Twierdza

Czas pozbyć się złudzeń i przyjąć do wiadomości, że Ukraina nie zostanie członkiem NATO – nie w ciągu najbliższych kilku, a może nawet kilkunastu lat. I nie chodzi tylko o opór Węgier czy Słowacji – nie chcą tego także Stany Zjednoczone i Niemcy. Nie będzie też europejskich sił pokojowych w Donbasie, amerykańskie bataliony nie zostaną rozlokowane na Zaporożu. Zachód, choć hojnie Ukrainę wspiera, nie zdecyduje się na bezpośrednie zaangażowanie militarne. Dla Kijowa oznacza to jedno: przyszłe bezpieczeństwo musi być zbudowane w oparciu o własną siłę.

Idźmy dalej i wskażmy drugą istotną zmienną, determinującą przyszłość Ukrainy. Najnowsza historia relacji rosyjsko-ukraińskich pokazała jedno: obietnice Moskwy są bezwartościowe. Od memorandum w Budapeszcie po niezliczone zawieszenia broni, rosja złamała każde przyrzeczenie o nieagresji. Naiwnością byłoby zakładać, że po ewentualnym wygaszeniu walk na Wschodzie byłoby inaczej; bezpieczniej przyjąć, że Kreml będzie czyhał na okazję, by znów uderzyć na sąsiada.

Zdolność do kontruderzenia

„Ukraina powinna dysponować własną bronią atomową!”, przekonują domorośli stratedzy. Co do sedna argumentacji trudno odmówić im racji – odstraszanie nuklearne jest najskuteczniejszym gwarantem pokoju. Lecz realnie patrząc Ukraina nie ma dziś możliwości powrotu do statusu państwa nuklearnego. Ani politycznie (żaden z liczących się sojuszników na to nie pozwoli), ani technologicznie i finansowo. A więc zostaje Ukraińcom konwencjonalna armia, a ta – by skutecznie pełnić rolę straszaka – musi być zdolna do błyskawicznego zadania nieakceptowalnych strat agresorowi. To nie tylko kwestia sprzętu, ale i doktryny, morale, logistyki czy także mocy przemysłowych.

Jak zatem powinno wyglądać to wojsko? Zacznijmy od komponentu lądowego. Zdaniem części analityków, winien on liczyć co najmniej 25 w pełni rozwiniętych brygad, przede wszystkim zmechanizowanych i pancernych, co dałoby około 120 tys. żołnierzy gotowych do walki. W mojej ocenie to za mało. Ukraina potrzebuje 50 takich jednostek, oczywiście z pełnym zapleczem logistycznym, artyleryjskim i rozpoznawczym. Dlaczego aż tyle? Jest niemal pewnym, że nawet gdy skończy się wojna, rosja nie rozpuści istotnej części swojej armii do domu. Analizując rosyjskie plany i strukturę organizacyjną, z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że Moskwa zamierza utrzymywać na terenach okupowanych i w bliskim sąsiedztwie Ukrainy ponad 300-tysięczny kontyngent. Nie bez znaczenia jest też zdolność rosji do szybkiej mobilizacji rezerw i znacznie większy od ukraińskiego zasób mobilizacyjny. Rzecz jasna Ukraina nie musi równoważyć tych sił w relacji jeden do jednego – wystarczy zbudować przewagę jakościową – ale to nadal oznacza konieczność posiadania ćwierćmilionowych wojsk lądowych. Zdolnych zarówno do obrony, jak i do kontruderzenia, co wymaga nie tylko wysokich zdolności manewrowych, ale też rezerw operacyjnych; rosja musi się bać szybkiego przeniesienia walk na jej terytorium, to istotny czynnik odstraszający.

Stany osobowe to jedno, drugie – sprzęt. Jaki? Każda brygada powinna być wyposażona w nowoczesne czołgi (Leopard 2A6, M1A2 Abrams), bojowe wozy piechoty (CV90, Bradley), artylerię precyzyjną (Krab, Caesar, Bohdana, Himars) oraz systemy rozpoznania i walki radio-elektronicznej. Plus oczywiście drony taktyczne, jako broń bezpośredniego wsparcia.

Niska kultura techniczna

Rozważając przyszłość relacji rosyjsko-ukraińskich trzeba przyjąć założenie, że federacja nie zrezygnuje z ataków rakietowych i dronowych. I nie chodzi mi wyłącznie o oczywisty dla pełnoskalowych działań wojennych aspekt, ale także o strategię uderzeń nękających, ponawianych co jakiś czas mimo formalnego zawieszenia broni. Po to choćby, by Ukraina nie stanęła zbyt szybko na nogi. Stąd konieczność posiadania przez Kijów wielowarstwowej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, nie punktowej, jak ma to miejsce obecnie, a obejmującej znacznie większe połacie kraju. O czym konkretnie mówimy? O systemach krótkiego zasięgu typu Piorun, Stinger, Gepard, przeznaczonych do osłony jednostek liniowych oraz pojedynczych elementów infrastruktury. O systemach NASAMS i IRIS-T przewidzianych do obrony miast i obiektów strategicznych oraz o zestawach średniego zasięgu, takich jak Patriot i SAMP/T, skutecznych w neutralizacji rakiet balistycznych i lotnictwa. Jeśli idzie o dwa ostatnie rodzaje uzbrojenia, musi to być co najmniej po kilkanaście baterii.

Ukraina powinna też rozwijać własne systemy antydronowe i radarowe.

Kluczem do skutecznego odstraszania są także odpowiednio wyposażone siły powietrzne. Według rzecznika ukraińskiego lotnictwa Jurija Ignata, kraj potrzebuje co najmniej 200 samolotów bojowych różnych typów. Ktoś mógłby zauważyć, że rosja będzie ich miała pięć razy więcej. Zgoda, lecz pamiętajmy, że parytet ilościowy nie ma tu większego znaczenia. rosyjskie konstrukcje ustępują zachodnim, a wskaźniki ich sprawności są znacząco gorsze, co jest konsekwencją niskiej kultury technicznej rosjan (zarówno na etapie produkcji, jak i użytkowania). Innymi słowy, owe 200 samolotów to nie jest parametr niedoszacowany.

„Długie ręce” Ukrainy

Ukraińcy już użytkują około 50 F-16 i Mirage 2000, wykorzystując je do walki z pociskami manewrującymi i bezzałogowcami typu Szahed oraz do misji wsparcia wojsk lądowych. Te działania wymiernie wspierają operację obronną, ale nie przekładają się na posiadanie przewagi w powietrzu – ukraińska flotylla jest na to po prostu za mała. Myśląc o jej rozbudowie musimy pamiętać, że obecnie posiadane maszyny maja już swoje lata i są intensywnie eksploatowane, zatem w przyszłości nie wystarczy dosłać Ukraińcom kolejnych 150 maszyn.

Idźmy dalej – podobnie jak w przypadku wojsk lądowych, także siły powietrzne powinny być zdolne do prowadzenia operacji ofensywnych – nie tylko niszczenia przeciwnika w rejonie konfliktu, ale też do ataków na głębokie zaplecze logistyczne. Nie mam tu na myśli rajdów w głąb rosji, a możliwość używania precyzyjnej broni lotniczej dalekiego zasięgu, na przykład podwieszanych pod F-16 rakiety JASSM o zasięgu 1000 km.

Generalnie Ukraina winna mieć „długie ręce”, rozumiane jako zdolność do ataków na kluczowe obiekty rosyjskiej infrastruktury, co z uwagi na rozległość rosji oznacza konieczność posiadania pokaźnego arsenału rakietowego. Fakt, iż nad Dnieprem intensywnie pracują nad takimi projektami, długofalowo znosi konieczność zaopatrywania ukraińskiej armii zachodnimi konstrukcjami (choć „na dziś” jest to konieczne).

Wracając zaś do lotnictwa – obok załogowego, konieczna jest rozbudowa komponentu bezzałogowego – zarówno bojowego, jak i rozpoznawczego – obejmującego takie maszyny jak Bayraktar TB2, RQ-20 Puma i własne konstrukcje ukraińskie. Całość sił powietrznych musi zachować dotychczasową zdolność do operowania z rozproszonych, często zaimprowizowanych lotnisk, co przekłada się na konieczność posiadania mobilnych systemów wsparcia i centrów dowodzenia.

Cyberbezpieczeństwo też jest ważne

Jeśli idzie o morze, Ukraina nie zbuduje klasycznej floty – taki projekt, z konieczności realizowany niemal od zera, były zbyt kosztowny i za bardzo rozłożony w czasie. Kraj może jednak dalej rozwijać flotyllę dronów morskich, pozyskiwać i budować własne systemy przeciwokrętowe (Harpoon, Neptune), rozbudowywać arsenał min morskich (do rozstawiania których wystarczą małe, stosunkowo tanie okręty). Kontrola nad Morzem Czarnym nie musi oznaczać dominacji – wystarczy, jak ma to miejsce obecnie, zdolność do trzymania Rosjan z dala od ukraińskiego brzegu.

Każda armia potrzebuje oczu i uszu, co na poziomie strategicznym sprowadza się do posiadania satelitów. W tym zakresie Ukraina nie posiądzie własnych zdolności, ale te mają jej sojusznicy (przede wszystkim Stany Zjednoczone i Francja). Zatem o jakości rozpoznania przesądzi w przyszłości charakter relacji politycznych – dbanie o nie jest dla Kijowa równie ważne, jak budowanie fizycznego potencjału.

Współczesne konflikty toczą się także w cyberprzestrzeni. Wymiar ściśle informacyjny (wojna propagandowa) to jedno, drugie to przekładające się na realia fizyczne cyberbezpieczeństwo kluczowych elementów infrastruktury krytycznej. Elektrowni nie trzeba niszczyć bombami czy rakietami, można je zahackować. W Ukrainie pracuje ponad 200 tys. wykwalifikowanych informatyków, jest więc na kim i na czym budować zdolności w tym zakresie, zarówno defensywne, jak i ofensywne.

Ważne jest też morale

Dziś ponad 40 procent broni i amunicji, jakie trafiają na front, pochodzi z ukraińskich zakładów i manufaktur. W niektórych obszarach produkcji wojskowej odnotowano 35-krotny wzrost wydajności w porównaniu z 2022 rokiem. Udział własny w produkcji zbrojeniowej daje luksus niezależności – od widzi mi się dostawców i nieprzewidywalności łańcuchów dostaw (pamiętamy, jak pandemia sparaliżowała przemysły w Europie; nie było w tym niczyjej złej woli, były za to konsekwencje rozproszonej wcześniej produkcji). Zatem kolejnym kluczem do skutecznego odstraszania jest dalsza rozbudowa własnej bazy przemysłowej.

Lecz produkcja to ledwie wstęp – warunkiem koniecznym militarnego sukcesu, w tym skutecznego odstraszania, jest posiadanie sprawnej logistyki. Niezależnie od tego, jak wyszkolona i wyposażona będzie armia, pozbawiona na czas amunicji, paliwa, jedzenia i zaplecza medycznego, w najlepszym razie nie zwycięży, w najgorszym poniesie porażkę. A więc Ukrainie potrzebne są również duże projekty infrastrukturalne – drogowe, kolejowe, związane z koniecznością budowy różnego rodzaju magazynów, centrów dystrybucji itp. Ktoś mógłby zauważyć, że przecież kraj jakoś sobie w tym zakresie radzi. Znając jakość ukraińskich dróg, zwłaszcza na wschodzie, poprzestanę na stwierdzeniu, że mogłoby być lepiej. I że owo lepiej z pewnością wpłynęłoby na sytuację na froncie.

Ale ów „twardy” wymiar to nie wszystko. W wojnie od zawsze liczą się morale, jakość dowodzenie, o skuteczności armii przesądza też poziom wyszkolenia. Ukraina nadal nie najlepiej radzi sobie z rotacją personelu i budowaniem rezerw. Zbyt wielu ludzi walczy zbyt długo; gros żołnierzy jest nadmiernie eksploatowanych. Tymczasem w realiach „zimnej wojny” z rosją przez lata trzeba będzie utrzymywać w gotowości liczne siły zbrojne – tego nie da się zrobić selektywnym poborem, z zastosowaniem wyłączeń dla całych grup społecznych. Ukraina musi wreszcie zbudować armię obywatelską z prawdziwego zdarzenia. W kontekście jakości „oczywistą oczywistością” jest kontynuowanie współpracy szkoleniowej z NATO. Mniej oczywiste, a istotne, jest też zmierzenie się ze społecznymi skutkami prowadzonych dotąd działań wojennych. Weterani i ich rodziny nie mogą poczuć się porzuceni – bo to zaproszenie do niepokojów i „podcinacz” motywacji dla służby krajowi. Wsparcie psychologiczne i medyczne: systemy rehabilitacji, pomoc dla rodzin, programy reintegracji; tego typu inicjatywy są równie istotne jak budowanie potencjału armii.

Ukraina nie dźwignie wymienionych wyzwań sama – w czym ujawnia się rola jej sojuszników. I nie chodzi tylko o „prosty” transfer uzbrojenia i „zwykłe” finansowanie wysiłków zbrojeniowych; tu trzeba czegoś więcej.

Czego? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewick, Arkadiuszowi Halickiemu, Piotrowi Maćkowiakowi, Bartoszowi Wojciechowskiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi, Tomaszowi Krajewskiemu i Magdalenie Kaczmarek. A także: Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Piotrowi Rucińskiemu, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej, Wojciechowi Bardzińskiemu, Bognie Gałek, Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Michałowi Wielickiemu, Jakubowi Kojderowi, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Bożenie Bolechale, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Pawłowi Krawczykowi, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Piotrowi Habeli i Annie Sierańskiej.

Podziękowania należą się również moim najhojniejszym „kawoszom” z ostatniego miesiąca: Dariuszowi Wołosiańskiemu, Adamowi Halupowi, Jarkowi Uścińskiemu, Monice Kalisz, Katarzynie Kulpie, Joannie Syrewicz, Edycie Miturze, Marianowi Sztukowskiemu i Jackowi Romańskiemu.

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Ukraińska piechota wyposażona w amerykański ciężki karabin maszynowy/fot. SzG ZSU

Precyzja

Tomahawki wciąż na tapecie, więc może podrzucę Wam tekst o tym, czym w ogóle jest ta broń. Znajdziecie tu odpowiedź na pytanie, dlaczego Moskwa się jej tak boi…

W arsenale amerykańskich sił zbrojnych niewiele systemów uzbrojenia zdobyło taką renomę jak pocisk manewrujący BGM-109. Od ponad czterech dekad ten subsoniczny, dalekosiężny środek rażenia pozostaje symbolem chirurgicznej precyzji. Prace nad Tomahawkiem rozpoczęto w latach siedemdziesiątych XX wieku, w odpowiedzi na potrzebę stworzenia pocisku zdolnego do rażenia celów strategicznych bez narażania załóg. Inspiracją były doświadczenia z II wojny światowej (niemieckie konstrukcje V-1 i V-2). Motorem zaś spektakularny rozwój technologii rakietowych w czasie zimnej wojny.

Pierwsze wersje weszły do służby w 1983 roku, a ich producentem zostały firmy General Dynamics i Boeing.

Pocisk miał być uniwersalny – zdolny do odpalania z morza i lądu. Z wersji lądowej zrezygnowano w 1987 roku po podpisaniu traktatu INF (Intermediate-Range Nuclear Forces Treaty – Traktat o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych krótkiego i średniego zasięgu) między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim. W 2019 roku, w odpowiedzi na zbrojenia Rosji, INF został przez USA zerwany, co formalnie otwarło drogę do ponownego wdrożenia wersji lądowej. Prace w tym zakresie były kontynuowane m.in. przez firmę Oshkosh Defense, która właśnie zaprezentowała swoją wyrzutnię o nazwie X-MAV. Może ona przenosić cztery pociski BGM-109. Wizualnie niewiele różni się od mobilnych wyrzutni HIMARS czy Patriot, które Ukraińcy z powodzeniem wykorzystują już od trzech lat (rosjanom udało się zniszczyć tylko kilka takich pojazdów).

Tomahawk to pocisk o długości około 5,5 m, masie startowej 1300 kg i zasięgu od 1250 do 2500 km. Napędzany silnikiem turboodrzutowym porusza się z prędkością około 880 km/h na bardzo niskim pułapie (30–100 m), co utrudnia jego wykrycie przez radary. Pocisk można wyposażyć m.in. w klasyczną głowicę odłamkowo-burzącą oraz w głowicę z subamunicją (w czasach zimnej wojny Tomahawki nosiły również ładunki jądrowe). Najnowsze wersje pocisku umożliwiają zmianę celu w locie i tzw. loitering, który oznacza zdolność do krążenia nad wyznaczonym obszarem przez określony czas, zanim zostanie podjęta decyzja o uderzeniu. Najnowsza wersja przeciwokrętowa Block Va (Maritime Strike) może razić ruchome cele na morzu. Wersje Block IV i V korzystają z zaawansowanej nawigacji GPS, radarów terenowych TERCOM oraz systemu DSMAC (Digital Scene Matching Area Correlation), który porównuje obraz terenu z zapisanym wzorcem, zwiększając precyzję trafienia.

—–

Tomahawk zadebiutował bojowo podczas operacji „Pustynna burza” w 1991 roku, kiedy to odpalono ponad 280 pocisków na cele w Iraku. Od tego czasu był używany w niemal każdej większej operacji USA: w Kosowie (1999 rok) do ataków na infrastrukturę wojskową Serbii, ponownie w Iraku (2003 rok) w masowych uderzeniach na cele strategiczne, w Libii (2011 rok), w ramach wsparcia dla operacji NATO oraz w Syrii (w 2017 i 2018 roku) w działaniach odwetowych za użycie broni chemicznej przez reżim Baszszara al-Asada. W 2017 roku, podczas ataku na bazę lotniczą Szajrat, odpalono 59 Tomahawków z dwóch niszczycieli typu Arleigh Burke. Mimo obecności rosyjskich systemów obrony powietrznej w Syrii, większość pocisków dotarła do celów. Tomahawki zostały również użyte przez USA w czerwcu tego roku w atakach na irańskie obiekty nuklearne.

Według ogólnodostępnych danych Stany Zjednoczone posiadają obecnie około 4 tys. aktywnych pocisków Tomahawk, z czego większość to wersje Block IV i Va. W 2023 roku zatwierdzono zakup 850 nowych głowic bojowych dla wersji przeciwokrętowej, a w 2025 roku rozpoczęto modernizację starszych egzemplarzy do standardu Block V. Warto jednak zaznaczyć, że tempo produkcji nie nadąża za zużyciem – szczególnie w kontekście rosnącego zapotrzebowania ze strony sojuszników, takich jak Wielka Brytania, Australia czy Japonia. Pojawiają się więc głosy, że w przypadku długotrwałego konfliktu z równorzędnym przeciwnikiem zapasy mogą okazać się niewystarczające.

Tym równorzędnym przeciwnikiem nie jest rosja, ale Chiny. Niemniej sygnały dotyczące przekazania pocisków Ukrainie zmuszają do postawienia pytania o rosyjskie możliwości walki z Tomahawkami. Nominalnie federacja rosyjska dysponuje rozbudowaną, warstwową obroną przeciwlotniczą, która obejmuje systemy: S-400 Triumf zdolne do zwalczania celów aerodynamicznych na dystansie do 400 km, S-350 Witiaź, operujące w średnim zasięgu, oraz zestawami Tor-M2, Buk-M3, Pancyr-S1 krótkiego i średniego zasięgu, mobilnymi i przeznaczonymi do ochrony punktowej. Do tego dodać należy myśliwce Su-35 i MiG-31 jako wsparcie w przechwytywaniu. Teoretycznie więc rosyjskie systemy są zdolne do zwalczania pocisków manewrujących. W praktyce jednak – jak pokazały doświadczenia z Syrii – skuteczność wobec Tomahawków jest znacznie ograniczona. Pociski lecące nisko, z wykorzystaniem zaawansowanej nawigacji i zmiennych trajektorii, są trudne do wykrycia i przechwycenia. W 2018 roku, mimo obecności S-400, większość amerykańskich rakiet dotarła do celów.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Rozbudowaną wersję tego tekstu, który opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna”, znajdziecie tu.

Nz. Tomahawk we wstępnej fazie lotu/fot. Departament Obrony USA

Kulisy

Jak szacuje amerykański Instytut Studiów nad Wojną, gdyby Ukraina otrzymała pociski Tomahawk o zasięgu 2,5 tys. km, w obszarze ich rażenia znalazłoby się 1945 rosyjskich obiektów o znaczeniu militarnym. Gdyby nad Dniepr dotarły rakiety o zasięgu do 1,6 tys. km – wówczas byłoby to 1655 potencjalnych celów. Niemal całe zaplecze machiny wojennej putina funkcjonowałoby zatem w realiach stałego zagrożenia. A utrata tylko niektórych obiektów oznaczałaby poważne kłopoty. Dla przykładu, produkcja Szahedów odbywa się w jednym miejscu – w republice Tatarstanu, 1300 km od Ukrainy. Zniszczenie tej fabryki odebrałoby rosjanom podstawowe narzędzie presji na Kijów.

I właśnie stąd bierze się nerwowa reakcja Kremla na doniesienia o możliwym transferze uzbrojenia. putin zapowiada pogorszenie „dobrze układających się ostatnio” relacji ze Stanami Zjednoczonymi, miedwiediew grozi odwetem całemu NATO, a na najniższym poziomie – w mediach społecznościowych, także w Polsce – zaobserwować można istotne wzmożenie pośród (pro)rosyjskich aktywistów i „użytecznych idiotów”, przestrzegających przed sprowokowaniem rosji do wojny jądrowej.

„Nic nowego”, można by skomentować, wracając pamięcią do wielu podobnych sytuacji, kiedy Moskwa kreśliła „nieprzekraczalne czerwone linie”. Chciałbym, by i tym razem owo „tupanie nóżką” zostało zignorowane – i by Ameryka rzeczywiście przekazała Ukraińcom Tomahawki. Lecz po prawdziwe niespecjalnie w to wierzę. Moim zdaniem Waszyngton blefuje (otartym pozostaje pytanie, czy Kijów też, czy Ukraińcy jednak liczą na pozyskanie rakiet) – wypuszczając kontrolowane przecieki o rozmowach na temat przekazania Tomahawków, USA chcą zmusić rosję do powrotu do negocjacyjnego stołu. Przekaz jest prosty: „albo zaczniecie rozmawiać z Ukrainą, albo wasza sytuacja drastycznie się pogorszy”. Co zrobi Biały Dom, gdy Kreml powie „sprawdzam!” – nie wiem, ale już teraz dostrzegam u Amerykanów poważną zmianę w podejściu do rosjan.

—–

Widać ją przy okazji ukraińskiej kampanii „grillowania” rosyjskiego zaplecza przemysłowego, przede wszystkim petrochemicznego. Precyzja, z jaką Ukraińcy rażą rosyjską infrastrukturę, nie bierze się „znikąd”. Poza rosnącą doskonałością techniczną broni to też efekt dobrego rozpoznania – a na tym obszarze wykraczamy poza kompetencje ściśle ukraińskie. Ktoś mógłby stwierdzić: „a jaki problem znaleźć i trafić rafinerię; przecież do tego Google Maps wystarczy”. Tyle że sama lokalizacja to ledwie wstęp do ataku. rosjanie mają kilkadziesiąt rafinerii, o różnej wielkości i różnym udziale w ogólnej produkcji. Ich parametry nie są sztywne: wydajność jest zmienna, zależy od wielu czynników. Największy zakład może być podrzędnym celem, jeśli akurat niewiele produkuje. By osiągnąć odpowiednią synergię środków i korzyści, trzeba wiedzieć w co w danym momencie uderzyć. Ustalić, który element łańcucha jest teraz kluczowy – to po pierwsze.

Po drugie, rosjanie działają w realiach „krótkiej kołderki”, jeśli idzie o możliwości obrony przeciwlotniczej. Nie są w stanie zapewnić ochrony wszystkich niezbędnych elementów własnej infrastruktury (żadne państwo nie ma takich mocy). Jedne chronią lepiej, inne gorzej lub wcale, część obiektów ma rotacyjną osłonę. Nałóżmy na to rosyjski bałagan i otrzymujemy sytuację, w której bieżące możliwości lokalnych „parasoli OPL” stają się zmienną-niewiadomą. Nie sztuka posłać rój dronów, sztuką jest, by przynajmniej część z nich nie została namierzona i zestrzelona. Jak myślicie, kto daje Ukraińcom te „oczy i uszy”, kto buduje ich świadomość sytuacyjną z dala od granic, gdzie nie sięgają ukraińskie radary i stacje nasłuchowe? Ukraina ma sprawne służby wywiadowcze, niezłą agenturę w rosji, ale wielu niezbędnych informacji nie da się pozyskać bez rozpoznania satelitarnego. W tym zakresie w ograniczony sposób wspiera Kijów Europa (głównie Francja), przede wszystkim jednak jest to domena Amerykanów.

—–

Wiem, że to stwierdzenie rodzi pewien dysonans, przynajmniej u części Czytelników – Donald Trump zrobił bowiem w ostatnich miesiącach wiele, byśmy zwątpili w dobre intencje Stanów Zjednoczonych wobec Ukrainy i generalnie w amerykańską wiarygodność sojuszniczą. Dał asumpt do twierdzeń, że jest miękkim graczem wobec rosji, ba, że wręcz nie pozwoli jej zrobić krzywdy. Nie zamierzam psychologizować, ani też chodzić tropem teorii spiskowych, „wyjaśniających” zachowanie prezydenta USA; poprzestanę na stwierdzeniu, że polityka obecnej administracji była dla mnie rozczarowująca. Nadal jest, gdyż oczekiwałbym od Waszyngtonu bardziej zdecydowanych działań wobec Moskwy, prowadzonych z pozycji dominującego w tej relacji supermocarstwa. rosja nie jest dla Stanów równorzędnym partnerem, a utrwalanie u putina iluzji imperialnej siły i sprawczości to niebezpieczny proceder i, w dużej mierze, „wina Trumpa”. Tym niemniej dostrzegam to, o czym pisałem – zakulisowy wkład Amerykanów w bolesną dla rosji kampanię.

I dlatego śmieszą mnie opinie, zgodnie z którymi atakując zakłady w głębi rosji, Ukraina „gra na nosie nie tylko putinowi, ale też Trumpowi”. Przy całym moi szacunku dla walczącego kraju, jego armii i społeczeństwa, za niepoważne uważam próby „nadupodmiotowienia” Ukraińców w tej opowieści – przedstawienia ich jako tych, którzy są w pełni samodzielni i nie oglądają się na opinie innych. Mimo rosnącego finansowego zaangażowania Europy w pomoc Ukrainie, w wymiarze czysto wojskowym nadal większość zachodniego wsparcia pochodzi z USA. Czy naprawdę ktoś wierzy, że Kijów zaryzykowałby przerwanie tej „żyły stali” i robił coś, na co nie ma przynajmniej cichego przyzwolenia Waszyngtonu? Ukraińcy próbowali już wcześniej „grillować” rosyjską petrochemię, ale nasilenie obecnej kampanii zbiegło się z fiaskiem zabiegów pokojowych Trumpa. W tym nie ma przypadku, to przejście na inny poziom „wymiany argumentów”. A Tomahawki to sygnał, że stawkę można podbić wyżej, w czym zresztą zawiera się kolejny komunikat: Ameryka ma techniczne, konwencjonalne (!) zdolności, by serią szybkich, precyzyjnych uderzeń odciąć tlen całej rosyjskiej machinie wojennej. Doprowadzić do zapaści jej zaplecza bez potrzeby konfrontowania się w zwarciu. To oczywistość, która w ostatnim czasie – tu, nad Wisłą – zaczęła nam gdzieś umykać. Warto zatem i ten aspekt podkreślić, zwłaszcza w obliczu defetystycznych narracji o rosji, która „w razie wojny zasypie nas dronami”. Tylko gdzie je wyprodukuje?

Ten tekst, w obszerniejszej wersji, opublikowałem w portalu „Polska Zbrojna” – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Płonąca rafineria pod Krasodarem/fot. anonimowe źródło rosyjskie

Skojarzenia

15-letnia Anastazja Hryciw zginęła razem z czterema innymi członkami swojej rodziny. Ich dom w podlwowskiej wiosce został bezpośrednio trafiony rosyjską rakietą. Do tragedii doszło wczoraj, podczas zmasowanego ataku dronowo-rakietowego na Lwowszczyznę. Wczoraj też załączona przeze mnie fotografia – udostępniona przez szkołę, której uczennicą była Anastazja – znalazła się na wielu profilach relacjonujących wojnę w Ukrainie. Coś w tym zdjęciu od razu przykuło moją uwagę.

Można by pomyśleć, że chodzi o wizerunek ślicznej, młodej dziewczyny. Śmierć kogoś takiego wywołuje przecież większe zainteresowanie, u mnie w takich sytuacjach odpala się jeszcze „ojcowska nuta” – bolesne wyobrażenie żalu, który dopadłby mnie po utracie własnej córki. Moja jest starsza, ale przecież jej bycie nastolatką to dla mnie historia jakby z wczoraj, świeżutkie wspomnienie, tym świeższe, że wciąż starannie pielęgnowane (kto ma dzieci, które niedawno uleciały z domu, ten wie, o czym piszę).

No więc przyglądałem się temu zdjęciu poruszony, a zarazem mierzący się z poczuciem deja vu. „Ta dziewczynka stoi tam, gdzie sam kiedyś stałem; mam bardzo podobną fotkę”, dotarło do mnie wreszcie.

Przypadek, ale nic w nim wyjątkowego. Kamienica królewska, będąca częścią Lwowskiego Muzeum Historycznego, to bardzo popularne miejsce, odwiedzane przez wielu turystów. Arkadowy dziedziniec zaś to wdzięczne tło dla pamiątkowych fotografii. Nie wiem, kiedy wykonano zdjęcie Anastazji – zapewne niedawno, chyba w te wakacje. Moje – załączam je poniżej – postało sześć lat temu, podczas koleżeńskiego wypadu do Lwowa.

Choć połączyły mi się kropki, nadal nie mogłem przestać myśleć o fotografii z Anastazją. Teraz wiem już dlaczego. Nie istnieje żaden związek przyczynowo-skutkowy, nie ma nic poza powierzchownym podobieństwem, ale to ono uświadamia mi, skąd się bierze – przynajmniej po części – mój osobisty stosunek do dramatu, który spotyka Ukrainę. Ta wojna toczy się w miejscu, które znam, jej ofiary żyją lub żyły w oswojonej przeze mnie (w wymiarze, który znosi egzotyczność) czasoprzestrzeni. Tu jest „tylko” – bogu dzięki nienaruszone – muzeum, gdzie byłem ja i była ofiara, ale przecież rosjanie spalili już „mój” blok w Mariupolu, zgruzowali „moją” restaurację w Siewierodoniecku, zrujnowali „mój” hotel w Izjumie. Zdjęcia i filmy ilustrujące te zniszczenia, wizyta w jednym z takich miejsc, były jak trampolina do rozważań o tym, co by było gdyby wojna przyszła do nas, do moich-moich miejscówek. Nade wszystko jednak były zamachem na moje wspomnienia, brutalnie wieńczącym je niechcianą klamrą. Wyjazd do Lwowa był wariacką przygodą, poza na natchnionego artystę, którą przybrałem do fotografii, brała się właśnie z tego nastroju – radosnej głupawki.

Bardzo bym chciał, by ów przepiękny dziedziniec Kamienicy królewskiej wywoływał we mnie takie skojarzenia. Ale od wczoraj to niemożliwe, bo rosjanie zespawali mi to wspomnienie z wizerunkiem zabitej przez nich 15-letniej dziewczynki. I już choćby za to moskale będę was… wy już wiecie co.

Obuch

Nie ma jasności, czy USA przekażą Ukrainie pociski manewrujące Tomahawk – rozmowy w tej sprawie między Kijowem a Waszyngtonem trwają, trudno ocenić, kiedy wyniknie z nich coś konkretnego. Lecz już sam fakt, że amerykańskie władze rozważają taki krok, wywołał w Moskwie niemałą panikę. Kreml maskuje strach, zaś publicznie grozi poważną eskalacją, ale właśnie owo „machanie szabelką” jest najlepszym dowodem przestrachu rosjan. By wskazać źródła tego lęku, musimy najpierw zarysować odpowiedni kontekst.

Co jest w tym momencie największym zmartwieniem dla władz Ukrainy? Konieczność mierzenia się z częstymi i masowymi rosyjskimi uderzeniami powietrznymi na ukraińskie zaplecze, wykonywanymi głównie przy użyciu dronów dalekiego zasięgu typu Szahed. Co jest aktualnie największym sukcesem ukraińskich sił zbrojnych? Udane ataki dronowo-rakietowe wymierzone w rosyjską bazę przemysłową, przede wszystkim w sektor petrochemiczny. Co jest „na dziś” największym atutem rosjan w wojnie z Ukraińcami? Możliwość wykonywania napadów z powietrza na głębokie ukraińskie tyły. Co obecnie szczególnie martwi kremlowską klikę? Fakt, iż nasilona przed kilkoma tygodniami ukraińska kampania dronowo-rakietowa zredukowała moce produkcyjne rosyjskich rafinerii o 40 procent. Innymi słowy, słabości jednych są siłą drugich i na odwrót. Pojawienie się Tomahawków (albo, co bardziej prawdopodobne, innych pocisków dalekiego zasięgu), zakłóciłoby tę równowagę. Jak i dlaczego?

—–

Nim odpowiem na to pytanie, rozwińmy wątki zasygnalizowane w powyższym akapicie. Kijów to dziś najlepiej bronione przed zagrożeniem z powietrza miasto na świecie. Ale ten status ma też swą ciemną stronę – obrona „serca” i „mózgu” Ukrainy zasysa siły i środki OPL z innych części kraju, w wyniku czego te nie są tak dobrze chronione (a po prawdzie to są chronione słabo; taka jest rzeczywistość większości ukraińskich metropolii). „Z pustego i Salomon nie naleje”, brzmi stare porzekadło, dobrze oddające ów stan rzeczy. Ukraińcy weszli do wojny z silną OPL, ale poradziecki arsenał zużył się i został zniszczony. Zastępują go znacząco lepsze, a zarazem dużo droższe (w produkcji i eksploatacji) systemy zachodnie – jest ich już nad Dnieprem sporo, lecz wciąż za mało i ta sytuacja szybko się nie zmieni.

Jednocześnie w toku prowadzonych działań zmieniły się zasadniczo realia wojny powietrznej. Wobec relatywnie niskiej skuteczności własnych rakiet i pocisków manewrujących, rosjanie rozpoczęli eksperymenty z dronami – wolnymi, niosącymi mniejsze głowice, za to dużo tańszymi i prostszymi w produkcji. W odpowiedzi Ukraińcy rozwinęli techniki zwalczania bezzałogowców – bez angażowania do tego „tradycyjnych” systemów OPL z ich kosztownymi rakietami. Mimo to efekt skali zadziałał – rosjanie wciąż coś Ukraińcom niszczą, jakiś cenny element infrastruktury niezbędnej do podtrzymywania wojennego wysiłku. Ale Ukraina się nie łamie. W kluczowej gałęzi gospodarki – zbrojeniowej – kraj osiąga kolejne pułapy efektywności. Dziś ponad 40 procent broni i amunicji, jakie trafiają na front, pochodzi z rodzimych zakładów i manufaktur. W niektórych obszarach produkcji wojskowej odnotowano 35-krotny wzrost wydajności w porównaniu z 2022 rokiem. Nie zrozumcie mnie źle – nie sugeruję, że rosyjskie ataki po Ukrainie „spływają”. Są bolesne, jednak nie miażdżące. Ograniczają możliwości Ukraińców i konserwują sytuację strategicznego pata. Gdyby Kijowowi udało się „zamknąć niebo”, zbrojeniówka mogłaby rosnąć bez przeszkód, co przełożyłoby się na większe możliwości armii. Fakt, iż tak nie jest, to ograniczony, ale wciąż sukces rosjan. „Złapał kozak Tatarzyna, a Tatarzy za łeb trzyma”, można by posłużyć się kolejnym powiedzonkiem.

—–

Zostawmy Ukrainę i przenieśmy wzrok na rosję, gdzie w coraz większej liczbie miast zaczyna brakować benzyny. Federacja, która „leży na ropie”, nie jest w stanie zapewnić sobie samowystarczalności w tym zakresie i zaczęła paliwo importować. Przypomina to sytuację z czasów Związku Sowieckiego, kiedy kraj mający największy na świecie areał pól uprawnych, i stosunkowo niedużą populację, regularnie nawiedzały klęski głodu. I wtedy, i dziś, owa zdumiewająca nieefektywność była skutkiem fatalnych decyzji władz w Moskwie. Mniejsza o historię, skupmy się na teraźniejszości. Ukraińcy – wepchnięci do wojny przez rosjan – z brutalną skutecznością wykorzystali wąskie gardło federacji. Niszczenie rafinerii wprost nie zagrozi armii inwazyjnej (ta będzie ostatnim podmiotem, który objęty zostanie racjonowaniem paliw i smarów), ale poważnie nadwyręża rosyjskie możliwości zarobkowania, mówimy wszak o państwie, które żyje ze sprzedaży kopalin i pochodnych. Mniej kasy w budżecie, to mniej pieniędzy na wojsko i wojowanie – i do tego sprowadza się podstawowa użyteczność ukraińskich ataków (patrząc z perspektywy atakujących).

Ale chodzi też o coś jeszcze – o wywołanie odczuwalnej na poziomie zwykłego człowieka dotkliwości. Dla miażdżącej większości rosjan wojna była gdzieś daleko, nie obchodziła ich; teraz odczuwają jej skutki, co w ich świecie jest dowodem nieudolności władzy. A przecież cała równowaga systemu politycznego rosji opiera się nie tylko na przemocy, ale też – a może głównie – na umowie społecznej. Zgodnie z nią Kreml robi co chce, pod warunkiem, że obywatele mogą prowadzić w miarę wygodne życie. Niespełnianie tego wymogu to zarzewie delegitymizacji – zatem płonące rafinerie to także próba rozniecenia w federacji poważniejszego pożaru. Czy skuteczna, to się okaże – ale będąc na miejscu Ukraińców grzechem byłoby nie spróbować.

—–

Dlaczego próbują dopiero teraz? – mógłby zapytać ktoś. Próbowali wcześniej, ale faktycznie, solidnie wzięli się do roboty niedawno. Tajemnica tego wzmożenia sprowadza się nie do zaniechania, a do rosnących możliwości – Ukraińcy w coraz większym stopniu opanowują technikę i technologię potrzebną do dalekodystansowych ataków. A i tak, nadal – nie tylko w przypadku rafinerii – nie sięgają poza obszar europejskiej rosji, ich broń bowiem ma ograniczony zasięg, aktualnie dochodzący do tysiąca kilometrów. I wciąż są to przede wszystkim powolne i małe drony, łatwe do zestrzelenia i jednostkowo wyrządzające stosunkowo niewielkie szkody. A teraz wyobraźmy sobie, że w ukraińskim arsenale pojawiają się Tomahawki. Lecące cztery razy szybciej niż drony (i przy tym manewrujące!), niosące pięć razy większy ładunek, na półtorakrotnie dalszą odległość. Niech to nawet będą mniej efektywne JASSM-y…

Co wtedy? O tym przeczytacie w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Info – oto link do całości materiału.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

Szanowni, moje książki powstają także dzięki Wam! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Tomahawk podczas szkoleniowego strzelania/fot. US Navy