Inicjatywa

Dzieje się (więc choć niedziela, postanowiłem co nieco napisać). Nadal mamy do czynienia z ukraińską blokadą informacyjną, ale ktoś w Kijowie podjął decyzję, że można trochę więcej. Pewnie w reakcji na nadpodaż rosyjskich materiałów, które budują fałszywe przekonanie o sytuacji na froncie, ale i dlatego, że są już pierwsze konkrety.

No więc na Zaporożu Ukraińcy z powodzeniem gniotą ruskich. Sukcesy – patrząc z perspektywy zysków terytorialnych – mają ledwie taktyczny wymiar, ale skutki ukraińskiej presji są znacznie dalej idące. ZSU udało się obezwładnić istotną część rosyjskiej artylerii – przy pomocy własnych dział i systemów rakietowych. Na Zaporożu mamy zatem do czynienia z sytuacją wcześniej w tej wojnie niespotykaną – ukraińską dominacją artyleryjską. Z wiarygodnych źródeł wiadomo, że rosjanie wprowadzają do walki kolejne oddziały – w miejsce tych wytraconych/zdziesiątkowanych. Nie sądzę, by naruszyli już 80-90 proc. odwodów zgromadzonych na południowym odcinku frontu (a taka informacja pojawiła się wczoraj), tym niemniej powoli dobijają do maksymalnych możliwości, co jest o tyle istotne, że Ukraińcy wciąż nie rzucili do walki własnych rezerw (prowadzą operację na zaporoskim odcinku frontu siłami 3-4 brygad, przy co najmniej 12 przygotowywanych do działań zaczepnych).

Przyznam, zaskoczyło mnie, że w szpicy zaporoskiego natarcia ruszyły do boju jednostki ZSU przyzwoicie wyposażone, ale po ledwie trzymiesięcznym szkoleniu na Zachodzie. Co przełożyło się na relatywnie duże straty – ludzi i sprzętu. Z solidnego źródła wiem, że w Zaporożu poszkodowani żołnierze trafiają także do szpitali, których jeszcze kilka dni temu nie planowano wykorzystywać do zabezpieczenia działań na froncie. Mówi to coś o liczbie rannych, ale i pozwala wywieść pozytywny wniosek. Potwierdza się bowiem reguła, że zachodni sprzęt – nawet w sytuacji porażenia – daje załogom większe szanse na przeżycie. Ranni to nie zabici, a część z nich wróci do służby – trudno ten fakt przecenić. Trzeba też pamiętać, że przez jakiś czas wojska ukraińskie na Zaporożu działały przy niedostatecznym zabezpieczeniu przeciwlotniczym. Kilka dni temu rosjanom udało się uszkodzić radar pochodzącego z Niemiec systemu Iris-T – wyrzutnie (a przynajmniej część) były więc przez jakiś czas ślepe. Wykorzystały to rosyjskie śmigłowce do ataku na jedną z ukraińskich kolumn, co moskiewska propaganda przedstawia teraz jako wielki sukces. Na szczęście parasol udało się Ukraińcom uszczelnić.

Tak czy inaczej, na kierunku zaporoskim nie rzucono do boju elity ukraińskiej armii. Brygady dobrze wyposażone i z doświadczeniem bojowym nadal stoją „z bronią u nogi”. To zapewne one mają wejść w ewentualny wyłom, albo…

No właśnie, co? By odpowiedzieć na to pytanie, musimy spojrzeć nieco szerzej. Ukraińska precyzyjna artyleria rakietowa (przy wsparciu lotnictwa wyposażonego w pociski Storm Shadow), atakuje rosyjskie zaplecze wzdłuż całej linii frontu – puszczając z dymem kolejne składy, zakłady naprawcze, miejsca koncentracji wojsk i dowództwa. Operacje lądowe realizowane są także w Donbasie – Ukraińcy atakują w rejonie Bachmutu, uaktywnili się w Kreminnej. I znów – nie są to uderzenia z wykorzystaniem większych sił, ale nawet jeśli nie bezpośrednio, to jednak angażują one istotne rosyjskie rezerwy. W Donbasie stacjonuje połowa sił inwazyjnych, z których część przydałaby się teraz na południu, ale strach je tam pchnąć, bo a nuż Ukraińcy nasilą działania w Doniecczyźnie i Ługańszczyźnie.

Na froncie zatem inicjatywa operacyjna przeszła w ręce Ukraińców. To gen. Walery Załużny dyktuje teraz warunki, a jego elitarne odwody są niczym młot wiszący nad rosyjską głową. Wiadomo, że uderzy, ale nadal nie wiadomo gdzie. Tak, tak – ja wciąż dopuszczam, że to, co dzieje się na zaporoskim froncie, nie musi być zasadniczym ukraińskim uderzeniem. Że to tylko „pomocnicza presja”. Czas pokaże (zapewne wkrótce), czy miałem rację.

I na koniec jeszcze jedna uwaga – od dłuższego czasu właściwie nie ma dnia, kiedy nie docierałyby do nas doniesienia z Biełgorodu, z samego miasta bądź obwodu. A to o walkach toczonych z armią putina przez rosyjskich ochotników, a to o ukraińskich atakach na infrastrukturę. Co oznacza, że ta część federacji rosyjskiej stała się strefą aktywnych działań bojowych, z towarzyszącym jej exodusem ludności cywilnej. I jakkolwiek mówimy o obszarze mikroskopijnym w skali całej rosji, znaczenie symboliczne tych wydarzeń jest nie do przecenienia. Bo czy ktoś o zdrowych zmysłach wierzy jeszcze w mit „drugiej armii świata”?

A Ukraińcy – wiele na to wskazuje – dopiero się rozkręcają…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Prezydent Wołodymyr Zełenski na odprawie z generałami ZSU/fot. Kancelaria Prezydenta Ukrainy

Ruszyli?

Ukraińcy dokonali czegoś, co ostatni raz z sukcesem udało się przeprowadzić 32 lata temu, podczas „Pustynnej Burzy” – wyizolowali informacyjnie pole bitwy. Wtedy jednak, w czasach przedinternetowych, było dużo prościej – wystarczyło odebrać żołnierzom dostęp do budek telefonicznych (wojskowych lub sprowadzonych w miejsca koncentracji przez firmy telekomunikacyjne na zlecenie armii) oraz kontrolować pracę akredytowanych dziennikarzy. W efekcie, w świat płynęły komunikaty wprost od wojskowych prasowców bądź przez nich autoryzowane. Zasadniczo przekaz nie był fałszywy, ale post factum okazało się, że część doniesień została podkoloryzowana. Najlepszym przykładem były hurraoptymistyczne raporty na temat skuteczności Patriotów, które bez większych problemów miały zestrzeliwać irackie Scudy. Faktycznie aż tak różowo to nie wyglądało – Patrioty były wówczas w okresie niemowlęcym, dalekie od doskonałości, z jaką mamy do czynienia obecnie.

Tym niemniej coś o tej wojnie na bieżąco wiedzieliśmy i były to wieści od „naszych”.

W przypadku Ukrainy i tego, co dzieje się obecnie przede wszystkim na zaporoskim odcinku frontu, mamy do czynienia z niezwykle szczelną blokadą. Służby prasowe ZSU w zasadzie milczą, politycy rzucają jedynie mało konkretne hasła, dziennikarzy w „czerwonej strefie” nie ma, a żołnierze – jak trafnie ujął to mój znajomy – jakby połknęli telefony. Jakkolwiek to irytujące – z perspektywy kogoś, kto próbuje zrozumieć i opisać sytuację „na teatrze” – trudno mi zarazem nie wyrazić podziwu dla tak imponującej samodyscypliny.

Zawsze jednak jest jakieś „ale”. Milczenie jednej strony nie musi oznaczać, że druga zrobi to samo. I w tym przypadku rosjanie nie milczą, od kilku dni zasypując media lawiną dramatycznych doniesień. A mówimy o aparacie propagandowym nawykłym nie tylko do przeinaczeń i reinterpretacji, ale też do ordynarnych kłamstw. Skutek jest taki, że pustą przestrzeń – wielką, bo wielkie są oczekiwania na informacje – wypełnia neosowieckie szambo. Czemu sprzyja niedojrzałość niektórych rodzimych komentatorów, którzy boją się (wstydzą?) przyznać, że bazują wyłącznie na orczych źródłach – i niezależnie od intencji, puszczają w świat rosyjskie konfabulacje. Miast pomilczeć czy przyznać się do niewiedzy…

Ale mniejsza o tony moralizatorskie – do sedna. Poza rosyjskim chłamem w obiegu są jeszcze sensacyjne doniesienia Turków, wałęsających się w pobliżu (!) czerwonej strefy. Zastanawiam się, dlaczego Ukraińcy ich tolerują, są bowiem tureccy „korespondenci” źródłem wielu dezinformacji (a może o to chodzi; pełnią rolę użytecznych idiotów?). Wedle jednej z nich, ZSU w ciągu ostatnich kilku dni straciły na Zaporożu 7 tys. zabitych. Byłby to ekwiwalent niemal dwóch brygad i oczywisty pogrom, zwłaszcza że do zabitych trzeba by dodać co najmniej dwa razy tyle rannych (co w sumie oznaczałoby zniszczenie pięciu brygad). Takiej masie poszkodowanych nie sposób pomóc z wykorzystaniem przyfrontowej medycyny, tymczasem – tego akurat jestem pewien ponad wszelką miarę – ani szpitale w Zaporożu, ani w Dnipro (od dawna przygotowywane do „obsługi” kontrofensywy), nie notują znaczącego wzrostu liczby mundurowych pacjentów.

Sentyment, jakim Turcy darzą rosję i rosjan, to temat na oddzielny tekst; może kiedyś się podejmę, ale teraz wróćmy do wątku dezinformacji. Ta ściśle rosyjska wchodzi na wyżyny, budując u odbiorców przekonanie, że „wielka ukraińska kontrofensywa” właściwie została już utopiona we krwi, a masa zachodniego sprzętu dopala się właśnie na zaporoskich polach. Bo jest gorszy od rosyjskiego, a i Ukraińcy niespecjalnie poradzili sobie z jego użyciem. Mamy więc sukces, „specjalna operacja wojskowa” znów idzie zgodnie z planem, uraaa! Pewnie czytaliście o udanym ataku na zgrupowanie Leopardów, które okazały się ciągnikami rolniczymi, no i widzieliście marnie przerobione grafiki przedstawiające spalonego rzekomo „leosia”, który okazał się ruskim czołgiem z rodziny T. Takie to sukcesy.

Lecz te realne rosjanie też mają – nie ulega wątpliwości, że spalili co najmniej jednego Leoparda i uszkodzili kolejnego. Z kapek wiedzy, która spływa do nas z Zaporoża wynika, że mogli zniszczyć jeszcze kilka innych pojazdów (zachodnich czołgów i bojowych wozów piechoty).

Z pewnością wyeliminowali z walki co najmniej kilkanaście MRAP-ów. To takie dopancerzone ciężarówki bez własnego uzbrojenia, służące podwózce żołnierzy w rejon działań. Konstruowane z założeniem większej mino-odporności, czemu poza pancerzem sprzyja podwozie w kształcie litery V. Wielkie toto, chybotliwe i kompletnie niesprawdzające się w trudnym terenie, już w Afganistanie – gdzie przechodziły chrzest bojowy – przeklinane przez żołnierzy. W Ukrainie „posadzić” w piachu czy błocie MRAP-a to żaden wyczyn, nie dziwi mnie zatem fakt, że wiele pojazdów, po uprzednim porzuceniu, jest potem dobijanych przez rosyjską artylerię. Pod jej ogniem trudno ewakuować uszkodzony wóz – i stąd obrazki dymiących wraków, skrzętnie wykorzystywane przez rosyjskich propagandystów. Kończąc tę dygresję – dla mnie MRAP-y to ślepa ścieżka zachodnich dostaw, kilkaset milionów dolarów, które można by przeznaczyć na jakiś lepszy cel. No ale jest jak jest i ruski mają zaciesz.

A co tak naprawdę dzieje się na zaporoskim odcinku frontu? Na pewno mamy tam do czynienia z nasilonymi ukraińskimi działaniami, prowadzonymi w pasie liczącym co najmniej kilkadziesiąt kilometrów. Szeroki, frontalny atak? Nie. Seria mniejszych, punktowych uderzeń, skoordynowanych i prowadzonych siłami maksymalnie batalionu (kilkuset ludzi) na danym odcinku. Czy to początek kontrofensywy? Najpewniej tak, chociaż byłby to jej bardzo wczesny etap. O co w nim chodzi? Możliwości są dwie – albo mamy do czynienia z próbami „wymacania” słabszych miejsc rosyjskiej obrony, albo to działania, których celem jest odwrócenie uwagi rosjan. W pierwszym scenariuszu w „słabe ogniowo” uderzą znacznie większe ukraińskie siły, a w drugim? Gdy latem zeszłego roku rosyjscy generałowie zafiksowali się na Chersoniu, ukraińscy wyprowadzili zaskakujące natarcie na Charkowszczyźnie; myślę więc o „powtórce z rozrywki”, choć boję się wskazywać możliwe kierunki.

Przy stanie wiedzy (szczątkowej!) na dziś wydaje się, że realizowany jest scenariusz pierwszy, co oznacza, że Ukraińcy podjęli próbę przerwania rosyjskiego korytarza lądowego, łączącego federację z okupowanym Krymem.

Ale, muszę Wam się przyznać, ciągle pozostaję sceptyczny co do zamiarów i możliwości ukraińskiej armii. Nauczono mnie, że wojny wygrywa się dzięki silnemu lotnictwu i potężnej, sprawnej logistyce – taka jest moja wiedza teoretyczna, takie wojenno-reporterskie doświadczenie. I nie bardzo potrafię wyjść poza ten paradygmat. Tymczasem ukraińskie lotnictwo jest słabiutkie, a precyzyjna artyleria rakietowa tylko częściowo niweluje tę słabość. Słabości logistyki – wobec rosyjskich problemów na tej płaszczyźnie – aż tak istotne mi się nie wydają. Tym niemniej, uważam, jest jeszcze za wcześnie na generalny ukraiński atak – na to przyjdzie czas, gdy „na teatrze” pojawią się zachodnie samoloty.

Ani myślę zaklinać rzeczywistości i z pewnością brakuje mi masy konkretnej wiedzy, która buduje świadomość sytuacyjną ukraińskich generałów. Zaś patrząc wstecz, Ukraińcy już pokazali, że potrafią gromić rosjan przy mocno ograniczonych środkach. Oby udało się i tym razem, choć miejmy świadomość, że lekko nie będzie. Że zachodnie czołgi to nie wunderwaffe, a rosjanie mieli czas, żeby wryć się w ziemię. Zginie więc wielu dobrych ludzi i spłonie masa dobrego sprzętu…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Szwedzki ciężki bojowy wóz piechoty CV9040. Maszyny tego typu znalazły się na wyposażeniu ukraińskiej armii/fot. ZSU

Los…

Co sprawiło, że staliśmy się świadkami upadku mitu „drugiej armii świata”, który na dekady zamulił postrzeganie Rosji i jej militarnych możliwości? Jak narodziła się nowa opowieść – mimo usilnych rosyjskich prób dotąd niesfalsyfikowana – o niepokonanych Siłach Zbrojnych Ukrainy (ZSU)? Na te pytania – i kilka innych, pomocniczych – starłem się odpowiedzieć w tekście pt.: „Kulisy (nie)zwyciężania”. Skończyłem go wczoraj późnym wieczorem, dziś – po ponownej lekturze całości – posłałem do zamawiającego. Zrobione i zapomniane – do czasu aż ukaże się w druku.

 Ale mam potrzebę, by podzielić się z Wami ostatnim akapitem. Poprowadziłem narrację do miejsca, w którym zasadne stało się pytanie – co dalej? Jak potoczy się ta wojna, patrząc na możliwości obu armii. Dość precyzyjnie je zdefiniowałem, ale w ostatecznej konkluzji napisałem tak:

 „(…) Kończę ów artykuł dzień po zniszczeniu zapory w Nowej Kachowce, gdy media zalały już foto-relacje z terenów dotkniętych kataklizmem. Wiem, że na zniszczonym przez wodę obszarze mieszkało znacznie mniej osób niż w normalnych, przedwojennych czasach. Że powódź dotknęła ledwie ułamek ukraińskiego społeczeństwa. Ale przeglądając zdjęcia (co dla mnie szczególnie istotne, z miejsc, w których miałem okazję bywać), czułem przejmujący żal. 'Ile ten znękany naród jeszcze wytrzyma?’, zastanawiałem się, wywodząc z tego pytania inne refleksje. Na przykład taką, że w ostatecznym rozrachunku o przetrwaniu Ukrainy nie zadecydują kwestie militarne. Siła i jakość ukraińskich sił zbrojnych – jakkolwiek kluczowa – nie będzie tak ważna jak determinacja stojących za armią cywilów. Z perspektywy zasobnego Kijowa – dotkniętego i straumatyzowanego rosyjskimi atakami, ale w nieporównywalnie mniejszym stopniu narażonego na wojnę niż wschód kraju – sprawy mogą wyglądać inaczej. Nadzieje być większe. Upór silniejszy. Tylko co mają myśleć i robić mieszkańcy Chersońszczyzny – zubożali na długo przed inwazją, w jej trakcie napadnięci i brutalnie okupowani, wyzwoleni, ale wciąż żyjący w cieniu wojny, a potem 'dobici’ wielką falą? Czy cena, jaką płacą, nie okaże się nie do podźwignięcia? Czy za jakiś czas cena, jaką płaci cała ludność Ukrainy, nie okaże się zbyt wielka? Pękną, nie pękną? W odpowiedziach na te pytania kryje się los naszego sąsiada…”.

Tak myślę, a jeśli się mylę, proszę o rzeczowe argumenty.

A jutro zajmę się „kontrofensywą”, która w najbardziej spektakularnym wymiarze toczy się… we łbach ruskich propagandystów.

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Podtopiony Chersoń/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Głupota

Kto doprowadził do zniszczenia tamy w Nowej Kachowce? Odpowiedź wydaje się oczywista – instalację kontrolowali rosjanie i to oni zaminowali obiekt już jesienią ub.r. Tylko co u licha zyskaliby na powodzi, która właśnie poszerza ujście Dniepru? Ano właśnie…

Jedno jest pewne – oto mamy do czynienia z potężną katastrofą ekologiczną. Nie doszłoby do niej, gdyby nie rozpoczęte przez rosjan działania wojenne, więc nawet przy założeniu niebezpośredniej sprawczości, winę i tak ponosi rosja.

Składowe tej winy to cierpienie cywilów z niemal 80 miejscowości zdemolowanych przez wielką wodę. Nie sposób w tej chwili ocenić, ile konkretnie osób zmierzyło się i mierzy ze skutkami dramatu. Byłem w marcu tego roku w pobliżu Nowej Kachowki – we wioskach leżących na wyzwolonym brzegu Dniepru. W Tomaryne spędziłem kilka godzin, przez Kozackie, Mykołajiwkę, Odradokamjankę, Olchówkę czy Tokariwkę tylko przejeżdżałem. Miałem jednak dość czasu, by zorientować się, że większość mieszkańców opuściła swe domy. Orki stały po drugiej stronie rzeki i co jakiś czas nękały „ukraiński” brzeg ogniem artylerii, niekiedy strzelając gdzie i w co popadnie. Tylko najtwardsi byli w stanie żyć pod taką presją. Zupełnie nie wiem, jak wyglądała sytuacja na wciąż okupowanych terytoriach. Ilu mieszkańców uciekło, gdy przyległe do Dniepru osady stały się pierwszą linią rosyjskiej obrony. Ukraińska artyleria nie miała w zwyczaju walić na rympał, ale i tak nie była to bezpieczna strefa. Przed wojną, wraz z pobliskim Chersoniem, teren dzisiejszego rozlewiska zamieszkiwało ponad 400 tys. ludzi.

Faktem jest, że woda poszła głównie po lewym, zajętym przez ruskich, niżej położonym brzegu. Tym samym zniszczeniu uległy rosyjskie umocnienia, budowane tam od listopada ub.r. Wylanie zbiornika w Nowej Kachowce to odcięcie zasilania dla kanału północno-krymskiego, co w konsekwencji oznacza poważne braki wody na Krymie. Z drugiej strony, rosyjskie linie obronne są mocno urzutowane – sięgają w głąb kilkadziesiąt kilometrów, więc utrata „fasady” niewiele tu zmienia. Krym zaś już funkcjonował przez kilka lat po 2014 roku w realiach hydroniedostatku (gdy Ukraina odcięła okupowany półwysep od dostaw wody) – i przeżył. Koszty zatem, patrząc z perspektywy rosjan, wcale nie muszą być tak duże. Tylko gdzie zyski?

Powódź poszerzyła wstęgę Dniepru – przy ujściu nie był on szeroki, zwykle mierzył 300-400 metrów, gdzieniegdzie kilometr. Teraz, na wiele tygodni, będzie to kilka, a w niektórych miejscach nawet kilkanaście kilometrów. Fosa, przez którą jeszcze trudniej byłoby się przedostać Ukraińcom. Mamy więc zysk w postaci co najmniej utrudnienia desantu. Inny to możliwość zwolnienia części własnych (rosyjskich) sił stacjonujących wzdłuż ujścia Dniepru – by przekierować je gdzie indziej, na zagrożone odcinki frontu. Rozlewisko i tak zatrzyma Ukraińców. I jakkolwiek brzmi to sensownie, realnie nie trzyma się kupy. Bo armia ukraińska nie dysponuje środkami, które pozwoliłby jej na dużą operację desantową. Wojsko pewnie by się zebrało, ale dnieprzańska flotylla rzeczna nie przeprawiłaby go w odpowiedniej masie, nie dostarczyła na czas posiłków, amunicji, nie zapewniła efektywnej ewakuacji medycznej. Przyczółki potrzebowałyby stałych przepraw, a te – nawet gdyby saperom udało się je zbudować – bez dostatecznej osłony lotnictwa i obrony przeciwlotniczej długo by nie przetrwały. Tymczasem ukraińskie lotnictwo ma charakter szkieletowy, a ograniczone zasoby OPL są niezbędne do ochrony stolicy i większych miast. Co zaś się tyczy możliwości „zwolnienia” części sił – rosjanie nie trzymają ich w tym rejonie za wiele. To kilkanaście tysięcy ludzi, z których pewnie połowa i tak musiałby zostać. Pozostali zaś nie stanowią masy, która mogłaby cokolwiek gdzie indziej zmienić.

Identycznie mają się sprawy u Ukraińców – oni też nie trzymają u ujścia Dniepru licznych sił. Nie mają potrzeby ich ograniczania. Wspominam o tym, bowiem rosyjska propaganda (a za nią rodzimi skarpetkosceptycy) powtarza, że to ZSU zniszczyły tamę. Dywersją, bombardowaniem, atakiem rakietowym – co orczy profil, to różna wersja. Inne ukraińskie zyski? A mają nimi być wspomniane już rosyjskie koszty – zniszczenie umocnień i „wysuszenie” Krymu. Tylko znów – po co, skoro to tylko „fasada”, a półwysep da sobie radę? W obiegu jest jeszcze jedno wyjaśnienie wskazujące na Ukraińców. Wylanie tego odcinka Dniepru, który tworzy zbiornik Kachowski, obniży poziom rzeki bliżej Zaporoża, a węższa wstęga ułatwi ukraiński desant. Proste? No niekoniecznie, bo nawet obniżony poziom oznacza, że woda będzie płynąć korytem o szerokości dwóch-trzech kilometrów. Wciąż za dużo, by znieść słabości ukraińskiej armii i jej logistyki.

Wychodzi zatem, że na rozerwaniu tamy nikt nic szczególnego nie zyskuje. Co innego jednak, jeśli uznamy, że rosjanie odpalili protokół spalonej ziemi – i niszczą co popadnie na terenach, których nie będą w stanie obronić. Ukraińcy nie muszą przechodzić przez rzekę, by wyzwolić wschodnią część obwodu chersońskiego – mogą przyjść z północy, od Zaporoża, co zresztą od dawna sugerują jako jeden z celów zapowiadanej kontrofensywy. Taktyka spalonej ziemi (choć w tym przypadku bardziej zalanej…) nie musi też oznaczać niszczenia dla niszczenia. Przez wiele tygodni pod wodą, a przez kolejne podmokłe, tereny bezpośrednio graniczące z Krymem stanowią rodzaj zabezpieczenia półwyspu. Tyle że w tym przypadku musielibyśmy mieć do czynienia z sytuacją, w której armia rosyjska jest tak koszmarnie słaba, że chwyta się brzytwy. Utrudnia podejście do Krymu, zakładając, że niebawem przyjdzie jej się tam bronić. Życzyłbym sobie tej słabości, ale obawiam się, że jest za wcześnie na takie diagnozy.

Kto więc u licha „wywalił w kosmos” tę zaporę? Rzecz w tym, że jej prawdopodobnie nawet nie wysadzono. Brakuje w każdym razie potwierdzonych informacji o wybuchu. Są za to dane – na przykład udostępnione przez serwis Hydroweb – wskazujące na celowe spiętrzanie wody w zbiorniku (załączam je do tego wpisu). Zaporę mógł zatem przerwać nadmierny napór wody. A pamiętajmy, że mówimy o osłabionej konstrukcji – na tamie znajduje się przeprawa drogowa, która była swego czasu ostrzeliwana przez ukraińską artylerię. I teraz pytanie, czy spiętrzanie było celowe, doprowadzono do niego, by „wykonało robotę”? A może było efektem niesprawności urządzeń regulujących poziom wody? Tak czy inaczej, kontrolę nad zaporą sprawowali rosjanie i chcieli czy nie, doprowadzili do powodzi.

Grafika za serwisem: hydroweb.theia-land.fr

Zresztą, nie możemy tych rosjan postrzegać jako monolitu. Wojna w Ukrainie pokazała, jak różne i liczne są grupy interesów władające rosyjskim państwem. To temat na oddzielny wpis, na potrzeby tego materiału warto jedynie stwierdzić, że rosja jest jak człowiek z poważnym schorzeniem. Jedna ręka nie kontroluje drugiej, obie zrywają czasem kontakt z głową.

Nic w tym nowego w kontekście historycznych doświadczeń rosji, pośród których znajdziemy również pouczającą opowieść o tamie. 18 sierpnia 1941 roku sowieci wysadzili zaporę na Dnieprze, będącą częścią Hydroelektrowni Dnieproges w Zaporożu. Do miasta zbliżały się wojska niemieckie, powódź miała im utrudnić przeprawę na lewy brzeg. I choć rzeczywiście była apokaliptyczna, hitlerowcom niespecjalnie zaszkodziła. Zginęło tysiąc pięciuset żołnierzy Wehrmachtu, a wraz z nimi ponad 100 tys. bogu ducha winnych cywilów. Front, w zależności od odcinka, zatrzymał się na kilka godzin do kilku dni.

Autorem tej genialnej koncepcji był sam Józef Stalin, który do realizacji zadania wybrał pułkownika Borysa Epowa. Oficer misję wykonał, po czym wpadł w łapy kontrwywiadu. Stalinowski rozkaz był tak tajny, że nawet najwyżsi rangą miejscowi przedstawiciele NKWD nie mieli o nim pojęcia. Wiedzieli, że Epow ma tamę przygotować do wysadzenia, czego zresztą ukryć się nie dało, bo do tego celu użyto 20 ton amonalu. Ale co innego „zabezpieczenie” obiektu, a co innego kompletna destrukcja sztandarowej budowli pierwszej sowieckiej pięciolatki. No więc przeszedł Epow mało subtelne przesłuchanie, podczas którego traktowano go jak zdrajcę, usiłując wyciągnąć informacje na temat zleceniodawców sabotażu. „Obróbka” trwała wiele godzin, a zakończył ją telefon z Kremla. Pułkownika przeproszono i odesłano samolotem do Moskwy.

Dlaczego wspominam o Epowie? Bo zrobił coś, co innym oficerom nie mieściło się w głowie. Co post factum okazało się głupie, cyniczne i niepotrzebne. Co zlecił mu pewien geniusz strategii, zasiadający na kremlowskim stolcu. Dzwonią dzwoneczki z tyłu głowy?

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Kadr z filmu zarejestrowanego przez drona ZSU.

(Nie)bycie

Czy Zachód jest stroną rosyjsko-ukraińskiego konfliktu? I tak, i nie. Natowscy żołnierze nie walczą w Ukrainie, ale z drugiej strony, kraje Sojuszu ślą na wschód mnóstwo pomocy wojskowej, wspierają Kijów wywiadowczo i szkoleniowo, wywierają też potężną presję ekonomiczną i polityczną na Moskwę, znacząco podnosząc jej koszty udziału w wojnie. Trzeba docenić ukraińską determinację i bohaterstwo, ale po kilkunastu miesiącach zmagań oczywistym jest, że bez „zachodniej kroplówki” Ukraina byłaby stracona. Otwartym pozostaje pytanie, w jakim zakresie, lecz odpowiedź zasługuje na oddzielny i obszerny tekst. W tym momencie istotnym jest, byśmy dostrzegli, że Zachód również ma swoje oczekiwania, które da się umiejscowić na wykresie „porażka-sukces” i że są one kluczowe dla trwania ukraińskiego oporu.

O czym konkretnie mowa? Zachód, choć reprezentowany przede wszystkim przez NATO, nie jest bytem jednorodnym – to konglomerat kilkudziesięciu podmiotów, z których każdy ma nieco inny stosunek do rosji i Ukrainy. Jest on sumą wielu zmiennych, głównie potencjału militarnego i ekonomicznego (a więc skali partycypacji w geopolitycznych rozgrywkach) oraz położenia geograficznego względem federacji. Im dalej od rosyjskich granic, tym mniejszy niepokój wywoływany poczynaniami Moskwy, im więcej „twardej” siły, tym większe możliwości, a często i wola powściągnięcia rosji – tak to wygląda w sporym rzecz jasna uproszczeniu. Inaczej na sprawy patrzy Estonia, dla której federacja stanowi egzystencjalne zagrożenie, inaczej Francja, funkcjonująca bez obaw przed napaścią, za to z doświadczeniem intratnych interesów z rosją.

Mimo takich różnic wypracowano konsensus, lecz i on zmieniał się w czasie. Nim wojska putina wkroczyły do Ukrainy, plan sojuszników zakładał ekonomiczną ripostę w postaci sankcji i szerokie wsparcie dla partyzantki, która – jak zakładano – pojawi się na okupowanych terenach. Sukcesem byłyby wówczas słabsze wskaźniki rosyjskiej gospodarki oraz „podpalona” Ukraina. Twardy opór ZSU (ale i na przykład rosyjskie bestialstwo), zmieniły znaczenie „wygranej” w rozumieniu NATO. Stało się nim – cytując Jensa Stoltenberga, sekretarza generalnego Sojuszu – „pełne zwycięstwo”, czyli powrót do granic Ukrainy sprzed 2014 roku, czemu m-u-s-i towarzyszyć jak najtrwalsze osłabienie możliwości militarnych rosji.

Czy to możliwe? Tak, jeśli donatorom Ukrainy nie zabraknie determinacji w udzielaniu wsparcia. Sądząc po dotychczasowej dynamice pomocy – w ramach której Ukraińcy otrzymują coraz więcej, coraz cięższej i bardziej efektywnej broni – pozwoli ona na dalsze wzmacnianie potencjału armii ukraińskiej, niezależnie od ponoszonych strat osobowych i sprzętowych. ZSU w maju 2023 roku były znacznie silniejsze niż w lutym 2022 roku. Armia rosyjska z kolei po 16 miesiącach wojny wykazywała cechy solidnego poturbowania, a na odbudowę zdolności sprzed 24 lutego 2022 roku potrzebowała dekady. Tymczasem nieposiadanie tych zdolności to brak realnych szans na poważny sukces.

Oczywiście, rosjanie od początku inwazji trzymają w rękawie potencjalnego asa – jest nim taktyczna broń jądrowa. Użyta w Ukrainie, mogłaby z dnia na dzień w istotnym zakresie zmienić sytuację na polu bitwy. Z uwagi na ultimatum Stanów Zjednoczonych, które zagroziły Moskwie „adekwatnym” odwetem w razie sięgnięcia po „atom”, ten scenariusz wydaje się mało prawdopodobny. Cienka czerwona linia wyznaczona przez Waszyngton nie istnieje fizycznie, ale definiuje fizyczny zakres rosyjskich działań w Ukrainie. To kolejny wymiar (nie)bycia Zachodu w tej wojnie…

—–

Dziękuję za lekturę i przypominam o możliwości wsparcia mojej pisarsko-publicystycznej aktywności – bez Was wszak by jej nie było. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Żołnierz ZSU podczas szkolenia. Broń ukraińska (postsowiecka), ale wyposażenie zachodnie…/fot. Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy