Popłuczyna

rosyjska propaganda uwielbia budowanie analogii między specjalną operacją wojskową a wielką wojną ojczyźnianą. Prawdę powiedziawszy, robiła to już wcześniej, na etapie donbaskiej rebelii. Pamiętam przekazy radiowe i telewizyjne, których słuchałem i które oglądałem podczas wyjazdu do tzw. donieckiej republiki ludowej. Był przełom kwietnia i maja 2015 roku, zbliżała się rocznica wielkiej pobiedy – w kontrolowanych przez rosjan mediach dominował przekaz, zgodnie z którym współcześni rosjanie i prorosyjscy Ukraińcy, niczym ich dziadkowie w latach 1941-45, walczyli z faszyzmem. Tamten był niemiecki, ten ukraiński, ale jeden czort, przekonywano.

Wojenno-ojczyźniana narracja przybrała na sile wraz z przedłużaniem się obecnej wojny. Należało ją zsakralizować, zwłaszcza po upokarzających klęskach armii rosyjskiej w 2022 roku. „Popełniliśmy błędy, ale się otrząsnęliśmy – i teraz już tylko na Zachód”, przekonują propagandyści Kremla. By rzecz się spinała z faktami, do rangi wielkich sukcesów wywyższane są walki o nieznane nikomu przed wojną miejscowości. Zresztą fakty i tak przegrywają w tej konfrontacji, bo rosjanie zwyczajnie kłamią na temat swoich sukcesów. Kłamią świat, okłamują samych siebie – i jakoś się to kręci.

Tyle że nieuchronnie zbliża się 1418. dzień „specjalnej operacji wojskowej” putina. A dokładnie tyle trwała wielka wojna ojczyźniana. To moment, w którym symbol może rosjanom zaciążyć. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na mapę. Armia czerwona w ciągu 1418 dni przeszła drogę od katastrofy 1941 roku do Berlina. Armia rosyjska po ponad 1400 dniach wojny z Ukrainą wciąż walczy o kolejne wsie i miasteczka, płacąc za nie tysiącami ludzi. Dynamika? Skala? Efekt strategiczny? To są zupełnie różne światy. Propaganda może rysować strzałki, ale rzeczywistości nie da się domalować.

I dlatego w rosji czuć dziś napięcie. Bo rocznica sprowokuje – po prawdzie to już prowokuje – niewygodne pytania. Skoro wtedy się udało, a dziś nie, to gdzie tkwi problem? W dowództwie? W państwie? W samej armii? Władza bardzo nie lubi takich pytań.

Bo a nuż ktoś wreszcie zwróci uwagę, że skuteczność armii czerwonej nie była wyłącznie „rosyjska”. Walczyli w niej Ukraińcy – dziś stojący po drugiej stronie frontu. Walczyli Białorusini – obecnie formalnie neutralni, a ich ochotnicy biją się po stronie Ukrainy. Walczyły narody Azji Centralnej – Uzbekowie, Kirgizi, Kazachowie – które dziś mają własne państwa i własne interesy, niekoniecznie zbieżne z interesami Moskwy. Imperium wygrywało, bo było imperium: demograficznym, etnicznym, mobilizacyjnym i kulturowym.

Dziś ten zasób już nie istnieje. Owszem, w szeregach armii rosyjskiej wciąż walczą mniejsze etnosy z Syberii i Kaukazu. Ale to nie one decydują. Są rekrutowane, wysyłane na front i giną pod dowództwem rosjan, w ramach struktury, która pozostała rosyjskocentryczna do bólu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Niska efektywność rosyjskiej armii w Ukrainie uderza w jeden z fundamentów rosyjskiej państwowości: mit o cywilizacyjnej wyższości rosjan. Mit, który głosił, że rusyfikacja to nie przemoc, lecz „ulepszanie”; że rosyjskie państwo, rosyjska kultura i rosyjska armia są narzędziami porządku, rozwoju i sensu. Od czasów carskich wojsko było kluczowym instrumentem tej narracji – kuźnią lojalności i fabryką „lepszych poddanych”.

No i co? I gówno. Emanacja rosyjskiej wyższości kręci się niczym smród po gaciach, od czterech lat próbując pokonać sąsiada – mniejszego, słabszego, pozornie skazanego na klęskę. Trudno nie wywieść z tego wniosku, że rosja bez wartościowych mniejszości to popłuczyna po imperium. 12 stycznia 2026 roku będzie 1418. dowodem tej tezy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. parada w Moskwie z okazji 9 maja. 1418. dzień spec-operacji raczej takich fajerwerków nie przyniesie…/fot. kremlin.ru

Niepewność

Kilkadziesiąt godzin po amerykańskiej akcji w Wenezueli wiemy już nieco więcej o naturze operacji. Wiele wskazuje na to, że nie było to preludium do większej kampanii wojskowej, prowadzącej do obalenia reżimu rządzącego krajem. Zdaje się, że napad USA miał samoograniczający się charakter – że chodziło tylko o Maduro i o zmianę na szczycie wenezuelskiej władzy, ale bez wymiany elit. Ba, we współpracy z ich częścią, która najwyraźniej Maduro zdradziła i teraz układa się z administracją Trumpa. Efekt docelowy tych zabiegów to proamerykańska (a może powinien napisać protrumpowska?) Wenezuela.

