Pieniądze

Sądząc po tym, co do nas dociera z Moskwy, raczej nie ma opcji na szybkie zakończenie wojny. Co oznacza, że Ukraina wciąż powinna otrzymywać zachodnie wsparcie. Jakie? Czego najbardziej jej trzeba?

W basenie Morza Czarnego inicjatywa strategiczna należy do obrońców i nic nie wskazuje na to, by sytuacja się zmieniła. rosjanie – utraciwszy (bezpowrotnie lub czasowo) ponad 30 okrętów, ale też sporo portowej infrastruktury i instalacji wojskowych jak radary czy naziemne wyrzutnie – nadal wykazują taktyczną impotencję. Zdaje się, że na Kremlu niczego ambitnego od marynarki już nie oczekują – ma pilnować mostu krymskiego i od czasu do czasu słać z morza pociski rakietowe Kalibr na ukraińskie miasta.

W Moskwie zapewne liczą, że wojnę uda się rozstrzygnąć na lądzie i w gabinetach polityków, co posiada też i swoje plusy, pozwala bowiem Ukraińcom koncentrować wysiłki gdzie indziej. Taki stan rzeczy ma również znaczenie w kontekście zachodniej pomocy. Ukraina nie potrzebuje od sojuszników dostaw sprzętu niezbędnego do prowadzenia wojny morskiej. Jest tu w istotnej mierze samowystarczalna, a i przeciwnik nie stwarza poważnego wyzwania.

—–

Inaczej mają się sprawy w domenie powietrznej. Ukraina weszła do wojny z lotnictwem załogowym kilkunastokrotnie mniejszych od rosyjskiego; kilka razy mniejszym, wziąwszy pod uwagę realny potencjał rzucony do walki przez rosję. Przez trzy lata obie strony zestrzeliły sobie porównywalną liczbę samolotów (po około 150), ale dla Ukraińców te straty były dotkliwsze. rosja częściowo ubytki odtworzyła, produkując nowe maszyny, no i dysponuje większymi rezerwami. Ukraina samolotów bojowych nie wytwarza, kompensacja obywała się poprzez przywracanie do służby maszyn dawno wycofanych (często na zasadzie składania jednego egzemplarza z kilku różnych samolotów) oraz dzięki dostawom z zagranicy. Początkowo Ukraińcy otrzymywali odrzutowce radzieckiej proweniencji, na przykład MiG-i-29 z Polski i Słowacji, od zeszłego roku nad Dniepr trafiają zachodnie konstrukcje – pochodzące z europejskich dostaw amerykańskie F-16 oraz francuskie Mirage 2000-5F.

Dziś siły powietrzne Ukrainy dysponują około dwudziestoma „efami” i co najmniej ośmioma francuskimi maszynami, w służbie jest jeszcze około 40 odrzutowców sowieckiego pochodzenia. Dla Kijowa nie ma już odwrotu od pełnej westernizacji lotnictwa. Zważywszy na rozmaite przewagi zachodnich konstrukcji, idealną byłaby sytuacja, gdyby ów proces nastąpił jak najszybciej. Niestety, nie jest to możliwe z co najmniej trzech powodów.

Po pierwsze, długości procesu szkoleniowego (co dotyczy nie tylko pilotów, ale i mechaników). Po drugie, ograniczonej podaży maszyn. Bez Stanów, które nie są skore do przekazywania „efów szesnastych” z własnych zapasów, realnie dostępnych dla Ukraińców jest kilkadziesiąt maszyn – a i one w większości nie są na „tu i teraz”. Belgia, która obiecała wysłać na Wschód kilkanaście samolotów, odsunęła realizację pomysłu na przyszły rok z uwagi na opóźnienia w dostawie następców (maszyn F-35 z USA). Francuskie możliwości dotyczące Miragów są jeszcze skromniejsze (cała pomoc zapewne skończy się na przekazaniu 16-18 myśliwców).

Ale jest i trzeci „hamulcowy” – sami Ukraińcy nie są w stanie wysłać na szkolenia dużej liczby pilotów i personelu technicznego. Jednym z głównych problemów jest słaba znajomość języka angielskiego wśród kandydatów. W efekcie proces przechodzenia na zachodnie konstrukcje następuje powoli, a bieżące uzupełnianie strat musi odbywać się w oparciu o sprzęt poradziecki. Problem w tym, że zasoby własne (magazynowe) oraz sojuszników zostały już istotnie wydrenowane. Pośród partnerów Ukrainy niewiele jest krajów, które mają jeszcze Migi i Suchoje „na chodzie”. Około tuzinem sprawnych MiG-ów-29 dysponuje Polska – z deklaracji władz RP wynika, że maszyny te trafią na Wschód. Realnie będzie to możliwe w drugiej połowie br.

—–

Jeśli idzie o lotnictwo bezzałogowe, Ukraina dobrze opanowała technologię produkcji dronów bojowych, włącznie z maszynami dalekiego zasięgu. Ukraińskie „bezpilotniki” rażą cele w głębi rosji nawet na dystansie do tysiąca kilometrów. Czy Zachód mógłby się tu jakoś zaangażować? Od strony technicznej – inżynierskiej i produkcyjnej – nie jest to pomoc niezbędna, koniecznym za to jest wsparcie finansowe ukraińskich wysiłków w tym zakresie.

