Niehumanitaryzm

Podczas walk w obwodzie mikołajowskim w lutym i marcu zeszłego roku, rosjanie ponieśli spore straty. Stolicy obwodu nie zajęli, wypchnięto ich w stronę Chersonia (który trzymali przez ponad osiem miesięcy). Wycofujące się oddziały nie zbierały zabitych, mieszkańcy gminy Szewczenkowe znaleźli blisko setkę ciał.

– Nasi złożyli je w jednym miejscu, wojsko dało znać rosjanom, żeby zabrali swoich poległych – relacjonował Oleh Pilipienko, wójt gminy Szewczenkowe. Tej części opowieści mężczyzna nie znał z własnego doświadczenia – w połowie marca ub.r. został pojmany przez rosjan i spędził w niewoli trzy kolejne miesiące. – Moskale kazali naszym iść w diabły, ludzie więc chwycili za łopaty i wygrzebali dół, w którym złożono ciała. Trzeba było się śpieszyć, bo większość zwłok już się psuła, no i to niehumanitarne nie pochować zmarłych.

Przytaknąłem. Elementarny szacunek dla ciał zabitych to dla mnie oczywista oczywistość.

– Nieprawdopodobne – rzekłem zaraz. – Jak można zostawiać swoich poległych? – byłem oburzony. Wtedy, podczas spotkania z Olehem, jak i wcześniej, na początku inwazji, gdy z Ukrainy docierały coraz liczniejsze dowody na to, że rosjanie mają gdzieś, co się będzie działo z ciałami ich poległych. Lata pracy na wojnach prowadzonych przez zachodnie armie nauczyły mnie, że „nikt nie zostaje”, że owa fraza wcale nie jest filmowym wymysłem, a praktyką, do której przykłada się ogromną wagę.

– No latem albo coś się u nich zmieniło, albo zorientowali się, że wśród pochowanych był ktoś z jakiegoś powodu ważny. I upomnieli się o te ciała – mówił Pilipienko. – Więc je wykopaliśmy – mężczyzna uśmiechnął się smutno. – Lepiej późno niż wcale – skwitował tę osobliwą rosyjską troskę.

—–

Oleha spotkałem pod koniec marca, wspominam tę opowieść dziś, bo dobrze ilustruje szerszy problem, jakim jest rosyjski niehumanitryzm. Ta postawa ma rozmaite oblicza – stosunek do ciał poległych towarzyszy jest jedną z nich, inną brutalność w odniesieniu do jeńców. W historii Oleha odnajdujemy ślady obu tych praktyk – mężczyzna brał udział w prowadzonym po niewczasie przekazaniu ciał, a wcześniejszy pobyt „u rosjan” kosztował go mnóstwo zdrowia („wróciłem jako szkielet…” – przyznał w pewnym momencie).

18 kwietnia trochę niezauważenie przeszła przez media informacja udzielona przez Wołodymyra Zełenskiego.

„Od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na pełną skalę 24 lutego 2022 roku Ukraina sprowadziła z rosyjskiej niewoli 2235 jeńców wojennych” – ujawnił prezydent. W dalszej części komunikatu mowa była o 130 ukraińskich jeńcach, którzy wrócili do domu w prawosławną Wielkanoc. „Żołnierze, personel marynarki wojennej, pracownicy Państwowej Służby Transportu Specjalnego, straży granicznej i gwardii narodowej” – wyliczał Zełenski. „10 kwietnia uwolniono kolejnych 100 Ukraińców, w tym 80 mężczyzn i 20 kobiet. Prawie połowa jeńców zwolnionych 10 kwietnia odniosła poważne obrażenia, cierpiała na choroby lub była torturowana”.

Ot, lapidarny zapis dramatu.

—–

Również 18 kwietnia Ołeh Kotenko, pełnomocnik do spraw osób zaginionych w szczególnych okolicznościach, podał informację dotąd pilnie strzeżoną przez Ukraińców. Mogliśmy w niej przeczytać, że „ponad 7 tys. ukraińskich żołnierzy uważa się za zaginionych, ponad połowa z nich najpewniej jest w rosyjskiej niewoli”.

Do tej pory można było – biorąc pod uwagę wielkość zaangażowanych potencjałów oraz intensywność walk – co najwyżej szacować liczbę przetrzymywanych przez rosjan żołnierzy ZSU. Zwykle mówiło się o „kilku tysiącach” jeńców (4-8 tys.), podkreślając, że rosjanie najbardziej „obłowili się” po kapitulacji Azowstalu, biorąc jednorazowo aż 2,5 tys. więźniów. Przy czym wszyscy znani mi eksperci twierdzili, że istnieje spora asymetria w liczbie przetrzymywanych przez obie strony wojskowych – że w Ukrainie jest mniej jeńców rosyjskich niż ukraińskich w rosji. Kijów nie podaje konkretnych danych dotyczących wziętych do niewoli rosjan. Czynił to na początku inwazji – wówczas średniotygodniowo w ukraińskie ręce oddawało się stu żołnierzy federacji. Władze Ukrainy zapewniają, że druga strona wie o wszystkich swoich jeńcach, podkreślając brak rosyjskiej transparentności (rosja faktycznie nie współpracuje w tym zakresie z ONZ), konkretnych danych jednak upubliczniać nie zamierzają. Szacuje się, że na terenie Ukrainy przebywa około 2 tys. rosyjskich jeńców.

Wróćmy do wspomnianych 7 tys. zaginionych żołnierzy ZSU. Jeśli ponad połowa jest w niewoli, to co stało się z resztą? Część poległa, a ich ciała (groby) znajdują się na terenach zajętych przez okupanta. Część to dezerterzy, zarówno ci, którzy przeszli na drugą stronę oraz tacy, którzy ukrywają się gdzieś w Ukrainie bądź udało się im z niej wydostać. W tej kategorii mieszczą się także maruderzy – pojedyncze osoby lub całe grupy uzbrojonych dezerterów, trzymających się strefy przyfrontowej i żyjących z rabunku. Ukraińskie media i władze nie donoszą o takich przypadkach, ale gwoli rzetelności warto odnotować, że to zjawisko typowe dla wojennej rzeczywistości.

—–

Co zaś się tyczy sygnalizowanej przez prezydenta brutalności – więcej uwagi poświęcił jej Dmytro Łubinec, ukraiński rzecznik praw człowieka.

– 86 proc. jeńców, którzy wrócili z rosyjskiej niewoli, potwierdziło, że dopuszczano się wobec nich bezpośredniej przemocy fizycznej – mówił podczas audycji w portalu Ukraińska Prawda. – Ujawniony przed kilkoma dniami materiał wideo, na którym widać, jak rosjanie ścinają bezbronnego ukraińskiego jeńca, nie jest niestety jedyną taką historią. Dysponujemy kilkudziesięcioma nagraniami ukazującymi ścięcie głowy, a także między innymi obcinanie kończyn, organów płciowych, nosa, uszu, kości palców. Są to treści nagrane i udostępnione w sieci przez rosyjskich wojskowych.

W ocenie rzecznika, sprawcom zbrodni i osobom odpowiedzialnym za ich nagłaśnianie (wszak to nie muszą być te same osoby), przyświecają cztery cele:

– podtrzymanie antyukraińskiej histerii w rosyjskim społeczeństwie poprzez ukazanie Ukraińców jako podludzi i tym samym wzbudzenie wobec nich jeszcze większej nienawiści;

– ostrzeżenie ukraińskich wojskowych przed konsekwencjami trafienia do rosyjskiej niewoli („lepiej więc nie walczcie…”);

– zmotywowanie własnych żołnierzy do walki do końca w obawie przed odwetem przeciwnika (co może być najważniejszą odpowiedzią na pytanie, dlaczego rosjanie poddają się rzadziej niż Ukraińcy);

– uniemożliwienie sprawcom zbrodni ewentualnej dezercji w wyniku ujawnienia makabrycznych nagrań („jesteście spaleni, lepiej zatem nie uciekajcie”).

—-

„No dobrze, ale Ukraińcy nie są lepsi” – czytam tu i ówdzie. Koronnym argumentem jest zwykle materiał filmowy z jesieni zeszłego roku, zarejestrowany w Makijewce. Widzimy na nim śmierć kilkunastu składających broń rosyjskich żołnierzy, do których Ukraińcy otwierają ogień. „To potwierdza zbrodniczą istotę obecnego kijowskiego reżimu na czele z Zełenskim oraz tych, którzy go bronią i popierają” – grzmiało rosyjskie ministerstwo obrony. Tamtejsza komisarz praw człowieka (skądinąd emerytowana generał policji…) tatiana moskalkowa zwróciła się z kolei z żądaniem „osądzenia zbrodni” do Rady Europy, ONZ, Europejskiego Komitetu Zapobiegania Torturom i OBWE.

Tymczasem z analizy filmu wynika, że głównym winowajcą był… rosyjski żołnierz, który tylko udawał, że się poddaje i jako pierwszy zaczął strzelać do Ukraińców.

Pozwólcie, że posłużę się opisem wydarzenia za „Rzeczpospolitą”:

„Na jednej z posesji, w parterowym budynku gospodarczym, za głównym budynkiem mieszkalnym, Ukraińcy wykryli rosyjskich żołnierzy. Strzelec natychmiast wycelował karabin maszynowy w stronę wyjścia, wezwano Rosjan do poddania się. Ci zaczęli wychodzić pojedynczo, co najmniej dziesięciu z podniesionymi rękoma. Ale gdy Ukraińcy zaczęli wołać: „Gdzie jest oficer? Jest tu jakiś oficer? Kto dowodzi” z budynku wyskoczył żołnierz (być może był to właśnie dowódca) i zaczął strzelać.

Pierwszą ofiarą strzelaniny został ukraiński żołnierz nagrywający zdarzenie (został ciężko ranny lub zabity). Ukraiński kaemista i pozostali żołnierze otworzyli gwałtowny ogień. Rosyjski żołnierz, który sprowokował strzelaninę prawdopodobnie przeżył, ciężko ranny – tak przynajmniej twierdzą Ukraińcy. Zginęli za to wszyscy, którzy wcześniej wyszli z budynku”.

Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, gdyby na miejscu Ukraińców byli Polacy, Brytyjczycy czy Amerykanie, rosjan spotkałby ten sam los. RoE (ang. Rules of Engagement, dosłownie „zasady zaangażowania”, we właściwym tłumaczeniu „zasady otwarcia ognia/użycia broni”), nie pozostawiają tu żadnych złudzeń – branie do niewoli przeciwnika, zwłaszcza gdy przyszłych jeńców jest więcej niż żołnierzy, którzy mają ich ująć, uchodzi za procedurę wyjątkowo ryzykowną, wymagającą nadzwyczajnej czujności i „palca na spuście”. Jakiekolwiek niezrozumiałe ruchy wroga należy traktować jako zagrożenie i z miejsca na nie reagować. Tak, by przede wszystkim samemu przeżyć. W opisanym przypadku nie było zatem żadnej zbrodni wojennej, ba, to fałszywe poddawanie się jest uznawane za przestępstwo wojenne…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zniszczony dom w Posad-Pokrowskie. W obliczu takich widoków, rosyjskie argumenty o ataku na Ukrainę z pobudek humanitarnych, brzmią jak jeszcze bardziej ponury żart…/fot. Marcin Ogdowski

Skazy

Skoro dziś rocznica Powstania w Getcie, pozwolę sobie na odrobinę związanych z tym refleksji, także w kontekście wojny w Ukrainie.

Etniczni Polacy w odniesieniu do Żydów mają sporo za uszami – nigdy więc nie stanę po stronie bezmyślnych apologetów, usiłujących wmówić nam, jak to wspaniałomyślnie zachowywaliśmy się podczas okupacji. Jedni się zachowywali, inni nie, generalnym wzorcem zaś była obojętność wobec dramatu współobywateli mojżeszowego wyznania.

Ale…

Ale wspominam dziś jeden z wyjazdów na wschód Ukrainy, do Doniecka. Była piękna wiosna, po zajęciu przez separatystów i rosjan portu lotniczego, miasto poczuło wyraźną ulgę (w słusznym gniewie na moskali i ich zwolenników zapominamy, że mieszkali tam, nadal mieszkają, także bogu ducha winni ludzie). Linia frontu odsunęła się od przedmieść, walki wyraźnie zelżały. Artyleria owszem, huczała, obie strony dokuczały sobie moździerzami, ostrzałami z broni maszynowej, snajperzy również nie próżnowali. Działo się to jednak kilka kilometrów od centrum miasta, które właściwie pozostawało nietknięte i bezpieczne. Pociski spadały gdzieś na obrzeżach, wciąż ginęli ludzie, ale dało się żyć.

Dało na tyle, że lokalne kluby piłkarskie przeprowadzały rozgrywki młodzików, a dzieci w jednej z podstawówek chodziły na zajęcia z baletu. Działa się też masa innych sytuacji, ale wspominam akurat te widziane na własne oczy.

Widziałem też ogródki piwne i ludzi przy stolikach spożywających trunek z pianką. Rozmawiających, śmiejących się, kłócących; byłem świadkiem całego spektrum zwyczajnych zachowań. Niezwyczajne było tylko to, że w tle rozlegały się wystrzały i wybuchy. Którymi nikt się już specjalnie nie przejmował.

Kilka miesięcy później, w samym środku lata, byłem w Mariupolu. Przyjechaliśmy z kolegami akurat w sobotę i poszliśmy na tamtejszą promenadę. Knajpy i dyskoteki działały w najlepsze, alkohol lał się strumieniami. Wypindrzone laski i odsztafirowani kolesie konsumowali młodość, jak gdyby nie działo się nic nadzwyczajnego. Jakby kilkanaście kilometrów dalej, na wschód, nie rozciągała się linia frontu. Widoczne stamtąd rozbłyski traktowano niczym fajerwerki, świetlną oprawę gorączki sobotniej nocy.

A w Szyrokino ginęli ludzie.

Wspominam o tym dziś, w rocznicę wybuchu pierwszego z warszawskich Powstań, bo znów tu i ówdzie pojawiają się oburzone głosy, że Polacy po „aryjskiej stronie” przychodzili pod mur getta, obserwować pożary. A potem wracali do swojego życia, jakby nic się nie stało. I że z czasem po prostu przywykli do dymów nad pacyfikowaną częścią miasta.

Otóż moi drodzy, nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic, co oznaczałoby jakąś etniczną/kulturową skazę, nic, co byłoby dowodem na odstępstwo od normy. Czego jako Polacy musielibyśmy się wstydzić. Ludzie tak mają – widziałem to nie tylko w Ukrainie. Przyzwyczajamy się do otaczającego nas zła, ignorujemy je, trywializujemy, niekiedy wręcz zaprzeczamy jego istnieniu („pandemii nie ma” – pamiętacie?). Z czasem nawet staramy się dostrzec w nim jakieś dobre strony. Cieszymy się, że nas nie dotyczy, ba, potrafimy dać się ponieść fascynacji, widząc zło w działaniu. Gdy mnie ktoś pyta o wrażenia z wojen, opowiadam przede wszystkim o dramacie, lecz mówię też o złowieszczym pięknie. Pożar fascynuje nie tylko piromanów.

Mamy tak, bo to zupełnie naturalny mechanizm adaptacyjny. Coś, co pozwala nam przeżyć graniczne sytuacje. Nawet jeśli towarzyszy temu świadomość, że najpewniej będziemy następni. Ale jeszcze nie dziś, nie teraz. Dziś mogę pójść na piwo, wstąpić do cukierni, urżnąć się do nieprzytomności. Bądź zrobić cokolwiek innego, co jest apoteozą normalnego życia, wyrazem tęsknoty do czasów, kiedy śmierć nie czyhała za rogiem.

W kwietniu 1943 roku – po kilkudziesięciu miesiącach brutalnej okupacji – ta potrzeba była nad wyraz silna.

—–

– Ale ja bardziej lubię rosjan niż Ukraińców – tłumaczył mi dawny kolega ze szkoły, zaangażowany dziś w propagowanie prorosyjskich treści w Internecie. – Mam prawo do własnych sympatii, czyż nie? – zabrzmiało to nieco napastliwie.

– No kurwa nie – odparłem. – Dałbyś sobie w czasie drugiej wojny prawo do proniemieckich sympatii? – spytałem.

Chłop zaśmiał się głośno i stwierdził, że to zupełnie inne sytuacje.

Czyżby? Hitlerowskie zbrodnie od współcześnie rosyjskich różni skala – nie przeczę, jest to różnica ogromna. Ale z perspektywy każdej zamęczonej przez rosjan ofiary – choćby tego nieszczęsnego jeńca, któremu wagnerowcy ucięli głowę – skala nie ma znaczenia. Liczy się samo zadawane cierpienie. A patrząc szerzej, także stojące za tym intencje. Dziś wiemy już, że rosyjskie bestialstwo nie jest sumą pojedynczych ekscesów zdeprawowanych przez wojnę żołdaków. To działanie systemowe, mające sterroryzować przeciwnika; jedna z technik/taktyk prowadzenia wojny. Legitymizuje ją państwowa ideologia rosji, wedle której – niczym niegdyś III Rzesza – federacja ma nadzwyczajne prawa i zobowiązania. Do zdobywania przestrzeni, do kolonizowania, do zabijania. „Jeśli Niemcy nie mogą być wielkie, nie ma powodów, by istniały” – twierdził Hitler. „Po co komu świat bez rosji?” – pytał retorycznie putin.

Żyd był dla Niemca „podczłowiekiem”, Ukrainiec dla rosjaninia to on sam, ale w gorszym „chocholskim” wydaniu. Niegodny posiadania własnej kultury, języka, tradycji, które należy wyrugować, jak niegdyś rugowano wszelkie przejawy „żydostwa”. Rosyjski rasizm/nacjonalizm różni się od niemieckiego tym, że w warstwie retorycznej długo podlegał zabiegom autocenzorskim. Miał postać paternalizmu – Ukraińców łaskawie traktowano jak dzieci, niepełnosprawnych dorosłych, których należy otoczyć opieką. Hitler nie bawił się w takie subtelności, pragnął dla wrogów zagłady. Fakt, stawia to putina i podążających za nim rosjan w nieco lepszym świetle.

Ale i lebensraum i ruski mir to jedno i to samo gówno – przestrzenie, w których odbiegający od „pożądanego wzorca” padają ofiarą zbrodni. Morderstwa, wynaradawiania, ekonomicznej degradacji. Nie ma tu czego darzyć sympatią…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Ruski mir w praktyce. Zniszczona przez rosjan wieś Posad-Pokrowskie/fot. Marcin Ogdowski

„Kursk”

O ukraińskiej kontrofensywie mówi się nie tylko po naszej stronie frontu, ale również w rosji. Doniesienia rosyjskich mediów i cyfrowych aktywistów (także rodzimych wielbicieli ruskiego miru i użytecznych idiotów) wyczerpują całe spektrum możliwych reakcji – od lekceważenia po panikę. Tej ostatniej trudno uświadczyć w oficjalnym przekazie – o potencjalnie dramatyczne skutki ukraińskiego ataku troszczą się nieliczni rosyjscy „wyklęci” z Girkinem-Striełkowem na czele. Miażdżąca większość komentatorów dalej uprawia hurra-optymistyczną opowieść (jakby wojna nie trwała czternastu miesięcy i nie kosztowała niemal ćwierć miliona zabitych i rannych rosyjskich żołnierzy). Wspólnym elementem wielu materiałów poświęconych rychłej kontrofensywie jest odwołanie się do zmagań na łuku kurskim z lipca 1943 roku. Analogia łącząca niemiecko-sowiecką bitwę pod Kurskiem z przyszłym ukraińskim uderzeniem jest bowiem dla kremlowskiej propagandy niezwykle atrakcyjna – i to z kilku powodów.

Pierwszy jest oczywisty – „największa bitwa pancerna w dziejach” zakończyła się sowieckim zwycięstwem. Niemcy ostatecznie utraciły inicjatywę strategiczną na froncie wschodnim, armia czerwona rozpoczęła zwycięski marsz na Berlin. „Tu będzie podobnie” – sugerują kremliny. Ukraińcy uderzą, może nawet uda im się osiągnąć kilka taktycznych sukcesów, ale rosjanie uruchomią rezerwy i tak przyłożą przeciwnikowi, że ten się już nie pozbiera. Tak, w rosji nadal mnóstwo osób wierzy, że wojna w Ukrainie może skończyć się triumfalnym przemarszem „drugiej armii świata” przez kijowski Chreszczatyk.

Inna istotna atrakcyjność kurskiej analogii wynika z faktu, że atakującymi w 1943 roku byli Niemcy. A więc naziści, a taka łatka ma w rosyjskiej propagandzie niebagatelne znacznie. Jest to wręcz perwersyjna przewrotność, że kraj-agresor, wiedziony ideologią wyższości kulturowej, mający w planach eksterminację części ukraińskiego narodu, sięga po argumenty natury etycznej. Nie czas i miejsce się na to zżymać. Dość zauważyć, że ów zabieg socjotechniczny ma uzasadnić napad na sąsiada, ale wymaga stałych wzmocnień. „Kursk” nadaje się idealnie także dlatego, że w niemieckiej operacji „Cytadela” gros najważniejszych zadań powierzono elitarnym jednostkom SS, a więc „jądru nazistowskiego zła”. A nie ma nic lepszego dla propagandy moskali jak dobry pretekst, by skleić wizerunek ukraińskiego żołnierza z postacią SS-mana.

Użyteczności „Kurska” sprzyja wyposażenie ukraińskiej armii. Mimo iż zachodni sprzęt przekazany Ukraińcom pochodzi z wielu krajów (głównie tych, w czasach II wojny światowej będących w sojuszu z ZSRR…), to Leopardy 2 urastają do miana symbolu. „Znów przyjdzie nam mierzyć się z niemieckimi czołgami” – zauważają kremliny, sowiecki sentyment mieszając z poczuciem moralnej wyższości. Oczywiście wiemy, jak to się skończy. Trudno skrywany rosyjski kompleks niższości wobec wrażej technologii czerpie z historii kojące treści. „Dziadkowie” Leopardów – niemieckie Tygrysy i Pantery – nie sprostały wyzwaniu, jakie przed nimi postawiono pod Kurskiem. Nie przełamały sowieckich linii obronnych, co pozwoliłoby na oskrzydlenie znajdujących się w kurskim wybrzuszeniu oddziałów armii czerwonej. Oblały pierwszy poważny bojowy test, choć teoretycznie, jako lepsze od sowieckich odpowiedników, winny umożliwić Niemcom zwycięstwo.

„Ale było ich za mało” – uśmiechnie się jeden z drugim sowieciarzem. Tak jak Leopardów (i brytyjskich Challengerów) dzisiaj. Zgoda – w Ukrainie podaż nowoczesnych (czy w miarę nowoczesnych) zachodnich czołgów daleko odbiega od popytu. Trudno mi wyobrazić sobie, by w ciągu najbliższych kilku miesięcy Ukraińcy mieli do dyspozycji więcej niż 150-200 takich maszyn. Drugie tyle stanowić będą niemieckie wozy wcześniejszej generacji (Leopardy 1). Zatem, jak mawia klasyk, bez szału. Ale idźmy dalej tropem ulubionej przez rosjan analogii i wyciągnijmy z niej także nieprzyjemne dla nich wnioski.

Bitwa pod Prochorowką, stanowiąca część kurskich zmagań (to ona przedstawiana jest jako największe starcie pancerne w historii), po prawdzie była masakrą sowieckich czołgów, do których niemieckie załogi strzelały niczym do kaczek. Generalnie w całej serii starć na łuku kurskim z lipca i sierpnia 1943 roku, armia czerwona utraciła pięć razy więcej czołgów niż Wehrmacht i SS (ponad 6 tys., gdy straty niemieckie wedle najsurowszych szacunków nie przekroczyły 1,3 tys. maszyn). Co istotne, duża część niemieckich wozów – w przeciwieństwie do sowieckich wraków – nadawała się do remontu; wyrządzone szkody nie miały charakteru ostatecznych (gwoli rzetelności dodać należy, że wielu takich wozów nie udało się Niemcom ewakuować). O sowieckim zwycięstwie nie zadecydował kunszt dowódców i czołgistów czy wyższa jakość broni, a masa. W połowie 1943 roku przemysł zbrojeniowy ZSRR produkował miesięcznie 2,4 tys. czołgów (niemiecki cztery razy mniej); innymi słowy, było czym kompensować straty. I kim, wszak sowiecki system mobilizacyjny nie załamał się aż do końca wojny.

A dziś? „Rosyjski przemysł wyprodukuje do końca 2023 roku 1500 czołgów!” – chwali się dymtrij miedwiediew. Relatywnie – porównując skale obu wojen – to byłoby naprawdę sporo, tyle że deklaracje „wiecznie naprutego dimona” nijak się mają do rzeczywistości. Wedle wiarygodnych źródeł, rosjanie nie są w stanie wyprodukować miesięcznie więcej niż 25 czołgów. Biorąc pod uwagę okresy o najniższej (!) intensywności walk, wystarczy to zaledwie na pokrycie połowy strat. Utrzymywanie ilościowej przewagi w zakresie broni pancernej nadal pozostaje rosyjskim atutem, ale coraz częściej osiąganym rozpaczliwymi metodami. Kilka dni temu na froncie pojawiły się pierwsze ponad 60-letnie T-55, wyciągnięte z głębokich magazynów. Załogi Leopardów i Challengerów będą je rozstrzeliwać, popijając przy tym kakao i zajadając drożdżowe babki.

Nie trywializuję, nie mam w zwyczaju nie doceniać rosjan. Wiem, że poza starociami dysponują też dużo nowocześniejszymi czołgami oraz sporą ilością przyzwoitej broni przeciwpancernej, tym niemniej nie są już sowietami z 1943 roku i nigdy nimi nie będą. Nie wygenerują pancernej masy o właściwościach walca, ta ludzka również jest poza ich zasięgiem. Jesienią z sukcesem przeprowadzili mobilizację, ale kolejne miesiące udowodniły, że 350-tysięczny kontyngent w Ukrainie to kres możliwości ich logistyki. Przy takich uwarunkowaniach, na miejscu rosjan nie przywiązywałbym się więc do kurskiej analogii. A na miejscu Ukraińców wyciągnąłbym z niej jedną zasadniczą lekcję. Na klęskę Niemców większy wpływ niż sowieckie czołgi miał fakt, że armia czerwona w miesiącach poprzedzających „Cytadelę” rozbudowała linie obronne w kurskim wybrzuszeniu. Trudno w najnowszej historii wojskowości o lepszy przykład tak głęboko urzutowanej obrony – pas za pasem, pas za pasem, na których rozbijali sobie zęby Niemcy. W Ukrainie rosjanie od miesięcy skupiają się przede wszystkim na budowaniu pozycji obronnych. Im głębiej się wryją, tym trudniej będzie ich wytrzebić…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Aleksandrowi Stępieniowi, Joannie Siarze, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi, Justynie Miodowskiej, Marcinowi Pędziorowi, Michałowi Wielickiemu i Monice Rani.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatnich ośmiu dni: Danielowi Alankiewiczowi, Michałowi Nowakowi, Tomaszowi Pawełkowi, Bartkowi Wrońskiemu i Maciejowi Żukowskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Niemiecki Tygrys podczas walk na łuku kurskim/fot. domena publiczna

Strony

Dniepr potrafi być szeroki. Rozlewisko na południe od Zaporoża wygląda jak morze. Zobaczyłem je po raz pierwszy wiosną 2015 roku. Jechałem wówczas z kolegami-reporterami pociągiem do Mariupola. Tory od Zaporoża „w dół” poprowadzone są wzdłuż brzegu rzeki (ba, czasami wręcz groblami), jest więc sposobność, by popodziwiać widoki. Pamiętam, że przysnąłem – obudziło mnie szturchnięcie któregoś z chłopaków i jego głośne „o kurwa, patrz!”. Spojrzałem – za oknem, po horyzont, widać było tylko wodę. Wzburzona wiatrem, sprawiała wrażenie, że zaraz wleje się do przedziału; wyglądało to tyleż groźnie, co pięknie.

Dniepr w okolicach Chersonia jest dużo, dużo węższy. Po prawdzie to rozczarowująco wąski, bo co to jest te 200-300 metrów wstęgi? Ok, mam zaburzenia percepcji w tym zakresie – przez niemal ćwierć wieku mieszkałem tuż przy Wiśle, na odcinku, gdzie ma ona co najmniej pół kilometra szerokości. Winne są też lekcje geografii, gdzie uczyli, że Dniepr to jedna z najdłuższych rzek w Europie, co jakoś z automatu przywodziło skojarzenia z nie byle jakim korytem.

Ale do rzeczy – pod koniec marca, po wizycie w Tomaryne, wioseczce oddalonej od Dniepru o kilka kilometrów, moja wolontariacka ekipa stanęła przed dylematem, jak wracać? Czy bezpieczniejszą, ale upiornie niewygodną drogą, którą rano przyjechaliśmy z Mikołajewa (nazwanie jej off-roadem to nobilitacja, uwierzcie mi)? Czy asfaltem, w stronę Chersonia, omijając miasto od północy? Wybór niby oczywisty, ale opcja numer dwa oznaczała jazdę do rzeki (do wsi Berysław), a potem kilkanaście kilometrów wzdłuż jej brzegu. Ze świadomością, że po drugiej stronie stoją ruskie.

– Jeźdźcie szybko, pod żadnym pozorem się nie zatrzymujcie – poradzili żołnierze na blok-poście w Berysławiu.

No to dzida – prowadząca auto Julia chyba została do takich akcji stworzona. Fakt, droga była puściutka, widoczność wspaniała, ale nawierzchnia pełna wybojów. Zrobiłem komórką kilka zdjęć dokumentujących ową „need for speed”, po czym skupiłem się na podziwianiu okolicy. Szosa raz opadała, raz wynosiła się ponad okolicę – wtedy widziałem rzekę. „Dnieprzyk”, jak nazwałem ją w myślach z uwagi na tę lichą szerokość.

I wtedy przypomniałem sobie, jak spoglądałem – przez jakiś czas dzień w dzień, z okna redakcji – na drugi brzeg Wisły w Warszawie. Park praski i zoo wydawały się być na wyciągnięcie ręki. Pracowałem w stolicy przez cztery lata, także po prawej stronie; naprzekraczałem się Wisły chyba setki razy. Cyk – i człowiek był za rzeką. Do samego końca pobytu w Warszawie nie mogłem wyzbyć się poczucia lekkiego surrealizmu w trakcie tych rutynowych przecież doświadczeń. Winna temu była świadomość, że kilkadziesiąt lat wcześniej rzeka okazała się linią życia i śmierci. Granicą, za którą rozegrał się powstańczy dramat, której przekroczenie – w zależności od kierunku – oznaczało podróż z lub do piekła.

No więc patrzyłem pełen tych refleksji na ów Dniepr, który jawił mi się jako granica dobra i zła. Ale na tym drugim brzegu było tak swojsko, tak nie-inaczej niż po „mojej” stronie…

I jeszcze jedna myśl przyszła mi do głowy – Wisła zatrzymała potężny sowiecki front, w tej wojnie Dniepr pełni rolę zapory przed raszystami, a dużo mniejsze i węższe rzeki okazywały się trudne czy wręcz nie do pokonania dla rosjan. Jako ludzie latamy w kosmos, schodzimy na dno oceanów, a kilkadziesiąt czy kilkaset metrów wody potrafi pokrzyżować nam szyki. Mówimy o wojowaniu, więc w sumie to nie wiem, czy mnie to cieszy, czy martwi. Chyba jak w życiu, wszystko zależy od tego, po jakiej jest się stronie…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. „Need for speed”/fot. Marcin Ogdowski

Niezłomność

Wieś Zahorianiwka, 10 km na północ od Chersonia. Właśnie zakończyło się wydawanie pomocy humanitarnej, którą do wyzwolonej jesienią 2022 roku osady przywieźli wolontariusze z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i ukraińskiej Fundacji Wieża.

– Może pomogę? – zaproponowałem kobiecie, której chwilę wcześniej zrobiłem zdjęcie.

Ukrainka zatrzymała się, puściła uchwyty jednokołowego wózka.

– Chcesz mnie obrazić, chłopczyku? – wyprostowana niczym struna, zrobiła groźną minę. Zaraz jednak uśmiechnęła się serdecznie. – Chałupa kilometr stąd, na taczce te ciężary nie takie straszne.

– Kilometr to sporo… – nie odpuszczałem.

– Eee – starsza pani machnęła ręką.

– Mąż nie mógł przyjść? – spytałem.

– Męża pochowałam zanim przyszli moskale – usłyszałem w odpowiedzi. Staruszka nie powiedziała, kiedy dokładnie odszedł jej mężczyzna. Nie sądzę, by zapomniała czy nie miało to dla niej znaczenia. Inwazja – na co właśnie zyskałem kolejny dowód – stała się najważniejszym punktem odniesienia dla Ukraińców. Przedzieliła ich życia wyraźną, szeroką kreską.

– Dzieci?

– Młodych we wsi prawie nie ma, zabrała ich wojna. Albo na nią poszli, albo przed nią uciekli – tym razem na twarzy starszej pani zagościł smutek. – Nam, starym, trochę bez nich ciężko, ale przecież nie będę narzekać. Nie wolno nam być ciężarem – stwierdziła, chwytając na powrót ogumione rączki. I popchała dalej tę swoją taczkę.

Stałem przez chwilę, odprowadzając kobietę wzrokiem.

– Chłopczyku! – krzyknęła, nie odwracając głowy. – Ja naprawdę dam sobie radę – brzmiało to jakoś tak zawadiacko.

Skrzywiłem usta w uśmiechu. Ukraińskie babcie rzucające słoikami w rosyjskie drony nigdy nie istniały; to wytwór propagandy, powstały „ku pokrzepieniu”. Rzeczywistość jest mniej widowiskowa, ale niezłomność wcale nie musi nosić oczywistych cech bohaterstwa.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -