Rekruci

O wpływie kryzysu demograficznego na możliwości obronne państwa, rozmawiam z dr Anetą Baranowską, socjolożką wojska z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Wywiad ukazał się w najnowszym numerze miesięcznika „Polska Zbrojna”. Poniżej jego obszerny fragment, całość znajdziecie w papierowej wersji magazynu. Zapraszam do lektury!

„(…) Jak kryzys demograficzny wpłynie na możliwości militarne Polski?

Chcielibyśmy w 2035 roku mieć 300-tysięczną armię, ale przy takiej demografii to pomysł trudny do zrealizowania. Z prostej przyczyny – kolejne roczniki są coraz mniej liczne. A przecież obok armii i innych instytucji publicznych mamy gospodarkę, która również potrzebuje dopływu świeżej krwi. O młodych, którzy wejdą na rynek pracy, trzeba będzie stoczyć ostrą bitwę.

Ostrzejszą niż teraz?

Dziś wojsko jest we względnie dobrej sytuacji jako pracodawca, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i na wschodzie Polski. Ale na rynek pracy coraz liczniej wchodzi pokolenie Z, którego wartości i oczekiwania są częściowo rozbieżne z tym, co oferuje wojsko. Mam tu na myśli hierarchiczną strukturę, dyspozycyjność, częste zmiany miejsca zamieszkania. Wielu młodych nie chce w ten sposób pracować, więc armia będzie musiała wykazać się wielką elastycznością, by zdobyć ich zainteresowanie. To nie jest niemożliwe, ale na pewno trudne.

Równolegle konieczne staną się też inne działania, na przykład wydłużenie czasu trwania służby.

Amerykanie już od jakiegoś czasu prowadzą badania, by ustalić, do jakiego wieku można być wydajnym żołnierzem. Nasze wyobrażenia o tym, że po pięćdziesiątce nie da się już „zasuwać w polu” zapewne zostaną zweryfikowane. Ale oprócz dłuższej służby wojsko zostanie zmuszone do szukania innych rozwiązań. Na pewno do korzystania w coraz większym stopniu z nowych technologii – co już dziś widzimy w Ukrainie. Dronizacja i robotyzacja pola walki będzie tylko postępować. Szerokie zastosowanie autonomicznych systemów i sztucznej inteligencji pozwoli częściowo zniwelować problemy wynikające z demografii, ale na końcu i tak potrzebny będzie człowiek.

To może powinniśmy rozważyć budowanie formacji zaciężnych, w których nie służyliby obywatele RP, a cudzoziemcy z obcymi paszportami?

Przyznam, że się nad tym zastanawiałam. I przekonał mnie argument gen. Rajmunda Andrzejczaka, na „nie”. Były szef sztabu podkreślał kwestię kompetencji językowych, bez których nie ma mowy o sprawnym działaniu. A ilu znajdziemy cudzoziemców odpowiednio dobrze władających polskim i chcących służyć w takich jednostkach?

(…)

Może zatem wojsko powinno szerzej otworzyć bramy koszar dla kobiet?

Ale one są otwarte. Kobiety stanowią dziś niemal piątą część personelu sił zbrojnych, w WOT nawet czwartą. Jesteśmy armii niezbędne, realizujemy mnóstwo ważnych zadań i mogę sobie wyobrazić, że będzie nas w mundurach więcej. Ale nie zapominajmy o cechach fizycznych, które sprawiają, że nie jesteśmy w stanie równie efektywnie wykonywać części zadań. Oczywiście znam sporo żołnierek sprawniejszych i silniejszych od niejednego żołnierza, ale nie łudźmy się, że kobiety zastąpią mężczyzn jedna do jednego.

Czyli nie mamy wyjścia i wracamy do służby obowiązkowej?

To mogłoby być jakieś rozwiązanie, pod warunkiem, że szkolenie nie wyglądałoby jak w PRL-u. Gdy dziś rozmawia się z młodymi ludźmi o służbie obowiązkowej, to oni częściej są na „nie”. Nie z zasady, ale dlatego, że panuje pośród nich przekonanie o nudnej i nieefektywnej służbie. Mówią o „betonie”, „fali” i nicnierobieniu; nie chcą tego dla siebie, szkoda im czasu. Pokolenie Z musi się realizować, stawać przed wyzwaniami, zdobywać dodatkowe kompetencje, w tym przypadku takie, które byłyby przydatne także poza wojskiem.

(…)

Z naszej dotychczasowej rozmowy wynika, że bezpieczeństwo Polski w istotnej mierze zależy od tego, czy uda nam się rozwiązać problem niskiej dzietności.

Obecny współczynnik dzietności – 1,1 – jest najniższym od czasów II wojny światowej. By zapewnić zastępowalność pokoleń, musi być na poziomie 2,1. To jest skala naszego dramatu. Oczywiście w obiegu jest mnóstwo mniej lub bardziej uprawnionych wyjaśnień spadku dzietności, ale jeśli chcemy solidnych odpowiedzi, na podstawie których zaplanujemy sensowną politykę społeczną, potrzebujemy pogłębionej diagnozy społecznej.

Co już wiemy na pewno?

Że młodzi decydują się na dzieci po spełnieniu co najmniej trzech warunków. Pierwszy to bycie w związku, który daje poczucie bezpieczeństwa. Drugi – posiadanie mieszkania. Trzeci – stałej pracy. Zaspokojenie tych potrzeb może sprawić, że dzietność wzrośnie.

Państwo może pomóc w zakupie pierwszego mieszkania, częściowo regulować rynek pracy, ale problem z nawiązywaniem stałych relacji przez młodych ludzi wykracza poza jego kompetencje.

Ta trudność w budowaniu stałych związków w dużej mierze wynika z tego, że młodzi są zanurzeni w rzeczywistości wirtualnej. Trzeba ich odkleić od smartfonów. Mam tu na myśli na przykład administracyjne ograniczenia dla najmłodszych w dostępie do mediów społecznościowych. Z drugiej strony nie możemy wszystkiego zwalać na państwo. Przyjrzyjmy się współczesnej rodzinie. Badania pokazują, że statystyczny ojciec spędza pół godziny dziennie na bezpośredniej rozmowie czy zabawie z dzieckiem. Jak ono ma się uspołeczniać, gdy na tym podstawowym poziomie brakuje mu przestrzeni do okazywania emocji?

Czyli problem naszej demografii w taki czy inny sposób ogniskuje się wokół domu?

W dużej mierze w domu w znaczeniu dosłownym. Konkludując, możemy zaryzykować takie stwierdzenie: będą mieszkania, będą dzieci, będą też rekruci.

Dr Aneta Baranowska jest adiunktem w Katedrze Polityki Bezpieczeństwa Wydziału Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy. Specjalizuje się w socjologii wojska i wojny, obszar jej zainteresowań badawczych obejmuje również demografię społeczną, politykę społeczną i politykę bezpieczeństwa.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierz 6 Brygady Powietrznodesantowej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6BDP

Pokolenie

W wiek dorosły coraz liczniej wkracza pokolenie, którego oczekiwania i wartości odbiegają od dotychczas uznawanych norm. To wyzwanie dla wielu instytucji, także dla armii. Stawką jest nie tylko dopływ świeżej krwi, lecz także unikatowe kompetencje młodych ludzi.

Media co rusz przekonują, że Polacy, zwłaszcza młodzi, są raczej sceptycznie nastawieni do obowiązku służby wojskowej. I niezbyt chętni do obrony Polski, gdyby wybuchła wojna. Specyfika pokolenia Z, nazywanego generacją egoistów? A może stawiamy złe pytania, a młodzież nie kwestionuje powinności, tylko nie widzi siebie w tradycyjnych rolach? Może czas budować większą świadomość obronną obywateli i system powszechnej obrony, w którym każdy znajdzie miejsce dla siebie?

—–

Zacznijmy od ustalenia, czym jest pokolenie Z. Przyjmuje się, że to osoby urodzone między 1995 a 2012 rokiem. Dr Anna Chabasińska z Wydziału Prawa i Bezpieczeństwa Akademii im. Jakuba z Paradyża w Gorzowie Wielkopolskim nazywa je: „pierwszym globalnym pokoleniem uformowanym przez technologię”. „Zetki są w tej technologicznej zupie zatopione”, potwierdza gen. Rajmund Andrzejczak, były szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. To za jego kadencji wojsko zaczęło uważniej przyglądać się generacji Z. „Tak mocno żyją w świecie wirtualnym, że zaniedbują część kompetencji niezbędnych do funkcjonowania w realnej rzeczywistości. Mają problemy z budowaniem relacji i nienajlepszą kondycję fizyczną”, dodaje gen. Andrzejczak.

„Pokolenie Z żyje w świecie dramatycznych zmian: klimatycznych, kulturowych, związanych z bezpieczeństwem”, kontynuuje opis dr Chabasińska. „Akceptuje taki stan, bo innego świata nie zna. Ale ma to swoje konsekwencje, bo skoro wszystko jest na chwilę i może się zmienić, skoro technologia skraca dystans, zetki potrzebują szybkiej informacji zwrotnej. Nie można ich pozbawić reakcji na działanie, bez tego tracą zainteresowanie, odchodzą. W relacjach zawodowych i w dużych zespołach to trudny do spełnienia wymóg. Szczególnie że zetki chcą przywództwa służebnego, w którym lider nie tylko chwali i gani osobiście, ale generalnie stawia dobro i rozwój podwładnych na pierwszym miejscu”.

Owo „ja” nad „my” ma też inne oblicze. „Dla młodych z generacji Z takie wartości jak solidarność czy sprawiedliwość są ważne, ale ważny jest też święty spokój”, twierdzi Anna Chabasińska. „Jako dobro deficytowe cenią sobie stałość, niezmienność, co dotyczy także mobilności. Zetki oczekują pracy w miejscu zamieszkania, nie chcą wyjeżdżać czy dojeżdżać. I obsesyjnie dbają o zachowanie balansu między życiem zawodowym a prywatnym. Starsi postrzegają to jako wygodnictwo czy wręcz lenistwo”. Co jeszcze? Zetki nie mają tradycyjnie pojmowanych autorytetów. Bohaterowie narodowi nie są dla nich żadnym wzorcem. Młodzi z pokolenia Z wzorują się na tych, którzy są do nich podobni, zwykle na rówieśnikach.

„To najlepiej wykształcone pokolenie w historii Polski”, dodaje gen. Andrzejczak. „I pierwsze, w którym odsetek osób z wykształceniem wyższym jest większy u kobiet – 51%, niż u mężczyzn – 30%”, podkreśla były szef SGWP. To z jego inspiracji w Centrum Doktryn i Szkolenia Sił Zbrojnych uruchomiono projekt badawczy, którego celem było poznanie postaw i wartości zetek. Upubliczniony w marcu 2025 roku raport napawa optymizmem, wszak ponad dwie trzecie ankietowanych wyraziło chęć zaangażowania się – bezpośrednio lub pośrednio – w wysiłek obronny państwa. 48% ankietowanych w wieku 18–25 lat zgłosiłoby się do armii, by wziąć udział w walce. Niemal co piąty (19%) działałby w organizacjach charytatywnych i humanitarnych. 26% młodych zadeklarowało chęć wyjechania z kraju.

Lecz projekt CDiS SZ był zaledwie wstępem do pogłębionych badań i objął specyficzną próbę – głównie uczniów klas mundurowych. Trudno więc pozyskane wyniki uogólniać na całą generację Z. „Przygotowujemy badania w skali ogólnopolskiej, z wielotysięczną, reprezentatywną próbą”, zapewnia gen. bryg. Rafał Miernik, szef Zarządu Szkolenia SGWP. „Poprowadzi je Centrum Doktryn i Szkolenia, przy wsparciu cywilnych ekspertów, oczywiście odbędą się one we współpracy z ministerstwem edukacji i kuratoriami. Ruszą we wrześniu”, zapowiada Miernik.

—–

Tymczasem odwołajmy się do innych ustaleń. W 2024 roku Centrum Badania Opinii Publicznej (CBOS) opublikowało raport pt. „Gotowość do obrony kraju”. Respondentów poproszono o wskazanie, jakie byłyby ich zachowania w sytuacji napaści na Polskę. Pytania dotyczące konkretnych postaw zadawano rozłącznie – wybór jednej z opcji nie wykluczał możliwości wyboru pozostałych. I tak aż 55% narażając własne życie, brałoby udział w obronie kraju, podejmując walkę zbrojną z napastnikiem, na przykład służąc w siłach zbrojnych lub uczestnicząc w zbrojnym ruchu oporu. 72% narażając własne życie, brałoby udział w obronie kraju bez podejmowania walki zbrojnej z napastnikiem, na przykład poprzez zaangażowanie w akcje ratownicze na terenach objętych walkami. 85% bez ryzykowania dla własnego życia i bez podejmowania walki zbrojnej wspierałoby obronę, na przykład w różnych formach pomocy poza obszarem walk. Co czwarty badany przyznał, że w takiej sytuacji starałby się jak najszybciej wyjechać z Polski. Co istotne, gotowość do otwartej walki wyraźnie jest związana z wiekiem, a największą skłonność do udziału w zbrojnej konfrontacji wyrażały osoby między 45. a 64. rokiem życia (67%). Jedyną grupą, w której większość (56%) stanowili deklarujący, że nie podjęliby się tego zadania, były osoby w wieku 25–34 lata – skłonnych do udziału w walce zbrojnej w obronie ojczyzny było w tej grupie tylko 38% badanych.

We wnioskach z raportu CBOS czytamy również, że największe poparcie zyskała zawodowa służba wojskowa – jej zwolennikami okazało się 92% badanych. Na drugim miejscu znalazła się dobrowolna zasadnicza służba wojskowa z wynikiem 90%. Co ciekawe, znacznie więcej zwolenników niż przeciwników uzyskała obowiązkowa zasadnicza służba wojskowa dla mężczyzn w okresie pokoju (52% wobec 44%). Ale wśród najmłodszych respondentów dominowali jej przeciwnicy – 59% w grupie wiekowej 18–24 lata i 50% wśród osób w wieku 25–34 lata. Najwięcej zwolenników było wśród respondentów w wieku 65+ (61% w tej grupie).

„W publicznej debacie obowiązek obrony definiowany jest w kategoriach wojskowocentrycznych”, zauważa dr Weronika Grzebalska z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. „Podkreślana jest dostępność różnorodnych form służby w siłach zbrojnych, z bronią w ręku. Na to nakłada się specyficzny rys kulturowy, hołubiący ideę umierania, znów z bronią w ręku, za ojczyznę. W efekcie młodych, którzy żyją w świecie nieco innych wartości, stawia się przed alternatywą: albo zostanę żołnierzem i najprawdopodobniej polegnę na froncie, albo nie zrobię nic, ale przeżyję”. Tymczasem uwarunkowania geopolityczne wymuszają na Polsce budowanie systemu powszechnej obrony, obejmującego nie tylko silną armię, ale też liczną i wydajną obronę cywilną. „Nie każdy nadaje się do zabijania, co nie oznacza przecież, że jest nieprzydatny w systemie obrony”, przekonuje Grzebalska. „Gdy w Polsce zbudujemy już obronę cywilną z prawdziwego zdarzenia, więcej osób będzie miało pojęcie, co powinno zrobić w sytuacji zagrożenia. Dziś często to niewiedza i brak kompetencji skutkują wycofaniem, automatycznym »nie« dla poważnych zobowiązań. A jest na czym budować i system powszechnej obrony, i świadomość proobronną. Z bronią w ręku chce walczyć zdecydowana mniejszość, dość jednak liczna, by stworzyć armię zdolną odeprzeć atak rosji. Co więcej, notujemy bardzo wysoki odsetek deklaracji dotyczących działań cywilnych”, socjolożka ma na myśli cytowane badania CBOS, gdzie aż 85% ankietowanych zadeklarowało wsparcie obrony poza bezpośrednim obszarem walk (93% w najmłodszej grupie wiekowej 18–24).

—–

Niezależnie od tego, jak istotne jest zaplecze, to wojsko i jego potrzeby rozbudowy, także rezerw, mają w wysiłku obronnym państwa kluczowe znaczenie. „W sztabie generalnym patrzymy na to długofalowo i widzimy, że problemy demograficzne nakładają się na zmiany pokoleniowe”, mówi gen. Rafał Miernik. „Z jednej strony mamy spadającą dzietność i wizję narodu do 2060 roku mniejszego o 9 mln, z drugiej młodzież, która sądzi, że zawodowa służba wojskowa załatwi problemy związane z bezpieczeństwem. A przecież zewnętrznych zagrożeń nie ubywa, przeciwnie. Zadaniem starszych pokoleń jest to młodym uświadomić, przygotować ich. Nie ma sensu się na nich obrażać”, apeluje szef Zarządu Szkolenia SG WP.

Miernik mówi o koncepcji międzypokoleniowego mostu, za czym kryje się stworzenie takich warunków służby, które byłyby atrakcyjne dla generacji Z i jej następców. Stąd konieczność pogłębionych badań zetek, przy czym nie chodzi w nich o odkrywanie koła – wszak fenomen pokolenia Z doczekał się już wielu opracowań socjologicznych – ale o gruntowne rozpoznanie potrzeb i oczekiwań młodych Polaków w odniesieniu do armii, państwa i obywatelskich powinności.

„Interesują nas na przykład regionalne zróżnicowania”, przyznaje generał, zapowiadając, że na podstawie takich danych możliwe będzie projektowanie form służby pod konkretne województwa. „Już dziś wiemy, że wschód Polski jest bardziej wdzięcznym miejscem do rekrutacji, ale nie chcemy odpuszczać żadnego województwa”, zapewnia Miernik.

Trudno przewidywać wyniki badań, które przeprowadzi Centrum Doktryn, ale warto wskazać na doświadczenia z innych krajów. Dr Anna Chabasińska – członkini zespołu, który wziął pod lupę rodzime zetki – przywołuje przykład z USA. Gdy przyjrzano się rekrutacji do marynarki wojennej prowadzonej w stanie Kalifornia, okazało się, że młodzi bardzo liczą się z opiniami rodziców. To właśnie oni bardzo często stali za decyzjami dzieci o wstąpieniu do US Navy. „Gdyby z naszych badań wyszła taka zależność, rekomendowałabym oddziaływanie komunikacyjne na rodziców”, mówi Chabasińska, mając na myśli kampanie rekrutacyjne.

Wspomniane badania potrwają około roku, ale niezależnie od ich wyników trudno wyobrazić sobie armię, która nie byłoby strukturą hierarchiczną, wymagającą dużej dyspozycyjności. Jak ów wymóg pogodzić z oczekiwaniami zetek?

O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w miesięczniku „Polska Zbrojna”. Jego elektroniczną wersję znajdziecie pod tym linkiem.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Jarkowi Rycykowi oraz Agacie Lenard.

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Żołnierze 6 Brygady Powietrznodesantowej, zdjęcie ilustracyjne/fot. 6BDP

Lasery

Ukraiński „parasol” OPL jest coraz bardziej dziurawy. Zapasy rakiet przeciwlotniczych topnieją w zastraszającym tempie. Ukraińcy testują różne rozwiązania, spośród których antydrony (bezzałogowce przeznaczone do niszczenia innych bezpilotników) wydają się być obiecującym rozwiązaniem.

Do zestrzeliwania szahedów obrońcy angażują śmigłowce oraz samoloty tłokowe (maszyny szkolne lub przerobione cywilne) wyposażone w działka pokładowe. Jednocześnie rozwijają technologię zagłuszania urządzeń sterowniczych dronów; to dlatego część z nich spada na ziemię w przypadkowych miejscach. To wszystko pozwala jeszcze jakoś utrzymać się ukraińskiej OPL „na powierzchni”, ale rosjanie nie stoją w miejscu i wciąż powiększają możliwości produkcyjne. Zmierzają do momentu, w którym będą w stanie wysłać 2 tys. dronów do pojedynczego uderzenia, zakładając, że po serii takich ataków niebo nad Ukrainą stanie przed nimi otworem.

—–

To całkiem realna perspektywa, której mógłby zaradzić generacyjny przeskok ukraińskiej OPL. By wyjaśnić, co mam na myśli, zostawmy na razie Ukrainę i przenieśmy się na Bliski Wschód. Kilka tygodni temu Izraelczycy ujawnili, że jeden z ich systemów obronnych, znany jako Iron Beam (Żelazny Promień), został po raz pierwszy użyty w realnych działaniach wojennych. Doszło do tego jesienią minionego roku, ale do tej pory ta informacja pozostawała niejawna.

„Państwo Izrael jest pierwszym na świecie, które zademonstrowało możliwości przechwytywania laserowego na dużą skalę”, oświadczył dr Daniel Gold, szef Dyrekcji Badań i Rozwoju Obrony izraelskiego resortu obrony. Systemy laserowe miały wówczas zniszczyć około 40 dronów. Szczegółów operacji nie znamy, ale najprawdopodobniej chodzi o bezzałogowce posłane nad Izrael przez Hezbollah.

Broń laserowa, która jako „pocisk” wykorzystuje wiązkę energii, nie jest czymś nowym – państwa i koncerny zbrojeniowe pracują nad jej wdrożeniem już od dekad. Długo jednak uchodziła za skomplikowaną i kosztowną. Potrzeba intensyfikacji prac oraz wynalezienia efektywniejszych finansowo patentów drastycznie wzrosła w ostatnich latach – wraz z masowym zastosowaniem w konfliktach zbrojnych dronów powietrznych. Mówiąc wprost, należało wymyślić coś, co zniesie konieczność niszczenia tanich bezzałogowców drogimi rakietami.

—–

Jak wynika z deklaracji Izraelczyków, Iron Beam jest w stanie wyeliminować cele przy koszcie 2,50 dolara. Dla porównania, rakieta przechwytująca Tamir – będąca podstawą słynnej Żelaznej Kopuły – kosztuje od 50 do 70 tys. dolarów. W przypadku brytyjskiego systemu DragonFire (jeszcze nieprzetestowanego w warunkach bojowych), koszty pojedynczego wystrzału udało się obniżyć do 10 funtów. Wychodzi drożej niż u Izraelczyków, ale to i tak znacząco mniej niż kosztują drony i śmiesznie mało w porównaniu z ceną tradycyjnej amunicji przeciwlotniczej.

Gdzie haczyk? Choć prace nad bronią laserową mocno przyśpieszyły, wciąż ma ona liczne ograniczenia. Wyzwaniem jest na przykład pojemność magazynu energii. O ile w przypadku stacjonarnych rozwiązań nie jest to aż tak duży problem, o tyle ma on kluczowe znaczenie dla systemów mobilnych. Ograniczenie szybkostrzelności wynika też z przegrzewania się laserów. Nadal wymagają one dobrych warunków pogodowych (właściwej widoczności celów), no i mają ograniczony zasięg, który obecnie nie przekracza 10 km.

W przypadku Ukrainy problemem jest również brak własnych technologii w tym zakresie. Biorąc pod uwagę całokształt relacji izraelsko-ukraińskich (i izraelsko-rosyjskich), trudno spodziewać się, by Jerozolima wsparła Kijów. Ale poza Brytyjczykami nie mniej zaawansowane systemy mają Amerykanie, własne rozwiązania testują też inne kraje proukraińskiej koalicji. „Przetrenowanie” ich w warunkach realnego konfliktu dałoby obopólne korzyści – Ukraińcy mieliby z czego strzelać, dostawcy zyskaliby unikalną możliwość rozwijania technologii w oparciu o rzeczywiste wyzwania.

Rozszerzoną wersję tego tekstu znajdziecie na portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Tradycyjny lufowy zestaw przeciwlotniczy ukraińskiej armii/fot. Dowództwo Operacyjne Południe ZSU/SG ZSU

Warsztat

Ukraina otrzymała do tej pory ponad 40 samolotów F-16. Cztery maszyny utracono, przy czym doszło do tego podczas realizacji zadań bojowych. Choć usilnie próbują dopaść ukraińskie „efy”, rosjanom do tej pory nie udało się zniszczyć żadnej maszyny na ziemi. Ukraińcy bowiem wraz z wybuchem pełnoskalowej wojny rozproszyli swoje lotnictwo.

Cały lipiec upłynął pod znakiem kolejnych zmasowanych nalotów rakietowo-dronowych na Ukrainę. Na cel rosjanie wzięli kilkadziesiąt obiektów, pośród nich Starokonstantynów, gdzie znajduje się baza ukraińskich sił powietrznych.

—–

Po 24 lutego 2022 roku starokonstantynowskie lotnisko atakowano już wielokrotnie, przynajmniej raz w miesiącu. Bo choć w bazie na stałe nie stacjonują żadne samoloty, jej położenie oraz infrastruktura (m.in. solidne schrono-hangary) sprawiają, że dla wielu maszyn jest to miejsce krótkoterminowego pobytu. rosjanie uważnie obserwują obiekt – z kosmosu, powietrza, przy użyciu tradycyjnej agentury – i jak tylko w Starokonstantynowie wyląduje potencjalnie cenny łup, przypuszczają ataki. Przypomina to zabawę w kotka i myszkę, gdzie ta druga zwykle okazuje się szybsza, drapieżnik zaś nie myśli o całkowitym zniszczeniu nory, łudząc się, że zwabi kolejne gryzonie. Tak czy inaczej, lotnisko wciąż jest operacyjne, a tamtejsze służby do perfekcji opanowały procedurę szybkiej odbudowy uszkodzonych elementów infrastruktury.

W podobny sposób funkcjonuje kilka innych ukraińskich baz, ale co do zasady, tamtejsze siły powietrzne korzystają przede wszystkim z licznych poradzieckich lotnisk polowych oraz z masowo budowanych już podczas tej wojny, drogowych odcinków lotniskowych (DOL). Istotą tych działań jest ruch i maskowanie – samoloty często zmieniają miejsca pobytu, a jeśli gdzieś zostają na dłużej, to są zwykle solidnie chowane. Dotyczy to także maszyn z Zachodu – F-16 i Miraży.

—–

Tylko jak w takich warunkach utrzymać wysoką sprawność samolotów? To pytanie pozostaje istotne zwłaszcza w kontekście amerykańskich (i francuskich) maszyn. O ile bowiem Ukraina „od zawsze” dysponowała odpowiednim zapleczem do obsługi poradzieckich maszyn – także w realiach frontowych – o tyle zachodnie samoloty to w tamtejszych warunkach zupełnie nowa jakość.

– Nikt na świecie nie eksploatuje F-16 tak jak my – mówi Taras Czmut, dyrektor fundacji „Wróć żywy”, największej ukraińskiej organizacji pozarządowej zajmującej się wspieraniem armii. – W Ukrainie działają one w warunkach pełnoskalowej wojny, z ciągłymi wylotami i nieustannym zagrożeniem ze strony rosyjskiego lotnictwa – podkreśla Czmut i dodaje: – Z tego powodu oraz z uwagi na ograniczony czas na pełne wdrożenie infrastruktury F-16, najbardziej racjonalnym rozwiązaniem jest inwestycja w mobilny ekosystem.

Jak zapewnia Taras Czmut, mobilne kompleksy umożliwiają dotarcie do samolotów, które wykonały manewr awaryjny lub musiały lądować poza bazą, przyspieszają proces serwisowania i pozwalają zaangażować mniejszą liczbę personelu. Co się w nich zawiera? Kompleks planowania misji to mobilne centrum dowodzenia przeznaczone do odpraw przedlotowych oraz wsparcia samolotów w strefie przyfrontowej. Składa się z modułu z miejscami pracy dla pięciu–siedmiu operatorów oraz modułu mieszkalnego ze wszystkimi niezbędnymi warunkami do odpoczynku personelu wojskowego. Kompleks serwisowy to warsztat do przygotowywania i testowania uzbrojenia lotniczego, dwa wozy do przewożenia i podwieszania amunicji oraz jeden pickup do przemieszczania się zespołu w terenie.

—–

Mobilne kompleksy oczywiście nie zastąpią baz z rozwiniętą infrastrukturą i centrami operacyjnymi, ani zakładów remontowych z prawdziwego zdarzenia. Mają jedynie uzupełniający charakter. Rozszerzają spektrum możliwości jeśli udzie o wykorzystywanie lotnisk polowych i lądowisk zaimprowizowanych (gdzie jest na czym wylądować i skąd pobrać paliwo). Fundacja „Wróć żywy” przekazała siłom powietrznym Ukrainy pierwsze mobilne kompleksy do obsługi myśliwców F-16 kilkanaście dni temu. Dwa techniczne huby do serwisowania samolotów i uzbrojenia lotniczego oraz jeden kompleks planowania misji kosztowały nieco ponad milion euro (niemal całość donacji wyłożyła spółka „Ukrnafta”, największe ukraińskie przedsiębiorstwo z branży paliwowej). Trwa testowanie rozwiązania.

Mobilne kompleksy powstały na bazie zachodnich pojazdów, ich adaptacją zajęły się ukraińskie przedsiębiorstwa sektora zbrojeniowego.

– Będziemy uważnie się przyglądać, zbierać doświadczenia i w razie potrzeby dostosujemy opracowane rozwiązania również do innych typów samolotów, które otrzyma Ukraina – zapewnia Taras Czmut.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki!

A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Jeden z opisywanych kompleksów/fot. Wróć żywy/Ukrnafta

Fikołki

Rozmowa z kpt. rez. pil. Witoldem Sokołem, o dronach, przyszłości lotnictwa załogowego oraz o miłości do MiG-a 29.

Marcin Ogdowski: Zrobił Pan na MiG-29 ponad tysiąc godzin nalotu. Poproszę o obiektywną ocenę możliwości bojowych tej maszyny.

Witold Sokół: Wedle starego porzekadła „nie jesteś tak dobry, jak o sobie myślisz, ani tak zły, jak o tobie mówią”. Idealnie pasuje to do MiG-a, który jest ofiarą własnej legendy. Tę maszynę zaprojektowano jako lekki frontowy myśliwiec, czyli samolot, który działa 150-200 km od bazy i zabezpiecza własne wojska przed środkami napadu powietrznego. Miał szybko dolecieć w rejon działań, zniszczyć samoloty zagrażające oddziałom na lądzie, wrócić, zatankować i znowu polecieć. W związku z tym nie potrzebował dobrego radaru o dużym zasięgu. Nie potrzebował uzbrojenia o średnim i dużym zasięgu. Jego walorami miały być manewrowość, łatwość obsługi i skuteczność uzbrojenia krótkiego zasięgu. Do zadań poza pierwszym kręgiem były Su-27, od walki na najdalszym dystansie MiG-i-31.

Czyli żaden dominator pola bitwy, a koń roboczy do ściśle określonych zadań.

Solidne narzędzie.

Mimo paliwożerności?

Fakt, to był problem. Na MiG-u-29 latało się krótko – godzinę, maks półtorej z dodatkowym zbiornikiem. Włączenie dopalania oznaczało, że po minucie było 400 kg paliwa mniej. A więc przewagę w manewrowaniu mogłem wykorzystywać tylko przez pięć minut, bo potem kończyło mi się paliwo…

Jak pilotom Messerschmittów z czasów bitwy o Anglię, którzy po przeskoczeniu Kanału mieli tylko chwilę na walkę z Brytyjczykami.

Dokładnie tak. A MiG ma jeszcze inną wadę – kopci i widać go z daleka. Do tego duża powierzchnia odbicia czyni go łatwym do zauważenia na radarze. W symulowanych walkach powietrznych z F-16, zachodni piloci zawsze próbowali nas zastrzelić z dużej odległości. Wiedzieli, że jak tego nie zrobią, to na bliskim dystansie ich rozszarpiemy. F-16 to taki gość z pistoletem, MiG-29 to karateka. W bliskim kontakcie nie dawał przeciwnikom szans.

Ale najpierw trzeba było „dobiec”…

Nie raz się udało, co budowało MiG-owi legendę, a ta w ostatecznym rozrachunku zrobiła mu krzywdę.

Ma Pan na myśli odwlekanie modernizacji polskich „dwudziestek dziewiątek”?

Skoro to tak dobry myśliwiec, to czego wy jeszcze chcecie? Takie podejście było. Tymczasem mówimy o samolocie, którego pełne walory bojowe wygasły już w latach dziewięćdziesiątych. W NATO zawsze znaleziono dla nas jakąś niszę. Byliśmy wsparciem, tłem, nigdy głównym graczem. Taka rola MiG-a.

Zostawmy przeszłość i wybiegnijmy w przyszłość. Technologia coraz bardziej ogranicza udział pilota, zastępując go coraz bardziej wymyślnymi systemami. To proces, na końcu którego mamy maszyny w pełni bezzałogowe. Czy to nieuchronna przyszłość lotnictwa?

Uważam, że zawsze będzie ten czynnik ludzki – konieczność pilotowania, także z elementami akrobacji, choć pewnie w coraz większym stopniu zdalnego.

To chyba już inne nawyki?

Na emeryturze zbudowałem sobie symulator, wyposażony w okulary do wirtualnej rzeczywistości. Poza tym, że nie ma przeciążeń, odczuwam lot tak, jakbym siedział w kabinie.

Ale Pan spędził mnóstwo godzin za sterami prawdziwych maszyn.

Dlatego operatorzy bezzałogowych statków powietrznych muszą mieć możliwość normalnego latania. Ci, którzy szkolą się w Dęblinie, są też klasycznymi pilotami.

Natomiast jeśli chodzi o drony FPV, trudno tu mówić o samolotach. To są latające pociski, sterowane. Swoista artyleria, nie lotnictwo.

Rozumiem, że Pańskim zdaniem małe drony nie wyeliminują konieczności posiadania „dużego” lotnictwa załogowego i bezzałogowego?

Nie, one są do innych zadań. Co więcej, nie wierzę, byśmy poszli w skrajną autonomiczność systemów uzbrojenia. Oddanie wszystkiego sztucznej inteligencji to recepta na scenariusze z filmów science-fiction.

To, jak wciąż ważne jest klasyczne lotnictwo załogowe, dobrze pokazuje ostatnia wojna Izraela z Iranem.

Owszem, choć ona udowodniła również, że samo lotnictwo to za mało. By izraelskie samoloty mogły nad Iranem operować, wcześniej należało wyeliminować irańską obronę przeciwlotniczą. W dużej mierze uczyniły to grupy dywersyjne na ziemi. Ktoś musiał zebrać dla nich dane, wskazać cele, przygotować misję. W wojskowej nomenklaturze mówi się o działaniach wielodomenowych, to jest ich dobry przykład.

C.d. rozmowy znajdziecie na portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

Kpt. rez. pil. Witold Sokół, absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie (1993 rok). Służył m.in. w 1. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, przez cztery lata był pilotem pokazowym samolotu MiG-29. Z latania akrobacyjnego zrezygnował w 2006 roku. Po odejściu ze służby czynnej zajął się działalnością społeczną i komentatorską. Fani awiacji znają go z prowadzenia największych w Polsce pokazów lotniczych, w tym Air Show w Radomiu. Obecnie wykładowca w Lotniczej Akademii Wojskowej.

—–

Szanowni, do spraw okołoukraińskich wrócę pojutrze. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Marcinowi Łyszkiewiczowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego tygodnia – Czytelnikowi o pseudonimie Ron Irondell oraz Pawłowi.

To dzięki Wam powstają także moje książki! A skoro o nich mowa, w sklepie Patronite możecie nabyć moje tytuły w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełną ofertę znajdziecie pod tym linkiem.

Nz. Migi z malborskiej eskadry, zdjęcie sprzed kilku lat/fot. Bartek Bera, zdjęcie pochodzi z albumu „Sięgając nieba”.