Ale w domenie powietrznej mamy też obronę przeciwlotniczą (OPL) – i tutaj bez pomocy sojuszników ani rusz. Obecnie kluczowe obiekty w Ukrainie chronione są przez pięć baterii Patriot i jedną baterię SAMP/T, będącą europejskim odpowiednikiem Patriotów. Oba systemy mają zasięg ponad 100 km, doskonale spisują się w walce z rosyjskimi samolotami i pociskami manewrującymi. Rzecz w tym, że jest ich trzy razy mniej niż wynika z ukraińskich potrzeb.

Włosko-francuski SAMP/T nie jest dostępny „na już”, z Patriotami byłoby łatwiej, ale na przeszkodzie stoi amerykańska niechęć do przekazywania Ukrainie wyrzutni i radarów (z pięciu baterii Patriotów, które znalazły się nad Dnieprem, trzy podarowały Ukrainie Niemcy, jedną Rumunia; tylko jednak pochodziła ze Stanów). Świadom nastawienia donalda trumpa, Wołodymyr Zełenski stwierdził niedawno, że jego kraj gotów byłby kupić od USA dziesięć baterii. Na komercyjnych warunkach, co oznacza wydatek rzędu 20-25 mld dolarów. Dla Ukrainy to niebotyczna suma, stąd zastrzeżenie, że transakcję sfinalizowaliby europejscy partnerzy Kijowa. Co podkreśla najistotniejszy, finansowy element wsparcia Europy dla Ukrainy. W każdym razie trump nie odniósł się do propozycji Zełenskiego. To znaczy drwił z niej na użytek mediów, ale oficjalnych reakcji Waszyngtonu w tej sprawie nie znamy.

Lecz Patrioty to nie wszystko – do obrony na bliższych dystansach (do 40 km) potrzebne są inne systemy. Poprzestańmy na tym stwierdzeniu i na moment przenieśmy uwagę na Niemcy. Kilkanaście dni temu do tamtejszych mediów wyciekł protokół z wystąpienia attaché z ambasady RFN w Kijowie. Dokument opisywał ukraińskie doświadczenia z bronią „made in Germany”. Generalny wniosek był taki, że uzbrojenie to oceniane jest przez ukraińską armię jako skomplikowane, podatne na usterki, zbyt drogie i trudne do naprawienia w warunkach frontowych. Pośród krytykowanych systemów znalazł się zestaw obrony powietrznej Iris-T. Media doszukiwały się jego technicznych słabości, a to ślepa ścieżka. Iris-T spisuje się świetnie, a jego jedyną słabą stroną jest ograniczona podaż pocisków – do końca lutego br. Niemcy przekazały Ukrainie 650 sztuk (przez 2,5 roku). Jeden kosztuje ponad pół miliona euro, roczna produkcja oscyluje w granicach pięciuset pocisków. Roczne zapotrzebowanie armii ukraińskiej, biorąc pod uwagę intensywność konfliktu, szacowane jest na minimum tysiąc pięćset sztuk.

—–

Równie ograniczone są europejskie możliwości dotyczące broni pancernej – niezbędnej do prowadzenia wojny w domenie lądowej. Kontynentalni sojusznicy Ukrainy nadal mają trochę posowieckich czołgów (najwięcej Polska), ale „nawis” nowocześniejszych zachodnich konstrukcji został zużyty. Tymczasem po wyczerpujących walkach z ubiegłego roku ukraińskie siły zbrojnie zaczynają odczuwać krytyczny brak broni pancernej. I tylko USA mają odpowiedni zapas – czołgów i mocy produkcyjnych, potrzebnych do „wyszykowania” zmagazynowanych maszyn – by w miarę szybko wysłać do Ukrainy niesymboliczną partię Abramsów.

Ukraińcom brakuje też bojowych wozów piechoty. Europejskie konstrukcje (jak choćby nasz Rosomak) nie zawodzą na polu bitwy, ale dużo i szybko tego rodzaju sprzętu mogą dostarczyć tylko Amerykanie. Idzie przede wszystkim o Bradleye, które z uwagi na trakcję gąsienicową lepiej niż pojazdy kołowe sprawdzają się w ukraińskich warunkach terenowych.

I można by tak długo wymieniać kolejne rodzaje potrzebnego uzbrojenia – dość stwierdzić, że bez USA ani rusz. Ale co w sytuacji, w której Waszyngton nie kwapi się do dalszej pomocy Kijowowi? W zeszłym tygodniu pisałem o raporcie Instytutu Gospodarki Światowej (IfW) z Kilonii. Nie mam sensu przytaczać ponownie tego omówienia, dość przypomnieć najważniejsze konkluzje. A są one takie, że to Europa pomogła Ukrainie bardziej niż USA (138 mld euro vs. 115). Co więcej, ma europejska wspólnota wciąż spore „luzy” w zakresie tej pomocy, zwłaszcza Francja, Włochy, Hiszpania, Wielka Brytania i Niemcy. „Gdyby «wielka piątka» krajów europejskich zrobiła choć tyle, co kraje nordyckie i bałtyckie, Europa mogłaby w dużej mierze zrekompensować wszelkie niedobory USA, zwłaszcza jeśli chodzi o pomoc finansową”, stwierdza Christoph Trebesch z IfW.

Trudno się z tą konkluzją nie zgodzić, ale przecież pieniądze nie strzelają. Można jednak kupować za nie amerykańską broń i amunicję dla Ukrainy. Robić to do czasu, aż europejskie moce produkcyjne osiągną taki poziom, by możliwe było jednoczesne budowanie większych zdolności obronnych wspólnoty oraz wspieranie Kijowa.

—–

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef FizzlewickArkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Marcie Müller-Reczek, Annie Waludzie (za „wiadro kawy”!) oraz Łukaszowi Podsiadło.

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Rozejm

„Ukraina i rosja zgodziły się na zapewnienie bezpiecznej żeglugi i powstrzymanie się od użycia siły na Morzu Czarnym”, oświadczenie tej treści opublikował dziś Biały Dom. Czytamy w nim, że porozumienie zostało wypracowane w trakcie oddzielnych spotkań przedstawicieli administracji donalda trumpa z dyplomatami z Ukrainy i rosji. Doszło do nich w saudyjskim Rijadzie 23 i 24 marca br.

Informacje zawarte w komunikacie Białego Domu potwierdził Rustem Umerow, minister obrony Ukrainy. Z jego słów wynika, że Kijów zaakceptował propozycję wstrzymania działań wojennych na Morzu Czarnym, zaznaczając jednak, że porozumienie powinno być monitorowane przez kraje partnerskie.

Umerow stwierdził także, że ewentualne ruchy rosyjskich jednostek poza wschodnią częścią czarnomorskiego akwenu będą uznawane za naruszenie umowy. „W takim przypadku Ukraina będzie miała pełne prawo do skorzystania ze środków samoobrony”, zapowiedział.

Głos w sprawie zabrał także Wołodymyr Zełenski. Prezydent Ukrainy poinformował, że „rozejm obejmujący Morze Czarne i infrastrukturę energetyczną wchodzi w życie natychmiast”. To jasna deklaracja dobrej woli strony ukraińskiej, choć towarzyszy jej zastrzeżenie, że Kijów będzie domagał się od Waszyngtonu „dodatkowych dostaw broni i sankcji wobec rosji, jeśli Moskwa zerwie porozumienia”.

Z sygnałów płynących z rosji wynika, że „Inicjatywa Czarnomorska” wejdzie w życie po uwzględnieniu kilku warunków. Chodzi m.in. o uwolnienie rosyjskiego eksportu produktów rolnych i nawozów, podłączenie do systemu SWIFT, czy zniesienie ograniczeń w zakresie importu maszyn i towarów rolniczych na obszar federacji. By do tego doszło, potrzebna jest zgoda innych podmiotów, których działania podtrzymują reżim sankcyjny – same porozumienia z USA i Ukrainą nie wystarczą. Według Kremla, Stany Zjednoczone zgodziły się pomóc rosji w osiągnięciu tych celów. Kiedy i jak? – informacji na ten temat nie udziela żadna ze stron.

Wojna w Ukrainie ma głównie charakter lądowy, co nie zmienia faktu, że czarnomorski akwen to – obok zachodnich granic kraju – ukraińskie „okno na świat”. rosjanie zamierzali je zamknąć – w przededniu pełnoskalowej inwazji flocie czarnomorskiej postawiono dwa zadania. Miała założyć blokadę morską ukraińskich portów i szlaków żeglugowych oraz umożliwić i przeprowadzić desant morski, w wyniku którego (przy współpracy z wojskami lądowymi), zajęto by Odesę. To w tym celu ściągnięto z Bałtyku dodatkowe duże okręty desantowe.

Co z tego wyszło – wiemy; szerzej piszę o tym w tekście dla „Polski Zbrojnej” (oto link do tego materiału). Na potrzeby tego wpisu dość stwierdzić, że Ukraińcy zaszachowali rosjan na Morzu Czarnym. Wypędzili ich z zachodnich akwenów i półwyspu krymskiego do bazy w Noworosyjsku, na wschodni, rosyjski brzeg. Uczynili to mimo iż nie posiadają floty, zręcznie wykorzystując kombinacje dostępnych rodzajów broni, przede wszystkim dronów morskich i powietrznych, ale też pocisków przeciwokrętowych i lotniczych pocisków manewrujących.

Patrząc z tej perspektywy, rozejm na Morzu Czarnym byłby korzystny przede wszystkim dla rosjan, których flota mogłaby wrócić na Krym. Ale skorzystaliby również Ukraińcy, wszak rosjanie, nie tak często jak kiedyś, ale nadal wykorzystują okręty do ostrzałów rakietowych ukraińskich miast. Robią to głównie przy użyciu okrętów podwodnych, wyposażonych w rakiety Kalibr. Cechy tych jednostek sprawiają, że Ukraińcom trudno je namierzyć i trafić w ruchu.

—–

Szanowni, moje teksty dotyczące Ukrainy powstają także dzięki Wam. Dziękuję i proszę o kolejne „kawy” i subskrypcje.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa – zapraszam Was do sklepu Patronite, gdzie możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Tonący krążownik rakietowy „Moskwa” – zapowiedź rosyjskich kłopotów na Morzu Czarnym, kwiecień 2022 roku/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Półwysep

Media donoszą, że „rosjanie masowo wyjeżdżają z Krymu”. Fakt, ruch na moście krymskim jest w ostatnich dniach ogromny. Ale nie ma żadnych potwierdzonych informacji o ewakuacji personelu tamtejszych baz. Rodziny wojskowych też jakoś licznie półwyspu nie opuszczają (choć wiele osób z tego grona zrobiło to na przestrzeni minionych dwóch lat). Obecnie migrują turyści, bo skończyły się wakacje – i tyle. Zaś rosjanie, co do zasady, będą się Krymu trzymać do upadłego. Jest on dla nich zbyt ważny ze strategicznego punktu widzenia, zbyt wiele tam wojska i militarnej infrastruktury. O wadze symbolicznej – podbitej kampanią „Krym-nasz” – wspominam jedynie z obowiązku.

