracy militarnej i wsparcia politycznego dla Ukrainy. Że celem Kremla jest również stworzenie strefy buforowej na tzw. wschodniej flance NATO. Ów bufor miałby być „wolny” od istotnych sił i systemów uzbrojenia Sojuszu.

– Rosja nigdy nie pogodziła się z utratą pozycji mocarstwa po rozpadzie ZSRR – mówi gen. Pacek. – Od kilkunastu lat próbuje wrócić do gry, w coraz mniej zakamuflowany sposób definiując strefy swoich wpływów i interesów. W tej drugiej mieszczą się dawne demoludy, państwa kulturowo zbyt różne od Rosji, by mogły być częścią „rosyjskiego świata”. Moskwa dąży więc do zawieszenia ich w polityczno-militarnej próżni, gdzieś między Zachodem a Wschodem. W skład strefy wpływów wchodzą dawne poradzieckie republiki, a więc i Ukraina. Ostatecznie strefa ta wcale nie musi zostać włączona do terytorium Federacji Rosyjskiej – Moskwa ćwiczy to obecnie na Białorusi. Celem jest możliwie najbliższa integracja przede wszystkim w obszarze obronności. Zwróćmy uwagę, że de facto nie ma już prawie armii białoruskiej, bo jest ona częścią systemu wojsk rosyjskich. W ocenie Kremla, taki sam los powinien stać się udziałem Ukrainy.

Chiński priorytet USA

Zdaniem Bogusława Packa, rosyjskie władze dobrze z ich punktu widzenia wybrały termin rozgrywki.

– Ukraina, mimo usilnych zabiegów dyplomacji, nie uzyskała gwarancji przyjęcia do NATO czy Unii Europejskiej – przypomina mój rozmówca. – Nie padły nawet symboliczne deklaracje. Oczywiście, niektóre kraje Sojuszu dość intensywnie szkolą ukraińską armię, a Stany Zjednoczone dostarczają sporo wojskowego sprzętu, ale dla Ukraińców to połowiczne, mocno niesatysfakcjonujące rozwiązanie. Wywołuje ono wręcz falę rozgoryczenia, która przechodzi obecnie przez Ukrainę. Dodajmy do tego fatalną sytuację gospodarczą. Kraj po 2014 r. stał się jednym z najbiedniejszych państw Europy. W tej chwili, gdyby nie Międzynarodowy Fundusz Walutowy i pożyczki płynące z Zachodu, byłoby fatalnie. Kondycja państwa to jedno – bieda, inflacja i korupcja dożynają przeciętnego obywatela. Zaraz po 2014 r. Ukraińcy gotowi byli na wielkie wyrzeczenia. Niosły ich prozachodniość i antyrosyjskość. Dzisiaj są zdecydowanie mniej prozachodni i jest w nich więcej wątpliwości co do relacji z Moskwą. Coraz częściej pojawiają się opinie, że „skoro Zachód ma nas gdzieś, może lepiej dogadać się z Rosją?”. Przynajmniej gaz znów popłynie jak dawniej.

Takie postawy i fakty z pewnością osłabiają morale ukraińskiego społeczeństwa i armii. Ale Putin ma więcej atutów. Najważniejszym jest gaz, którego Europa będzie potrzebować jeszcze przez co najmniej 20-30 lat. Konieczność pozyskiwania tej kopaliny z Rosji znacznie ogranicza możliwości Niemiec, wiodącego państwa UE. Berlin nie postawi na szali własnego bezpieczeństwa energetycznego, a Niemcy „nie będą marzli za Ukrainę”.

Lecz w tej rozgrywce, po stronie Zachodu, to nie Niemcy, a Stany Zjednoczone mają najwięcej do powiedzenia.

– Putin zdaje sobie sprawę, że priorytetem dla USA są Chiny – mówi gen. Pacek. – W tej chwili sprawdza, ile może ugrać. Ile Europy Ameryka jest w stanie oddać, by móc bardziej zaangażować się na Dalekim Wschodzie.

Amerykańskie deklaracje, zapowiadające dotkliwe retorsje w razie rosyjskiego ataku, pojawiały się już wcześniej, chociażby z ust Antony’ego Blinkena, sekretarza stanu USA. Powtórzył je Joe Biden, który 7 grudnia rozmawiał z Władimirem Putinem podczas specjalnej telekonferencji. Biały Dom podsumował wirtualne spotkanie obu przywódców krótkim komunikatem: „Prezydent (…) wyraził głębokie zaniepokojenie Stanów Zjednoczonych i europejskich sojuszników koncentracją rosyjskich sił wokół Ukrainy. Jasno przekazał, że USA i sojusznicy odpowiedzą silnymi sankcjami gospodarczymi oraz innymi środkami w przypadku militarnej eskalacji”. Chodzi m.in. o odcięcie Rosji od międzynarodowego systemu bankowego SWIFT oraz inne restrykcje godzące w rosyjski system finansowy. Na stole jest również opcja zamrożenia biliona dolarów rosyjskich oligarchów, zdeponowanego w zachodnich bankach. Ponadto USA miałyby w razie inwazji wzmocnić wschodnią flankę NATO i wesprzeć ukraińskie wojsko dostawami uzbrojenia. Czy takie groźby powstrzymają Putina?

– Rosja nie chce wywoływać konfliktu, choć sygnały, że jest na niego gotowa, traktowałbym poważnie – twierdzi Bogusław Pacek. – Oczywiście „nigdy nie mów nigdy”, ale w mojej ocenie, jeśli do wojny dojdzie, to za kilka lat. Przy założeniu, że będzie to konflikt przesądzający, gdy Kreml uzna, że innej drogi nie ma. Dziś inwazja miałaby sens tylko wtedy, gdyby Moskwie udało się zainstalować w Kijowie przychylny jej rząd. A na to – mimo defetystycznych nastrojów części ukraińskiego społeczeństwa – nie ma dużych szans. Ale kto wie, co będzie za te kilka lat. W jakiej sytuacji gospodarczej znajdzie się Rosja, w jakiej Ukraina. Kto i jak poprowadzi Zachód, w jakiej kondycji będzie NATO. Zmiennych jest wiele, ale jedno można powiedzieć z całą pewnością – nie będzie to konflikt zapowiadany tygodniami. Rosjanie zrobią to, co zwykle doskonale im wychodzi – uderzą znienacka.

—–

Nz. Zniszczony czołg donbaskich separatystów. Piski, lato 2015 r./fot. własne

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 51/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Istota

Kiedy wiosną 2019 r. Amerykanie ogłosili, że nie sprzedadzą Turcji najnowszych samolotów wielozadaniowych F-35, turecki prezydent Recep Erdogan nie krył złości. Jego kraj dysponuje drugą co do wielkości armią NATO i stanowi najbardziej wysuniętą na wschód rubież Sojuszu. Ów status przez dekady gwarantował Ankarze transfer zachodnich technologii wojskowych, za sprawą których Turcja urosła do rangi regionalnej potęgi. Co więcej, Turcy nie byli zwyczajnym kupcem – jeszcze w 2002 r. włączyli się w program budowy myśliwców, wydając na ten cel kilka miliardów dolarów. W pierwszej turze złożyli zamówienie na 30 maszyn, ale docelowo planowali pozyskać ponad setkę F-35. Dlaczego ostatecznie zostali z niczym? Turecki rząd postanowił wyposażyć armię w rosyjskie zestawy obrony powietrznej S-400 Triumf, wcześniej odrzucając ofertę droższych, amerykańskich Patriotów. Tymczasem w ocenie Amerykanów, wdrożenie do służby rosyjskich systemów przy jednoczesnej eksploatacji „efów”, oznaczałoby ryzyko ujawnienia wielu technicznych sekretów samolotów (np. ich sygnatur radarowych). „Przekazanie Turkom gotowych F-35 stworzy zagrożenie dla bezpieczeństwa całego NATO” – zgodnie wnioskowali republikanie i demokraci. Donald Trump podpisał stosowny dekret.

Sukcesy w inżynierii odwrotnej

– Turcy nie docenili determinacji Amerykanów – twierdzi Dawid Kamizela, dziennikarz Nowej Techniki Wojskowej. – Nie byli gotowi na utratę F-35 i nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Przeszarżowali.

Po co? Zdaniem Kamizeli, najpewniej chodziło o kwestie polityczne i wizerunkowe – podkreślenie własnej podmiotowości wobec Waszyngtonu. Wskazywać na to może de facto „wyspowy” charakter zakupu rosyjskiej technologii. Pierwotnie Ankara nabyła dwie baterie S-400, rok temu kolejne dwie. To symboliczny potencjał, zwłaszcza że nie został „wpięty” w oparty o zachodnie i rodzime rozwiązania turecki system obronny.

– Trzeba też rozważyć inne możliwości – zastrzega mój rozmówca. – Po pierwsze, możemy mieć do czynienia z początkiem większych zakupów. Wówczas do Turcji dotrą nie tylko kolejne Triumfy, ale również zapewniające im ochronę zestawy Pancyr czy Buk. Druga opcja ma związek z coraz większymi tureckimi sukcesami w inżynierii odwrotnej. Niewykluczone, że Turkom chodzi o zbudowanie własnej broni tego typu w oparciu o skopiowane patenty. Z USA ryzykowanie byłoby tak pogrywać, z Rosją już mniej.

Niezależnie od intencji tureckich władz, amerykańskie obawy dotyczące utraty tajemnic „efów” były formułowane na wyrost bądź pod polityczne zamówienie, służąc jako pretekst do strofowania Ankary.

– S-400 nie wymyślono dla skrytego pozyskiwania informacji – mówi Dawid Kamizela. – Traktowanie tych zestawów jako swoistego konia trojańskiego jest nieporozumieniem. Zagrożenie mogliby stanowić rosyjscy instruktorzy, obecni przy próbach przechwycenia samolotu czy jakiejś konfiguracji na linii F-35-Triumf. Ale neutralizacją takich zagrożeń z powodzeniem mógłby się zająć turecki kontrwywiad.

Modernizacja pilnie wymagana

Tak czy inaczej, Turcja F-35 nie kupiła. Tymczasem w regionie rozkręcił się lotniczy wyścig zbrojeń. Najsilniejszy rywal, Izrael, ma już w linii 27 „efów” – i bojowe doświadczenie w ich użytkowaniu – w sumie zaś planuje pozyskać 75 maszyn. Jednocześnie nabywa za oceanem kolejne F-15 w najnowszej wersji. Egipt postawił na francuskie Rafale, podobnie jak Grecja, która jednocześnie modernizuje część posiadanej floty F-16, oraz – co Ankarę niepokoi szczególnie – zapowiedziała pozyskanie F-35. „Zimny” turecko-grecki konflikt ciągnie się już od dawna i nie wygasiło go nawet wspólne członkostwo w NATO. Świadom animozji Waszyngton przez dekady starał się wpływać na oba kraje poprzez równoważenie ich potencjałów. Jeśli jakiś nowoczesny system uzbrojenia trafiał do Grecji, zaraz potem otrzymywała go Turcja – i na odwrót. Ponieważ Amerykanie przychylnie patrzą na greckie plany dotyczące F-35, już za kilka lat, po raz pierwszy w historii NATO, będziemy mieli do czynienia z sytuacją, kiedy w polu turecko-greckich zmagań pojawi się prawdziwy game changer, dający Grekom niewątpliwą przewagę.

Będzie ona tym większa, że arsenał lotniczy Turcji wymaga pilnych modernizacji. Na papierze nie jest źle – podstawę Türk Hava Kuvvetleri (Tureckich Sił Powietrznych) stanowi aż 245 samolotów F-16. Jednak większość z nich ma już swoje lata (najmłodsze, to odpowiedniki naszych Jastrzębi). I właśnie z tego powodu jeszcze w październiku br. władze w Ankarze wysłały do Waszyngtonu zapytanie ofertowe RFP (ang. Request For Proposals) w sprawie możliwości zakupu 40 fabrycznie nowych F-16 i pakietów modernizacyjnych dla 80 posiadanych przez Turcję samolotów. Zapłatę miałyby stanowić środki zainwestowane przez Ankarę w program F-35. Tym sposobem Turcy chcieliby utrzymać względnie wysoki poziom własnych sił powietrznych do czasu wejścia do służby maszyny oznaczonej jako TF-X. Za tą nazwą kryje się wielozadaniowy myśliwiec V generacji, będący wytworem tureckiego przemysłu. W tej chwili jednak trudno ocenić, kiedy prace konstrukcyjne zmienią się w fazę seryjnej produkcji.

Alternatywą dla kupna i modernizacji „szesnastek” jest dalsza „rusyfikacja” tureckiego arsenału. Władimir Putin już jakiś czas temu zaproponował Erdoganowi nabycie rosyjskich Su-35 i Su-57. Te ostatnie, przynajmniej teoretycznie, stanowią odpowiednik amerykańskich F-35. Recep Erdogan – podczas jednej z wizyt w Rosji – zasiadł nawet w kokpicie eksportowej wersji Su-57, lecz brakuje wiarygodnych informacji, by przełożyło się to na zobowiązania handlowe. Transakcja ze Stanami Zjednoczonymi jest za to bardzo prawdopodobna. Niezależnie od tego, że zgodę na sprzedaż F-16 musi wydać Kongres, który ma wobec tureckiego autokraty liczne zastrzeżenia dotyczące łamania praw człowieka.

– Ostatecznie to dla Amerykanów dobry interes, a przy tym sposób na dalszą kontrolę Turcji bez zbytniego jej wzmacniania – zauważa Dawid Kamizela.

Ręka w rękę i na ostro

Podczas niedawnego szczytu G-20 w Rzymie Erdogan spotkał się z amerykańskim prezydentem. Rozmowa trwała ponad godzinę i dotyczyła m.in. efów szesnastych. Jak wynika z komunikatu służb prasowych Białego Domu, Joe Biden przekazał Turkowi, że „procedury związane ze sprzedażą tych maszyn wymagają czasu” i zobowiązał się do „kontynuowania działań w tym zakresie”.

Twarde amerykańskie „nie” znalazłoby poklask pośród tych, którzy mają Turcji za złe „romansowanie” z Rosją. Tymczasem taka ocena działań Ankary jest zbyt jednoznaczna. Turcja od dawna balansuje między Waszyngtonem i Moskwą, prowadząc politykę nie zawsze zgodną z interesem poszczególnych krajów NATO. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, podczas zamieszek na polsko-białoruskiej granicy. Część migrantów przyleciała na Białoruś z Ankary i Stambułu. Erdogan wypuścił ich z obozów dla uchodźców rozlokowanych w Turcji mimo ryzyka, że wywoła to kryzys u sojusznika. Zagrał tym samym w jednej orkiestrze z Putinem i Aleksandrem Łukaszenką, ale cel miał inny. Chciał przetestować szlak migracyjny, potrzebny m.in. do pozbycia się coraz bardziej ciążących Turcji syryjskich uchodźców. W tym samym czasie polscy piloci z natowskiej misji patrolowali tureckie granice.

Ale Turcja potrafi też zagrać wobec Moskwy na ostro. Kilka tygodni temu ukraińska armia po raz pierwszy wykorzystała bojowo tureckie bezzałogowce Bayraktar TB-2. Drony zlikwidowały stanowiska artyleryjskie donbaskich separatystów, co Moskwa odebrała jako policzek. Wymierzony tak przez Ukraińców, jak i Turków, których prezydent do niedawna zarzekał się, że Bayraktary nie trafią na front. Ich wysłanie w rejon walk wymagało zgody dostawcy systemu – gdyby takiej nie było, Turcja właśnie wycofywałaby się ze współpracy z Ukrainą we wdrażaniu TB-2. Co ciekawe, akcja dronów zbiegła się z innym bojowym debiutem na wschodzie Ukrainy – amerykańskich wyrzutni przeciwpancernych Javelin. One również – tym razem wedle zapewnień Amerykanów – miały nie być używane w Donbasie. Tymczasem zniszczono za ich pośrednictwem kilka pojazdów pancernych. Fakt, iż armia ukraińska zdecydowała się na wykorzystanie obu zagranicznych systemów wobec prorosyjskich separatystów sugeruje skoordynowaną akcję… NATO (albo przynajmniej Turków i Amerykanów). Rodzaj ostrzeżenia wysłanego Rosji – że Ukraińcy dysponują bardzo skutecznymi rodzajami broni, których mogą użyć także podczas pełnoskalowej rosyjskiej inwazji.

Zimą minionego roku Bayraktary zdziesiątkowały dozbrajane przez Moskwę syryjskie wojska rządowe w prowincji Idlib. Latem 2020 r. Turcja wsparła Azerbejdżan w wojnie z Armenią o Górski Karabach – bezpardonowo mieszając się w konflikt w strefie, do której wyłączne prawo rości sobie Rosja. W obu przypadkach chodziło o pomoc dla tureckojęzycznych społeczności, co jest istotą polityki zagranicznej Turcji. Paradygmatem, w ramach którego NATO jest użytecznym narzędziem, ale nie celem samym w sobie (jak w przypadku Polski, która bez Sojuszu militarnie nie znaczy nic). Amerykanie dobrze o tym wiedzą. Pobłażają Turcji, bo jest, tym czym jest – strategicznie położonym regionem, pozwalającym „trzymać Rosję na muszce”.

—–

Nz. Ziemianka na linii frontu w Donbasie, po stronie ukraińskiej/fot. Darek Prosiński

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 50/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to