Ersatz

Dziś naprawdę krótko, bo książka, bo inne zobowiązania, a czas goni – w przyszłym tygodniu jadę znów do Ukrainy, więc, proza życia, muszę się do tego czasu „obrobić”.

Do rzeczy. W Ramstein – po wakacyjnej przerwie – znów spotkali się przedstawiciele państw wspierających Ukrainę. Niebawem można się spodziewać wysypu kolejnych deklaracji dotyczących pakietów uzbrojenia; z nieoficjalnych informacji wynika, że głównie chodzić będzie o amunicję różnych typów. Na tym tle wyróżnia się duńska oferta – którą właśnie podano do wiadomości publicznej – mówiąca o 45 czołgach. Wspominam o niej także z innego powodu – dobrze bowiem ilustruje mechanizm pomocy, wskazuje też jej fizyczne ograniczenia.

Kopenhaga – od początku hojnie wspierająca Kijów – wyśle do Ukrainy 30 Leopardów 1A5 oraz 15 sztuk T-72. Duńczycy mają na uzbrojeniu sowieckie czołgi? Nie. „Siedem-dwójki” pochodzić będą z zasobów armii czeskiej i zostaną zmodernizowane do wersji EA w czeskich zakładach Excalibur Army. Modernizacja obejmie system łączności, urządzenia obserwacyjne i celownicze. Ulepszony zostaną silniki, wozy otrzymają też dodatkowe opancerzenie. Po takich zabiegach będą co najmniej równorzędnym przeciwnikiem dla miażdżącej większości rosyjskich czołgów używanych w Ukrainie. Firma Excalibur Army – na zlecenie rządów USA i Holandii – już przygotowała i posłała na wschód kilkadziesiąt sztuk T-72EA. Teraz do grona sponsorów wykupujących czołgi sowieckiej proweniencji z zasobów innych krajów dołączyła Dania.

Własne będą za to czołgi Leopard 1A5. Te maszyny już od jakiegoś czasu docierają do Ukrainy, wysyłane przez kilka zachodnioeuropejskich państw. Nie wiemy, ile dokładnie wozów jest już na wschodzie; na froncie nadal ich nie ma, ale – o czym donoszą Ukraińcy – trwają intensywne szkolenia jednostek wyposażonych w „leosie”. Kilka dni temu armia ukraińska opublikowała serię zdjęć Leopardów 1A5, z sugestią, że maszyny niebawem wejdą do walki.

Cudów nie należy się spodziewać. „Jedynki” w wersji A5 mają nowoczesny system kierowania ogniem – lepszy od rosyjskich odpowiedników – ale to nadal maszyny, których rodowód sięga lat 60. ub.w. Oczywiście, znacząca część czołgów wroga nie jest młodsza, lecz w tej wojnie chodzi także o zrównoważenie rosyjskiej masy ukraińską jakością. A Leopardy 1A5, z ich słabym pancerzem, niespecjalnie się do tego nadają. Dlatego nie ma się co fiksować na fakcie, że ostatecznie Ukraina otrzyma kilkaset takich czołgów. Nawet po montażu dodatkowego pancerza (reaktywnego) wozy te nie będą się nadawać do walki na pierwszej linii. Nie przetrwają bowiem konfrontacji z większością amunicji przeciwpancernej rosjan. Pozostaną więc czołgami z nazwy, de facto pełniąc rolę pojazdów wsparcia ogniowego. Dodatkowej artylerii, w czym przydatna okaże się ich bardzo przyzwoita armata.

Leopardy 1A5 to ersatz, rozwiązanie pomostowe, jak mówi się w wojsku polskim. Ale niestety, na większe dostawy nowocześniejszych, dużo lepszych Leopardów 2, Ukraina nie ma co liczyć. Kilka miesięcy od pierwszych deklaracji – kiedy Zachód zdecydował się wysyłać do Ukrainy także własne konstrukcje – widać to jak na dłoni. Europejscy członkowie NATO niechętnie wyzbywają się własnych zapasów – dotąd oddano Ukraińcom około 70 leo2, jeśli do połowy przyszłego roku liczba ta się podwoi, będzie to naprawdę duży sukces.

A i tak wciąż za mały, by stworzyć wymaganą jakość. Tak naprawdę wszystko zależy teraz od Amerykanów – i ich gotowości do transferu czołgów Abrams. Lada moment 10 pierwszych maszyn ma być w Ukrainie, zimą Waszyngton zobowiązał się do posłania 31 wozów. Dużo – wziąwszy pod uwagę możliwości tego sprzętu (bijącego wszystko, czym na teatrze dysponują rosjanie) – i zarazem dużo za mało, by myśleć o czymś więcej niż lokalna przewaga na wybranym odcinku frontu. Na szczęście z Waszyngtonu coraz częściej dochodzą sygnały, że Abramsów dla Ukrainy będzie więcej. Niewykluczone, że właśnie z taką wiadomością wróci do kraju prezydent Wołodymyr Zełenski, który wczoraj wieczorem przyleciał do Stanów Zjednoczonych.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Leopard 1 w Ukrainie/fot. ZSU

Obrona

„Uwaga, uwaga! Rząd Tuska, w razie wojny był gotowy oddać połowę Polski. Plan użycia Sił Zbrojnych, zatwierdzony przez ówczesnego szefa MON Klicha zakładał, że samodzielna obrona kraju potrwa maksymalnie dwa tygodnie, a po siedmiu dniach wróg dotrze do prawego brzegu Wisły”, mówi Mariusz Błaszczak w udostępnionym w weekend nagraniu. Spot to element kampanii wyborczej, jego celem jest próba dyskredytacji najpoważniejszego przeciwnika politycznego obecnego obozu władzy. Walka polityczna w Polsce ostatnich lat cechuje się wyjątkową brutalnością, do czego wielu z nas już przywykło. Oskarżenia największego kalibru nie uchodzą więc za coś nadzwyczajnego. Rzecz w tym, że wspomniany filmik poprzetykano zdjęciami i wyimkami z dokumentu o nazwie „Plan użycia sił zbrojnych RP Warta 01101” z 2011 roku, na tę okoliczność – w nieznanym zakresie – odtajnionego przez ministra Błaszczaka. „Dokumenty dobitnie pokazują, że Lublin, Rzeszów i Łomża mogły być polską Buczą. Prawo i Sprawiedliwość to zmieniło i będzie broniło każdego skrawka Polski”, zapewnia szef MON.

Po stronie opozycji zawrzało, gotuje się również w środowisku analityków militarnych. Pojawił się postulat postawienia Błaszczaka przed trybunałem stanu za wykorzystanie tajnych dokumentów do partyjnego spotu. Z drugiej strony politycy zjednoczonej prawicy i związane z nimi media jak mantrę powtarzają, że pomysł ustanowienia linii obronnej na Wiśle to zdrada. Głupota goni głupotę, giną po drodze racjonalne argumenty i fakty. Pozwólcie, że odniosę się do sprawy „na sucho”.

Zacznijmy od rzekomej nielegalności działań Mariusza Błaszczaka. Jeśli dokument został odtajniony – a na ujawnionej okładce stoi to jak byk – nie ma podstaw prawnych do pociągania ministra do odpowiedzialności. Otwartym pozostaje pytanie, czy dokumenty oznaczone gryfem „ściśle tajne” należy upubliczniać, czyniąc z nich element kampanii wyborczej, ale to kwestia obyczaju (zgody na pewne praktyki) niż ściśle prawna. A przecież tak naprawdę nie wiemy, co dokładnie zostało odtajnione. Analiza treści dostępnych materiałów skłania mnie do wniosku, że Błaszczak nie posłużył się zasadniczą częścią dokumentu „Plan użycia sił zbrojnych RP”, a jedynie wprowadzeniem do niego. Określa ono warunki, w jakich znajduje się (znajdowała się w 2011 roku) Polska oraz bardzo ogólnikowo prezentuje związane z tym możliwości militarne. Nie są one żadną sekretną wiedzą, ba, rozważania na temat koncepcji obrony Polski od dawna stanowiły, stanowią i będą stanowić przedmiot choćby akademickich dyskusji. Ramy wyznaczane przez geograficzne, ekonomiczne, polityczne i typowo wojskowe realia są w gronach eksperckich powszechnie znane, wybrane elementy tych dociekań wchodzą w skład wiedzy potocznej. To, że Wisła stanowi naturalną rubież obronną, jest oczywistą-oczywistością nawet dla militarnych laików. Czyżby więc nic złego się nie stało?

Stało. Sugestie, że armia była gotowa oddać pół kraju bez walki, godzą w dobre imię wszystkich żołnierzy Wojska Polskiego. Wypowiedziane przez ich cywilnego zwierzchnika, są jak policzek skwitowany splunięciem. Gdyby polską polityką rządziły zasady honorowego postępowania, taki „wypadek przy pracy” skończyłby się zniknięciem Mariusza Błaszczaka ze sfery publicznej. Na zawsze.

Kłamstwo ministra ma kilka „krótkich nóg”. Zacznijmy od kwestii odpowiedzialności politycznej (i urzędniczej). „Plan…” z 2011 roku to dokument wykonawczy do „Strategii Bezpieczeństwa Narodowego” z 2007 roku, zatwierdzonej przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego na wniosek premiera Jarosława Kaczyńskiego. W punkcie 99. „Strategii…” czytamy: „Liczebność Sił Zbrojnych RP w najbliższej przyszłości nie będzie ulegać istotnym zmianom. (…) Będzie natomiast postępował proces profesjonalizacji sił zbrojnych (…)”. Innymi słowy, to ówczesne pisowskie władze zdefiniowały, że idziemy w model małej (nieco ponad 100-tysięcznej), profesjonalnej armii. I w oparciu o takie założenie zażądano od wojskowych przygotowania planów operacji obronnej. Nim ten wątek rozwinę, przyjrzyjmy się jeszcze datom. Prezydent RP zatwierdził „Strategię…” 13 listopada 2007 roku. Polska była wówczas tuż po wyborach, które PiS przegrało, oddając władzę koalicji PO-PSL. Tyle że rząd Donalda Tuska powołano 24 listopada 2007 roku, prezydent Kaczyński podpisywał więc dokument przedłożony mu przez „stary” rząd. Dlatego na wniosku widnieje podpis Prezesa Rady Ministrów Jarosława Kaczyńskiego.

Na ujawnionych przez Błaszczaka dokumentach „Planu użycia…” podpis złożył gen. Mieczysław Cieniuch, w 2011 roku szefa Sztabu Generalnego WP. Bo to do sztabu generalnego poszło zlecenie przygotowania dokumentów wykonawczych do „Strategii…”. W 2007 roku „pierwszym żołnierzem Rzeczpospolitej” był gen. Franciszek Gągor, wybrany na to stanowisko przez prezydenta Kaczyńskiego. Ale Gągor zginął w katastrofie smoleńskiej. Cieniuch czy Gągor, „Plan…” i tak napisali podwładni generałów, ten sam zespół oficerów. Kto twierdzi inaczej, ten nie rozumie, że armia funkcjonuje w warunkach instytucjonalnej ciągłości i zmianom „czapki” nie towarzyszy – jak w polityce czy w upolitycznionych urzędach i spółkach skarbu państwa – kadrowa rewolucja i „czyszczenie do spodu”. Nie ma też pojęcia, jak funkcjonuje taka struktura jak sztab generalny i jak wygląda delegowanie zadań i kompetencji w najwyższych dowództwach. Rozważania, czyim nominatem (Kaczyńskiego czy Komorowskiego) był szef sztabu są w każdym razie bezzasadne.

Co zaś się tyczy samej Wisły jako rubieży. Pamiętajmy, że „Plan użycia sił zbrojnych RP” to dokument zawierający różne warianty operacji obronnej, także te mniej optymistyczne. Na przykład takie, w których nie ma u nas „na wejście” dużych kontyngentów sojuszniczych wojsk i musimy sobie (przez jakiś czas) poradzić sami. Czy mała, profesjonalna armia miałaby możliwość obrony całego terytorium kraju? Wolne żarty. A rozwinięcie mobilizacyjne wojska na czas wojny jest wprost związane z możliwościami armii czasu pokoju. Nie da się relatywnie niedużej struktury rozdmuchać do poziomu wielkich sił zbrojnych. Stutysięczna armia trybu P to w najlepszym razie – gdy właściwie dba się o szkolenie rezerw, tworzy odpowiednie zapasy i utrzymuje infrastrukturę – czterystutysięczne wojsko czasu W. A nawet takie miałoby problem z obroną obszaru wielkości Polski w taki sposób, by nawet „na chwilę” nie oddać piędzi ziemi wrogom. Świadomi tych uwarunkowań wojskowi przygotowali więc plan wyszyty na miarę.

Jako się rzekło, w wymiarze operacyjnym pozostaje on niejawny. Gdy w 2019 roku przygotowywałem się do pisania powieści pt.: „Międzyrzecze” – opowiadającej o hipotetycznej, toczonej współcześnie wojnie polsko-rosyjskiej – rozmawiałem z kilkoma generałami Wojska Polskiego. Nikt mi o planie „Warta” nie mówił, ale oficerowie ci nakreślili przede mną skalę wyzwań i zakres możliwości, przed jakimi stanęłoby nasze wojsko. Wyszedł z tego scenariusz operacji obronnej, o którym później z uznaniem – doceniając jego strategiczny, operacyjny i taktyczny realizm – wypowiadali się recenzenci książki, mnóstwo wojskowych, w tym gen. Mieczysław Gocuł, były szef sztabu generalnego. Posłużę się tym opisem, fragmentem książki, by przybliżyć Czytelnikom (którzy „Międzyrzecza” nie znają), na czym polega „oddanie połowy kraju” i „obrona na Wiśle”. Weźcie tylko pod uwagę, że książka powstała w 2019 roku, kiedy WP było inne niż teraz (w niektórych obszarach słabsze, w innych silniejsze). Narracja prowadzona jest z pozycji jednego z bohaterów, szefa sztabu generalnego i naczelnego dowódcy.

—–

„Generał westchnął, przypominając sobie, jak trudno było przekonać polityków do takiej koncepcji obrony. Całymi tygodniami wałkował temat z prezydentem, ministrem obrony oraz z całą rzeszą ich doradców. Naciskał wpływowe osoby spoza władzy, lobbował u sojuszników, inspirował media (rzecz jasna w ograniczonym zakresie), by zajęły się sprawą. Koronny argument – że we wrześniu 1939 roku Rzeczpospolita tak szybko uległa Niemcom, bo wystawiła główne siły do bitwy granicznej – nie docierał do głów decydentów. Tak jak kiedyś marszałek Rydz-Śmigły, tak i oni bali się, że nieprzyjaciel zajmie część Polski i na jakiś czas odpuści. Potem zaś uderzy znów i znów na osłabione państwo – i po kawałku dokona rozbioru Rzeczpospolitej. „Polski trzeba bronić od razu, wysyłając jak najwięcej wojska na wschód” – twierdził zwierzchnik sił zbrojnych. „Rosjanie zaraz po przekroczeniu granicy muszą się natknąć na lufy naszych czołgów” – wtórował mu szef Kancelarii Prezydenta. Historyk i politolog, czego świadomość przyprawiała Adamczyka o białą gorączkę. Nie znał bardziej kretyńskiej koncepcji defensywnej niż plan Zachód, opracowany pośpiesznie wiosną 1939 roku. Zakładający obsadzenie całej zagrożonej granicy cienkim pasem linii obronnych. Łatwym do przełamania przy silnym punktowym ataku. Nie trzeba być sztabowym wyjadaczem, by wiedzieć, że taki atak, przeprowadzony jednocześnie w kilku miejscach, poskutkuje oskrzydleniem przygranicznych formacji, a następnie ich okrążeniem i odcięciem od zaplecza. Tak też uczynili Niemcy, mistrzowie wojny manewrowej. „Wice” – jak w zaciszu gabinetów kazał się tytułować najważniejszy prezydencki urzędnik – dobrze o tym wiedział. Swego czasu zrobił dyplom magistra z historii II Rzeczpospolitej. Miał również dość wyobraźni, by przewidzieć, że tak samo postąpią Rosjanie. A mimo to tkwił w oślim uporze, utwierdzając w błędnym przekonaniu swojego pryncypała.

„Nie chodzi o to, że oddamy Rosjanom tereny od Bugu do Wisły” – przekonywał Adamczyk. „Będziemy ich bronić, lecz nie za wszelką cenę, a z intencją jak największego wykrwawienia wroga. Główną linię obrony oprzemy na Wiśle, na zachód od niej gromadząc najważniejsze siły i środki. Tak, by w odpowiednim momencie – da Bóg, że z pomocą sojuszników – przystąpić do kontrnatarcia” – dodawał po wielokroć. „Nie możemy się zgodzić nawet na czasową okupację!” – słyszał w odpowiedzi. Dobrze wiedział, że politykom nie chodzi tylko o troskę o obywateli. Tych z rządzącej partii przerażała wizja przedłużającej się utraty kontroli nad wschodnimi terytoriami Rzeczpospolitej. Tam mieszkał ich konserwatywny elektorat, zachód bardziej sprzyjał liberalnej opozycji. Poza tym wojna wcale nie musiała wybuchnąć, a zostawienie mieszkańców wschodnich województw Polski z przekonaniem, że w razie czego armia ich opuści, mogłoby się okazać wizerunkowym strzałem w stopę.

Tyle politycznej pragmatyki – generał miał ochotę splunąć, tak bardzo nie znosił tego rodzaju wyrachowania. Choć musiał przyznać, że niektóre założenia planu Międzyrzecze faktycznie były kontrowersyjne.

Adamczyk wiedział, że nie ma szans na zrównoważenie potencjału (…). Dowództwo rosyjskich sił zbrojnych mogło przeznaczyć na wojnę z Polską kontyngent ponad dwa i pół razy liczniejszy od WP. O przewagach w uzbrojeniu – zwłaszcza ciężkim – nie było nawet co mówić.

W obliczu takiego wroga należało wykorzystać inne atuty.

Plan Międzyrzecze zakładał skanalizowanie ruchów rosyjskich wojsk tak, by ich marszruty nakładały się na miejsca wcześniej odpowiednio przygotowane przez Polaków. W praktyce oznaczało to zastosowanie taktyki spalonej ziemi – wysadzenie infrastruktury drogowej, kolejowej, lotniskowej, założenie setek pól minowych, przeszkód terenowych, rozerwanie tam, wałów, drenów, obalenie dziesiątek tysięcy drzew. Wystawienie kilkunastu mniejszych miast – przewidzianych do uporczywej obrony, mającej związać jak największą liczbę oddziałów nieprzyjaciela – na ryzyko całkowitego zniszczenia. „Cofniecie wschód Polski do czasów średniowiecza!” – grzmieli politycy, gdy Adamczyk w towarzystwie swojego sztabu prezentował założenia planu.

Przestali protestować dziesięć miesięcy temu, po tym, jak rosyjska armia wkroczyła na Litwę, Łotwę i do Estonii. (…). Dla większości Polaków stało się oczywiste, że ich kraj będzie następnym celem agresji Moskwy. (…) Od tej chwili sprawy potoczyły się szybkim tempem. Rozmach, z jakim zaczęto realizować projekty inżynieryjne na wschodzie kraju, nie miał sobie równych w historii Polski po 1989 roku. Nieustanne manewry – w które zaangażowano tysiące rezerwistów z kilkunastu roczników – również zasługiwały na miano spektakularnych. Budżet ledwo to dźwigał. Generał zarwał więc niejedną noc, głowiąc się nad tym, skąd wziąć środki na wzmocnienie szczupłych zasobów WP.

Plan Międzyrzecze przewidywał oparcie początkowej obrony o szereg punktów oporu, zorganizowanych na bazie stosunkowo niewielkich grup bojowych. Podlegały one dowództwom dwóch dywizji – 16 i 18 – ale miały dużą swobodę działania. Grupy dzieliły się wedle przeznaczenia – na stałe i manewrowe. Na pierwsze składały się czołgi T-72 – trzy lub sześć – w zależności od wielkości oddziału. Rzadziej zręcznie ukryte w zabudowie, najczęściej zakopane w ziemię po wieże. Pomysł – po doświadczeniach Irakijczyków z czasów Pustynnej Burzy – zdawał się co najmniej nietrafiony, lecz Adamczyk wiedział swoje. Jego czołgów nie okopano w jednej linii, na odsłoniętym terenie. No i załogi polskich „teciaków” były lepiej wyszkolone niż ich arabskie odpowiedniki. Poza tym generał… nie miał innego wyjścia. Ograniczona modernizacja – jakiej poddano trzysta sztuk T-72 – nie poprawiła ich parametrów bojowych. To nadal były czołgi o słabych silnikach, źle opancerzone, z nie najlepszymi, zużytymi po ponad trzydziestu latach eksploatacji armatami. Ale dobrze ukryte, z powodzeniem mogły niszczyć rosyjskie transportery i ciężarówki. Rzecz jasna tylko do czasu – zdradzenie pozycji narażało wozy na reakcję wroga. Obłożenie wież pancerzem reaktywnym było w tej sytuacji ledwie półśrodkiem. Podział zadań – stopniowe wchodzenie do akcji poszczególnych maszyn – jedynie odroczeniem wyroku. Tak naprawdę misje załóg „teciaków” miały charakter niemalże samobójczy i na etapie planowania Adamczyk bał się, że wielu podwładnych każe mu zwyczajnie spierdalać. Nie kazali – rusofobia miała wciąż potężną siłę oddziaływania, co akurat w tym przypadku niosło pozytywne skutki.

W skład grup stałych wchodziło też kilka bądź kilkanaście drużyn piechoty, wyposażonych w dużą liczbę ciężkich karabinów maszynowych, moździerzy i granatników przeciwpancernych. Każdy taki oddział miał również swoich snajperów. Wszystkie obowiązywał jeden rozkaz: walczyć do wyczerpania środków bojowych, a następnie, w miarę możliwości, przedostać się do wyznaczonych wcześniej punktów zbornych.

Komponenty manewrowe składały się z czterech lub ośmiu Rosomaków w wersji bojowej oraz plutonu bądź kompanii piechoty wyposażonej w rakietowe wyrzutnie przeciwpancerne Spike i Javelin. Niektóre oddziały miały też specjalistów od naprowadzania samolotów. W planie należało założyć całkowitą rosyjską dominację w powietrzu, ta jednak nie wykluczała pojedynczych operacji przy użyciu polskich F-16. A gdyby do akcji włączyli się sojusznicy…

Zadaniem grup manewrowych było wspieranie stałych punktów oporu, w momencie, w którym wejdą one w kontakt z przeciwnikiem. Ich atutem była mobilność, niezawodność 30-milimetrowej armaty Rosomaka i śmiertelna skuteczność wyrzutni rakietowych. Sfory „Rośków” – jak jeszcze w czasach misji w Afganistanie nazwano produkowane na fińskiej licencji transportery – nie miały się angażować w walkę „do końca”. W sytuacji, w której uwidoczniłaby się przewaga wroga, ich dowódcy winni nakazać odskok, po którym należało „obsłużyć” kolejny punkt oporu.

Trzy dni temu Adamczyk miał do dyspozycji osiemdziesiąt stałych i czterdzieści manewrowych grup bojowych. Dwanaście tysięcy ludzi, wyposażonych we wszystkie dostępne T-72 oraz ponad połowę Rosomaków. Trzysta wyrzutni Spike i Javelin, wraz z trzema tysiącami rakiet, oznaczało oddanie im trzech piątych tej części arsenału WP.

Taka taktyka wymagała wysokiej świadomości sytuacyjnej od dowódców poszczególnych grup. Koordynacją działań miały się zająć sztaby dywizji. Łącznie – razem z jednostkami wsparcia – „szesnastka” i „osiemnastka” wystawiły do walki dwadzieścia pięć tysięcy żołnierzy. Lecz nie były to wszystkie siły zaangażowane na wschodzie. Bezpośrednio pod dowództwo naczelne podlegały przeformowane w batalionowe grupy bojowe dawne brygady Wojsk Obrony Terytorialnej. Osiemnaście tysięcy „wotników” – jak mówili o nich Rosjanie – obsadziło dwadzieścia miejscowości. Szkoleni przez ostatnie pół roku do walk w terenie zabudowanym, mieli wciągnąć w nie jak najliczniejsze siły nieprzyjaciela. Drugorzutowe, bowiem zgodnie z doktryną armii rosyjskiej pierwszy rzut nie zajmował się obleganiem miast, tylko parciem, za wszelką cenę, do przodu.

„Jednostka, liniowa czy tyłowa, strzelać z czegoś musi. Im więcej zapasów zużyją, tym lepiej. A zabity Rusek to zabity Rusek; każdy martwy jest dobry” – tak istotę tej części planu tłumaczył swego czasu generał prezydentowi RP. (…) „A skąd wiemy, że tych miejscowości po prostu nie ominą?” – dopytywał prezydent. „Będą musieli przez nie przejść” – odparł wówczas generał. „Gdzie indziej się nie da, o co zadbają nasi saperzy” – Adamczyk miał na myśli kolejny tysiąc żołnierzy, osłaniany przez dwa tysiące wojskowych z pułków rozpoznawczych. To oni mieli uruchomić przygotowaną wcześniej lawinę zniszczenia, obejmującą kolejne tereny w miarę postępów wojsk inwazyjnych. Pchnąć Rosjan wprost na przygotowane do obrony miasta i stałe punkty oporu”.

—–

Przerażające, prawda? Dziś ryzyko, że będziemy musieli kanalizować ruchy rosjan, nie istnieje. Za sprawą Ukraińców, którzy pogruchotali rosyjską armią (i NATO, które Ukraińcom w tym pomogło), rosja nie zagraża Polsce. I ten stan utrzyma się przez co najmniej kilkanaście lat. Cieszmy się, bo ćwiczenia „Zima 20” sprzed niespełna trzech lat (a więc za kadencji obecnego ministra…), jasno pokazały, że jeśli rosja będzie w stanie wystawić przeciw nam armię wielkości sił inwazyjnych w Ukrainie, i tak po kilku dniach będziemy się bili z moskalami na linii Wisły. Nie, te ćwiczenia nie ujawniły niekompetencji polskich generałów. Tak, zakładały one, że Wojsko Polskie już dysponuje częścią dopiero co zakupionego sprzętu (Patrioty, Himarsy, F-35) – a mimo to wyszło jak wyszło. Żeby nie wyszło, musielibyśmy stworzyć sobie głębię operacyjną na obcym terytorium, co de facto oznacza prewencyjne przeciwuderzenie.

A skoro wspomniałem Ukrainę. Nie znamy dokładnych wyjściowych planów dowództwa ZSU. Nie wiemy, czy zamierzało ono bronić całości Ukrainy w jej granicach z 23 lutego 2022 roku, czy dopuszczało utratę części terytoriów jako koszt ochrony terenów uznanych za priorytetowe (na przykład stolicy). „Miękkie wejście” rosyjskich oddziałów w południowo-wschodnie rubieże (łatwość, z jaką zyskano lądowe połączenie z Krymem), może sugerować, że tamta część kraju została poświęcona. Lecz istnieją na ten temat konkurencyjne wyjaśnienia, gdzie wspomina się o zdradzie wyższych rangą wojskowych, przedstawicieli spec-służb i cywilnej administracji, którzy „wpuścili” rosjan bez walki. Podkreśla się również charakter sił inwazyjnych operujących na południowym teatrze działań. Armia federacji przygotowywała się do zbudowania „korytarza” od kilku lat, delegując do tego zadania elitarne jednostki, którym wojska ukraińskie w pierwszych dniach inwazji zwyczajnie nie sprostały.

Co wiemy na pewno? Że w Donbasie stacjonował 50-tysięczny kontyngent, który w realiach wojny pełnoskalowej miał opóźniać rosyjskie postępy na zachód. Dać reszcie armii możliwość ustanowienia obrony na linii Dniepru. To miała być ukraińska „czerwona linia”. Losy tej wojny potoczyły się inaczej, ale i tak nie udało się ocalić części terytoriów przed (czasową) okupacją. A armia ukraińska w 2022 roku była znacznie silniejsza niż WP w 2011, 2020 i  2023 roku. I pewnie jeszcze długo będzie.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Mateuszowi Borysewiczowi, Marcinowi Pędziorowi, Sławkowi Polakowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu i Michałowi Wielickiemu.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Arturowi Rumianowi, Tomaszowi Jakubowskiemu, Łukaszowi Zawadzie i Bogusławowi Węgrzynowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Haczyki

Wczoraj brałem udział w dyskusji na temat konfliktu w Ukrainie, gdzie padło stwierdzenie, że jego charakter – wojny materiałowej, na wyniszczenie – premiuje rosję. Zasadniczo zgadzam się z taką opinią, ale nie prowadzi mnie ona do skrajnie pesymistycznego wniosku, że Ukraina nie może wygrać, ba, skazana jest na sromotną porażkę. Otóż nie jest, na co wskazuje mnóstwo faktów i przesłanek – na potrzeby tego tekstu wybiorę kilka z nich.

Zacznę od… Kim Dzong Una. Nie lekceważę wizyty koreańskiego satrapy w rosji i zbliżenia koreańsko-rosyjskiego, zwłaszcza jego skutków wojskowych. Dostawy północno-koreańskiej amunicji artyleryjskiej nie będą symboliczne – analitycy oceniają, że może to być nawet 10 mln pocisków kalibru 122/152 mm. Rosyjskie możliwości przemysłowe w tym zakresie to 1,5-2 mln sztuk amunicji, mówimy zatem o mniej więcej sześcioletniej produkcji. Nie będą to pociski nowe, to prawda – Koreańczycy nie wyzbędą się najświeższych zapasów, najstarszych moskale nie potrzebują. W rosyjskich arsenałach może zalegać nawet 100 mln sztuk pocisków artyleryjskich, wyprodukowanych po II wojnie światowej. Miażdżąca większość nadaje się wyłącznie do utylizacji (na którą nie ma pieniędzy, więc złom zalega na składowiskach), ale część udałoby się „udrożnić”. Po co więc brać zawartość czyjegoś „szrotu”, skoro ma się własny? No więc artyleryjski „zastrzyk” Kima nie będzie pachniał świeżym smarem, co nie zmienia faktu, że 20-30 czy 40-letnie pociski swoją robotę zrobią. Większość użytej w tej wojnie przez rosjan amunicji miała rodowód sowiecki, a więc i stosowny wiek – a i tak niszczyła i zabijała.

Czym są te miliony na polu walki? W szczytowym okresie bitwy o Donbas – wiosną i latem zeszłego roku – rosjanie wystrzeliwali 50-60 tys. pocisków artyleryjskich dziennie. 1,5-1,8 mln miesięcznie. Dostawy Kima pozwoliłby zatem na półroczne „ostre strzelanie” – jeśli rosjanom starczy do niego luf. Ukraińcy bowiem z niesamowitą zaciekłością niszczą rosyjską artylerię, od wielu tygodni puszczając z dymem po 200-250 systemów tygodniowo. Ale i sama idea „artyleryjskiego walca” – który w założeniu miał miażdżyć pozycje obrońców – wiązała się ze znaczącym zużyciem armat. Zdjęcia „tulipanów” – rozerwanych armatnich luf – zaczęły masowo pojawiać się latem 2022 roku. Wysyp tej specyficznej dokumentacji trwał do jesieni, potem niemal ustał. Ustał, bo gęstość rosyjskiego ognia artyleryjskiego spadła, w zależności od odcinak frontu – o pięć do dziesięciu razy. Nie było czym (pociski) i z czego (lufy) robić walca. Oczywiście, północno-koreańskie dostawy mogą również objąć działa i haubice – albo przynajmniej lufy do nich – ale tutaj Kim nie może być już nazbyt hojny. Bo i owszem, dysponuje niemal 20 tys. armat, ale tylko ogromną ilością jest w stanie kompensować jakościową przewagę południowo-koreańskiej artylerii. Tak przynajmniej sądzi. Jeśli jest paranoikiem, jak jego ojciec i dziad, podrzuci putinowi ze dwa-trzy tysiące „luf’; na więcej sobie nie pozwoli. A w realiach ukraińskiego frontu nie jest to żaden gamechanger. Nie spodziewam się zatem powrotu „artyleryjskiego walca”, raczej podtrzymania przez kilkanaście miesięcy obecnego poziomu aktywności rosyjskiej artylerii. Stosunkowo wysokiego, uciążliwego, dającego Kremlowi nadzieję na zachowanie pozycyjnego charakteru walk i frontu.

Zostawmy Kima i działa. (Pro)rosyjscy propagandyści co rusz przekonują, że rosja produkuje masowo nowe czołgi. Na poparcie tej tezy otrzymujemy bogaty materiał filmowy i zdjęciowy, ilustrujący hale fabryczne czy ładowane na eszelony maszyny. Te multimedia nie są sfabrykowane, lecz i tak nie oddają prawdy. Rosyjski przemysł NIE produkuje nowych czołgów. Maszyny typu T-72, T-80, nie są produkowane od 1998 roku, ostatni fabrycznie nowy T-90 zjechał z taśmy 12 lat temu. Skąd więc biorą się lśniące świeżą farbą wozy? Ano są to maszyny wyciągane ze składów materiałowych, remontowane i przywracane do służby.

Oczywiście, „nowość” nie jest decydującym atrybutem, zwłaszcza że czołg po remoncie może być wyposażony w generacyjne nowsze komponenty, które podnoszą jego wartość.

Ale przywracane do służby czołgi, nawet te najmłodsze, nie są „bogato” udoskonalane. Nie pakuje się do nich masowo najnowszej opto-elektroniki, bo jej brakuje. Rosyjska nie jest tak dobra jak zachodnia, a sankcje – choć łamane na różne sposoby – nie pozwalają na pozyskiwanie podzespołów w pożądanej liczbie. Tak naprawdę wychwalane przez rosyjską propagandę „najnowsze” T-90 Przełom, to bieda-czołgi w porównaniu z przedwojennymi możliwościami.

No i wcale nie jest ich dużo – rosjanie w najlepszym dla siebie momencie, wiosną tego roku, byli w stanie remontować około 200 czołgów (nie mam na myśli napraw w przyfrontowych warsztatach), średnia z wojennych miesięcy nie przekracza 150 sztuk. Oczywiście to sporo, ale są dni, kiedy armia rosyjska traci po kilkanaście czołgów (wczoraj dla przykładu 13), rzadko kiedy jest to mniej niż pięć sztuk. Zatem bieżąca „produkcja” nie zapewnia nawet pełnej kompensacji poniesionych strat. A rezerwuar stosunkowo nowych maszyn – nadających się do remontu – nieskończony nie jest. Tak naprawdę rosjanie odbudowują swój potencjał pancerny w Ukrainie sięgając do coraz głębszych zapasów. Nie byłoby potrzeby przywracania do służby 50-letnich T-62, gdyby inne zmagazynowane wozy, młodsze o 10-20 lat T-72, do czegokolwiek się jeszcze nadawały. Wiele się nie nadaje, więc jest jak jest – kilka dni temu wypłynął film ze szkolenia nowopowstałego pułku pancernego, wyposażonego w T-55 najstarszej wersji. Maszyny te liczą sobie ponad… 60 lat.

Muzealne wozy na froncie mają dać oddech przemysłowi, który niebawem ruszy z kopyta i zacznie tłuc nowe czołgi? No nie. Jak wylicza Aleksander Kowalenko, ukraiński analityk militarny, do produkcji T-72 potrzeba 6,5 tys. form prasowych, a czołg składa się z 20 tys. części, z których większość nie jest od lat wytwarzana. Brakuje dokumentacji, kadry (w rosyjskim przemyśle zbrojeniowym są etaty, na produkcji, gdzie jest aż 47 proc. wakatów), narzędzi. Zachodnie obrabiarki działają w ograniczonym zakresie (sankcje to m.in. brak serwisu), te pamiętające czasy ZSRR są wyżyłowane. Więc owszem, zakłady i warsztaty pracują w trybie trzyzmianowym, ale mogą co najwyżej remontować.

Faktem jest, że Ukraina również czołgów nie produkuje, że może je tylko remontować i w ograniczonym zakresie modernizować. Ale armia ukraińska traci trzy-cztery razy mniej tanków niż rosyjska. Ma też od jakiegoś czasu lepsze od sowieckich zachodnie czołgi – co z pewnością będzie miało duże znaczenie, ale w perspektywie historycznej (dla tego konfliktu) nie jest tak istotne, jak ogromne nasycenie ukraińskich oddziałów nowoczesną bronią przeciwpancerną. Pozwoliła ona – w połączeniu z innymi atutami ZSU (taktyką, dowodzeniem, motywacją, logistyką itp.) – zniwelować rosyjskie przewagi ilościowe w zakresie broni pancernej i obsługującego ją przemysłowego zaplecza.

Jakość wzięła górę nad ilością.

I z tym samym mamy do czynienia w przypadku artylerii – ukraińska nie musi wysyłać na pozycje wroga kilkudziesięciu tysięcy pocisków na dobę, by zadać mu poważne straty. Wystarczy jej kilka tysięcy, bo bije dalej, celniej, bo jest bardziej mobilna.

Więc jeśli wojna potrwa jeszcze kilkanaście miesięcy, we wskazanych obszarach – artyleryjskim i pancernym – rosjanom starczy na nią zasobów. Jeśli zginie w tym czasie dodatkowe 200 tys. rosyjskich żołnierzy i 100-150 tys. ukraińskich, dla Ukrainy będzie to dużo dotkliwsza strata. Parytet ilościowy, w tym przypadku ludnościowy, rzeczywiście premiuje rosję. Ale jest w tym pewien haczyk, a właściwie dwa. Rosyjska akceptacja dla ponoszonych ofiar w dużej mierze wynika z nierównomiernego obciążenia kosztami wojny. Ginie przede wszystkim prowincja, w znakomitej większości odmienna etnicznie, tradycyjnie pozbawiona posłuchu u władzy i społecznego szacunku – to raz. Dwa, konflikt – jakkolwiek niektórym wydaje się długi – obiektywnie wcale taki nie jest. Czas tworzy tu perspektywę, w której zapewnienia, że „wszystko idzie zgodnie z planem, choć są pewne problemy”, nadal mieszczą się w kategoriach racjonalnych wyjaśnień. Ale za kilkanaście miesięcy przestaną się mieścić. Gdy wojna wkroczy w trzeci rok, nie da się już powiedzieć, że jest „pa płanu”. Nie będzie „pa płanu”, gdy Ukraińcy znów coś odbiją, mocno nie „pa płanu” stanie się, gdy Budanow i jego ludzie na dobre podpalą rosję, jej etniczną, europejską macierz. Gdy rosjanie – ta wpływowa, „biała” większość – na dobre zdadzą sobie sprawę, w jakie gówno wdepnęli…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Screen z rosyjskiego filmiku propagandowego, poświęconego „nowym” czołgom

Kontynuacja

Dziś króciutko, bo cisną terminy, a książka sama się nie napisze.

Wypływają kolejne informacje dotyczące wczorajszego ataku na Sewastopol. Wiemy już – potwierdzają to Ukraińcy – że do uderzenia na stocznię marynarki wojennej wykorzystano lotnicze pociski manewrujące Storm Shadow/SCALP. Godzinę przed atakiem rosyjskie radary dalekiego zasięgu wykryły start pięciu ukraińskich bombowców taktycznych Su-24. Maszyny wzniosły się w powietrze z lotniska w Starokonstantynowie w obwodzie chmielnickim (w zachodniej części kraju). Cztery z nich poleciały w kierunku na Mikołajów, jedna obrała kurs na Odesę, skąd wleciała nad Wężową Wyspę. Zatem salwa dziesięciu rakiet dotarła nad cele z północy i północnego zachodu.

Źródła rosyjskie podają, że zestrzelono siedem nadlatujących pocisków – jedną z rakiet miał strącić poderwany w powietrze myśliwiec przechwytujący MiG-31.

Z dostępnych zdjęć wynika, że zniszczenia na okręcie desantowym „Mińsk” wykluczają remont i przywrócenie jednostki do służby. Desantowiec prawdopodobnie złamał się na pół. Nieznana pozostaje skala uszkodzeń okrętu podwodnego „Rostów nad Donem”. Ze zdjęć satelitarnych można wywnioskować, że suchy dok, w którym jednostka przebywała, w dużej mierze został objęty pożarem. Widać też, że na naprawiany okręt przewrócił się pobliski dźwig. Nie wiem, jakie mogą być skutki takiego uderzenia, ale miejmy świadomość, że kadłuby okrętów podwodnych przystosowane są do znoszenia dużych naprężeń, będących skutkiem ciśnienia wody. W najkorzystniejszym dla rosjan scenariuszu „Rostów nad Donem” nadaje się do poważnego remontu – w rosyjskich warunkach nawet kilkuletniego. Wczoraj podałem, że flota czarnomorska dysponuje sześcioma jednostkami podwodnymi – analiza dostępnych danych wymusza korektę. Po rozpoczęciu inwazji w 2022 roku tylko cztery jednostki klasy Kilo wychodziły w morze i brały udział w ostrzałach rakietowych Ukrainy. Utrata jednego z nich to redukcja potencjału o 25 proc. Pojedynczy Kilo jest w stanie jednorazowo przenosić i wystrzelić cztery pociski manewrujące Kalibr.

Nie wiem, ile rosjanom zajmie usunięcie wraków i oczyszczenie doków – to pewnie robota na co najmniej kilkanaście dni. Dużo więcej czasu potrzeba na odbudowę technicznego zaplecza doków (dźwigów, warsztatów, magazynów, zgromadzonego w nim sprzętu), co oznacza dodatkowe problemy logistyczne. Baza w Noworosyjsku nie posiada na tyle głębokich i długich doków, by zapewnić możliwość remontu jednostek floty czarnomorskiej. W tym zakresie flota „wisi” na Sewastopolu. Będą się więc rosjanie śpieszyć, ale czy Ukraińcy staną z boku z założonymi rękoma?

No chyba nie. Dziś w nocy znów zaatakowali rosyjskie instalacje wojskowe na okupowanym półwyspie, w pobliżu miasta Eupatoria. I tak jak wczoraj, uderzenie miało charakter kombinowany. Najpierw nad Krymem pojawiły się drony-kamikadze – rosjanie twierdzą, że zestrzelili wszystkie 11 maszyn. Dalszy przebieg wydarzeń przeczy tak wysokiej skuteczności; już wyjaśniam dlaczego. Ukraińcy przyznają, że drony miały wyeliminować radar współpracujący z baterią systemu S-400. Oślepienie rosjan pozwoliłoby zaatakować same wyrzutnie przy użyciu pocisków Neptun. „Wystrzeliliśmy dwa neptuny, skutecznie wykonały zadanie”, zapewniają ukraińskie źródła. Na zarejestrowanych przez mieszkańców Krymu filmikach widać potężny wybuch i serię eksplozji wtórnych – w mojej ocenie, wygląda to jak skutek trafienia co najmniej jednej wyrzutni S-400 (i samozapłon amunicji). Poczynienie takich szkód nie byłoby niemożliwe, ale na pewno mocno utrudnione, gdyby wcześniej nie wyeliminowano z walki radaru.

Czekamy na dalsze wieści i zdjęcia satelitarne.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Screen z filmu z zarejestrowaną eksplozją na przedmieściach Eupatorii.

Oślepieni

Ależ tam się pali…

Dziś około 2.00 w nocy Ukraińcy zaatakowali port wojenny w Sewastopolu na okupowanym Krymie. Ze szczątkowych informacji wynika, że atak miał charakter kombinowany – uderzenia dokonano z powietrza i z morza. Sami rosjanie mówią o 10 pociskach manewrujących oraz trzech morskich dronach kamikadze. Jak przekonują, wszystkie kutry zostały zatopione, zestrzelono również siedem rakiet. Kłamią-nie kłamią, faktem jest, że w porcie doszło do co najmniej dziesięciu potężnych eksplozji (niektóre rzeczywiście mogły mieć charakter wtórny) i ogromnego pożaru. Globalny system nadzoru FIRMS – w czasie rzeczywistym rejestrujący ogniska pożarów na Ziemi za pomocą satelitów – precyzyjnie określa skalę dramatu. Nad ranem ściana ognia miała około kilometra szerokości, głębokość pożarowiska dochodziła do 300 metrów. Docierające z Krymu zdjęcia i filmiki przedstawiają iście apokaliptyczny widok, choć dla porządku warto odnotować, że są pośród (pro)rosyjskich aktywistów medialnych i tacy, którzy przekonają, że „niebo nad Sewastopolem pozostaje błękitne”. I wrzucają sielankowe obrazki nadmorskiego poranka. Cóż…

Co istotne, w ataku – najprawdopodobniej na skutek bezpośrednich trafień – ucierpiały dwa okręty wojenne floty czarnomorskiej. Jeden desantowiec typu Ropucha (zbudowany niegdyś w PRL) oraz – co jest dla rosjan szczególnie dotkliwą stratą – okręt podwodny typu Kilo. Obie jednostki stały w suchym doku, gdzie przechodziły naprawy. Nie ma jasności, jaki jest zakres poczynionych zniszczeń – rosjanie oficjalnie przyznają, że okręty zostały „uszkodzone”. Mówią też o dwóch zabitych i 26 rannych – wszyscy mają być pracownikami stoczni remontowej Sewmorzawod im. Sergo Ordżonikidze. Strat wśród personelu wojskowego rzekomo nie odnotowano.

Nie wiadomo, jakiego rodzaju rakiet użyli Ukraińcy. Możliwości jest kilka: mogły to być wystrzelone z samolotów brytyjskie storm shadowy, odpalone z wyrzutni naziemnych amerykańskie harpoony lub zmodyfikowane (o wydłużonym zasięgu) ukraińskie neptuny. Możliwy rzecz jasna jest scenariusz ataku mieszanego, nie sposób wykluczyć, że Ukraińcy pozyskali (bądź sami opracowali i wdrożyli) jeszcze inny system uzbrojenia.

Nocne uderzenie to ciąg dalszy wcześniejszych akcji, ich swoiste zwieńczenie. Przypomnijmy, pod koniec sierpnia Ukraińcy zdemolowali rosyjską obronę przeciwlotniczą w zachodniej części półwyspu. W ataku rakietowym, po którym nastąpił rajd komandosów, zniszczono kilka wyrzutni S-400 oraz współpracujący z nimi radar (w Ołeniwce). Potem (a może równolegle; tu nie ma jasności, w każdym razie informacje na ten temat ujawniono przedwczoraj), ukraińscy specjalsi przejęli platformy wiertnicze u wybrzeży Krymu, gdzie rosjanie rozlokowali dodatkowe urządzenia obserwacyjne. Tak oślepiono okupantów.

Jaki jest cel tego typu operacji? Ukraińcom chodzi o wygonienie rosyjskiej floty z okupowanego półwyspu. W pewnej mierze już dawno się to udało – duża część czarnomorskiego zgrupowania przeniesiona została do portu w Noworosyjsku (w kraju krasnodarskim), jednak rozbudowane zaplecze techniczne i remontowe wciąż trzyma moskali w Sewastopolu. Na zdjęciach satelitarnych sprzed kilku dni widać co najmniej 10 dużych jednostek morskich cumujących w sewastopolskim porcie. Trwanie tam to rzecz jasna również kwestia propagandowa – rosjanie nie mogą tak po prostu zwiać, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę fiksacje władimira putina. Sewastopol to perła w koronie jego imperialnych zdobyczy, co skądinąd musi oznaczać, że dzisiejszy atak to wyjątkowo siarczysty policzek wymierzony carowi. Tym boleśniejszy, że przytrafia się akurat w momencie, kiedy kremlowski satrapa pręży muskuły przed innym pariasem światowej polityki – Kim Dzong Unem. Przekonuje go, że choć rosja potrzebuje koreańskiej pomocy, to i tak pozostaje silnym graczem, z którym nie warto zadzierać. Paradoksalnie, Ukraińcy mogli dziś dodać Kimowi większej pewności siebie w jego zabiegach o „właściwe” odwdzięczenie się Moskwy za dostawy koreańskiej amunicji.

Ale wróćmy na Krym. Już słychać dezawuujące opinie, rozsiewane przez (pro)rosyjskich aktywistów medialnych. Że „Mińsk” (tak nazywa się trafiona ropucha), to stara łajba; a więc żadna poważna strata. No nie. Problemy logistyczne rosjan na południu Ukrainy zmuszają ich do szukania wyjść awaryjnych. Jednym z nich jest wykorzystanie portów w Przymorsku, Berdiańsku i Mariupolu jako hubów transportowych. „Poszaleć” przy tej okazji nie bardzo mogą, bo Morze Azowskie to płycizna i do wymienionych portów nie wejdą zbyt duże jednostki. Ale dostosowane do operowania na płytkich akwenach okręty desantowe już tak. Oczywiście, użyte do transportu zaopatrzenia nawet wszystkie desantowce nie zniwelują problemów logistyki – są za małe i jest ich za mało. Niemniej funkcje awaryjne realizują całkiem sprawnie. Więc ich topienie nie jest żadnym „zabiegiem propagandowym”. Podobnie jak uderzenia rakietowe na instalacje portowe w Mariupolu czy Berdiańsku służy dalszej izolacji pola walki.

Co zaś się tyczy okrętu podwodnego (ma nim być jednostka o nazwie „Rostów nad Donem”) – nie bez powodu pisałem wyżej o „bolesnej stracie”. Okręty podwodne są przez rosjan wykorzystywane do ostrzeliwania ukraińskich miast. To głównie one miotają pociskami Kalibr. Od lutego 2022 roku na Morzu Czarnym operuje sześć tego rodzaju jednostek. Ich mobilność i skrytość działania sprawia, że w morzu pozostają nieuchwytne dla Ukraińców; dopaść można je jedynie w miejscach bazowania. Co też dziś nad ranem uczyniono. Rosyjska marynarka wojenna ma więcej jednostek typu Kilo, w innych flotach, ale teraz nie przedostaną się one na Morze Czarne – bosforskie wrota pozostają dla nich zamknięte. W kontekście zbliżającej się jesienno-zimowej kampanii rakietowej – w trakcie której rosjanie znów podejmą próbę zniszczenia ukraińskiej energetyki – mamy zatem do czynienia z poważnym osłabieniem potencjału uderzeniowego floty czarnomorskiej.

A Ukraińcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa…

Ps. A propos słów. Pamiętacie zeszłoroczne groźby putina, że jakikolwiek atak na Krym spowoduje „odwetowe uderzenie bronią masowego rażenia”? To się chłop nagadał…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Screen z zapisem porannej sytuacji pożarowej w Sewastopolu.