Nie sugeruję, że półwysep jest nie do odbicia – po prostu, nie widzę tu szybkich i łatwych rozstrzygnięć. W przeszłości Krym bywał już „twierdzą nie do zdobycia”, a mimo to różnie toczyły się jego dzieje.

—–

O wojnie krymskiej z lat 1853-56, która rozegrała się między rosją a Turcją sprzymierzoną z Brytyjczykami, Francuzami i Sardyńczykami, mówi się, że to „pierwszy konflikt nowoczesnej Europy”. Nigdy dotąd nauka i technika nie miały bowiem tak dużego wpływu na przebieg działań zbrojnych.

Jak możemy się domyśleć, taka sytuacja premiowała przeciwników rosji, ostatecznych zwycięzców zmagań. To oni mieli wydajniejszą logistykę (statki parowe vs. woły), bijące dalej karabiny i działa (różnica zasięgu między bronią brytyjską a rosyjską była czterokrotna), lepszą taktykę, dowodzenie, bardziej rozwiniętą medycynę pola walki. Machina administracyjno-wojskowa moskali okazała się do szczętu niewydolna oraz skorumpowana – w efekcie wojna krymska, poza upokarzającą klęską, przyniosła cesarstwu rosyjskiemu pół miliona zabitych, rannych i zaginionych żołnierzy, ponad trzy razy więcej niż wynosiły łączne straty przeciwników.

W drugiej połowie października 1941 roku, po ledwie trzech miesiącach blitzkriegu, Niemcy przystąpili do uderzenia na Krym. Natarcie (wspierane przez oddziały rumuńskie), wyprowadzono przez Przesmyk Perekopski, jedyny łącznik półwyspu ze stałym lądem, oddzielający Morze Czarne od Morza Azowskiego. Hitlerowcy bardzo szybko oczyścili Krym z sowieckich oddziałów, jednak potrzebowali aż ośmiu miesięcy, by zdobyć Sewastopol – dobrze przygotowaną do obrony twierdzę i główną bazę floty czarnomorskiej. Panowanie nad Krymem kosztowało ich życie i zdrowie 30 tys. żołnierzy. Straty sowieckie – obejmujące również 60 tys. jeńców (z których większość zmarła potem w niewoli) – były cztery razy wyższe.

Czy z obu wspomnianych kampanii można wywieść jakieś użyteczne analogie i przestrogi dla Sił Zbrojnych Ukrainy (ZSU)?

Cóż, rosjanie nadal pozostają tymi „gorszymi” jeśli idzie o kulturę organizacji i jakość dużej części wyposażenia. Także w zmaganiach z Ukrainą to oni ponoszą większe straty – można by zatem rzec, że tradycji staje się zadość. Można też założyć, że dobrze przygotowali Krym do obrony. Ale i trzeba mieć świadomość, że Ukraińcy nie pójdą drogą Brytyjczyków i Francuzów – nie wysadzą desantów na krymskich plażach, bo nie mają technicznych możliwości (floty i wyspecjalizowanych oddziałów piechoty morskiej w odpowiedniej liczbie). Nie zdołają również powtórzyć manewru Niemców i Rumunów z 1941 roku. Uderzenie z lądu wymagałoby przełamania silnie ufortyfikowanego rosyjskiego frontu na południu Ukrainy; sądząc po doświadczeniach z zeszłorocznej kontrofensywy na Zaporożu, takie próby zakończyłyby się ukraińską porażką.

—–

Z zastrzeżeniem wszak, że mówimy o perspektywie „na dziś”. Teoretycznie bowiem nadal istnieje możliwość znaczącego osłabienia rosyjskich oddziałów okupujących południową Ukrainę (i generalnie sił inwazyjnych). Na obecnym etapie operacja kurska ZSU zmusiła rosjan do odwołania do kraju 30 tys. żołnierzy; można sobie wyobrazić, że byłoby czy będzie ich więcej, gdyby Ukraińcy rozszerzyli swoje działania na terytorium wroga. Jeśliby zarazem mieli dość rezerw, by uderzać u siebie i próbować odzyskać okupowane terytoria, Krym zapewne stałby się ich celem. Ta wojna „lubi” obserwatorów zaskakiwać, choćby więc z uwagi na intelektualną uczciwość i ostrożność warto mieć takie scenariusze „z tyłu głowy”.

Warto też mieć świadomość, czym jest dla Moskwy Krym.

W potocznym dyskursie półwysep określa się mianem „klejnotu pośród zdobyczy putinowskiej rosji”, a most łączący go z Kerczem ma być tego triumfu ucieleśnieniem. Zarazem podkreśla się funkcje logistyczne i Krymu, i przeprawy, dzięki którym możliwe jest zaopatrywanie rosyjskich oddziałów na południu Ukrainy. To racjonalne, ale po części zdezaktualizowane argumenty, bo rosjanie zbudowali alternatywny szlak logistyczny – drogowy i kolejowy – w okupowanym „korytarzu” łączącym Krym ze zdobyczami w Donbasie. Most nie jest im niezbędny (podobnie jak infrastruktura drogowo-kolejowa na półwyspie), co zresztą stanowi najlepszą odpowiedź na pytanie, dlaczego Ukraińcy go nie atakują.

Wartość Krymu nie ma związku z Ukrainą, z toczoną tam wojną – półwysep to rosyjskie „okno na świat”. Miejsce, które daje sposobność do kontrolowania Morza Czarnego, skąd można dostać się na śródziemnomorski akwen i dalej.

—–

Imperialne ambicje nadające Krymowi niebagatelną rolę każą rozpatrywać ukraińskie wysiłki odzyskana półwyspu w kategoriach działań wysokiego ryzyka. Można nawet przyjąć, że gdyby Ukraińcy fizycznie zagrozili Krymowi, rosja sięgnęłaby po bombę „A” (zrzuconą gdzieś w Ukrainie). By tym sposobem uzyskać efekt mrożący i zmusić przeciwnika do porzucenia pomysłu odbicia ważnego strategicznie obszaru.

Czy wobec takiego warunku brzegowego ukraińskie próby odzyskania granic sprzed 2014 roku miały kiedykolwiek szanse powodzenia? Spójrzmy wstecz, na przykłady, z których wynika, że mocarstwa atomowe wcale nie są niepokonane. Wielka Ameryka uciekła z Wietnamu, sowietów rozłożyli na łopatki afgańscy mudżahedini. W natowską interwencję w Afganistanie zaangażowane były aż trzy jądrowe potęgi. I w każdym z tych przypadków silniejsi przegrywali, przy czym kluczowe jest tu stwierdzenie, że działo się to p o w o l i. „Atomowi” stopniowo redukowali swoje cele strategiczne, aż na końcu stało się nim w miarę bezpieczne wycofanie, nic więcej. W Wietnamie, gdzie opcja jądrowa leżała już na stole, owe redukcje w sposób naturalny eliminowały zasadność użycia „atomówek”. Odpalenie głowic miało „sens”, gdy komunistyczna Północ walczyła nieustępliwe, ale i proamerykańskie Południe nie dawało za wygraną. Później, wraz z załamywaniem się woli walki u południowych Wietnamczyków, nie było już czego „ratować”.

A więc czysto teoretycznie także i w ukraińskim przypadku strategia „gotowania żaby” – mozolnego oswajania rosjan z kolejnymi niepowodzeniami i wymuszonymi przez nie redukcjami celów – mogłaby się sprawdzić. De facto już się sprawdziła, wszak po dwóch i pół roku pełnoskalowej wojny na Kremlu mają świadomość, że nie sposób zająć całej Ukrainy i że najpewniej trzeba się będzie zadowolić mniejszymi zdobyczami. Od takiego myślenia do pogodzenia się ze stratami wcale nie ma długiej drogi.

—–

Spójrzmy na początek tego procesu (w odniesieniu do Krymu).

Wróćmy do sierpnia 2022 roku i pierwszych ukraińskich ataków na instalacje wojskowe na półwyspie. Ten miał być „nie do ruszenia”, doskonale broniony również przed napadem z powietrza. Tymczasem ukraińskie drony zaczęły się przez ów szczelny parasol przebijać. W szczycie sezonu turystycznego, sprawy więc nie dało się zamieść pod dywan. Media w rosji – by nie pisać o słabości systemów obrony przeciwlotniczej – początkowo unikały zwrotów sugerujących ukraińskie ataki. Używano frazy „słyszalne huki”, brzmiącej znacznie mniej panicznie (i kompromitująco) niż „wybuchy”. Rzecz w tym, że rosyjskie słowo „chłopok” (хлопок), oznacza nie tylko „huk”, ale i „bawełnę”. Jeśli akcent pada na pierwsze „o”, chodzi o włókno, gdy na drugie, idzie o dźwięk. Ta drobna różnica dała początek zjawisku – semantycznej zabawie, podchwyconej też przez rosjan, w ramach której pożary i eksplozje kwituje się słowem „bawełna”. Na lotnisku w rosji wyleciał w powietrze wojskowy samolot? „Bawełna”. Ukraińcy trafili skład paliw? „Bawełna”.

Używana z coraz większą nonszalancją „bawełna” nie jest li tylko zagadnieniem dla językoznawców. Psycholodzy społeczni dostrzegą w tym strategię oswajania się z rzeczywistością, z jej początkowo nieakceptowalnymi elementami.

Dowodów, że ów proces toczy się w rosyjskich głowach jest rzecz jasna więcej – i zasługują na oddzielny tekst. Na potrzeby tego artykułu poprzestańmy na stwierdzeniu, że „rosyjską żabę na Krymie” Ukraińcy gotują bardzo umiejętnie. Niszczą tamtejszą obronę przeciwlotniczą, lotniska, inną wojskową infrastrukturę. Atakują bazy morskie, okręty, w efekcie duża część czarnomorskiego zgrupowania uciekła do portu w Noworosyjsku (w rosyjskim kraju krasnodarskim). Celem tych działań jest uczynienie Krymu „ziemią przeklętą”, „niewartą utrzymania”. To strategia długofalowa, ale już dziś wartość utraconego przez rosjan sprzętu – na półwyspie i Morzu Czarnym – szacuje się na 25 mld dol. „Car” putin takie straty przełknie (pytanie, o ilu wie?), ale wiecznie żyć i rządzić nie będzie…

—–

Dziękuję za lekturę! Jeśli tekst Wam się spodobał, udostępniajcie go proszę. Zachęcam też do wspierania mojego blogu (w ubiegłym tygodniu znów coś się zacięło…) – piszę bowiem głównie dzięki Waszym subskrypcjom i „kawom”. Stosowne przyciski znajdziecie poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają moje materiały, także książki.

A skoro o nich mowa – gdybyście chcieli nabyć egzemplarze „Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji” oraz „Międzyrzecze. Cena przetrwania” z autografem i pozdrowieniami, wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. ilustracyjnym żołnierze ukraińscy. Wierzę, że kiedyś pojawią się i wrócą na stałe na krymskie ziemie/fot. Sztab Generalny ZSU

Tekst, w nieco innej formule, ukazał się również w portalu Interia.pl

Naddniestrze

Czy rosja wchłonie Naddniestrze? Pewnie by i chciała, ale realnie niewiele może…

„Moskwa wyciąga ręce po kolejny europejski kraj!”, alarmują media. „To element rosyjskiej wojny hybrydowej, która ma podpalić kontynent!”, ostrzegają eksperci. Brzmi groźnie? Ano brzmi. Należy się bać? Gdy „wgryziemy się” w szczegóły – już niekoniecznie.

Kremlowskie szanowanie praw

Naddniestrze to zbuntowana, prorosyjska część Mołdawii. Twór quasi-państwowy – jak niegdyś ukraińskie republiki ludowe w Donbasie – nieuznawany przez cywilizowany świat. Jego mieszkańcy chcieliby integracji z rosją, tak przynajmniej twierdzą tamtejsze „władze”. Jak zapowiada ich przedstawiciel, Giennadij Czorba, już w najbliższą środę rebeliancki „rząd” poprosi Kreml o formalne przyłączenie do federacji. „Prośba zostanie przekazana Moskwie w imieniu obywateli mieszkających na lewym brzegu Dniestru”, mówi. To oświadczenie – a właściwie cała ich seria – nastąpiło po wypowiedzi siergieja ławrowa, szefa rosyjskiego MSZ, który stwierdził, że należy szanować prawa prorosyjskich separatystów w Naddniestrzu.

Swego czasu z tego kremlowskiego „szanowania praw” wzięła się rosyjska agresja na Ukrainę. Słowa ławrowa mogą więc brzmieć złowrogo i zostać odczytane jako zapowiedź kolejnej „operacji specjalnej”.

Ale spójrzmy na mapę i wejrzyjmy w możliwości rosjan, by skonkludować popularnym stwierdzeniem – z czym do ludzi?

Naddniestrze „urwało się” Mołdawii – dawnej radzieckiej republice – w 1992 roku. Młode państwo nie poradziło sobie z rebelią głównie dlatego, że separatystów wsparła Moskwa. Pozostałością tego wsparcia – poza samym istnieniem Naddniestrza – jest rosyjski „kontyngent pokojowy”. Liczy on ok. 2 tys. żołnierzy, właściwie pozbawionych sprzętu ciężkiego. „Armia” Naddniestrza jest niewiele większa, ma też możliwość zmobilizowania kilkunastu tysięcy rezerwistów. Zatem oba komponenty są symboliczne, ale to wystarczy, bo naprzeciw siebie mają ledwie trzytysięczne mołdawskie wojsko, słabo wyszkolone i uzbrojone.

Separatyści do spółki z rosjanami trzymają więc rząd w Kiszyniowie w szachu. Idąc krok dalej – w stronę integracji z rosją – mogliby nie napotkać fizycznego sprzeciwu (bądź skutecznie mu przeciwdziałać). Ba, dysponując statusem regionu federacji, może nie od razu, ale finalnie zagroziliby reszcie Mołdawii (takie jest rosyjskie modus operandi). Tyle że to wszystko działoby się u granic Ukrainy. A Kijów nie pozwoliłby sobie na prorosyjską rebelię za plecami. I najpewniej pomógłby prozachodnim i proukraińskim władzom Mołdawii zdusić ją w zarodku. Ukraińską armię – mimo trawiącego ją kryzysu – nadal stać na takie zaangażowanie i nie odbyłoby się ono kosztem frontu w Donbasie czy Zaporożu.

Więc jeśli ktokolwiek w Moskwie myśli o skutecznej aneksji, wie, że trzeba do tego dodatkowego wojska. I tu pojawia się problem.

Jeśli nie lądem, to może morzem?

Naddniestrze wraz z Mołdawią otoczone są przez Ukrainę i Rumunię, od najbliższej rosyjskiej granicy dzieli je setki kilometrów. Próba wybicia korytarza lądowego do Naddniestrza wzdłuż brzegu Morza Czarnego była jednym z początkowych celów rosjan, gdy w lutym 2022 roku zaatakowali Ukrainę. Operacja się nie powiodła – najeźdźcy doszli pod Mikołajów, potem zostali zepchnięci do Chersonia, a ostatecznie utracili i to miasto, wycofując się na wschodni brzeg Dniepru. Siedzą tam do dziś, bez widoków na wznowienie działań ofensywnych, do czego brakuje im sił i środków.

Jeśli nie lądem, to może morzem? Rzecz w tym, że Naddniestrze (i cała Mołdawia) nie ma dostępu do czarnomorskiego akwenu. Ewentualny desant morski musiałby nastąpić na obszarze Jedysanu czy dalej na południowym-zachodzie, w Budziaku – tym kawałku Ukrainy, który leży „pod” Mołdawią. Co de facto oznaczałoby otwarcie kolejnego frontu w wojnie Moskwy z Kijowem.

Możliwe? A skąd.

Wspomniany wcześniej zamysł odcięcia Ukrainy od Morza Czarnego miał być zrealizowany nie tylko uderzeniem z lądu (przez zgrupowanie, które wyszło z Krymu). Istotną częścią planu był wspomagający desant morski w Odesie. Kreml musiał obejść się smakiem nie tylko dlatego, że armii nie udało się podjeść pod największy czarnomorski port. Zawiodła również flota, która w pierwszych tygodniach wojny utraciła krążownik „Moskwa”. Przewidziany do osłony lądujących oddziałów flagowiec spoczął na dnie, trafiony rakietą przeciwokrętową. Ukraińcy nasycili wybrzeże Morze Czarnego kilkoma bateriami takich wyrzutni, zmuszając rosyjską marynarkę do trzymania się z dala od brzegu.

W drugim roku wojny – nasilając kampanię dronowo-rakietową, wymierzoną w zgrupowanie floty czarnomorskiej na Krymie – obrońcy wręcz przepędzili rosyjskie okręty z zachodniej części Morza Czarnego.

Dla porządku dodajmy – Odesa to dziś twierdza, a Jedysan i Budziak niespecjalnie nadają się do desantu. Moskwa zaś nonszalancko potraktowała własne jednostki piechoty morskiej, skrwawiając je w bezsensownych „mięsnych szturmach”. Oddziały odtworzono, niektóre nawet trzykrotnie (!), ale obecnie nie są to już doborowe formacje.

Chyba że Kreml zagra va banque

Częściowo doborowy charakter udało się zachować w wojskach powietrznodesantowych (WDW), również tragicznie doświadczonych podczas dotychczasowych zmagań w Ukrainie. O czym wspominam, bo istnieje jeszcze droga lotnicza jako sposób na zasilenie „armii” Naddniestrza.

Ale przerzut spadochroniarzy z Krymu to ryzykowana operacja – ukraińska obrona przeciwlotnicza w rejonie Odesy jest silna i wiele wyładowanych spadochroniarzami Iłów-76 nie dotarłoby do celu. A co dopiero mówić o utrzymaniu mostu powietrznego. Czysto teoretycznie rosjanie mogliby najpierw zdusić ukraińską OPL w regionie, ale to wymagałoby dużej ilości czasu. I ujawnienia intencji, wszak Ukraińcy łatwo by się domyślili, jakie są powody rosyjskiej koncentracji działań. Wobec braku elementu zaskoczenia, taki scenariusz uważam za mało prawdopodobny.

I generalnie cała idea mającej nastąpić lada moment aneksji wydaje mi się grubymi nićmi szyta.

Dlaczego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu Interia.pl – wystarczy kliknąć w ten link.

Nz. Sielankowe widoki z odeskich plaż nie zmienią faktu, że miasto to dziś forteca. W tle mała jednostka patrolowa ukraińskiej marynarki, wrzesień 2023 roku/fot. własne

Napinka

Mimo upokarzającej kampanii w Ukrainie, jej bolesnych politycznych i ekonomicznych reperkusji, putinowska rosja nadal próbuje stworzyć wrażenie, że jest supermocarstwem. Że stać ją, i ma ku temu środki, na adekwatne reagowanie w globalnej rozgrywce światowych graczy. Efekty są… śmieszno-straszne czy wręcz żałosne.

Nim powiodę Was ku tej konkluzji, rzućmy okiem na Morze Czerwone. Operuje tam amerykański niszczyciel USS Carney z V Floty Stanów Zjednoczonych. Tylko 19 października 2023 roku okręt ów zniszczył cztery pociski manewrujące i 15 dronów wystrzelonych z Jemenu na Izrael. Szyici z terrorystycznej organizacji Huti jasno opowiedzieli się po stronie Hamasu i od kilku dni usiłują wesprzeć go z oddali. Amerykanie, którzy mają wobec Żydów zobowiązania sojusznicze, neutralizują zagrożenie z tego kierunku. Temu służy obecność USS Carney i innych jednostek na północnym akwenie Morza Czerwonego.

W tym samym celu – by zneutralizować ewentualne ataki na Izrael innych arabskich czy szerzej, muzułmańskich państw lub organizacji – Waszyngton pchnął na wschód Morza Śródziemnego dwie grupy lotniskowcowe, wchodzące w skład VI Floty. Tak ogromnej koncentracji amerykańskich sił morskich na Bliskim Wschodzie nie było od wielu lat. USA, odkąd uniezależniły się od bliskowschodniej ropy, mocno ograniczyły obecność wojskową w regionie. Świat już do tego przywykł, a tu nagle taka demonstracja…

Uaktywniła ona władimira putina. „Na moje polecenie rosyjskie siły powietrzne i kosmiczne rozpoczynają stałe patrolowanie w neutralnej strefie przestrzeni powietrznej nad Morzem Czarnym. A nasze samoloty MiG-31K są uzbrojone w kompleksy Kindżał”, odgrażał się wojenny zbrodniarz z Kremla na konferencji prasowej z 18 października br. Zapewniał przy tym, że nie miał wyjścia, że to wina Stanów Zjednoczonych, które „ściągnęły dwie grupy lotniskowców na Morze Śródziemne”. „To nie jest groźba, ale będziemy sprawować kontrolę wizualną, za pomocą broni, nad tym, co dzieje się na Morzu Śródziemnym”, dodał. Ze zdjęć satelitarnych wynika, że na Krym przebazowano cztery samoloty MiG-31K. Stacjonują one na lotnisko Belebek i rzeczywiście przenoszą kindżały.

Hipersoniczne Ch-47M2 zaprojektowano do niszczenia grup lotniskowcowych – przy założeniu, że przeznaczone do tego celu kindżały będą przenosić głowice jądrowe (gwarantujące odpowiednią siłę eksplozji). Rakiety mają zasięg dwóch tysięcy kilometrów, przenoszące je migi dysponują radarem, który „widzi” na odległość ponad 300 km. Operując wyłącznie nad Morzem Czarnym rosyjskie maszyny mogą zaobserwować niewielką część aktywności (i to tylko lotniczej) amerykański floty. Pamiętajmy jednak, że MiG-31 dostosowano do bieżącej wymiany danych z rozpoznania satelitarnego, de facto więc mogą „widzieć” więcej i czysto teoretycznie stanowią zagrożenie dla lotniskowców US Navy. Teoretycznie, bowiem nie ma jasności, czy przebazowane na Krym maszyny noszą kindżały z głowicami jądrowymi. Ponadto Ch-47M2 – wbrew twierdzeniom rosyjskiej propagandy – wcale nie okazał się cudowną bronią. Mimo iż pędzi toto z prędkością ponad 10 tys. km/h, w ostatniej fazie lotu i tak mocno zwalnia, wystawiając się na łup obrony przeciwlotniczej. W maju br. Ukraińcy udowodnili, że kindżały można zestrzeliwać. Co więcej, uczynili to przy użyciu starszych generacji wyrzutni i pocisków Patriot. Obrona przeciwlotnicza amerykańskich grup lotniskowcowych ma tymczasem znacznie większe możliwości.

Problemem są też same migi. Najmłodsze maszyny tego typu liczą sobie 28 lat. Dla samolotów bojowych to taki wiek średni, pod warunkiem, że przechodzą regularne remonty i modernizacje. Tymczasem po zakończeniu produkcji seryjnej MiG-ów-31 w 1994 roku, rosyjski przemysł zaprzestał wytwarzania wielu kluczowych elementów samolotu, które umożliwiałyby ich długofalową i sensowną eksploatację. W efekcie rosjanom pozostała w służbie niecała setka maszyn, drugie tyle, formalnie w rezerwie, faktycznie służy za rezerwuar części zamiennych. Z tych latających zaledwie kilkanaście to maszyny w wersji K, przystosowane do przenoszenia kindżałów. A wszystkie nominalnie sprawne „trzydziestki-jedynki” co rusz trapią mniej lub bardziej poważne usterki (zwłaszcza silników). Tylko w minionym roku na ich skutek moskale utracili w wypadkach aż cztery MiG-i-31. Tak wynika z oficjalnych danych, a przecież poważnych zdarzeń lotniczych mogło być – i zapewne było – znacznie więcej. Jest zatem MiG-31 „dobrem rzadkim”, a zarazem kłopotliwym, obarczonym wymogiem bardzo oszczędnej eksploatacji.

Tak jak kłopotliwa jest dla rosjan aktywność ukraińskiego lotnictwa i sił specjalnych, które wielokrotnie już udowodniły, że atakowanie infrastruktury wojskowej na Krymie leży w ich zasięgu. Że rosyjska OPL bywa w obliczu tych uderzeń często po prostu bezradna. MiG-i-31 na Krymie to dla Ukraińców wyborny cel, naiwnością byłoby zakładać, że nie spróbują ich zniszczyć. Zwłaszcza że „trzydziestki-jedynki” od początku inwazji terroryzują Ukrainę, wykonując naloty przy użyciu kindżałów wystrzeliwanych znad terytorium Białorusi. Kijów nie chce atakować rosyjskich baz w kraju łukaszenki, dlatego załogi MiG-ów-31 stacjonujące pod Mińskiem mogą czuć się bezpiecznie. W przypadku okupowanego Krymu sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Mało tego, teoretyczne, ale mimo wszystko jakieś tam zagrożenie dla własnej floty, może skłonić Waszyngton do pomocy Kijowowi w zaplanowaniu i przeprowadzeniu akcji zniszczenia migów.

Z czego putin musi sobie zdawać sprawę. A mimo to – wszystkich tych ewidentnych słabości i ryzyk – zdecydował się ogłosić światu, że jego lotnictwo rozpoczyna długotrwałe patrole „trzydziestek jedynek”. Boję się obstawiać, co nastąpi szybciej – czy kolejny wypadek miga czy ukraiński atak na ich bazę.

Tyle z tego napinania mięśni.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Arkowi Drygasowi, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Michałowi Strzelcowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Kazimierzowi Mitlenerowi, Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jakubowi Kojderowi, Jarosławowi Grabowskiemu, Jakubowi Dziegińskiemu, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Radosławowi Dębcowi, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Marcinowi Barszczewskiemu, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Mateuszowi Jasinie, Mateuszowi Borysewiczowi, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Marcinowi Pędziorowi i Sławkowi Polakowi.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Jackowi Madejowi, Łukaszowi Podsiadle, Arkadiuszowi Żmudzińskiemu, Andrzejowi Panufikowi, Jakubowi Szeptunowi i Grzegorzowi Zgnilcowi.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Niszczyciel USS Carney w akcji/fot. US Navy