(Nie)potrzebni

„Nigdy ich nie potrzebowaliśmy” – powiedział Donald Trump o sojusznikach w Afganistanie. To zdanie nie jest kontrowersyjne, ono jest fałszywe. I obraźliwe. Byłem w Afganistanie, wielokrotnie, stając się kronikarzem polskiej misji. Pamiętam wszystkie nazwiska tych, którzy wrócili do kraju w trumnach owiniętych biało-czerwoną flagą. I już choćby dlatego nie mogę przejść obok słów pomarańczowego pajaca obojętnie.

Afganistan był wojną Ameryki. Zaczęła się ona po 11 września 2001 roku, w odpowiedzi na atak wymierzony w Stany Zjednoczone. To na wniosek USA, po raz pierwszy w historii, NATO uruchomiło artykuł 5. To po pierwsze.

Po drugie, skala ma znaczenie. Stany Zjednoczone nie wzięły na siebie największego ciężaru dlatego, że inni nie chcieli walczyć, lecz dlatego, że mogły go wziąć. Dysponowały największą armią w NATO, największym budżetem obronnym, największą logistyką i zdolnościami, których sojusznicy po prostu nie posiadali. Dla mniejszych państw wysłanie kilkuset czy kilku tysięcy żołnierzy było wysiłkiem porównywalnym do wkładu globalnego mocarstwa.

Przez Afganistan przewinęło się około 775 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Zginęło 2461, ponad 20 tysięcy zostało rannych. To liczby, które robią wrażenie i które trzeba powtarzać, bo bez nich każda rozmowa o „obciążeniach” jest jałowa. Amerykanie walczyli najdłużej, najintensywniej i w najtrudniejszych rejonach. Prowadzili operacje ofensywne na skalę, o jakiej mniejsze armie mogły tylko czytać w raportach.

Ale z tych liczb nie wynika, że reszta była zbędna.

Operacja ISAF nie była fasadowym dodatkiem do amerykańskiej kampanii. W szczytowym momencie uczestniczyło w niej ponad 130 tysięcy żołnierzy z 51 państw. Nie jako statyści, lecz jako kontyngenty odpowiedzialne za konkretne prowincje, konkretne bazy i konkretne odcinki. Każdy z nich działał w ramach własnych ograniczeń politycznych, prawnych i militarnych – co samo w sobie było koszmarem dla planistów – ale nikt nie był tam „turystycznie”.

To prawda, że nie wszystkie prowincje były takie same. Że nie wszędzie intensywność walk była porównywalna z Helmandem czy Kandaharem, gdzie prym wiedli Amerykanie Ale sojusznicy nie jechali do Afganistanu po to, by zastąpić USA w prowadzeniu wojny. Pojechali tam, by udźwignąć jej wspólny ciężar na tyle, na ile byli w stanie – wiedząc, że zapłacą za to cenę polityczną w kraju i realną cenę na miejscu.

Dlatego porównywanie liczb wprost – „oni tylu, my tylu” – jest intelektualnie nieuczciwe. Afganistan nie był konkursem na straty ani rankingiem zaangażowania. Był testem, czy NATO potrafi działać jako realny sojusz militarny, a nie zbiór państw chowających się za amerykańską flagą. I Sojusz ten test zdał.

—–

Jeśli ktoś chce znaleźć istotę kłamstwa zawartego w słowach „pozostawali z dala od linii frontu” (kolejny cytat z Trumpa), powinien pojechać palcem po mapie Afganistanu i zatrzymać się na jednej nazwie: Helmand Province.

To była jedna z najtrudniejszych prowincji. Rolnicze zaplecze talibów, centrum produkcji opium, teren płaski jak stół, pozbawiony naturalnych osłon, idealny do podkładania improwizowanych ładunków wybuchowych i zasadzek. Miejsce, w którym linia frontu nie była linią, lecz stanem wszechogarniającym i permanentnym.

W Helmandzie walczyli Amerykanie. I nikt tego nie kwestionuje. Ale walczyli tam również Brytyjczycy – i zapłacili za to krwawą cenę. Setki zabitych, tysiące rannych, operacje prowadzone w koszmarnych warunkach, o których w Londynie długo nie chciano mówić głośno.

A obok nich byli Duńczycy.

Państwo liczące niespełna sześć milionów mieszkańców wysłało do Helmandu kontyngent, który proporcjonalnie do swojej wielkości poniósł jedne z najwyższych strat w całej koalicji. Czterdziestu czterech poległych, kolejne setki rannych. Liczba, która w amerykańskiej statystyce może zniknąć w tabeli, ale dla Danii była narodowym wstrząsem. To nie była armia „od stabilizacji”. To byli żołnierze, którzy regularnie wychodzili w patrole i wchodzili w kontakt bojowy z przeciwnikiem.

Duńczycy nie mieli w Afganistanie żadnego interesu narodowego. Nie bronili Kopenhagi, nie zabezpieczali własnych granic, nie odpowiadali na bezpośrednie zagrożenie. Byli tam, bo tak działa sojusz. I właśnie dlatego dzisiejsze lekceważenie ich wysiłku jest tak głęboko niesprawiedliwe.

—–

Polski Afganistan nie był Helmandem. Polscy żołnierze nie operowali w najkrwawszych prowincjach, nie prowadzili działań o intensywności porównywalnej z tym, czego doświadczali Amerykanie, Brytyjczycy czy Duńczycy na południu kraju. I nikt rozsądny nigdy tego nie twierdził.

Ale z faktu, że to nie był Helmand, nie wynika, że była to misja bezpieczna, symboliczna, „na tyłach”.

Polska odpowiadała przede wszystkim za prowincję Ghazni – region niestabilny, z aktywną obecnością talibów, gdzie leżały ważne szlaki komunikacyjne. Gdzie regularnie dochodziło do ostrzałów baz, ataków na patrole z użyciem improwizowanych ładunków wybuchowych i broni maszynowej. To nie był obszar „stabilizacyjnej sielanki”, lecz przestrzeń, w której wojna miała swój codzienny, monotonnie brutalny rytm.

Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy, zginęło 44, ponad 200 zostało rannych, a kolejnych kilkuset kontuzjowanych.

Polacy – tak jak Duńczycy – nie jechali do Afganistanu dlatego, że Taliban zagrażał naszym miastom. Jechali, bo Polska traktowała zobowiązania sojusznicze poważnie. Bo wiedziała, że wiarygodności nie buduje się deklaracjami, lecz obecnością tam, gdzie ryzyko jest realne.

Polacy, Duńczycy, Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi, Włosi i inni pojechali do Afganistanu nie dlatego, że wierzyli w jego transformację w liberalną demokrację. Pojechali, bo rozumieli, że jeśli dziś odmówią, jutro ktoś odmówi im. To jest niewygodna prawda o sojuszach: solidarność kosztuje, czasem ceną są życia wielu osób.

—–

Słowa Donalda Trumpa to nie tylko publicystyczny skandal i kolejna prowokacja polityka, który od lat testuje granice odpowiedzialności. One są czymś znacznie groźniejszym: aktem amnezji, który – jeśli stanie się normą – podkopuje fundamenty sojuszy szybciej niż jakikolwiek przeciwnik z zewnątrz.

Bo sojusz to nie tylko zdolności wojskowe, bazy i interoperacyjność. Sojusz to także wspólna pamięć. Pamięć o tym, kto był, gdy było trudno. Kto wysłał swoich ludzi, choć nie musiał. Kto zapłacił cenę za cudzą wojnę, wierząc, że w razie potrzeby ta solidarność zadziała w drugą stronę.

—–

Amerykanie, militarnie, poradziliby sobie w Afganistanie sami. Dysponowali siłą, logistyką i determinacją wystarczającą, by prowadzić tę wojnę bez wsparcia sojuszników. Ale Afganistan nie był tylko kampanią wojskową. Był także przedsięwzięciem politycznym, wymagającym międzynarodowej legitymizacji, bez której szybko stałby się w oczach świata kolejną imperialną wyprawą Stanów Zjednoczonych, samotną interwencją supermocarstwa narzucającego swoją wolę słabszemu państwu. Obecność sojuszników nadawała tej wojnie charakter wspólnej odpowiedzi Zachodu. Waszyngton doskonale to rozumiał i błagał sojuszników o wsparcie, choćby symboliczne. Także w tym kontekście owo „niepotrzebni” jest obrzydliwym kłamstwem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Sojuszniczy patch z afgańsko-misyjnych czasów, kiedy wszystko wydawało się znacznie prostsze/fot. własne

Terror

Najnowsze dane z ukraińskiej stolicy są porażające: w efekcie rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną ponad milion odbiorców pozostaje bez prądu, a około 4–5 tys. budynków mieszkalnych nie ma centralnego ogrzewania. W nocy wskazówki termometrów spadają do –15/–18 stopni Celsjusza, co oznacza, że bloki stają się lodówkami. „Już nawet nie mierzę temperatury w mieszkaniu”, pisze mi koleżanka z Kijowa. „Śpię w bieliźnie termicznej i dresie, pod grubą kołdrą i dwoma kocami, a dzieciom rozstawiliśmy w pokoju namiot”.

Według ostatnich raportów Reutersa, prawie 60 proc. Kijowa jest pozbawione prądu, co przekłada się nie tylko na brak światła, ale też na przerwy w dostawach wody, komunikacji, a nawet łączności komórkowej. Taki stan trwa już od wielu dni i – jak ostrzegają mieszkańcy oraz władze miejskie – może wpędzić społeczność w katastrofę humanitarną.

Ale system energetyczny ledwo zipie w całej Ukrainie. Z powodu ciągłych ostrzałów infrastruktury, w tym linii przesyłowych i elektrowni, wprowadzono harmonogramy awaryjnych wyłączeń, które w niektórych regionach oznaczają brak prądu nawet przez 16-20 godzin na dobę. Ten mechanizm ma zapobiec całkowitej awarii sieci, ale jednocześnie oznacza, że miliony ludzi żyją w permanentnym półmroku i zimnie.

Rosyjskie ataki na sieć energetyczną to strategia militarna z jasno określonym celem: osłabić ukraiński system energetyczny, zdestabilizować społeczeństwo i wymusić polityczne ustępstwa w toczącej się wojnie. Intensywność tych działań znacznie wzrosła w sezonie zimowym 2025/2026. Siły Moskwy wykorzystują drony, pociski balistyczne i manewrujące, aby trafić w krytyczne instalacje energetyczne.

Ukraińskie władze nie pozostają bierne. Już w połowie stycznia prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił stan wyjątkowy w sektorze energetycznym i powołał krajowe centrum koordynacji działań kryzysowych. W Kijowie mer Witalij Kliczko organizuje punkty ogrzewania i „punkty niezłomności”, gdzie ludzie mogą się ogrzać, naładować telefony i uzyskać pomoc. Zarządzono także częściową ewakuację – od 9 stycznia z Kijowa wyjechało już około 600 tys. osób (jedna piąta mieszkańców), które zdecydowały się szukać ciepła poza stolicą.

Równolegle rząd koordynuje przywracanie dostaw energii, pozyskiwanie awaryjnych generatorów i przesuwa zasoby energetyczne tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Wiele szpitali i ośrodków krytycznych zostało wyposażonych w agregaty, a firmy energetyczne pracują w trybie ciągłym nad naprawami zniszczonego sprzętu.

Technicy, monterzy i operatorzy dźwigów harują po 48–72 godziny bez porządnego snu, przemieszczając się z punktu do punktu, by przywrócić prąd i ogrzewanie w mieszkaniach, szpitalach i szkołach. Ich praca odbywa się w warunkach skrajnego ryzyka – w nocy, w mrozie, pod ostrzałem dronów i pocisków – a mimo to wracają na kolejne dyżury, bo wiedzą, że każdy naprawiony transformator to uratowane życie. Kilka dni temu jeden z pracowników Ukrenergo zasłabł z wyczerpania podczas działań przy uszkodzonym obiekcie i zginął porażony prądem. „Zima Putina”, jak mówi się o kryzysie w Ukrainie, zbiera i takie ofiary.

Świat nie pozostaje bezczynny. Polska przekazuje właśnie Kijowowi 400 generatorów prądu z rezerw państwowych, które mają pomóc w stabilizacji podstawowych potrzeb energetycznych mieszkańców. Niemcy przeznaczyły 60 mln euro na dostawy generatorów, paliwa i innych środków wsparcia energetycznego dla ukraińskich gospodarstw, szpitali i szkół. Również Wielka Brytania zadeklarowała wsparcie ratunkowe. Poza oficjalnymi działaniami pojawiają się też inicjatywy społeczne. Akcja „Ciepło z Polski dla Kijowa” zebrała już 5,5 mln złotych na zakup generatorów, dzięki wpłatom od ponad 40 tys. darczyńców. Oto link do tej zrzutki, ale pamiętajcie o tym, że marzną też żołnierze. I z myślą o nich udostępniam kolejną zbiórkę – „Razem dla życia”. Wracając zaś do tekstu, który opublikowałem w portalu Polska Zbrojna – jego dalszą część, w której mowa jest m.in. o reakcjach rosyjskiej propagandy, znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. technik naprawiający uszkodzoną przez rosjan linię energetyczną/fot. własne

Rok

Pierwsza kadencja Trumpa była przez wielu traktowana jako chwilowa anomalia, po której amerykańska polityka wróci na znane tory. Druga – i ten pierwszy jej rok, który właśnie dziś mija – bezlitośnie obnażyły fałsz tego myślenia. Trump nie jest już wypadkiem przy pracy amerykańskiej demokracji, lecz jej świadomym wyborem.

Czas się z tą myślą oswoić – dla własnego dobra.

Dlaczego? A choćby dlatego, że w logice Trumpa sojusze nie są wartością, lecz narzędziem – użytecznym tak długo, jak długo przynoszą wymierny zysk. Najbardziej odczuwalnym skutkiem tej zmiany jest sposób, w jaki Biały Dom mówi – i myśli – o NATO. Retoryka odpowiedzialności zbiorowej ustąpiła miejsca językowi rozliczeń. Artykuł 5 przestał być aksjomatem, a stał się pretekstem do pytań o to, kto płaci, kto korzysta, kto jest „winien”.

Polska polityka bezpieczeństwa przez lata opierała się na założeniu, że demonstracyjna lojalność wobec Waszyngtonu przełoży się na trwałość gwarancji. Stąd bezprecedensowa bliskość polityczna, rekordowe zakupy uzbrojenia, prośby o silną obecność wojskową USA. Rzecz w tym, że efektem tych zabiegów jest narastająca asymetria, w której Polska coraz częściej występuje nie jako partner, lecz klient i beneficjent łaski. Problem nie polega na samym sojuszu z USA, a na ryzyku, że stanie się on jedyną realną osią naszego bezpieczeństwa. A sojusz oparty wyłącznie na jednej gwarancji, w świecie transakcyjnej polityki, jest konstrukcją kruchą. Brak alternatyw jest słabością. Im więcej Polska inwestuje w jeden kierunek, tym mniej ma przestrzeni manewru, gdy ten kierunek zaczyna się chwiać.

To wymusza brutalną, ale konieczną refleksję: bezpieczeństwa nie da się outsourcingować w nieskończoność. Dla naszego kraju oznacza to potrzebę realnej dywersyfikacji: politycznej, wojskowej, przemysłowej. Nie w kontrze do USA, lecz na wypadek ich zmiany kursu.

Rok Trumpa to dla Polski bolesne, lecz konieczne otrzeźwienie. Wiemy już, że lojalność nie jest walutą, którą można zdeponować na przyszłość. Ale w polityce bezpieczeństwa największym zagrożeniem wcale nie jest cynizm partnera. Jest nim naiwna wiara, że cudzy interes na zawsze pokryje się z naszym.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Skradzione

Rozmawiam z dr Alicją Bartnicką, badaczką nazizmu, o germanizacji polskich dzieci w czasie II wojny światowej i grabieży nieletnich jako formie ludobójstwa, oraz o tym, że współczesna rosja idzie tropem III Rzeszy. Wywiad ukazał się w styczniowym wydaniu magazynu „Polska Zbrojna” – tu publikuję tylko jego fragmenty. Nim zaproszę Was do lektury, dodam tylko, że rozmowę wieńczy taka refleksja mojej rozmówczyni: „Trudno mi pogodzić się z myślą, że to znów się dzieje…”. Ano trudno…

W marcu 2023 roku Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania władimira putina. Zarzuca się mu popełnienie zbrodni wojennych, w tym grabież tysięcy ukraińskich dzieci. Znamy z najnowszej historii tę metodę działania agresorów, prawda?

To, co robi rosja, tożsame jest z działaniami podejmowanymi przez III Rzeszę. Niemcy także rabowali dzieci z terenów podbitych.

Po co putinowi mali Ukraińcy?

Oddani w adopcję do rosyjskich rodzin, z czasem staną się „pełnoprawnymi rosjanami”. Przymusowa rusyfikacja, jak kiedyś germanizacja, jest metodą pozyskiwania nowych członków wspólnoty. Ale to także sposób na prowadzenie wojny, anihilacji przeciwnika. Niszczenie nie odbywa się tylko na froncie, pod postacią zabijania żołnierzy. Kradnąc małych obywateli napadniętego państwa, robimy coś równie dotkliwego – kradniemy przyszłość narodu, który to państwo tworzy.

W odniesieniu do rosjan sprawa wydaje się prostsza – oni nie uważają Ukraińców za „gorszych rasowo”. W III Rzeszy przekonanie o wrodzonej wyższości Niemców miało rangę faktu. Jak w ten schemat myślenia o narodzie wpisuje się pomysł germanizacji obcych dzieci?

Tysiącletnia Rzesza miała być rozległa, sięgająca aż po Ural. Do ziszczenia tej wizji 60-milionowy naród niemiecki był za mały. Naziści potrzebowali 90-milionowej wspólnoty Aryjczyków, której dodatkowo miały służyć narody „gorsze”. Problem w tym, że nie dało się w krótkim czasie „wyprodukować” kilkudziesięciu milionów nowych Niemców. Już u zarania nazistowskiej państwowości uruchomiono różne programy prodemograficzne – jak zasiłki rodzinne czy preferencyjne kredyty dla małżeństw – ale one nie przyniosły pożądanego efektu. Kompletnie też nie wypalił pomysł „hodowli rasy panów”, realizowany przez podległą Heinrichowi Himmlerowi SS. Esesmani się nie żenili – przed wybuchem wojny tylko 30-40% z nich była w związku małżeńskim, z rzadka realizowali nakaz posiadania czwórki dzieci. Niewypałem okazała się niesławna instytucja Lebensborn, w której placówkach do końca 1939 roku przyszło w nich na świat dokładnie 1371 dzieci.

Dzietność w Niemczech wzrosła pod koniec lat 30., dobijając do progu zastępowalności pokoleń, a aneksja Austrii i czeskich Sudetów dała Rzeszy osiem milionów „pożądanych” obywateli…

To wciąż było za mało jak na ambicje nazistów. Tak zrodził się pomysł, by poszerzyć społeczeństwo o „najbardziej wartościowe rasowo” dzieci z podbitych krajów. U jego podstaw leżała wiara, że w każdym narodzie, na skutek różnego rodzaju okoliczności historycznych, rozsiana jest niemiecka krew – trzeba ją tylko „przywrócić” Rzeszy.

To zadanie wziął na siebie Himmler. Czy germanizacja dzieci to był jego autorski pomysł?

To raczej zbiorowe „dzieło” pracowników Urzędu Rasy i Osadnictwa [Rasse- und Siedlungshauptamt, RuSHA]. Ten, w listopadzie 1939 roku, stworzył dokument mówiący o konieczności wyszukania „dzieci o krwi niemieckiej” wśród Polaków. Zakładano, że część polskich sierot może mieć niemieckie pochodzenie – zaczęto więc od „kwerendy” w domach dziecka. Szybko jednak ta idea przerodziła się w jawną grabież dzieci, które wcale nie były sierotami. W lutym 1942 roku Ulrich Greifelt, jeden z zastępców Himmlera, wydał zarządzenie dotyczące systematycznego odbierania dzieci polskim rodzinom, żeby poddać je germanizacji.

Podstawowym kryterium był „aryjski wygląd” – co, jeśli żydowskie dziecko miało odpowiednie cechy?

Stwierdzenie kryteriów wizualnych – blond włosy i niebieskie oczy – było jedynie pierwszym etapem. Potem badano m.in. pochodzenie, co dyskwalifikowało Żydów, nawet jeśli „właściwie” wyglądali. Znamienna jest tu historia, którą poznałam, pracując w Bundesarchive w Berlinie nad książką o Himmlerze. Ten, podczas wizytacji na froncie wschodnim, spotkał rosyjskiego chłopca, który miał blond włosy i niebieskie oczy. „Jesteś Żydem?”, spytał go, a gdy dziecko zaprzeczyło, szef SS nakazał sprawdzenie papierów chłopca. W efekcie młody Rosjanin i jego brat trafili do Niemiec, co Himmler postrzegał w kategoriach osobistej zasługi…

Jakie były inne kryteria selekcji?

Dzieci przechodziły testy psychologiczne. Sześciotygodniowa obserwacja mogła zakończyć się odrzuceniem: wystarczyło jąkanie, moczenie nocne czy buntowniczość, by w dokumentach wpisano „wrodzony imbecylizm”. Takie dzieci kierowano do obozów koncentracyjnych, gdzie ginęły lub były wykorzystywane do pseudoeksperymentów, które w większości także kończyły się śmiercią.

A co z tymi, które pomyślnie przeszły selekcję?

Młodsze, między 2. a 6. rokiem życia, trafiały do placówek Lebensbornu, które w czasie wojny stały się ośrodkami adopcyjnymi – i stamtąd przekazywano je niemieckim rodzinom. Starsze kierowano do specjalnych szkół, gdzie intensywnie uczono je języka i dyscypliny. Dopiero po tym okresie – gdy uznano, że „rokują”, a ich germanizacja się powiedzie – były przekazywane rodzinom adopcyjnym.

Czy rodzice biologiczni wiedzieli, co się dzieje?

W większości przypadków – nie. Dzieci odbierano podczas wysiedleń i akcji pacyfikacyjnych, do których dochodziło w trakcie wojny. Ludzie ginęli, gubili się, tracili ze sobą kontakt, nie było jasności, co się z kim stało, gdzie jest, czy żyje.

Zaboru dokonywano także pod pretekstem np. badań lekarskich.

Rodzice dostawali wezwanie do stawienia się w placówce medycznej, zostawiali dziecko, po czym po kilku dniach wręczano im informacje o śmierci syna czy córki. Ciał nie wydawano, co czasami rodziło wątpliwości, lecz nie dało się ich zweryfikować. Nie było swobody przemieszczania się czy dostępu do informacji medycznej. A Polacy byli ludźmi gorszej kategorii, więc ich działania uznane przez Niemców za zbytnią dociekliwość groziły utratą życia. Dodajmy do tego celowe zacieranie śladów. Zrabowanym dzieciom jeszcze w Polsce zmieniano metryki i wpisywano inne imiona, nazwiska, często daty urodzeń. Formalnie stawały się Niemcami, zanim trafiły do Rzeszy. Oryginalne dokumenty niszczono, by w przyszłości nikt nie mógł się o te dzieci upomnieć, a one nie były w stanie zrekonstruować swojej historii.

Rozumiem, że świadomość społeczna dotycząca tego rabunku była w okupowanej Polsce szczątkowa?

Niemcy dobrze się z tą akcją kryli. Nie mamy też źródeł, z których wynikałoby, że Polskie Państwo Podziemne dysponowało informacjami o skali procederu. Zorganizowanych prób oporu nie było.

Czy dzieci grabiono wyłącznie w Polsce?

Rabowano też dzieci ukraińskie, rosyjskie, jugosłowiańskie, norweskie. Jednak w Polsce robiono to na największą skalę. Szacuje się, że wywieziono stąd od 50 do 200 tys. dzieci. Ten duży rozrzut liczb to skutek braku materiałów źródłowych, bo Niemcy nie tylko niszczyli dokumentację w Polsce. Gdy wojna miała się ku końcowi, spalono też wiele archiwów w samej Rzeszy.

Co działo się z dziećmi po tym jak trafiały do Niemiec? Co wiedzieli o nich rodzice adopcyjni? Co działo się po wojnie? Jakie były psychologiczne skutki tego, co zrobiono zrabowanym dzieciom? O tym dowiecie się z lektury całości wywiadu, który opublikowałem w „Polsce Zbrojnej”. Miesięcznik w papierowym wydaniu jest dostępny w salonikach prasowych, wersję elektroniczną możecie nabyć pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Wrażenie

W nocy z czwartku na piątek rosjanie przeprowadzili kolejny rozległy nalot na terytorium Ukrainy, w którym użyto kilkuset środków bojowych – dronów, pocisków i rakiet. Ataki objęły miasta i krytyczne elementy infrastruktury.

Na celowniku znalazł się przede wszystkim Kijów – zginęły tam cztery osoby, a co najmniej 24 zostały ranne. Wśród poszkodowanych jest również kilku ratowników, którzy przybyli na miejsca pożarów – rosjanie zaatakowali ich z premedytacją; taki mają pomysł na zastraszanie służb ratunkowych, zniechęcanie ich do niesienia pomocy.

Ale dzisiejszej nocy uderzono również we Lwów i okolice. Między Lwowem a miejscowością Stryj spadł pocisk hipersoniczny Oresznik. Rakieta ta charakteryzuje się ogromną prędkością (powyżej 10 Machów – ponad 13 000 km/h) i teoretycznie może przenosić zarówno konwencjonalne, jak i jądrowe ładunki wybuchowe. Jest wielogłowicowa – w tym przypadku mówimy o sześciu głowicach, które „rozdzieliły się” w ostatniej fazie lotu.

rosjanie już raz się Oresznikiem („dziadkiem do orzechów) posłużyli – w 2024 roku, atakując Dnipro.

„Dziś, w odpowiedzi na terrorystyczny atak reżimu kijowskiego na rezydencję prezydenta federacji rosyjskiej w obwodzie nowogrodzkim, siły zbrojne przeprowadziły zmasowane uderzenie z użyciem precyzyjnej broni dalekiego zasięgu bazowania lądowego i morskiego, w tym mobilnego naziemnego systemu rakietowego średniego zasięgu Oresznik”, głosi komunikat rosyjskiego MON. Wieńczy go stwierdzenie, że wszystkie zamierzenia operacji zostały zrealizowane.

W sukurs tej informacji idą doniesienia kolportowane przez (pro)rosyjskich propagandystów, wedle których magazyn gazu w Stryju – obok innych obiektów energetycznych – również poszedł z dymem. Innymi słowy, jest sukces – gaz wszak to paliwo używane w energetyce, a Moskwie chodzi o to, by ukraińską energetykę zabić. Zimą, by zabić też ducha oporu zamarzających Ukraińców. Skądinąd wspomniani propagandyści w ogóle się nie krygują i mówią o tych zamiarach wprost, uważając, że to zupełnie normalny sposób prowadzenia wojny – odbieranie cywilom wody, ciepła, prądu. Ot, kolejny przykład moralnej i umysłowej degeneracji skarpetkosceptyków…

Do rzeczy. Oresznik to groźna broń. Lecącego pocisku w zasadzie nie da się zestrzelić (odpowiednią technologię posiadają jedynie Stany Zjednoczone i Izrael), uzbrojony w głowice bojowe może dokonać dużych, a w przypadku „atomówek” ogromnych zniszczeń. Ale tak jak w Dnipro, tak i pod Lwowem, rosjanie użyli głowic ćwiczebnych. Łódek wypełnionych betonem. W miejscu, w którym coś takiego lutnie, powstanie spory dół. Biada zabudowie, która znajdzie się na drodze – energia kinetyczna takiego zdarzenia wystarczy, by uszkodzić pokaźnej wielkości budynek. Aż tyle i tylko tyle. Nie ma eksplozji, nie ma większych zniszczeń.

Co więcej, Oresznika zaprojektowano m.in. do niszczenia ukrytych pod ziemią stanowisk dowodzenia. Głowica bojowa ma zdolność penetracji na głębokość mniej więcej 100 metrów. Zbiorniki magazynu w Stryju znajdują się 400 metrów pod powierzchnią, więc nawet przy zastosowaniu całego spektrum możliwości Oresznika, nic by to nie dało, o czym rosyjskie dowództwo z pewnością wie.

We Lwowie i okolicy nikt nie zginął, system FIRMS nie odnotował żadnego pożaru.

Propagandyści więc kłamią, choć rosyjski MON już niekoniecznie. Oresznika bowiem nie użyto do osiągnięcia jakiegoś konkretnego efektu niszczącego, lecz do wytworzenia skutku politycznego i psychologicznego. Lądujące nieopodal Lwowa głowice to próba zastraszenia Ukrainy i Zachodu samym faktem użycia broni kojarzonej z poziomem strategicznym. Moskwa chciała pokazać, że ma jeszcze „rezerwy strachu” do uruchomienia.

Czy osiągnęła efekt? Po części tak, bo o Oreszniku piszą dziś wszystkie liczące się zachodnie media. Pytanie, czy damy rosjanom więcej i pozwolimy się zastraszyć? Oreszników jest jak na lekarstwo, są dalece niedoskonałe – biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenia, częściej toto wybuchało przy starcie, niż dolatywało do celu. A ich najgroźniejsza natura objawić się może wyłącznie w konflikcie, w którym nie byłoby granic eskalacji, którego nikt nie zacznie, bo nikt go nie wygra. Spójrzmy więc na sprawy tak, jak one wyglądają: rosja strzela coraz drożej i coraz głośniej, ale coraz częściej po to, by zrobić wrażenie. Nie dajmy się temu wrażeniu zwieść. Ukraińcy się nie dają i dzisiejsze użycie „dziadka do orzechów” zwyczajnie po nich spływa…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. odczyt z FIRMS-a, z ostatniej doby. Stryj w „kółeczku” (Lwów powyżej). Jak widać, satelity nie zarejestrowały żadnych ognisk pożarów…