Czy ten scenariusz się ziści? Nie mnie wróżyć z fusów, ale warto wskazać na kilka konsekwencji zaistniałej sytuacji. I nie, nie będę Was zanudzał twierdzeniem, że Waszyngton dał Pekinowi i Moskwie zielone światło do podobnych operacji. To teza chwytliwa, świetnie grająca na czołówkach i w sołszalach, ale niewiele mająca wspólnego z rzeczywistością. Bo na rozum i logikę (oraz fakty!) – czy rosja i Chiny rzeczywiście potrzebują pretekstów do swoich napaści? Naprawdę bez amerykańskiego przykładu nie byłyby w stanie tego zrobić? Nie mówcie o tym Ukraińcom, bo to jakby splunąć im w twarz…

Miast bawić się w histeryczne przepowiednie, spójrzmy na fakty.

Po pierwsze, akcja w Wenezueli to był to pstryczek w nos dla Pekinu i Moskwy, które przez lata deklarowały się jako polityczni i – przynajmniej w teorii – strategiczni patroni wenezuelskiego reżimu. Zarówno Chiny, jak i rosja budowały narrację o „ochronie suwerenności”, „sprzeciwie wobec ingerencji Zachodu” i gotowości do wspierania sojuszników przeciwko presji USA. Amerykańska operacja pokazała, ile warte są te deklaracje w momencie próby. Dokładnie tak samo było wcześniej w Syrii czy w Iranie: wielkie słowa, dużo symboliki, a gdy sytuacja staje się realna – brak gotowości do konfrontacji z USA.

—–

Pozostańmy jeszcze przy wątku chińskim. Dla Chin amerykańska akcja w Wenezueli jest szczególnie niewygodna, bo uderza w kilka warstw chińskiej strategii jednocześnie – od geopolitycznej narracji, przez interesy gospodarcze, po wiarygodność Pekinu jako „alternatywnego patrona” dla reżimów skonfliktowanych z Zachodem.

Oto bowiem „rozbrojona” została chińska opowieść o nieingerencji. Pekin od lat buduje swoją soft power na haśle: „nie wtrącamy się w waszą politykę wewnętrzną, nie zmieniamy reżimów, nie stawiamy warunków ideologicznych”. W Ameryce Łacińskiej ta narracja trafiała na podatny grunt, bo była kontrą wobec doświadczeń z USA. Problem w tym, że w momencie próby okazało się, iż chińska „nieingerencja” oznacza także brak realnej ochrony. Gdy amerykańska operacja doszła do skutku, Pekin nie zrobił nic – poza werbalnym protestem. Dla elit w państwach autorytarnych to sygnał bardzo czytelny: Chiny mogą finansować, handlować i kredytować, ale nie są gwarantem przetrwania władzy, gdy sytuacja staje się egzystencjalna.

Idźmy dalej – Wenezuela była jednym z kluczowych punktów chińskiej obecności surowcowej i kredytowej w regionie, klasycznym przykładem modelu „surowce za finansowanie”. Amerykańska akcja pokazuje, że te inwestycje są politycznie kruche, jeśli nie stoją za nimi realne zdolności odstraszania. To nie jest tylko problem Caracas. To ostrzeżenie dla całej chińskiej obecności w Ameryce Łacińskiej i Afryce: bez parasola bezpieczeństwa Pekin może bardzo szybko stracić wpływy, które budował latami, miliardami dolarów i cierpliwą dyplomacją.

I teraz crème de la crème wątku chińskiego – sygnalizowałem to już wcześniej, ale rzecz warta jest podkreślenia. Otóż Amerykanie uderzyli w mit strategicznej symetrii Chin i USA. Chiny lubią być postrzegane jako mocarstwo zdolne do równoważenia amerykańskiej siły na globalnej szachownicy. Tymczasem operacja w Wenezueli pokazuje brutalnie, że USA nadal mają zdolność projekcji siły i operacyjnej inicjatywy, także w regionach, które Pekin uważał za coraz bardziej „postamerykańskie”. To nie była wojna czy długotrwała kampania, a precyzyjna akcja polityczno-operacyjna. Dokładnie taki typ działania, na który Chiny – mimo postępów technologicznych – wciąż nie mają odpowiedzi poza retoryką.

—–

Zostawmy Chiny i wróćmy do wcześniejszej wyliczanki. Amerykańska operacja dała światu kolejną fatalną reklamę rosyjskich systemów obrony powietrznej. Po Ukrainie i po Bliskim Wschodzie to następny przypadek, w którym sprzęt reklamowany jako „bariera nie do sforsowania” okazał się systemem, który można obejść, oślepić lub obezwładnić, jeśli po drugiej stronie stoi przeciwnik dysponujący przewagą technologiczną, rozpoznawczą i operacyjną. Dla potencjalnych klientów rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego to sygnał bardzo czytelny, a dla Moskwy – problem strukturalny. Bo jeśli OPL nie działa w sytuacji realnej konfrontacji, to cała narracja odstraszania zaczyna się kruszyć.

Najważniejsze jest jednak coś innego – mechanizm samej operacji. „Wyjęcie” dyktatora, przeprowadzone szybko, precyzyjnie i z wykorzystaniem ludzi z jego najbliższego otoczenia, to zła wiadomość dla wszystkich bandyckich reżimów. Pokazuje bowiem nie tylko, że USA są w stanie fizycznie sięgnąć po przywódcę, ale – co znacznie groźniejsze – że potrafią wcześniej dogadać się z jego współpracownikami. To uderzenie nie w zewnętrzne mury, lecz w wewnętrzną spoistość reżimu: w zaufanie, lojalność, mechanizmy kontroli i strachu. A to fundamenty, na których opierają się autorytarne systemy władzy.

W tym sensie władimir putin ma dziś realny powód do niepokoju. Nie dlatego, że Amerykanie jutro wylądują w Moskwie i wyciągną go z bunkra pod Kremlem, lecz dlatego, że każda taka operacja (jak ta w Caracas) wzmacnia paranoję, podejrzliwość i wewnętrzną erozję systemu. Im bardziej dyktator boi się własnego otoczenia, tym gorzej funkcjonuje cały aparat władzy. A putin JEST paranoikiem, gotowym założyć, że są w jego otoczeniu ludzie, którzy mogliby się z Waszyngtonem dogadać. Arsenał jądrowy rosji i mięta, jaką Trump czuje do putina, zapewne osłabiają tę paranoję, ale z pewnością jej nie znoszą. Bo „a nuż rudy diabeł dogada się z moimi generałami i oligarchami, i nic mi wtedy po atomowej walizce…”. Skądinąd, nie chciałbym dziś być w skórze rosyjskich negocjatorów, którzy mają dobre relacje z Amerykanami. Owa cecha może być niczym płachta na byka, w zestawieniu z wybuchem paranoi putina…

Już wybuchł jego tłusty sojusznik. Demonstracyjny test broni hipersonicznej przeprowadzony wczoraj przez Kim Dzong Una, można czytać właśnie tym kluczem: jako nerwową próbę pokazania, że „ja też potrafię”, że mój reżim jest nietykalny. To klasyczna reakcja odstraszająca – im głośniejsza, tym częściej maskująca niepewność.

I ta niepewność „grubasów” jest największym plusem amerykańskiej akcji…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia: Kamilowi Zemlakowi, Marcie Muller-Reczek, Kasi Byłów i Krzysztofowi Martynie.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Honor

Dokumenty, które przynieśli moi rozmówcy, pachniały tytoniowym dymem. Kilka lat wcześniej wyprowadziłem się z domu palaczy – świadom korzyści płynących z detoksu, alergicznie reagowałem na tę woń. Stąd moja początkowa niechęć. Szybko jednak zrozumiałem, że z opowieści małżeństwa w średnim wieku oraz z przedstawionych papierów, układa się historia godna pierwszej strony. Co zresztą niebawem się ziściło.

Mój ówczesny szef, po zapoznaniu się z gotowym tekstem, nie miał wątpliwości, jak go zatytułować. „Honor armii” – wystukał na klawiaturze i pobiegł do sekretariatu redakcji zapowiedzieć mocny materiał.

Bo mocny w istocie był. „Nasz syn nie popełnił samobójstwa” – twierdzili państwo, z którymi rozmawiałem. I na dowód przedstawili masę dokumentów. Ich chłopak zginął w wojsku – miał wyskoczyć przez okno koszar. Ale nic w papierach nie potwierdzało tej tezy. Protokół z oględzin miejsca wypadku, protokół sekcji zwłok, zeznania; wszystko to kompletnie nie współgrało z ustaleniami wojskowej prokuratury (dość napisać, że ciało, które dostarczono do sekcji, najprawdopodobniej należało do kogo innego…).

Zgłosiłem te wątpliwości podczas rozmowy z prokuratorem. Jego argumentacja brzmiała nieprzekonująco, a na koniec usłyszałem coś znamiennego: sprawa została zakwalifikowana jako samobójstwo, nie zaś zabójstwo z handlem narkotykami na terenie jednostki w tle. To rodzicom zabitego żołnierza nie pasuje, dlatego szukają dziury w całym. A przecież tak nie można, gdyż takie zachowanie godzi w honor armii…

Ów dramat sprzed ćwierć wieku – mimo nagłośnienia, także w ogólnopolskich mediach, nierozstrzygnięty na korzyść rodziców, którym odmówiono ekshumacji i ponownego śledztwa – przypomniał mi się podczas oglądania filmu Romana Polańskiego pt.: „Oficer i szpieg” (tytuł oryginału: „Oskarżam”). Widziałem go kilka temu w kinie, obejrzałem ponownie podczas ostatniej świąteczno-noworocznej przerwy. I wciąż we mnie pracują – i film, i tamta sprawa; stąd mój dzisiejszy wpis.

Afera Dreyfusa, której poświęcona została produkcja, nie schodziła z czołówek francuskich gazet na przełomie XIX i XX wieku. Alfred Dreyfus, oskarżony o szpiegostwo na rzecz Niemiec, został zdegradowany i uwięziony. Dla sądu – i dużej części wojskowego establishmentu – istotne znaczenie miał fakt, że kapitan artylerii był Żydem. Z zasady więc musiał być winny. Rzecz w tym, że dowody przeciwko niemu były marne i, co gorsza, częściowo spreparowane. I preparowano je dalej, gdy na trop oszustwa wpadł pułkownik Georges Picquart, szef jednej z sekcji francuskiego wywiadu.

W filmie pieczołowicie odtworzono śledztwo prowadzone przez Picquarta. Człowieka, który nie krył niechęci wobec Żydów, a mimo to nie był w stanie zaakceptować bezpodstawnego skazania Dreyfusa. Zaryzykował więc własną karierę, by doprowadzić do oczyszczenia kapitana z zarzutów. Sam stając się ofiarą oszczerstw ze strony przełożonych (i podwładnych). „Tu chodzi o coś więcej niż o jednego oficera. Nie możemy przyznać, że wojskowy sąd się pomylił, bo tym sposobem armia straci zaufanie ludu” – taka argumentacja generałów nie przekonała śledczego. Drążył dalej, aż w końcu sam znalazł się w więzieniu. Antysemickie nastroje panujące w społeczeństwie okazały się tu pomocne – pułkownik, na równi z Dreyfusem, został przez część Francuzów uznany za zdrajcę. Gdy już trafił za kraty, uznano, że dobre imię armii zostało zachowane.

Gdy sensacyjne ustalenia Picquarta przeciekły do prasy, wywołały nad Sekwaną powszechny szok. Efektem społecznej presji były kolejne procesy, w których ostatecznie całkowicie uniewinniono Dreyfusa. Ten, już jako podpułkownik, wziął udział m.in. w bitwie pod Verdun. Zmarł jako Oficer Orderu Legii Honorowej w 1935 roku. Georges Picquart, po zwolnieniu z więzienia, również wrócił do armii. Dosłużył się stopnia generała dywizji, pełnił nawet funkcję ministra wojny. Zmarł jeszcze przed wybuchem I wojny, na skutek nieszczęśliwego wypadku.

Ale o tym już film nie opowiada. Kończy go scena spotkania Dreyfusa i Picquarda, w ministerialnym gabinecie tego drugiego. W tej rozmowie dwóch niemłodych już żołnierzy zawiera się najważniejsze przesłanie produkcji – żadna instytucja nie jest świętą krową. Lojalność, dbałość o jej wizerunek, to cnota. Lecz wartością nadrzędną jest dobro pojedynczej ludzkiej jednostki. Bo to na tym poziomie buduje się kondycję państwa. Wspomniani przeze mnie rodzice żołnierza na zawsze pozostali wrogo nastawieni wobec armii i wymiaru sprawiedliwości. A państwo kojarzyło im się z przemocą, jakiej doznali. Z zalutowaną trumną, której nie mogli otworzyć, by zmierzyć się ze swoimi wątpliwościami.

—–

Dziś wpis z cyklu „filmowe polecajki”, ale jutro wracam do tematyki okołoukraińskiej. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. kadr z filmu „Oficer i szpieg”/fot. materiały prasowe

Impas

Wojny nie muszą rozstrzygać się na froncie. Dość wspomnieć Niemcy z końca 1918 roku – kajzerowskie wojsko wciąż pozostawało zdolne do walki. Jednak niemiecka gospodarka była na skraju załamania, a społeczne zaplecze wojny uległo erozji. W odniesieniu do Ukrainy mechanizm ten działa inaczej, ale logika pozostaje podobna: armia pozostaje niepobita, natomiast narastające obciążenia po stronie państwa i społeczeństwa coraz silniej wpływają na przestrzeń możliwych decyzji politycznych. Dlatego 2026 rok może przynieść istotne rezultaty, nawet jeśli nie będą one miały formy spektakularnych zwycięstw lub porażek na froncie.

Po czterech latach konfliktu na pełną skalę front pozostaje krwawy, lecz w dużej mierze stabilny. Każdy kolejny miesiąc walk nie zmienia zasadniczo układu sił, za to pogłębia koszty – ludzkie, społeczne i polityczne. To właśnie one zaczynają odgrywać rolę decydującą.

—–

Dla Ukrainy w 2026 roku wojna nie będzie już tylko starciem zewnętrznym. Wyraźniej stanie się ona wyzwaniem wewnętrznym – testem zdolności państwa do funkcjonowania w warunkach permanentnego kryzysu. Społeczeństwo, które w pierwszych latach wojny wykazało się imponującą mobilizacją i odpornością, weszło w fazę długotrwałego wysiłku, w której heroizm ustępuje miejsca zmęczeniu, a jednorazowe poświęcenie – codziennej kalkulacji kosztów.

Ukraińska codzienność w 2026 roku pozostanie „oswojoną wojną”. Alarmy lotnicze, przerwy w dostawach energii, informacje o kolejnych stratach – wszystko to stało się elementem życia, a nie nadzwyczajnym wydarzeniem. Taka normalizacja przemocy ma jednak swoją cenę. O ile w pierwszych latach konfliktu cementował on wspólnotę, o tyle przedłużanie się wojny zaczyna coraz trwalej różnicować doświadczenie społeczne. Inaczej postrzegają ją ci, którzy walczą na froncie lub mają tam bliskich, inaczej mieszkańcy regionów oddalonych od linii walk, jeszcze inaczej osoby, które wyjechały za granicę. Tych percepcji nie da się już pospinać w jedną, a fundamentalne różnice w doświadczeniach mogą być, i są, powodem narastających napięć. Z perspektywy Kijowa łatwiej jest trwać w oporze niż z pozycji mieszkańców umęczonego Kramatorska. Ochocze „tak!” dla dalszej walki wyrażane przez żyjących za granicą uchodźców – nawet jeśli wspierają oni ukraińską gospodarkę dewizami – nie ma już żadnego znaczenia.

Jednym z kluczowych problemów strukturalnych pozostaje demografia. Straty wojenne, masowa emigracja oraz dramatyczny spadek dzietności tworzą długofalowe ograniczenia, które będą odczuwalne niezależnie od przebiegu działań militarnych. W 2026 roku coraz wyraźniej widać będzie, że zasób ludzki – zarówno dla armii, jak i dla gospodarki – nie jest niewyczerpalny. Pytanie o to, kto ma wrócić z zagranicy i na jakich warunkach, stanie się jednym z centralnych tematów debaty publicznej.

Mobilizacja, która w pierwszych fazach wojny była postrzegana jako oczywisty obowiązek, już od niemal trzech lat pozostaje źródłem napięć. Każda kolejna fala poboru oznacza nie tylko wyzwanie logistyczne, ale również polityczne i społeczne. Rosnąca liczba wyjątków, kontrowersje wokół decyzji komisji wojskowych oraz próby unikania służby podważają poczucie równości obciążeń. Państwo staje przed trudnym zadaniem: jak utrzymać zdolności obronne, nie tracąc jednocześnie społecznej legitymacji dla dalszej wojny.

W tle tych procesów pozostaje gospodarka, wciąż w znacznym stopniu uzależniona od pomocy zewnętrznej. Bez wsparcia finansowego Zachodu Ukraina nie byłaby w stanie utrzymać armii i realizować podstawowych funkcji administracyjnych. Jednocześnie długotrwały stan wojny ogranicza możliwość realnej odbudowy i inwestycji, co utrudnia władzom oferowanie społeczeństwu pozytywnej wizji przyszłości.

—–

Jednym z najbardziej wrażliwych wyzwań, przed jakimi stanie Ukraina w 2026 roku, będzie kwestia relacji między władzą cywilną a wojskiem. W warunkach wojny to armia cieszy się najwyższym poziomem zaufania społecznego, a dowódcy wojskowi należą do najbardziej rozpoznawalnych i wpływowych postaci życia publicznego. Ten autorytet jest jednocześnie siłą i potencjalnym źródłem napięć.

W miarę jak wojna się przedłuża, decyzje strategiczne coraz rzadziej dotyczą wyłącznie działań militarnych. Coraz częściej obejmują one kwestie polityczne: zakres mobilizacji, priorytety budżetowe, relacje z sojusznikami czy gotowość do ewentualnych rozmów. W takich warunkach naturalne różnice perspektyw między dowództwem wojskowym a władzami cywilnymi stają się bardziej widoczne. Wojsko patrzy na konflikt przez pryzmat zdolności bojowych i bezpieczeństwa żołnierzy, politycy – przez pryzmat konsekwencji społecznych, gospodarczych i międzynarodowych. W 2026 roku utrzymanie jasnych linii odpowiedzialności między tymi dwoma sferami będzie jednym z kluczowych warunków stabilności państwa.

Do tego dochodzi problem legitymacji władzy w warunkach przedłużającego się stanu wojennego. Zawieszenie normalnego cyklu wyborczego było w pierwszych latach wojny decyzją oczywistą i powszechnie akceptowaną. Jednak im dłużej trwa konflikt, tym częściej pojawiają się pytania o granice takiego rozwiązania. Nawet jeśli przeprowadzenie wyborów w warunkach wojennych pozostaje skrajnie trudne, presja na większą transparentność i rozliczalność decyzji władzy będzie narastać – zarówno ze strony społeczeństwa, jak i partnerów zagranicznych.

Temat ten jest szczególnie wrażliwy w kontekście relacji z Zachodem. Pomoc finansowa i wojskowa coraz częściej wiązana jest z oczekiwaniami dotyczącymi standardów rządzenia, walki z korupcją i funkcjonowania instytucji państwa. W 2026 roku tolerancja sojuszników dla „wojennych wyjątków” może być mniejsza niż wcześniej. Każda ujawniona afera korupcyjna, każda niejasna decyzja personalna czy budżetowa będzie nie tylko problemem wewnętrznym, lecz także argumentem w międzynarodowej debacie o dalszym wsparciu dla Ukrainy.

Kijów stanie więc przed dylematem charakterystycznym dla państw prowadzących wojnę długotrwałą: jak pogodzić konieczność centralizacji i szybkiego podejmowania decyzji z potrzebą zachowania demokratycznej legitymacji. Od sposobu, w jaki władze poradzą sobie z tym napięciem, zależeć będzie nie tylko stabilność wewnętrzna państwa, ale także jego wiarygodność jako partnera politycznego w Europie.

—–

Linia styczności wojsk, choć wciąż aktywna i krwawa, coraz mniej przypomina przestrzeń, w której można osiągnąć rozstrzygnięcie o znaczeniu strategicznym. Obie strony konfliktu nauczyły się funkcjonować w realiach „przezroczystości” pola walki. Rozpoznanie prowadzone w sposób ciągły sprawia, że utrzymanie tajemnicy przygotowań ofensywnych staje się wyjątkowo trudne. Każde większe zgrupowanie wojsk, zaplecze logistyczne czy punkt dowodzenia jest potencjalnym celem. W takich warunkach klasyczne działania manewrowe tracą sens – i straciły – a inicjatywa operacyjna ulega fragmentacji. Zamiast jednego, silnego uderzenia pojawia się wiele mniejszych działań, które mają na celu stopniowe wyczerpywanie przeciwnika.

Coraz większą rolę odgrywa wojna prowadzona poza bezpośrednią linią walk. Ukraina będzie kontynuowała uderzenia na zaplecze logistyczne i infrastrukturę wojskową przeciwnika, starając się podnosić koszt prowadzenia wojny po rosyjskiej stronie. rosja natomiast nie zrezygnuje z ataków na ukraińską infrastrukturę krytyczną, licząc na stopniowe osłabienie zdolności państwa do funkcjonowania. W obu przypadkach nie chodzi o jednorazowe paraliżujące ciosy, lecz o długotrwałą presję, zmuszającą przeciwnika do stałego odtwarzania utraconych zdolności.

Taka logika konfliktu sprawia, że wojna w 2026 roku coraz bardziej oddala się od tradycyjnego rozumienia zwycięstwa. Postępy mierzone są nie zdobytymi kilometrami, a zdolnością do utrzymania pozycji, ciągłości dostaw i odporności struktur dowodzenia. Dla Ukrainy oznacza to konieczność prowadzenia wojny ostrożnej i selektywnej, w ramach której unika się ryzykownych operacji o niepewnym efekcie politycznym. Dla rosji – akceptację długotrwałego konfliktu bez perspektywy szybkiego rozstrzygnięcia.

Front w 2026 roku pozostanie więc kluczowym elementem wojny, ale nie jej punktem ciężkości. Będzie raczej trwałym przypomnieniem, że żadna ze stron nie jest w stanie narzucić przeciwnikowi swojej woli siłą militarną. To właśnie ten impas – kosztowny, krwawy, lecz stabilny – stworzy przestrzeń dla decyzji politycznych, które w kolejnych miesiącach mogą okazać się ważniejsze niż ruchy wojsk na mapie.

—–

Wbrew nadziejom części obserwatorów, rok 2026 nie przyniesie załamania rosyjskiego systemu politycznego ani nagłego wyczerpania zdolności państwa do prowadzenia wojny. rosja weszła w fazę konfliktu, w której wojna została w dużej mierze wchłonięta przez codzienne funkcjonowanie państwa. Stała się nową normą, a nie nadzwyczajnym stanem wymagającym mobilizacji całego społeczeństwa.

rosyjskie władze zdołały narzucić „swoim” model akceptacji kosztów wojny bez potrzeby jej pełnej internalizacji. Konflikt toczy się „gdzieś daleko”, a jego bezpośrednie konsekwencje są nierównomiernie rozłożone. Duże miasta, kluczowe dla stabilności politycznej reżimu, wciąż funkcjonują w relatywnie normalnych warunkach. Straty osobowe koncentrują się głównie w regionach peryferyjnych – zamieszkałych przez pogardzane mniejszości etniczne – co ogranicza potencjał masowych protestów. W 2026 roku ten mechanizm nadal będzie działał, o ile Kremlowi uda się uniknąć kolejnej fali mobilizacji o charakterze powszechnym.

Gospodarka rosji również została dostosowana do realiów długotrwałego konfliktu. Sankcje, które miały doprowadzić do jej szybkiego osłabienia, stały się elementem nowego krajobrazu gospodarczego. Państwo nauczyło się funkcjonować w warunkach ograniczonego dostępu do technologii i rynków zachodnich, kompensując te braki przez zwiększoną rolę sektora publicznego, przestawienie przemysłu na produkcję wojenną oraz intensyfikację współpracy z partnerami spoza świata euroatlantyckiego. Ten model nie sprzyja rozwojowi – ba, jest tragicznie regresywny, a długofalowo przesądzi o dalszej degradacji rosji – ale „na dziś” jest wystarczający i pozwala podtrzymać zdolność do prowadzenia wojny.

Strategia Kremla w 2026 roku będzie opierać się na prostym założeniu: czas działa na korzyść strony, która potrafi dłużej utrzymać konflikt poniżej progu destabilizacji wewnętrznej. rosja nie musi wygrać wojny w klasycznym sensie – wystarczy, że jej nie przegra. Każdy miesiąc impasu osłabia Ukrainę i zwiększa presję na jej sojuszników, zmuszając ich do coraz trudniejszych decyzji politycznych i finansowych.

Jednocześnie Kreml będzie unikał działań, które mogłyby doprowadzić do niekontrolowanej eskalacji. Bezpośrednia konfrontacja z NATO pozostaje poza kalkulacją, podobnie jak próby spektakularnych operacji militarnych o wysokim ryzyku porażki. Wojna w 2026 roku z rosyjskiej perspektywy ma pozostać konfliktem „zarządzalnym” – wystarczająco intensywnym, by wywierać presję, ale na tyle ograniczonym, by nie zagrozić stabilności systemu.

Co z Zachodem? Jak zachowa się wspólnota wobec wyzwań generowanych przez rosjan? O tym przeczytacie w pełnej wersji materiału – zapraszam do lektury! Cały tekst, który napisałem dla TVP Info, znajdziecie pod tym linkiem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Piotrowi Żakowi, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Janowi Mozełewskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatnich dwóch tygodni: Kasi Byłów, Grzegorzowi Zgnilcowi, Robertowi Sewerynowi, Marii Warnke i Pawłowi F. Górze.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Wystrzał z przenośnej wyrzutni przeciwpancernej/fot. SzG ZSU

Wizyty

Wojna od zawsze przyciągała ludzi władzy, symbolu i rozpoznawalności. Jedni przyjeżdżali, by dowodzić, inni, by podtrzymywać morale, jeszcze inni – by zaświadczyć, że świat nie odwrócił wzroku. Zmieniały się formy konfliktów i środki przekazu, lecz sama logika obecności pozostała zaskakująco trwała: wizyty w strefach konfliktów – zarówno polityków, jak i celebrytów – to elementy szerszej gry narracyjnej, prowadzonej równolegle do operacji zbrojnych. Niekiedy są równie istotne, co twarde, kinetyczne działania.

Był początek marca 2012 roku, pracowałem wówczas w Afganistanie. Kilka dni wcześniej trafiłem do bazy Warrior na południu tzw. polskiej prowincji. „Rakietowe miasteczko” leżało jakieś 60 km od głównego obozowiska naszych żołnierzy, znajdującego się w mieście Ghazni. Banalny dystans, w czasach pokoju do pokonania w godzinę, w realiach wojny już zdecydowanie nie. Highway 1 – główna droga Afganistanu, wiodąca od Kandaharu do Kabulu – naszpikowana była „ajdikami” (minami-pułapkami). A inaczej jechać się nie dało.

W Warriorze wieści rozchodziły się szybko. „Pojutrze do Ghazni przyleci prezydent Komorowski”, zdradził mi jeden z oficerów. Nadałem cynk redakcji, w odpowiedzi dostając pytanie: „Dasz radę się tam dostać i obsłużyć wizytę?”. „Spróbuję”, odparłem. Jazda „ajdisztrase” zajęła mi kilkadziesiąt godzin. Zdążyłem, ale co się przy tym najadłem strachu, to moje.

Bronisław Komorowski przyleciał do „Gazowni” – jak nazywano naszą główną bazę – z lotniska w Bagram koło Kabulu (gdzie dotarł samolotem) na pokładzie potężnego amerykańskiego Chinooka i w asyście kilku należących do US Army Apaczy. Dlaczego akurat tak, skoro polski kontyngent miał własne śmigłowce transportowe Mi-17 i szturmowe Mi-24? Chinook był większy, a delegacja spora, Apacze zaś doszły „w pakiecie” – tak mi to wtedy tłumaczono. Zapewne nie bez znaczenia był również fakt, że amerykańskie maszyny gwarantowały wyższy poziom bezpieczeństwa, przede wszystkim ich pasywne i aktywne systemy obronne. Co by bowiem nie mówić, prezydent RP wlatywał w paszę lwa. Afgańskim rebeliantom z rzadka się takie akcje udawały, jednak od czasu do czasu potrafili „zdjąć z nieba” koalicyjny helikopter. Tym razem nic takiego się nie wydarzyło…

—–

Przenieśmy się w czasie o kilkanaście lat do przodu. 20 lutego 2023 roku świat przecierał oczy ze zdumienia, po tym, jak prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden objawił się w Kijowie. Było to wydarzenie bez precedensu w najnowszej historii dyplomacji. Biden przybył do stolicy państwa prowadzącego pełnoskalową wojnę obronną z rosją, bez obecności amerykańskich wojsk bojowych na miejscu, bez kontroli przestrzeni powietrznej, w warunkach realnego zagrożenia atakiem rakietowym. W przeciwieństwie do wizyt jego poprzedników w Iraku czy Afganistanie, nie był to przyjazd do strefy kontrolowanej przez USA, lecz wejście w obszar wojny, nad którą Waszyngton nie miał bezpośredniej kontroli.

rosja została poinformowana o wizycie kilka godzin wcześniej, w ramach kanałów deeskalacyjnych. Nikt Moskwy o zgodę nie pytał – szło o to, by zminimalizować ryzyko przypadkowego incydentu między mocarstwami nuklearnymi.

Choć zabezpieczenie prezydenta nie polegało na widocznej obecności wojska, Amerykanie zagonili do roboty masę ludzi i sprzętu. Satelity, samoloty rozpoznawcze (które operowały wzdłuż polsko-ukraińskiej granicy), najlepsze oddziały specjalne. Te ostatnie, wraz z maszynami typu V-22 Osprey, rozlokowano na jednym z lotnisk w Polsce, utrzymując w stanie najwyższej gotowości. Samą ich obecność – niewidoczną dla opinii publicznej i nigdy oficjalnie niepotwierdzoną – można uznać za symbol tego, jak niestandardowa była to operacja. A Joe Biden zaskoczył wówczas nie tylko polityczną zuchwałością, ale i osobistą odwagą.

Błyszczy nią, niezwykle często, prezydent Wołodymyr Zełenski, co kilkanaście dni temu przybrało spektakularną postać. Prezydent Ukrainy znów odwiedził żołnierzy w strefie walk, tym razem w Kupiańsku. Niespełna dwa kilometry od rosyjskich pozycji nagrał wystąpienie, w którym odniósł się do kłamliwych kremlowskich zapewnień o zdobyciu miasta. Zagrał na nosie całemu rosyjskiemu aparatowi propagandowemu – budującemu wokół Kupiańska narrację o kolejnej wielkiej, zwycięskiej bitwie – ale i swojemu głównemu adwersarzowi. Putin, jak wiemy, niespecjalnie grzeszy odwagą – po wybuchu pełnoskalowej wojny długo nie wychodził z bunkra, a jak już zdecydował się pojechać na front, to zwizytował go zdalnie, z bezpiecznej odległości 40 kilometrów.

Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że tego typu „wygłupy” nie przystojną politykowi, głowie państwa na wojnie. Czyżby? Zełenski w Kupiańsku – spokojnie nagrywający swój „spicz” – to nie tylko komunikat skierowany do Putina i oszukujących szefa rosyjskich generałów. To także przesłanie do Donalda Trumpa, w stylu: „może i nie mam najmocniejszych kart, lecz gotowy jestem zaryzykować własne życie”. Tak również (obok szeregu innych działań!), po trosze chłopięcym zuchwalstwem, buduje się morale współobywateli. Kto nie wierzy, niech zerknie w ukraińską przestrzeń informacyjną i doniesienia z połowy grudnia. Prezydencki gest był tam odbierany jako symbol niezłomności i nieustępliwości całej Ukrainy. Jednoczył i dawał powody do dumy. A na takiej bazie pojawia się skłonność do kolejnych wyrzeczeń. I w tym właśnie zawiera się podstawowa funkcja takich wizyt – są konsolidujące.

Podróż Joe Bidena była gestem solidarności z walczącym krajem, wyrażonym w imieniu całej zachodniej wspólnoty. W ten sam wzorzec (choć oczywiście skala oddziaływania była tu inna), wpisuje się wizyta Bronisława Komorowskiego u polskich wojskowych w Ghazni – miała ona podtrzymać morale, potwierdzić sens misji, pokazać więzi między państwem a armią. Adresatem byli przede wszystkim żołnierze, ale i wyborcy w kraju, a warunki podwyższonego ryzyka podbijały wagę tej deklaracji.

—–

Współczesny sznyt takich wizyt ukształtował się w XX wieku, wraz z nastaniem wojen masowych i rozwojem mediów. Przywódcy państw odwiedzający własnych żołnierzy na froncie mieli ucieleśniać ciągłość władzy i sens poświęcenia. W czasie II wojny światowej Winston Churchill pojawiał się w bombardowanym Londynie, świadomie ryzykując, by pokazać, że rząd dzieli los obywateli. Ten gest, powielany później w różnych konfiguracjach, stał się archetypem politycznej odwagi – choć z czasem coraz częściej był też starannie reżyserowanym elementem przekazu.

W epoce wojen ekspedycyjnych, takich jak Wietnam, Irak czy Afganistan, wizyty przywódców w strefach działań bojowych nabrały bardziej zinstytucjonalizowanego charakteru. Prezydenci USA, premierzy i ministrowie obrony przylatywali do baz wojskowych, lądowali nocą, w tajemnicy, by po kilku godzinach odlecieć z powrotem. Ryzyko istniało, lecz było ono zarządzane – państwo wysyłające kontrolowało przestrzeń powietrzną, dysponowało własnymi wojskami, systemami obrony i zapleczem logistycznym. Były to wizyty „u swoich”, odbywane w ramach znanej, przewidywalnej architektury bezpieczeństwa. Ich głównym adresatem była opinia publiczna w kraju: stanowiły sygnał, że władza panuje nad sytuacją, że żołnierze nie zostali zapomniani, że wojna – jakkolwiek kosztowna – ma sens.

Równolegle do polityków na wojnach zaczęli pojawiać się artyści i celebryci. Podczas wojny w Wietnamie amerykańscy muzycy i aktorzy przyjeżdżali zarówno po to, by występować dla żołnierzy, jak i po to, by dokumentować grozę konfliktu. Koncerty organizowane dla armii miały podnosić morale, tworzyć iluzję normalności w nienormalnych warunkach. Jednocześnie kultura masowa stała się nośnikiem sprzeciwu wobec wojny – obrazy, piosenki i relacje artystów miały często większy wpływ na nastroje społeczne niż oficjalne komunikaty rządu. Już wtedy ujawniła się różnica między obecnością władzy a obecnością symbolu: polityk reprezentował decyzję, artysta – emocję.

Po zakończeniu zimnej wojny i wraz z rozwojem globalnych mediów wizyty celebrytów w strefach konfliktów zaczęły pełnić coraz wyraźniej funkcję humanitarną i komunikacyjną. O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Przylot prezydenta Bronisława Komorowskiego do Ghazni, marzec 2012 roku/fot. własne