Szabrownicy

17 września, wieczorem, poprosiłem Was o pomoc. Chodziło o danie odporu wzbierającej fali fejków, dotyczących śmierci oficera Wojska Polskiego. Ppłk Konrad Barnaś, szef sztabu 12 Bazy Bezzałogowych Statków Powietrznych, zmarł 12 września, po długiej, nieuleczalnej chorobie. Odszedł w hospicjum, gdzie spędził ostatnie tygodnie życia. Gdy pięć dni później informacja o jego śmierci pojawiła się w mediach, rozpętało się szaleństwo. Co rusz ktoś sugerował, że to nieprzypadkowy zgon, że pułkownika zabito, bo za dużo wiedział. Szybko pojawiły się sugestie, że śmierć Barnasia ma związek z dronami, które w nocy z 10 na 11 września przyleciały do nas… no właśnie, przyleciały z rosji, ale w teoriospiskowej narracji podważono ów fakt. Zmarły wiedział, skąd „tak naprawdę” wystartowały bezpilotniki – i musiał zginąć. W najbardziej pojechanych interpretacjach budowano opowieść o spisku władz Ukrainy i Polski, które wspólnie dokonały dronowego ataku pod obcą flagą. Zwalenie winy na rosję miało wciągnąć nasz kraj w wojnę, na czym rzekomo bardzo zależy obecnym władzom Rzeczypospolitej. Barnaś, z racji zajmowanego stanowiska (tu drony, tam drony, wiadomo…), wszedł w posiadanie niewygodnej wiedzy i resztę historii już znacie. Ale było też mnóstwo „stonowanych” sugestii typu „nie wiem, ale mi to śmierdzi”. Podejrzana miała być nie tylko koincydencja z wydarzeniami z nocy z 10 na 11 września, ale i milczenie ministerstwa obrony, które o śmierci pułkownika nie poinformowało opinii publicznej.

Wieczorem 17 września ten ściek insynuacji zmieniał się w rwący potok. Poinformowałem zatem Czytelników o rzeczywistych okolicznościach śmierci ppłk Barnasia i poprosiłem o udostępnianie tej informacji. Poza oczywistą potrzebą odkłamania sytuacji, stały za tym motywy nieco bardziej osobiste; uczciwość wymaga, bym Was o tym poinformował.

12 września byłem w Mirosławcu, w 12 Bazie; razem z operatorem z „Polski Zbrojnej” zamierzaliśmy zrealizować materiał na temat działalności jedynej w naszej armii jednostki wyposażonej w bezzałogowce Bayraktar. Temat klepnąłem na redakcyjnym kolegium miesiąc wcześniej, jeszcze w sierpniu z dowódcą Bazy ustaliliśmy konkretny termin wizyty.

Byliśmy w hangarze, gdzie trzymane są bezzałogowce, gdy płk Jacek Janowski, zwierzchnik Konrada Barnasia, otrzymał telefon o śmierci swojego szefa sztabu. Jacek – znamy się jeszcze z Afganistanu, więc będę też używał takiej formy – stał akurat przed kamerą, właśnie kręciliśmy jedną z „setek”. Odszedł na bok, by odebrać połączenie, a po chwili wrócił wyraźnie poruszony. Wyjaśnił nam, co się stało; gotowi byliśmy przerwać nagranie, ale dowódca Bazy zapewnił, że możemy działać dalej. Założył tylko przyciemniane okulary, by nie było widać załzawionych oczu. „Wybaczcie, straciłem nie tylko podwładnego, ale i dobrego kumpla”, tłumaczył, choć wcale nie musiał, bo przecież dobrze rozumieliśmy w czym rzecz.

Popołudniu – po kilku godzinach spędzonych z personelem Bazy – znów spotkaliśmy się z Jackiem, tym razem w jego gabinecie. Pułkownik czekał na żonę Konrada Barnasia, która miała przyjechać do jednostki i zabrać rzeczy zmarłego męża. Znów był poruszony, a ja cholernie mu współczułem. Wiedziałem, że to rutynowa procedura, wiedziałem, że takie są obowiązki dowódcy, ale wiedziałem też, że nie chciałbym być w jego skórze. „Brzemię dowodzenia”, przyszła mi do głowy ta fraza, zasłyszana niegdyś w jakimś wojennym filmie. „No ale to Jacek, twarda sztuka”, pomyślałem sobie. „Chłop po zestrzeleniu nad Irakiem wrócił do latania (na śmigłowcu Mi-24); kto ma sobie dać radę w trudnych sytuacjach, jak nie on”, z taką refleksją opuszczałem biuro, mijając się w drzwiach z żoną zmarłego.

Widok jej znękanej twarzy wrócił, gdy kilka dni później natknąłem się na cytowane wyżej wysrywy. Przypomniałem sobie smutnego Jacka, poruszonego młodego porucznika i jego kolegów, gdy dowiedzieli się o śmierci Barnasia. Te niestworzone historie biły w pamięć o zmarłym oficerze i już z tego powodu były niestosowne, ale zdałem sobie sprawę, że pokrzywdzonych jest więcej. Że spotkałem tych ludzi, że byłem świadkiem ich emocjonalnych reakcji – i że także z tego powodu nie powinienem milczeć.

Stąd mój apel do Czytelników.

Ale to nie koniec tego wpisu, cała sytuacja bowiem wymaga komentarza, gdyż dobrze ilustruje znacznie szersze zjawisko. Zacznijmy od przypomnienia definicji „użytecznego idioty”, wieloosobowego podmiotu będącego kluczowym narzędziem Rosji w prowadzonej przeciwko nam wojnie hybrydowej. „Użyt-idioci” to uczestnicy wymiany informacji propagujący korzystne dla Moskwy narracje. Niekoniecznie (a po prawdzie to z rzadka) prorosyjscy, za to pielęgnujący przydatne rosjanom resentymenty (antysemityzm, ukrainofobię, antyamerykanizm, niechęć do demokracji, świata zachodnich wartości itp.), zwolennicy teorii spiskowych lub zwyczajni atencjusze lubujący się w odzewie, jaki generują udostępniane przez nich treści. Są wśród także cyniczni gracze, dla których atencja to kapitał – rozumiany dosłownie jako mechanizmy „monetyzujące treści” czy pośrednio jako sposób na budowanie politycznych wpływów. Tak czy inaczej, dla szeroko definiowanego zysku tacy ludzie gotowi są podać dalej największą brednię. Nawet jeśli skutkiem jest dezawuowanie instytucji państwa polskiego, co w przypadku polityków nadaje ich czynom wyjątkowo amoralnego charakteru.

Co podkreślam, gdyż po pierwsze, teorie spiskowe wokół śmierci ppłk Barnasia to dobry przykład pożywki, na której wyrasta nieufność do armii i państwa, bo przecież „oni coś ukrywają!”. Po drugie, w tym konkretnym przypadku głos zabrali także politycy (działający otwarcie, bądź kryjący się za rzekomo społecznikowskimi profilami), dla których „sprawa Barnasia” stała się wygodnym pretekstem, by przywalić w politycznych konkurentów. Nie będę łobuzów reklamował z nazwiska (łatwo te treści znaleźć, jeśli komuś na tym zależy), ale dla ilustracji zjawiska przywołam komentarz jednego z nich: „wrócił Tusk, znikają ludzie”. Nie mógł się drań – jeden z drugim – powstrzymać. Jak szabrownik, u którego złodziejski instynkt bierze górę nad instynktem samozachowawczym. W tej analogii nasz złodziejaszek wychodzi na miasto, nad którym szaleje huragan, i kradnie cegły z muru oddzielającego miejscowość od kipiącego morza. „Przecież jak wezmę kilka, konstrukcja nie runie, a ja będę miał z czego dokończyć swój dom. Zresztą może wiatr ucichnie, morze się uspokoi i nic złego w mieście się nie wydarzy”, kalkuluje taki drań. Rozumiecie przenośnię? Burzą jest rosja, wiara w instytucje murem, polsko-polskie napierdalanki – i szerzej, patrząc już poza politykę, wszystkie działania, w których nie możemy się powstrzymać, by „dowalić”, „wykorzystać”, „zabłysnąć” czy „zmonetyzować” – rozbieraniem jego fragmentów. Może nic się nie wydarzy i jakoś to będzie – a co, jeśli nie?

Z czym zostaniemy, jeśli uwierzmy, że władza przeciw nam spiskuje, a armia zabija swoich oficerów? Gdzie będziemy, jeśli generalnie przestaniemy ufać w nasze instytucje, ba, stracimy zaufanie do innych, skoro „wszyscy kłamią” i „każdy ma coś do ukrycia”? Jaka będzie nasza społeczna odporność na zewnętrze zagrożenia, gdy tak naprawdę nie będziemy już społeczeństwem, a masą żyjących w tłumie odludków?

Nie potrafię przestać o tym myśleć, stąd też ten mój wpis.

Z uwagi na to, co robię, często pytają mnie, czy nie boję się, że wybuchnie wojna. To pytanie ma dwa wymiary – jeden związany z ryzykiem, drugi egzystencjalny. W pierwszym idzie o prawdopodobieństwo; nie będę się teraz nad tym rozwodził, poruszam bowiem tę kwestię regularnie, na użytek tego wywodu napiszę tylko, że moim zdaniem, inwazja rosji na Polskę jest mało realnym scenariuszem. Jeśli zaś idzie o wątek egzystencjalny, zwykle odpowiadam, że nie bez powodu przez lata zajmowałem się korespondencją wojenną; trudno mnie przestraszyć, a wizja ruskich czołgów i dronów nie jest czymś, co mnie paraliżuje. Gdyby stała się rzeczywistością, przyłączę się do ludzi, którzy będą rosjan zabijać – nie wiem, na ile będę w tym efektywny, ale na pewno się postaram. Koniec-kropka.

Jednak skłamałbym, gdybym napisał, że nie ma we mnie lęku, który czasem mnie paraliżuje.

Kilka lat temu wydałem powieść pt.: „Stan wyjątkowy” – w jej finale rosjanie niemal bez walki zajmują połowę Polski, a w niektórych miejscach wita się ich wręcz entuzjastycznie. Mam do tej książki mieszany stosunek, bo z jednej strony ów scenariusz był niezwykle prawdopodobny – w uniwersum „Stanu…” Polska zmaga się z koszmarną pandemią, dużo gorszą, niż ta z rzeczywistości, co skutkuje częściowym rozkładem struktur społecznych i państwowych. Taki kraj łatwo się atakuje… Z drugiej jednak, owa łatwość wydawała mi się, wciąż wydaje, nieco obrazoburcza. No bo jak to, my nie walczymy? Mimo różnych defetystycznych interpretacji nastrojów społecznych – co rusz obecnych w naszej publicystyce – ja w gruncie rzeczy nadal obstaję przy wizji, że w razie potrzeby, jako państwo i społeczeństwo, damy w ryj, komu trzeba.

Ale co, jeśli się mylę? Przecież mierzymy się z czymś znacznie gorszym niż tamta pandemia, z chorobą, która toczy nasze procesy poznawcze, ogłupia, nastawia wrogo wobec swoich. Z zakażeniem, którego trudno się pozbyć, bo przekazywać je dalej, to mieć doraźne korzyści. Nasi wrogowie o tym wiedzą – prowokują więc i wykorzystują nadarzające się okazje, by szerzyć wszelkiej maści dezinformacje. A one nas zmieniają i w którym momencie może się okazać, że na tyle mocno, że nie będzie już komu stawać do walki. Bo czego tu bronić, skoro nie ma żadnej świętości i żadnej wspólnoty?

Tego naprawdę się boję.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Mołdawia

Niedzielne wybory parlamentarne w Mołdawii określane były jako „najważniejsze w historii kraju”. Utrata większości przez rządzącą proeuropejską Partię Działania i Solidarności (PAS) otworzyłaby bowiem drogę do władzy ugrupowaniom prorosyjskim. Szczęśliwie PAS prezydent Mai Sandu zdobył ponad 50 proc. głosów i ma większość niezbędną do samodzielnego rządzenia.

„Moskwa znowu przegrała!”, „Na Kremlu wielkie rozczarowanie!”, „Hybrydowy atak putina na Mołdawię nie przyniósł odpowiedniego skutku” – oto niektóre tytuły z polskiej i zagranicznej prasy, komentujące elekcję na krańcach Europy Wschodniej. Triumfalny ton jest jak najbardziej zasadny – rosja rzeczywiście zainwestowała ogromne pieniądze w operację zmiany władzy w Mołdawii. W tamtejszej infosferze zaroiło się od propagujących prorosyjskie i antyzachodnie treści botów, Moskwa aktywowała lokalnych agentów wpływu, korumpowała i szantażowała członków komisji wyborczych, jednocześnie alarmując świat, że podejmowane przez Kiszyniów próby obrony przed tą presją, to de facto antydemokratyczne praktyki, mające na celu wyrugowanie opozycji. Krew w piach; większość Mołdawian wybrała kierunek proeuropejski, a ponieważ były to kolejne wybory, możemy już mówić o utrwalającym się trendzie.

Tylko czy Moskwa na tę woltę pozwoli? – zastanawia się część komentatorów, zwracając uwagę na istnienie Naddniestrza. To zbuntowana, prorosyjska część Mołdawii, od 1992 roku stanowiąca quasi-państwowy twór, nieuznawany przez cywilizowany świat. Jego mieszkańcy chcieliby integracji z rosją, tak przynajmniej twierdzą tamtejsze „władze”, no i rzecz jasna Kreml. Oczywiście scenariusz powrotu do „poradzieckiej macierzy” miałby obejmować nie tylko Naddniestrze, a całą byłą sowiecką republikę. Ale chcieć a móc to dwie różne sprawy, Naddniestrze bowiem, jak i całą Mołdawię, oddziela od rosji Ukraina.

Dla rosyjskiej armii to wyzwanie, któremu ta nie jest w stanie podołać. A bez uprzedniego wyeliminowania z gry Ukrainy, nawet posiadając Naddniestrze rosja nie zagrozi Mołdawii. Ale to nie oznacza, że „można się rozejść”. Znacząca część mołdawskich elit politycznych i społeczeństwa zorientowała się na Zachód, ku integracji z Europą, ale nadal mówimy o „tradycyjnej” rosyjskiej strefie wpływów. A to znajduje swoje odbicie nie tylko w działaniach i deklaracjach Moskwy. U wielu Mołdawian żywe są sowieckie sentymenty i prorosyjskie sympatie – to jakieś 30 proc. populacji, co zresztą widać w wynikach ostatnich wyborów. Ci ludzie (a mowa o mieszkańcach kraju spoza Naddniestrza), to dla rosji baza do dalszych działań. A naiwnością byłoby założenie, że Moskwa uzna wynik wyborów, wolę mołdawskiej większości, i odpuści sobie dalsze mieszanie. Jest więcej niż pewne, że nadal będzie dążyć do wywołania ostrego kryzysu politycznego w najbiedniejszym kraju Europy. I sprawienia, by cały stał się Naddniestrzem, a z czasem częścią federacji.

Czy można temu jakoś zaradzić? Zwycięstwo partii założonej przez prezydent Maię Sandu oznacza, że kraj nadal będzie się reformował, aby w 2028 roku zakończyć negocjacje akcesyjne do Unii Europejskiej. Przyszła integracja – a wraz z nią rosnący poziom życia – wygaszą znaczną część prorosyjskich ciągot; ta wiara, oparta o doświadczenia środkowo-europejskich demoludów, stoi za działaniami obecnych władz w Kiszyniowie. Towarzyszy jej przekonanie, że sukces zwesternizowanej Mołdawii ułatwi w przyszłości reintegrację ze zbuntowanym Naddniestrzem, którego mieszkańcy przekonają się o nieatrakcyjności „ruskiego miru”. Ale czy takie pokojowe podejście przetrwa próbę czasu?

Rozszerzoną wersję tego tekstu znajdziecie na łamach portalu „Polska Zbrojna” – oto link do materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

MiroMar

Lotnisko w Mirosławcu – pośród żołnierzy i fanów awiacji znane jako „MiroMar” – przez dekady było domem m.in. legendarnych Su-22. Zakończenie służby tych maszyn w Wojsku Polskim symbolizuje coś, co płk pil. Jacek Janowski, dowódca bazy, nazywa „przechodzeniem z rytmu załogowego w bezzałogowy”. Teraz w „MiroMar” rządzą Bayraktary!

Polecam Waszej uwadze film, który z kolegą imiennikiem nakręciliśmy dwa tygodnie temu w Mirosławcu. Jest m.in. o sensowności posiadania Bayraktarów, sfalsyfikowanej rzekomo po doświadczenia z wojny w Ukrainie.

A w październikowym numerze „Polski Zbrojnej” będziecie mogli przeczytać obszerny reportaż z „MiroMar”.

Dobrego weekendu!

—–

Nz. symboliczny moment – przeszłość mija się z przyszłością/fot. Marcin Łobaczewski

Sygnalista

– Odejdźcie stąd – w głosie starszej kobiety słyszałem i błaganie, i żądanie. Wtórowało jej kilkanaście innych równie wiekowych osób, choć w blokującej szosę gromadzie dojrzałem też dwoje całkiem młodych ludzi. – Nie chcemy was tu, wracajcie do siebie, na zachód – kobieta miała zaciśnięte pięści. Imponowała mi jej determinacja, stała bowiem babuszka naprzeciw młodego oficera, wyrośniętego chłopa, za plecami którego było pewnie ze czterdziestu uzbrojonych po zęby żołnierzy. I to on, nie ona, odpuścił.

Na początku 2015 roku po raz pierwszy pojechałem na wschód Ukrainy. Odwiedziłem Kramatorsk, Słowiańsk, Bachmut, który wówczas nosił nazwę Artiomowsk. Byłem w Debalcewie, gdzie toczyły się ciężkie walki, i w kilku innych, mniejszych i większych miejscowościach, których mieszkańcy – na swe nieszczęście – znaleźli się w samym środku bądź „tylko” na obrzeżach wojny. Wróciłem do domu z mieszanymi uczuciami, z jednej strony bowiem rozpętana przez Rosjan rebelia nosiła wszelkie cechy bandyckiej napaści; nie dało się jej nie potępiać. Z drugiej, spotkałem ludzi, którym nie w nos była zbrojna odpowiedź Kijowa. Próba przywrócenia konstytucyjnego porządku, ujęta w karby operacji antyterrorystycznej. Dla tych obywateli Ukrainy własna armia była niemalże wrogiem. „Nie chcemy tu nacjonalistów!”, grzmieli. Wschód Ukrainy ciążył ku Rosji – z taką refleksją opuszczałem Donbas. Utwierdziłem się w przekonaniu, że Ukraina to kraj dwóch narodów, że próby sklejania wschodu z zachodem to karkołomne wyzwanie. Mówiłem, myślałem tezami rosyjskiej propagandy.

Chyba nigdy w życiu tak bardzo się nie myliłem. Nie tylko zresztą ja.

„Łatwo być Ukraińcem, jeśli twoja matka pochodzi ze Lwowa, a ojciec z Połtawy. Jeśli śpiewali ci kołysanki po ukraińsku, dom zdobią tradycyjne hafty, a na półce stoi Kobziarz Tarasa Szewczenki. Jeśli od dzieciństwa nie gubisz się w tożsamościach ani nie masz wątpliwości, gdzie jest twoje miejsce w kraju”, od tych słów zaczyna się pierwszy z rozdziałów książki Pawło Kazarina pt. Dziki Zachód Europy Wschodniej. „U nas na Krymie było inaczej”, kończy akapit autor. A w jednym z wywiadów rozwija znaczenie tego „inaczej”. „Przez długi czas Ukraina była przestrzenią rywalizacji dwóch konceptów, z których jeden był rosyjski, imperialny, w którym Ukraina miała być jednym z peryferii rosyjskiego imperium. Drugi to wizja ukraińskiego narodu etnicznego”, mówi w rozmowie z portalem Nasz Wybir. Tożsamości pośrednich nie było – tak się przynajmniej wydawało, długo, aż nastał Majdan i wyzwolił proces, w wyniku którego zaczął formować się ukraiński naród polityczny. Koncept, „w którym nie ma znaczenia, na jakie litery kończy się twoje nazwisko i nie ma znaczenia język twych kołysanek”, opowiada we wspomnianym wywiadzie Kazarin.

Zaś w książce – wracając do początków owego formowania – pisze: „Moskwa była pewna, że Ukraina rozsypie się jak domek z kart. Że całe jej Lewobrzeże zaakceptuje trójkolorowe flagi. Że ukraiński wschód i południe w jednym porywie ruszą walczyć za russkij mir. Kreml nie przewidział ani fenomenu ruchu wolontariackiego, ani ochotniczych batalionów, ani rosyjskojęzycznego ukraińskiego patriotyzmu. Nie wziął pod uwagę narodzin nacji politycznej – tego, że objęła także tych, którzy nie wpasowali się w projekt etniczny. Moskwę zaskoczył cały oddolny zryw i jego ogólnokrajowy zasięg”.

Emancypacja Ukrainy nie nastąpiła z dnia na dzień, rozkładała się w czasie. To, co zobaczyłem w Donbasie zimą 2015 roku, było przebrzmiewającym echem przeszłości – wciąż jednak obecnym w teraźniejszości. Później, podczas kolejnych wyjazdów, wyzbyłem się swoich wątpliwości, widząc ów naród polityczny w działaniu. Ale – przekonuje Kazarin – wcale tak być nie musiało. „Zimą 2013 roku ukraiński protest był powstaniem przeciwko uzurpacji władzy; do kategorii wojny narodowowyzwoleńczej przesunęła go rosyjska inwazja. Gdyby nie aneksja Krymu, kto wie, jaka byłaby dziś Ukraina”. „W lutym 2014 roku większość obywateli nie postrzegała rosyjskiego żołnierza jako wroga”, zwraca uwagę autor Dzikiego Zachodu… Dopiero (…) „po aneksji każdy musiał określić swoją własną tożsamość obywatelską – którą flagę uważa za swoją, do czyjego hymnu jest gotów stanąć na baczność”.

Fatalna pomyłka Rosji, która sądziła, że idzie po swoje (i do swoich), miała długofalowy i nieoczekiwany skutek – to jedna z zasadniczych tez książki Pawło Kazarina. Pozycji wydanej jeszcze przed pełnoskalową inwazją, a mimo to przez nią nieunieważnionej. Na jednej z ostatnich stron autor zdradza: „Mam marzenie. Chcę, żeby ta książka się zestarzała”. Zapewne jest w tej deklaracji odrobina fałszywej skromności, co nie zmienia faktu, że Dziki Zachód…, jako całość pozostaje aktualny, a w niektórych fragmentach wręcz poraża bieżącą adekwatnością.

Spójrzmy choćby na ten ustęp: „Wciąż postrzegamy wojnę w kategoriach XX wieku. Niestety, te wyobrażenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Nasze działania są determinowane przez nasze myśli – dlatego można nas pokonać nawet bez użycia klinów pancernych”. I dalej: „Obecny Kreml nie stara się eksportować własnych wartości, lecz niszczyć cudze. Rozmywa pojęcie faktu. Zatruwa przestrzeń medialną fake newsami. Manipuluje opinią publiczną. Strategię wojen pozycyjnych zastąpiła taktyka operacji dywersyjnych. Rosyjska propaganda nie obrała za cel udowodnienia wyższości Kremla. Wręcz przeciwnie, stara się udowodnić, że wszyscy ludzie są tacy sami. Próbuje pogrzebać prawdę w gąszczu kłamstw – dlatego szafuje teoriami spiskowymi (…). Kalkulacja jest prosta: im więcej informacyjnego śmiecia, tym większa szansa, że fakty po prostu umkną uwadze odbiorców”.

Omawiana książka to zbiór esejów Kazarina, pisanych między 2014 a 2021 rokiem. Nie wiem, kiedy dokładnie powstały powyższe frazy, z pewnością jednak dotyczyły Ukrainy i jej zmagań z Rosją. Tymczasem dziś mamy rok 2025 i zacytowane słowa jak ulał pasują do rzeczywistości, z jaką mierzy się Polska i Polacy; i my staliśmy się celem rosyjskiej wojny hybrydowej. Co prawda nie jest to proces nowy, jednak jego spektakularne nasilenie to kwestia ostatnich miesięcy. Kazarin jawi się tu jako sygnalista, ostrzegający przed rosyjską uzurpacją. Która zresztą w ogóle go nie dziwi, pisze bowiem tak: „Z punktu widzenia większości Rosjan Moskwa w 2014 roku nie sięgnęła w Ukrainie po ‘cudze’, a jedynie zaczęła odzyskiwać ‘swoje’. Podobnie rzeczy się mają przy podziale majątku podczas rozwodu. W ramach podobnego podejścia cała Ukraina jest postrzegana nie jako odrębne, suwerenne państwo, ale jako walizka z rzeczami, w której jest coś ‘naszego’ i ‘waszego’. Dopóki we wspólnym bagażu jest ‘nasze’, mamy niemałe prawo do ‘całości’. Problem w tym, że imperialista zawsze rozmywa granice ‘naszego’. Trudno zrozumieć, w którym dokładnie momencie przestaje z pogardą patrzeć na słupy graniczne (…) Czy ‘zagranicą’ jest Polska? A Rumunia? Albo kraje bałtyckie? (…) W 2014 roku na wojnę wyruszył russkij mir, on zaś nie ma granic. Ma wyłącznie horyzonty”, przestrzega autor Dzikiego Zachodu…

Jego rozważania o Rosji, w tym o naturze rosyjskiego ekspansjonizmu, to jeden z wiodących tematów książki. Szczególnie gorzko – i znów złowieszczo, zwłaszcza w odniesieniu do naszych sojuszników z krajów nadbałtyckich – brzmią wnioski dotyczące stosunku kremlowskich władz do rosyjskich diaspor. „Po rozpadzie Związku Radzieckiego miliony Rosjan znalazły się poza granicami Rosji (…). Dla rodaków mieszkających za granicą Moskwa przewidywała tylko jeden sposób istnienia – irredentę. Przypisała im jedną rolę: być pretekstem do ‘zjednoczenia’ w ramach jednego państwa (…) Sama myśl, że Rosjanie mogliby reprezentować interesy nie Moskwy, lecz swoich nowych ojczyzn, była traktowana jako zdrada. Kreml nigdy nie potrzebował adaptacji Rosjan”.

Koncept kulturowego konia trojańskiego Kazarin rozszerza również na język. „Moskwa odebrała językowi rosyjskiemu najważniejszą rzecz – neutralność polityczną”, przekonuje. „Poszła (…) w przeciwnym kierunku niż na przykład świat anglojęzyczny. Nauka języka angielskiego nie narusza tożsamości: posługując się angielskim, Litwin pozostaje Litwinem, a Kazach – Kazachem. Język rosyjski jest sprzedawany w pakiecie. Kreml próbuje doczepić do tej kulturowej lokomotywy lojalność wobec imperium i akceptację rosyjskiej wersji historii”. Warto, by te słowa wybrzmiały w sytuacji, w której coraz częściej jesteśmy świadkami moralnego relatywizmu. „Przecież nie wolno sekować rosyjskiej kultury!”, przekonują pięknoduchy i cynicznie rozgrywający nas (pro)rosyjscy medialni aktywiści. Zastanówmy się, czego tak naprawdę bronią…

Czegoś, przed czym od jedenastu lat broni się Ukraina.

Ta wojna z russkim mirem Ukrainę zmieniła, ale – przekonuje Kazarin – pewne rzeczy trwają bezwarunkowo. „Ciąży nam brak doświadczenia własnej państwowości oraz zwyczaj postrzegania każdej osoby u władzy jako obcego, przysłanego z metropolii”, konkretyzuje myśl autor Dzikiego Zachodu… „Ukraińcy są przez to mistrzami przetrwania w obcych państwach. Gdy przychodzi do budowania własnego państwa, wirtuozeria zmienia się w bagaż”, pisze. Dla mnie to jedyny wniosek, z którym nie mogę się zgodzić. Zakładam zresztą, że i sam Kazarin – po doświadczeniach z ostatnich trzech lat – nie byłby aż tak krytyczny. Wszak determinacja, z jaką po 2022 roku walczą Ukraińcy, jest najlepszym dowodem na mistrzostwo w przetrwaniu we własnym państwie – mimo czyhających z zewnątrz złych mocy. Czyż nie?

I na koniec jeszcze jedna uwaga. Jak to się czyta! Jak dobrze jest napisane i przełożone… Po pierwszych trzydziestu stronach Dzikiego Zachodu… sięgnąłem po telefon do tłumaczki Anny Ursulenko (z którą miałem wcześniej zawodowy kontakt): „Świetne to jest! Nie sposób się oderwać. Literacko to jest ekstraklasa, podziwiam Pani warsztat. Na przekładzie można wyłożyć znakomite treści, a Pani tylko je wzbogaca. Szacunek!”. Może i zabrzmiało to górnolotnie, ale po lekturze całości nie zmieniłbym w tej wiadomości żadnego słowa…

Dziki Zachód Europy Wschodniej. Ucieczka z imperium: jak to się robi po ukraińsku, Pawło Kazarin, przekład Anna Ursulenko, Wydawnictwo KEW, Wrocław-Wojnowice 2025.

Prowokacje

Wtargnięcie dronów nad Polskę i Rumunię, rajd odrzutowców nad wodami terytorialnymi Estonii, ataki hackerskie na infrastrukturę krytyczną i podpalenia obiektów użyteczności publicznej w krajach wschodniej flanki czy wreszcie intensyfikacja operacji szpiegowskich wymierzonych w członków NATO – oto katalog rosyjskiej aktywności, zarejestrowanej na przestrzeni ostatnich tygodni. Wojna hybrydowa rosji nabrała tempa, ale co się za tym kryje? Czy Moskwa rzeczywiście dąży do otwartej konfrontacji z Sojuszem?

Mimo wyraźnej eskalacji i wciąż podkręcanej, wrogiej wobec Zachodu retoryki rosyjskiej propagandy, ten drugi scenariusz wydaje się skrajnie mało prawdopodobny. Nic nie przemawia za tym, by rosjanie szykowali się do rychłej, gorącej wojny z NATO. Ich siły zbrojne wciąż pozostają zaangażowane w Ukrainie, końca tego konfliktu nie widać, ba, nawet nadzieje na jego zamrożenie po porażkach dyplomacji trumpa można uznać za płonne.

O co więc chodzi rosjanom? Pełną listę motywów, jakimi kieruje się Kreml, znajdziecie w moim tekście dla „Polski Zbrojnej” – oto link. Na potrzeby tego wpisu chciałbym skupić się na jednej kwestii. Moim zdaniem, Moskwa eskaluje napięcie także z przyczyn wynikających z przebiegu konfliktu w Ukrainie oraz wewnątrz-rosyjskich skutków tej wojny. Celem jest wywołanie bardziej spektakularnych reakcji Sojuszu, co z kolei pozwoliłoby rosyjskiej propagandzie jeszcze szerzej rozwinąć skrzydła w temacie zagrożenia z Zachodu. Oczekiwany efekt to taki, który socjolodzy i psycholodzy społeczni nazywają gromadzeniem się wokół flagi. Działania zewnętrznych sił, postrzegane jako nieprzyjazne, mają moc zbliżania społeczeństwa do władzy i właśnie na takiej mobilizacji rosjan zależy putinowi. Dlaczego?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, spójrzmy na Ukrainę. Mimo nachalnej rosyjskiej narracji, wedle której armia ukraińska jest w ciągłym odwrocie, front od listopada 2022 roku stoi. Od tego momentu rosjanie zajęli ledwie 6 tys. km kwadratowych Ukrainy, co odpowiada mniej niż procentowi przedwojennej powierzchni kraju. A stracili przy tym ponad milion żołnierzy – zabitych, rannych, wziętych do niewoli – oraz dziesiątki tysięcy jednostek sprzętu. Niedawno zakończyła się ich kolejna ofensywa, w obwodzie sumskim, która podobnie jak intensywne ataki w rejonie Pokrowska na Donbasie, została utopiona we krwi. Przełomu nie ma, ba, argumentację wedle której wcale nie idzie o terytoria, a o fizyczne zniszczenie przeciwnika, coraz trudniej oprzeć o fakty. Mimo brutalnego młotkowania na froncie armia ukraińska okrzepła, a gospodarka – w tym zbrojeniówka – radzi sobie w realiach częstych rosyjskich uderzeń dronowo-rakietowych. Co więcej, Kijów zezwolił niedawno mężczyznom w wieku 18-22 lat na opuszczanie kraju, co podważa opowieść o tym, że Ukrainie brakuje rekrutów i wkrótce upadnie, bo nie będzie komu nosić broni. Skoro usunięto ograniczenia administracyjne, najwyraźniej tak źle nie jest, samo zniesienie zaś należy odebrać jako komunikat: „stać nas na takie gesty”, wysłany Moskwie.

Tymczasem dla putina i jego współpracowników wojna z Ukrainą to „gra o wszystko”. W tym znaczeniu, że trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym po porażce zachowają oni władzę. Faktu, iż po czterech latach „specjalnej operacji wojskowej” zyski są tak marne, a straty tak koszmarne, nie da się  ubrać w szaty zwycięstwa; takich umiejętności nie posiada nawet rosyjska propaganda. A taki stan rzeczy winduje determinację Kremla na bardzo wysoki poziom. Wojna musi trwać, rosja musi coś jeszcze zdobyć, coś, co uda się sprzedać jako spektakularny sukces, po którym społeczeństwo rosyjskie puści w niepamięć poniesione ofiary.

Tylko jak to zrobić, gdy armii na froncie brakuje sił? W Ukrainie walczy obecnie 700 tys. rosyjskich żołnierzy – najwięcej od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej wojny. Lecz i tak za mało, by złamać Ukraińców. Odpowiedzią mogłaby być dalsza rozbudowa kontyngentu, problem w tym, że rozkręcona do granic możliwości kampania rekrutacyjna pozwala w niewielkim zakresie na coś więcej niż pokrywanie bieżących strat. Mało tego, rosjanie nie garną się na front inaczej niż za wielkie (relatywnie) pieniądze – których zapas w państwowej kasie topnieje w zastraszającym tempie. Przymusowa mobilizacja w miejsce ochotniczego zaciągu? Owszem, jest to rozwiązanie, ale obarczone ryzykiem buntu chronionej dotąd wielkomiejskiej, „białej”, prawosławnej rosji. Ta godzi się na wojnę pod warunkiem, że jest ona prowadzona rękoma biednej, etnicznie różnej prowincji; swoich chłopców na nią nie zamierza posyłać. Lecz w scenariuszu powszechnej mobilizacji ci „lepsi” obywatele federacji musieliby do wojska pójść. Jak ich do niego zwabić? Ano rozbuchaną narracją o groźnym Zachodzie, który czyha na mateczkę rosję. Wystarczy „złe NATO” sprowokować, by pokazało zęby i pazury. Że w samoobronie? rosjanie takimi szczegółami nie zajmują sobie głowy…

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Polskie efy podczas dyżuru bojowego, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera