Ułamki

„Walczymy z całym Zachodem! Z NATO!”, przekonuje rosyjska propaganda, ruskie bowiem nie są w stanie pogodzić się z faktem, że wciry otrzymują przede wszystkim od Ukraińców. Owszem, wspieranych przez Zachód, ale Ukraińców – tych pogardzanych przez wielkoruskich panów „dzikusów” i „wieśniaków”.

No to spójrzmy, jak się sprawy mają. Na załączonej grafice widzimy, jaką część budżetów wojskowych za 2022 rok sojusznicy przeznaczyli na wsparcie dla Ukrainy. Imponujący wkład w stosunku do własnych możliwości wnieśli natowscy maluczcy – Estonia i Łotwa (44,5, 39,9 proc.). Sporym wysiłkiem wykazali się średniacy – znajdująca się w tej kategorii Polska przeznaczyła na pomoc jedną piątą budżetu wojskowego za miniony rok. Ale chodząca w pierwszej lidze Wielka Brytania już niecałe 9 proc. (choć w liczbach rzeczywistych jest to imponująca kwota 4,5 mld euro). A lider – Stany Zjednoczone – operuje już niemal resztówkami (5,9 proc.). W liczbach rzeczywistych Amerykanie dają najwięcej – to prawie dwie trzecie całej wartości wsparcia, wynoszącego po roku wojny 65,3 mld euro.

Innymi słowy, dla tych, którzy wnoszą najwięcej, wsparcie dla Ukrainy nie jest żadnym wielkim wysiłkiem. Naziole putina nie walczą więc z „całym NATO”. Walczą z Ukrainą, wspartą ułamkiem możliwości Zachodu.

Wołodymyr Zełenski był jakiś czas temu gościem talk show amerykańskiego dziennikarza Davida Lettermana (program można obejrzeć na Netfliksie). I opowiedział tam taki dowcip:

Rozmawiają dwaj odescy Żydzi. Jeden pyta drugiego: „Jak tam sytuacja na świecie? Co mówią ludzie?”. Drugi odpowiada: „Mówią, że jest wojna”. „Jak to wojna?”. „Rosja wojuje z NATO”. „I jak tam?”. „No jak tam: zginęło 70 tysięcy rosyjskich żołnierzy, stracili prawie wszystkie rakiety, masa sprzętu została uszkodzona”. „A co z NATO?”. „NATO jeszcze nie przyjechało”.

I raczej nie będzie musiało…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Zełenski i Letterman/fot. Netfliks

Idioci

Sporo się działo przez ostatnie dni w Ukrainie. Raszyści już po raz 2137. domykali kocioł w Bachmucie („rosyjski pierścień okrążenia coraz bliższy zatrzaśnięcia się” – donosił w sobotę mój „ulubiony” prorosyjski aktywista medialny). Naziści z moskowii rzeczywiście – znów za cenę gigantycznych strat – zdobyli trochę terenu, ale nim zdołali się nacieszyć, wyszło ukraińskie kontruderzenie. Stan na wczoraj – „druga armia świata” biła się o market ogrodniczy na obrzeżach Bachmutu. Miasto zaś wciąż się trzyma, choć sytuacja obrońców łatwa nie jest. Co istotne, rosjanie tak wściekle usiłują zdobyć miejscowość, że moje słowa (i obserwacje) sprzed kilku tygodni straciły na aktualności. Widziałem wówczas Bachmut dotknięty wojną, lecz nie – jak mówili niektórzy – kompletnie zniszczony. Obecnie poważnie zdewastowane są już nie tylko przedmieścia, ale i zasadnicza zabudowa. Jeśli Ukraińcy nie odstąpią, a ruscy dalej obsesyjnie będą dążyć do zajęcia tej nieszczęsnej mieściny, czeka ją los Siewierodoniecka.

O czym nie piszę z przyganą w stronę Ukraińców, bo dobrze rozumiem ideę uporczywej obrony, angażującej siły i środki nieprzyjaciela. Nieprzyjaciela, który wykrwawia się w tempie nieznanym jeszcze w tej wojnie. Wedle oficjalnych ukraińskich statystyk, na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy zginęło i zostało rannych 50 tys. rosyjskich żołnierzy – połowę tego, co w czasie pierwszych dziesięciu miesięcy inwazji (symboliczny próg 150-tysięcznych strat zostanie dziś przekroczony). W ocenie amerykańskich i brytyjskich służby wywiadowczych, w grudniu zeszłego roku straty agresorów doszły do 180 tys. zabitych i rannych, obecnie wynoszą 220 tys. – te statystki cechuje niższa dynamika przyrostu, ale w liczbach bezwzględnych i tak mówimy o koszmarnej przeróbce „armatniego mięsa”.

A nie tylko o uszczuplanie potencjału chodzi. Ukraińska dalekonośna artyleria rakietowa oraz drony wzięły się za rosyjskie zaplecze na południowym odcinku frontu. Zaatakowane zostały m.in. rosyjskie składy i miejsca dyslokacji wojsk w Mariupolu. Ponieważ mówimy o granicy zasięgu dotychczas używanych rakiet systemu Himars, pojawiły się przypuszczenia, że Ukraińcy dostali „coś z długim lontem” – na przykład amunicję GLSDB. Nie potrafię zweryfikować tej informacji, choć nie wydaje mi się prawdziwa. Do końca zeszłego roku zapasy GLSDB były szczątkowe, Amerykanie dopiero produkują pociski obiecane Ukrainie. Dlatego bardziej prawdopodobne wydają mi się drony, no i „tradycyjne” himarsy, które w połączeniu z ukraińską zuchwałością (strzelaniem pod samym nosem rosjan), przynoszą odpowiednie efekty. O czym wspominam, bo gdy kilka(naście) tygodni temu spekulowaliśmy na temat ukraińskiej kontrofensywy na południu, wydawało się, że próba rozcięcia rosyjskiego pasa biegnącego wzdłuż Morza Azowskiego nastąpi mniej więcej w jego środku, na wysokości Melitopolu. A może jednak celem będzie położony na wschodnim skraju pasa Mariupol? Miasto-widmo, lecz o gigantycznym znaczeniu propagandowym. W tym ujęciu uporczywa obrona Bachmutu to także „zmyła”/zasłona dymna. Dywaguję, wszak zaskakuje mnie ukraińska aktywność na południu.

A może to część szerszego planu wytrzebienia rosyjskiej logistyki wzdłuż całego frontu, z konieczności realizowanego fragment po fragmencie?

Pozostając zaś przy ukraińskich dronach – od kilku dni polują one w Doniecku i okolicy (czyli na bliskim zapleczu frontu). Atakowane są nie tylko cele wojskowe, ale i posterunki policji oraz obiekty zajmowane przez tamtejszą administrację. Nasilenie tych działań posłużyło rosyjskiej propagandzie do wysunięcia oskarżeń, że Ukraińcy „postępują niehumanitarnie”. Jak? Atakując – już nie dronami, a himarsem – załogi pogotowia i straży pożarnej, wysłane z misją ratunkową do wcześniej trafionego obiektu. Czemu miałoby służyć porażenie wartą 150 tys. dol. rakietą karetki i wozu strażackiego? Obniżeniu morale rosjan i separatystów, poprzez udowodnienie im, że „nikt nie może czuć się bezpieczny”. W tym celu Ukraińcy nagrali swój atak, a materiały zdjęciowe opublikowali w sieci. Brzmi sensownie? Użytecznych idiotów przekonuje, choć filmu nikt na oczy nie widział, a marnej jakości screeny – publikowane przez (pro)rosyjskie konta – aż biją po oczach manipulacją.

I skoro jesteśmy na gruncie oferty propagandowej dla idiotów. Oczywiście, wspaniała armia radziecka, tfu!, rosyjska, już zniszczyła pierwszego z przekazanych Ukrainie Leopardów. Co istotne, miała to być maszyna pochodząca z zasobów Wojska Polskiego, a wedle niektórych rodzimych skarpetkosceptyków, z mieszaną polsko-ukraińską załogą. Na dowód zaprezentowano zdjęcie charakterystycznej płyty nadsilnikowej, spoczywającej obok wraku jakiegoś pojazdu. „Leopard zniszczony przez Rosjan. (…) Dwa tygodnie i z tych czołgów na Ukrainie nic nie zostanie”, ekscytuje się rodzimy miłośnik ruskiego miru. Zdjęcie jest prawdziwe, tyle że zrobiono je 5 lat temu w Syrii. I przedstawia tureckiego Leoparda zniszczonego przez kurdyjskich bojowników. No ale tym bezrozumne ameby i wyrachowani manipulatorzy niespecjalnie się przejmują. Grunt, by ktoś jeszcze im uwierzył…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

„Darwiny”

Armia rosyjska, jako całość, zasłużyła na Nagrodę Darwina za 2022 rok. Niestety, instytucje wyróżnień nie dostają. Co nie zmienia faktu, że pewien rosyjski żołnierz i tak przeszedł do historii „darwinów”… Zapraszam dziś do lektury nieco lżejszego tekstu!

Gen. Jarosław Szymczyk, komendant główny polskiej policji, zyskał u podwładnych ksywkę „Bazooka”. Pochodzi ona od amerykańskiego granatnika przeciwpancernego, wprowadzonego na wyposażenie w czasie II wojny światowej. Bazooka zyskała tak wielką sławę, że w potocznym języku przyjęło się określać tym mianem wszystkie granatniki, niezależnie od kraju pochodzenia. I tak jest do dziś, choć amerykańskiej „rury” nie używa się już od ponad półwiecza. A co ją łączy z naszym inspektorem? W połowie grudnia ub.r. Szymczyk zasłynął na cały świat, odpalając w gabinecie współczesną wersję bazooki. Był to prezent przywieziony z Ukrainy, gdzie generał spotkał się z szefostwem tamtejszej policji i MSZ. Zdaniem Szymczyka, granatnik wręczono mu z informacją, że jest zużyty (nie ma głowicy bojowej) i przerobiony na głośnik; słowem – bezpieczny. Urządzenie trafiło do komendy, gdzie generał postanowił je przetestować. Zdjął blokady i nacisnął spust… Wcześniej zignorował wagę granatniko-głośnika – pusta „rura” waży 4-5 kg, podarowana była znacznie cięższa. Komendant miał szczęście, bo wystrzelony pocisk nie zdołał się uzbroić, ale gazy wylotowe i tak narobiły solidnych szkód. Kilkadziesiąt godzin później, z opatrunkiem na uchu, Szymczyk zapewniał w telewizji, że jest ofiarą zdarzenia. On, szef mundurowej formacji, teoretycznie obyty z bronią. Kpinom nie było końca, także na policyjnych forach (nie tylko polskich…). Komendant stał się memem, a co złośliwsi widzieli go jako murowanego kandydata do Nagrody Darwina (ang. Darwin Awards). Honorowej, bo na inną inspektor nie zasłużył.

Polski akcent

Nie zasłużył, bo przeżył, tymczasem Nagrody Darwina przyznawane są za wyjątkową nieroztropność, której efektem była śmierć kandydata, ewentualnie pozbawienie się zdolności do płodzenia potomstwa. Idea wyróżnienia nawiązuje do Charlesa Darwina – brytyjskiego przyrodnika, twórcy teorii ewolucji – i ma „upamiętnić osoby, które przyczyniły się do przetrwania naszego gatunku w długiej skali czasowej, eliminując własne geny z puli genów ludzkości w nadzwyczaj idiotyczny sposób”. „Darwiny” mają wyłącznie symboliczny charakter, a zwycięzców wyłania się na drodze internetowego głosowania. Nie ma statuetek, jest adnotacja na stronie WWW organizatorów. Przyznawana od 1994 r. antynagroda stała się kulturowym fenomenem, który wyszedł poza świat cyfrowy – powstają o niej książki i filmy, a określenie „zasłużyć na nagrodę Darwina”, w wielu językach jest synonimem wyjątkowo niemądrego zachowania.

Szef naszej policji na „darwina” nie zasłużył, ale to nie znaczy, że w 30-letniej historii konkursu nie ma polskiego akcentu. Jest – i to z przytupem, za sprawą pana Krzysztofa (w annałach występującego z nazwiskiem, ale tu sobie je podarujemy). Był rok 1996, nasz rodak ostro popił z kolegami. A że nie samą wódką człowiek żyje, panowie przeszli do prób męskości, okładając się po głowach kijami – w myśl zasady „kto więcej wytrzyma”. Niestety, jeden z uczestników rywalizacji wywiódł ją na wyższy poziom – uruchomił piłę łańcuchową i pozbawił się fragmentu stopy. Krzysztof poszedł dalej i… tu istnieją dwie wersje. Wedle oficjalnej, usiłował obciąć sobie piłą głowę, by udowodnić, że jest największym macho. Nieoficjalnie sprawy miały się tak: mężczyzna położył głowę i stwierdził, że żaden z kolegów nie będzie miał odwagi, by mu ją odjąć. Jeśli tak było, śmiałek jednak się znalazł, bo pogotowie znalazło martwego twardziela z rozerwaną tętnicą i „napoczętą” szyją. Ponoć jeden z uczestników rywalizacji stwierdził, że „choć za młodu Krzysiek ubierał się w bieliznę siostry, finalnie skończył jak mężczyzna”.

Trucizna z lewatywy

Nieprawdopodobne? Owszem – ale prawdziwe. Po kilku wpadkach z zakwalifikowaniem do rywalizacji miejskich legend, organizatorzy zaczęli weryfikować zgłoszenia. Z czasem stało się to dużo prostsze, bo wielu nominatów, nieświadomych zbliżającego się końca (śmierć samobójcza nie kwalifikuje się do nagrody), rejestrowało swoje poczynania. Tak było z 47-letnim Japończykiem imieniem Tedzu, który w październiku 2019 r. wyruszył na szczyt góry Fuji. Niepoprawny fan społecznościówek, mimo minusowej temperatury i odmrożonych palców, cały czas prowadził transmisję na żywo. Skupiony na telefonie, stanął nie tam, gdzie trzeba. „O nie! Ześlizguję się!”, to jego ostatnie dające się zrozumieć słowa.

Z „darwinami” jest trochę jak z noblami – duża ich część trafia do Amerykanów. Ci bowiem naprawdę są kreatywni jeśli idzie o sposoby przenoszenia się na tamten świat. Wśród nominatów znalazł się na przykład mężczyzna, który z bronią w ręku napadł na sklep z bronią, pełen uzbrojonych klientów. Albo inny obywatel USA, który spreparował list z bombą, a gdy źle zaadresowaną przesyłkę odesłano mu do domu, osobiście ją otworzył. Laureat nagrody za 1998 r., 23-letni Michael z Ohio, zmarł po tym, jak założył się z kolegami, że połknie żywcem 12-centymetrową rybę. Gdy zaczął się dusić, kumple zadzwonili po karetkę. Ekipa pojawiła się na tyle późno, że nie zdołała już odratować delikwenta. I na tyle wcześnie, by zobaczyć nadal trzepoczący ogon ryby, wystający z ust martwego śmiałka. Wymiar sprawiedliwości nie postawił kolegom ofiary żadnych zarzutów. „Jeśli mając 23 lata, założysz się z kimś, że skoczysz z mostu i rzeczywiście to zrobisz, to znaczy, że po prostu jesteś idiotą”, skwitował sprawę miejscowy szeryf.

Lecz niefrasobliwość wcale nie jest cechą młodego wieku. Pewien 58-letni alkoholik, również Michael, cierpiał na infekcję gardła, która uniemożliwiała mu popijanie. Poszedł więc na sposób i zaaplikował sobie trunek lewatywą. Rzecz w tym, że taki „wlew” działa mocniej i półtoralitrowa butelka sherry zabiła amatora trunku. Do zdarzenia doszło w 2004 r., ale „darwina” przyznano Michaelowi trzy lata później – tyle czasu zajęło ustalenie dokładnej przyczyny śmierci.

Takich problemów nie miał patolog badający ciało 28-letniego rosjanina, wyróżnionego „darwinem” za 2009 r. Sergiej, mechanik samochodowy, założył się z kilkoma koleżankami, że będzie w stanie przez pół dnia uprawiać seks. Stawką była równowartość 4,3 tys. dolarów, no i opinia. Mężczyzna ani myślał ryzykować i połknął całe opakowanie Viagry. Wyzwaniu podołał, ale tuż po miłosnych uciechach zszedł na zawał. „Zadzwoniliśmy po pogotowie, ale było już za późno”, przyznała jedna z kobiet, które wzięły udział w zakładzie.

Zderzenie z materią

Tyle historii. A kto zapisał się w najnowszej odsłonie antynagród za 2022 r.? Zestawienie otwiera rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. „Bojec” wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, zabranego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający.

Równie zabójczą beztroską wykazał się holenderski piłkarz Mourad Lamrabatte, który w maju minionego roku, na Majorce, zapragnął skoczyć z klifu do oceanu. Atletyczny 31-latek poprosił krewnych o sfilmowanie wyczynu. Wydał z siebie triumfalny okrzyk i rzucił się w otchłań. Problem w tym, że skakał z dużej wysokości – 30 m – a bezpieczne lądowanie zapewniłoby mu odbicie się od skały na odległość 10 m. Wówczas nie wpadłby na podwodne skały, o które ostatecznie się roztrzaskał. Z raportu koronera wynikało, że obrażenia skoczka-amatora przypominały skutki potrącenia przez pojazd na autostradzie.

Brutalne zderzenie z twardą materią stało się udziałem 46-letniego Włocha z miasta Cattolica. Znanego społeczności złodziejaszka, który w pewną kwietniową noc (co ciekawe, wielkanocny poniedziałek…), wziął na celownik budynek lokalnego targowiska. Zapewne zmęczony robotą i spragniony, postanowił napić się wody. Chwycił więc plastikową butelkę, będącą częścią większego stosu. Gwałtowne szarpniecie naruszyło delikatną konstrukcję i lawina butelkowanej cieczy zasypała rabusia. Na amen, o czym wiemy ze sklepowego monitoringu, przejrzanego przez miejscowych karabinierów.

Na tym tle znacznie mniej pechowo wygląda śmierć 49-letniego mieszkańca stanu Maryland, którego znaleziono w domu w towarzystwie 124 jadowitych współlokatorów – kobr, grzechotników, czarnych mamb i gigantycznego pytona. Egzotyczne węże żyły w dobrze utrzymanych terrariach, ale jeden z nich wybrał wolność. Po drodze odwdzięczając się za opiekę siedzącemu w salonie, przed telewizorem, właścicielowi. Co istotne, okoliczni mieszkańcy nie mieli pojęcia o niebezpiecznym hobby sąsiada. Źródła nie podają, czy udało się dorwać uciekiniera-zabójcę…

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Magdalenie Kaczmarek, Pawłowi Ostojskiemu, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Maciejowi Szulcowi, Piotrowi Maćkowiakowi, Przemkowi Piotrowskiemu, Tomaszowi Frontczakowi, Andrzejowi Kardasiowi i Jakubowi Wojtakajtisowi. A także: Michałowi Wielickiemu, Monice Rani, Jarosławowi Grabowskiemu, Bożenie Bolechale, Aleksandrowi Stępieniowi, Szymonowi Jończykowi, Tomaszowi Sosnowskiemu, Mateuszowi Jasinie, Remiemu Schleicherowi, Miko Kopczakowi, Grzegorzowi Dąbrowskiemu, Arturowi Żakowi, Bernardowi Afeltowiczowi i Justynie Miodowskiej.

Podziękowania należą się również najhojniejszym „Kawoszom” z ostatniego tygodnia: Marcelowi ze Szczecina, Przemysławowi Sałudze, Emilowi Morawcowi oraz Marcinowi Figurskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam – i licznemu gronu innych Donatorów – powstają moje materiały!

Nz. Armia rosyjska, jako całość, zasłużyła na Nagrodę Darwina za 2022 rok. Niestety, instytucje wyróżnień nie dostają… Zniszczony i porzucone rosyjskie czołgi pod Charkowem/fot. Sztab Generalny ZSU

Symetria

Minął rok. Wszędzie mnóstwo omówień, więc nie będę Was męczył własnym. Zamierzam w marcu skończyć książkę, która będzie moim podsumowaniem tych straszliwych, ale i niosących nadzieję 12 miesięcy. Odpowiednio obszernym i kompletnym, jak sądzę.

Jestem w podróży, więc z konieczności będzie to krótki wpis. Chciałbym w nim zilustrować pragnienie „symetrycznej narracji”, wyrażane przez zwolenników ruskiego miru. Stykam się z nim na co dzień, zwykle ignoruję idące w parze zaczepki, tym niemniej to realny społeczny problem. Rosyjska propaganda żyje, prorosyjskie sympatie, jakkolwiek wyrażane przez mniejszość, wciąż są u nas obecne.

Czasem przybierają taką postać:

„Pisze pan” – skarży się rodzimy skarpetkosceptyk – „jakie straszliwe skutki dla ekologii stwarzają rosyjskie rakiety. No tak. Bo ukraińskie tych złych skutków nie dają. One niosą spokój i radość ludziom, na których spadają. Bo przecież gdyby takie złe skutki dawały, to pan by o tym napisał? PRAWDA??? Skupia się pan na długofalowych skutkach szkodliwych czynników wynikających z rosyjskich ataków rakietowych, nie wspominając o ostrzałach rakietowych Ukraińców. No bo przecież Ukraińcy swoimi rakietami (także tymi natowskimi), rozsiewają tylko zapach konwalii i bzu. (…)”.

Czujecie to? Symetria – jedni i drudzy robią coś złego. Pozornie logiczne, ale…

Ale Ukraińcy nie wystrzeliliby żadnej rakiety (pocisku, bomby), gdyby ich do tego nie zmuszono. Gdyby wróg nie najechał ich kraju. Mam absolutną pewność, że moment, w którym ostatni rosyjski żołnierz opuści granice Ukrainy, wyznaczy kres jakichkolwiek działań bojowych. Ale tak długo, jak bandyci putina robią to, co robią, tak długo będą na nich spadać rakiety. Szkody wyrządzane ukraińskiej ziemi (i infrastrukturze), są z perspektywy obrońców niechcianym, a zarazem niedającym się uniknąć skutkiem. Rodzącym ból przymusem.

Spotkałem pod Bachmutem żołnierza. Był z kijowskiej obrony terytorialnej, więc zdziwiłem się, gdy w pewnej chwili przyznał, że jest „stąd” (z okolic Kramatorska).

– Trudno się patrzy na to, jak rujnowany jest Donbas? – nie było to zbyt mądre pytanie, ale takie właśnie zadałem.

Chłopak westchnął, kiwnął głową.

– Marzę o tym, by się obudzić i móc stwierdzić, że to tylko zły sen – odparł.

„Marzy mi się pluralizm myśli” – pisze do mnie zwolennik ruskiego miru. Jego kolega w poglądach dodaje: „W Polsce łamane jest prawo do wyrażania opinii bez względu na ich treść i formę. Ludzie, którzy głoszą niepopularne tezy, są wyśmiewani i wyszydzani (…). Nękani przez władze lub nawet wyrzucani z pracy. I ja przeciwko temu się buntuję (…)”.

A więc wolność słowa. Zacna idea, podstawa demokracji. Ale znów ale…

Wolność ma swoje ograniczenia. Dziś prorosyjskość to nie jest kwestia akceptowalnej sympatii. Tak jak w czasach II wojny światowej proniemieckość. Nie istnieją żadne racje przemawiające za rosyjskim bestialstwem, nie da się usprawiedliwić rasizmu, nacjonalizmu orków. Nie ma moralnie zasadnego powodu, by wspierać ich plany eksterminacyjne wobec Ukraińców. A świat nie powstał po to, by zaspakajać imperialne pragnienia rosjan.

W tej perspektywie to wręcz imperatyw, by tropić, karać i na wszelkie sposoby utrudniać życie skarpetkosceptycznym; element racji stanu. Zwłaszcza że rosja to kraj nam wrogi – od wieków – od miesięcy zaś dyszący żądzą zemsty za wsparcie dla Ukrainy. Gdyby nie natowski protektorat i twarda ukraińska obrona, bilibyśmy się z rosjanami u nas.

Prorosyjskość nie wynika z moralnej czy intelektualnej uczciwości. Nie sposób jej usprawiedliwić nawet w wydaniu light – owej symetrii w postrzeganiu obu stron konfliktu. Prorosyjskość to zdrada i kolaboracja.

A w przypadku zacytowanych zwolenników „wolności słowa”, dowód na ślepotę bądź hipokryzję. Wszak w rosji niewiele jest bardziej podeptanych praw. 15 lat odsiadki za „wojnę” miast „specoperacji” najlepszym tego dowodem.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Fontanna na rynku w Niepołomicach, zdjęcie z dziś. Polacy – na przekór skarpektosceptykom – wciąż murem za Ukrainą/fot. Michał Machlejd

Pretekst

Dziś będzie inaczej…

Redakcja, z którą współpracuję, zleciła mi napisanie tekstu w nieco lżejszej tematyce, co idzie po linii mojego postanowienia, by zafundować sobie delikatny odwyk od Ukrainy (i do papieru, nie tu, pisać o innych sprawach). Wziąłem więc na warsztat tegoroczne Nagrody Darwina, przyznawane za wyjątkową nieroztropność, której efektem była śmierć kandydata, ewentualnie pozbawienie się zdolności do płodzenia potomstwa. Więcej o tym poczytacie w przyszłym tygodniu, na tym etapie wystarczy stwierdzenie, że zacząłem risercz i… jeb! Oto jako pierwszy nagrodzony wymieniony został rosyjski żołnierz, którego ciało znaleziono w marcu ub.r. pod Irpieniem. „Bojec” wyjął z kamizelki kuloodpornej płytę balistyczną i w to miejsce włożył Macbooka, zabranego z opuszczonego przez Ukraińców domu. Gdy trafiła go karabinowa kula, wsad na piersi okazał się niewystarczający. Imperatyw moralny „nie kradnij!” w działaniu. A i ja najwyraźniej skazany na Ukrainę jestem, niezależnie od tego, gdzie zwrócę oczy…

Nie żebym narzekał, choć bywa trudno i zdarza się wdepnąć na minę. Jak i gdzie? Najpierw odrobina retrospekcji.

Kilka lat temu wziąłem udział w obrzydliwym medialnym szoł, w ramach którego przedwcześnie uśmiercono pewnego zasłużonego mężczyznę. A było tak: „koledze” włączyła się szwendaczka, poszedł w diabły, a ja zostałem na stanowisku wydawcy strony głównej wielkiego portalu sam, obrabiając poletko własne i „zaginionego w akcji”. Zdaje się, że dziesiąty albo jedenasty dzień z rzędu, po weekendowym dyżurze – przebodźcowany, zajechany i w konsekwencji nie dość uważny. Puściłem więc bez zastanowienia przygotowaną przez jedną z autorek informację o śmierci pana X. Inne redakcje też puszczały, zatem… sami wiecie; media to pogoń za sensacją, media internetowe to pogoń za sensacją na dopalaczach.

Rzecz w tym, że X żył, a pierwotnym źródłem informacji – która wykiełkowała wysypem żałobnych depesz na stronach największych polskich redakcji – był fejkowy wpis. Później próbowałem iść tym tropem, ale nie udało mi się ustalić, jakie motywy kierowały człowiekiem, który za tym wszystkim stał. Informacje o śmierci zniknęły z emisji, część redakcji – w tym moja – przeprosiła za wprowadzenie w błąd czytelników, część udała, że nic się nie stało. Ja zaś, w towarzystwie autorki „naszego” tekstu, chwyciłem za telefon. Zawstydzony i skruszony jak nigdy dotąd, zamierzałem osobiście przeprosić rodzinę X.

Wiele lat wcześniej, w Afganistanie, brałem udział w patrolu, który został zaatakowany przez talibów. Poległ wówczas jeden żołnierz, kilku zostało rannych. Mnie włos z głowy nie spadł, ale bardzo nie chciałem, by żona dowiedziała się o zdarzeniu z mediów. Tylko nijak nie mogłem jej złapać (była wówczas na konferencji naukowej w Portugalii). Wiedziałem, że za chwilę już się nie dodzwonię (standardowo odcinano wówczas łączność kontyngentu z krajem – do czasu aż rodziny ofiar zostaną oficjalnie poinformowane), poprosiłem więc o pomoc ówczesną szefową. I tej udało się dodzwonić do żony. „Odebrałam telefon i słyszę: ‘w Afganistanie był wypadek, ale Marcin żyje’. Zamarłam. ‘Żyje, ale bez ręki albo nogi’, pomyślałam”, relacjonowała mi po wszystkim Ania. Tak podana wiadomość bardziej ją przeraziła niż uspokoiła.

No więc świadom trochę bardziej niż inni, jak rujnujące mogą być nieprawdziwe czy źle sformułowane komunikaty, złapałem za słuchawkę. Nie udało mi się porozmawiać z uśmierconym – wysłuchała mnie jego żona. Wspaniałomyślna kobieta o rzadko spotykanym takcie. „Dziękuję”, usłyszałem na koniec. „O rzekomej śmierci męża napisało tyle redakcji, a tylko pan i pański kolega (tu padła nazwa redakcji – dop. MO), zadzwoniliście z przeprosinami”. Westchnąłem. Dziś – pisząc ów tekst – również wzdycham, bo w tych słowach kryje się miażdżąca recenzja współczesnych polskich mediów, którym powycierało się sporo hamulców.

Nie chciałem być „wytarty” wtedy, nie chcę być dziś – więc znów pragnę przeprosić, bo znów kogoś uśmierciłem. Szczęściem w nieszczęściu to ZUPEŁNIE inna sytuacja, bo nie muszę kierować przeprosin w stronę uśmierconego i jego bliskich. Mowa bowiem o rosyjskim generale, którego sylwetkę zgłębiłem wczoraj i dziś, i włos jeży mi się na głowie. Andriej Nikołajewicz Mordwiczew to wyjątkowa kanalia, ludobójca, jeden z oprawców Mariupola. Miał zginąć 18 marca ub.r. na stanowisku dowodzenia w słynnej Czarnobajiwce, trafiony w ukraińskim ostrzale. Pisały o tym media w Ukrainie, Polsce, w całej Europie, ja umieściłem go na liście zabitych ruskich generałów w jednym ze swoich tekstów. Ale Mordwiczew przeżył, a kilka dni temu wyłonił się na afiszu jako nowy dowódca jednego z rosyjskich okręgów wojskowych. Uznany przez Ukraińców za przestępcę wojennego, obłożony zachodnimi sankcjami, być może dokona żywota w reżimie sprawiedliwej kary, ale jak na razie ma się drań dobrze. O czym informuję Czytelników, jednocześnie przepraszając za wprowadzenie w błąd.

I ja uczę się tej wojny. Bo choć relacjonuję konflikty od dwóch dekad, ciągle coś mnie zaskakuje. Najnowsza odsłona rosyjsko-ukraińskiej wojny cechuje się nieprawdopodobnym natężeniem informacyjnym. Trudno się w tym poruszać, zwłaszcza że wiele bodźców to elementy kampanii dezinformacyjnej, prowadzonej przez obie strony. Nie da się z perspektyw zewnętrznego obserwatora wyłuskać wszystkich fejków – lecz próbuję i, mam wrażenie, idzie mi to łatwiej niż przed rokiem.

Fejków – intencjonalnych czy nie – jest w obiegu za dużo. Co gorsza, niektóre się zakorzeniają, co jest pokłosiem narzuconej mediom „prędkości”, która sprawia, że wiele informacji zostaje w tyle, znika z pola widzenia. Nie ma możliwości, potrzeby, bywa że i chęci (siły) do ich ponownej weryfikacji. Sam łapię się na tym, że odpuszczam „stare sprawy”, bo nowych jest za dużo. Ale to pułapka, bo odpuszczanie to dostarczanie amunicji tamtym w ich wojnie informacyjnej. Jeden z gamoni – proruskich aktywistów medialnych – ze sprawy Mordwiczewa czyni pretekst do podważania wiarygodności wszystkich doniesień nierosyjskich mediów dotyczących wojny w Ukrainie. „Ha ha, tyle są warte sensacje na temat rosyjskich strat i porażek, ha ha”, cieszy pałę.

Niech cieszy. Tymczasem niezależni rosyjscy publicyści mówią o kilkunastu zabitych generałach putina, a amerykański wywiad szacuje, że jest dwudziestu (szerzej tematem zajmę się w książce). Co oznacza, że w 12 miesięcy rosja straciła więcej najwyższych rangą dowódców niż całe NATO łącznie przez ponad 70 lat swojego istnienia.

Idźcie dalej tą drogą, towarzysze.

—–

Zbieranie informacji i ich opracowywanie to pełnowymiarowa praca. Będę zobowiązany, jeśli mnie w tym wesprzecie. Tych, którzy wybierają opcję „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

- wystarczy kliknąć TUTAJ -

Nz. Plakat „Rosja – światowy lider w dezinformacji”. Podrzucam, by nie tworzyć wrażenia symetrii w zakresie praktyk dezinformacyjnych/graf. Spravdi