Akrobacje

Oto druga część mojego wywiadu z kpt. rez. pil. Witoldem Sokołem. Rozmawiamy o miłości do MiG-29, „męskiej przyjaźni” z Su-22 oraz o różnicach w lataniu bojowym i akrobacyjnym.

Latał Pan na wielu typach samolotów – który jest tym ulubionym?

Zakochałem się w MiG-29. Zacząłem nim latać w 2000 roku, kiedy trafiłem do Mińska Mazowieckiego. Na tej maszynie zrobiłem największy nalot – ponad tysiąc godzin.

 To już poziom instruktorski…

Tak, byłem instruktorem. Ale nie lubiłem tego, wolałem latać sam, doskonalić swój warsztat. Przełożeni mieli oczywiście inne zdanie [śmiech]. Prosiłem ich tylko, bym mógł szkolić uczniów w akrobacji albo w lotach bojowych, czyli na wyższym poziomie, gdzie mogłem wykazać się trochę mniejszą cierpliwością.

Przy szkoleniu podstawowym trzeba jej na kopy…

Otóż to. A mój poziom wymagań był wysoki. Nie chciałem, by uczeń męczył się ze mną, a ja z nim.

Dziś jest Pan wykładowcą w Lotniczej Akademii Wojskowej i ma kontakt przede wszystkim z początkującymi pilotami.

Taki psikus losu. Ale sala wykładowa to nie kabina, tu potrafię wzbić się na wyżyny cierpliwości.

Wróćmy do MiG-a – za co pokochał Pan tę maszynę?

Przede wszystkim za manewrowość.

A uroda? Mówi się, że to najpiękniejszy samolot bojowy świata…

Urody odmówić mu nie można, to fakt. rosjanie przyłożyli się, dopracowali aerodynamikę, choć mogłaby być lepsza. Zresztą w kolejnych wersjach ją poprawiono. Ale nawet te nasze MiG-i mają świetne proporcje. I doskonale nadają się do podniebnych „fikołków”.

A Su-22? Nimi też Pan latał.

Około 300 godzin. Lubiłem ten samolot, chociaż był bardzo, bardzo trudny.

Dlaczego?

rosjanie nie znali pojęcia „ergonomia”. Wie Pan, jak konstruowali kabinę Su-20? Jeden z kolegów ładnie to ujął. Otóż postawili na fotel skrzynkę z przełącznikami i przyrządami, a następnie wrzucili do niej granat. Gdzie co poleciało, tam zostało; ergonomia układana wybuchem. Tak wyglądał Su-20, poprzednik dwudziestki dwójki. Ta miała już kabinę lepiej zaprojektowaną, ale i tak trudną do ogarnięcia.

 Nadmiernie absorbowała czas i uwagę pilota?

Nie było komputera, który by człowieka w czymkolwiek wyręczył. Su-22 wyposażono w działka SPPU z regulowanym wychyłem luf. Strzelanie z nich wymagało ustawienia kilku przełączników w odpowiedniej sekwencji. Jeśli się tego nie zrobiło, działko nie strzelało. A to jeden z wielu przykładów. Ogólnie rzecz biorąc, obsługa armatury kabiny wymagała dużych zdolności manualnych. A loty Suchojami odbywały się na niskiej wysokości i z dużą prędkością.

To wykluczało akrobacje?

Loty koszące, 50 m nad ziemią, z bombardowaniem i strzelaniem – w tej kategorii Su-22 był doskonały. Ale akrobacje? Cóż, kręciliśmy je na „sukach”. Średni pilotaż, pętle, przewroty, beczki. Można to porównać do driftów Starem z lekko uszkodzonym układem kierowania. Da się? Da się, tylko naprawdę trzeba zachować ostrożność. Na Suchoju należało pilnować wszystkich parametrów, bo niewielkie odchylenie pociągało za sobą duże utraty wysokości, przyrosty prędkości czy też jej niedobór. Nie można było sobie pozwolić na fantazję, jak na MiG-u-29, który „fikołki” mógł wykonywać w zasadzie przy każdej prędkości i niemal na każdej wysokości.

Czym różni się takie latanie od bojowego?

Akrobacja wywodzi się z latania bojowego. Podczas I wojny światowej piloci testowali różne figury, żeby łatwiej mogli się bronić lub skuteczniej zaatakować. A potem wojna się skończyła, a ludzie wraz z maszynami zostali. Trudno nagle nic nie robić, zrezygnować z czegoś, co dostarcza tylu emocji. I tak powstały latające cyrki; świetnie ten proces ilustruje film „Wielki Waldo Papper” z 1975 roku.

Ale przecież chodzi nie tylko o rozrywkę.

Tak. Akrobacja pozwala pilotowi na naukę panowania nad samolotem w trudnych sytuacjach, przy ostrych kątach natarcia, przeciążeniach, gdy maszyna traci siłę nośną, energię. Żeby to lepiej zilustrować, weźmy przykład kierowców samochodów. Gdy jest ślisko, większość zwalnia, ostrożnie podąża z punktu A do punktu B, a niektórzy wręcz nie wychodzą z domu i czekają aż pogoda się poprawi. Ale są tacy, którzy muszą jeździć, ba, robić to szybko; dla takich są lekcje panowania nad samochodem. I tak samo jest w powietrzu.

Kierowców, pilotów zresztą też, coraz częściej wyręczają wymyślne systemy…

Jeszcze w trzeciej generacji samolotów, takich jak MiG-21, obsługa systemów uzbrojenia zajmowała 20% czasu. Reszta to było pilotowanie. Dziś jest na odwrót, więc nie da się inaczej, samolot musi pilotowi pomóc.

To czyni z lotników kogoś na wzór kierowców tirów, którzy mają dowieźć towar, w tym przypadku uzbrojenie, w konkretne miejsce.

Nazwałbym ich operatorami skomplikowanej platformy, która przemieszcza się w przestrzeni. Ich zadaniem jest skupienie się na tym, by wyeliminować przeciwnika – czy to na lądzie, czy w powietrzu. I samolot im w tym pomaga, nie jest dodatkowym przeciwnikiem, jak to było w starszych typach maszyn.

Gdzie tu miejsce na akrobacje?

Te 20% to wciąż sporo. Nadal samolot trzeba opanować, czuć go na własnych czterech literach. Wiedzieć, jak się zachowuje w korkociągu czy przeciągnięciu. Po prostu pilot musi wiedzieć, jak sam wtedy zareaguje.

Przekonuje mnie ten funkcjonalny wymiar wojskowej akrobacji, ale zastanawiam się, czy dobry akrobata będzie też dobrym pilotem bojowym?

Sukces na polu bitwy zależy od właściwego użycia uzbrojenia, szybciej niż zrobi to przeciwnik. Sama umiejętność ekstremalnego latania to za mało. Chyba że miernikiem naszej skuteczności ma być efektowna śmierć w trakcie jakiejś kozackiej ewolucji…

Całość rozmowy znajdziecie w miesięczniku „Polska Zbrojna” – zapraszam do lektury (tu znajdziecie link do elektronicznej wersji tekstu). A Witka Sokoła będziecie mogli posłuchać w najbliższy weekend, w Radomiu, gdzie poprowadzi kolejne Air Show. Warto tam być, bo naprawdę będzie się działo.

Kpt. rez. pil. Witold Sokół, absolwent Wyższej Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Dęblinie (1993 rok). Służył m.in. w 1. Eskadrze Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, przez cztery lata był pilotem pokazowym samolotu MiG-29. Z latania akrobacyjnego zrezygnował w 2006 roku. Po odejściu ze służby czynnej zajął się działalnością społeczną i komentatorską. Fani awiacji znają go z prowadzenia największych w Polsce pokazów lotniczych, w tym Air Show w Radomiu. Obecnie wykładowca w Lotniczej Akademii Wojskowej.

—–

Szanowni, do tematyki ukraińskiej wrócę jutro. A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Witold Sokół/fot. Inga „Ines” Piasecka

„Troska”

Kilka dni temu pisałem o najsensowniejszej moim zdaniem, i najbardziej realnej, opcji gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Byłaby nią rozbudowa, za zachodnie pieniądze i przy użyciu zachodniego sprzętu, potencjału armii ukraińskiej.

Rozwinąłem ten wątek w felietonie dla „Polski Zbrojnej” – zapraszam Was do jego lektury, link znajdziecie poniżej. Tu podrzucę Wam tylko jedną z konkluzji, wszak moim zdaniem to bardzo istotna kwestia.

(…) Na koniec warto wspomnieć o pewnym zagrożeniu. Widać je szczególnie w Polsce, gdzie coraz częściej w debacie publicznej pojawia się argument o ryzyku dozbrajania Ukrainy. „Bo jak się tamci dogadają z rosją, to miecz, który im daliśmy, wymierzą w nas”, oto sedno tego sposobu myślenia. Być może w części przypadków stoi za nim prawdziwa troska, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że takie lęki są wzmacniane przez rosyjski aparat dezinformacyjny. Za pewnik zaś można uznać, że rosjanie nie odpuszczą i będą wpływać na nasze postrzeganie spraw w tym zakresie. Licząc, że jeśli uda im się zniechęcić Polaków do wspierania Ukrainy, z czasem przełoży się to także na decyzje polityczne podejmowane przez polskie władze. A rosjanie działają szeroko, nie tylko u nas…”.

Nie dajmy się zwieść tej neosowieckiej hydrze!

Dobrego weekendu Wam życzę!

A oto link do zapowiadanego materiału.

Fot. SzG ZSU

Intruz

Znów coś przyleciało ze wschodu i spadło na Lubelszczyźnie. Mamy medialny kociokwik, spekulacje i serię nierealistycznych oczekiwań formułowanych przez pożal się boże komentatorów. Na szybciutko uporządkujmy sprawy.

Czy drony typu Szahed mogą dolecieć do Polski? Mogą, to dziadostwo ma zasięg do 2,5 tys. kilometrów. Strzelane z rosji, dolecą do nas, a pamiętajmy, że rosjanie – choć ostatnio dzieje się to rzadko – wysyłają drony nad Ukrainę także z terytorium Białorusi. Czyli zza miedzy.

Czy Szaheda nie da się zawczasu wykryć i zestrzelić? Dlaczego nasze dowództwo informuje, że nie zarejestrowano wejścia w polską przestrzeń powietrzną? Szahedy są stosunkowo łatwym celem, Ukraińcy zdejmują z nieba większość z nich. Ale armia Ukrainy działa w trybie wojennym, co oznacza pełne rozwinięcie obrony przeciwlotniczej. My zaś funkcjonujemy w trybie pokojowym, czyli nasza OPL ma ograniczone możliwości. Drony Szahed latają zwykle na niskich wysokościach (choć ostatnio zaczęły latać wyżej, gdzie trudniej je zestrzelić). Zasadniczo jednak operują na wysokości około 200 metrów. Stałe stacje radarowe rozmieszczone przy naszej wschodniej granicy mają ograniczone możliwości namierzania celów na tak niskiej wysokości; to kwestia techniczna i fizyczna (płaskoziemcy w tę ostatnią nie wierzą…). Dlatego w razie W stałe stacje (jeśli przetrwają uderzenie…) zostaną wsparte mobilnymi zestawami, które uzupełnią braki w polu widzenia. W czasie P trzymamy je w koszarach, bo rozwinięcie OPL to koszty, których chcielibyśmy uniknąć, a których incydentalne zagrożenia nie uzasadnią. I nie, nie jest tak, że nic w tym zakresie nie robimy. Gdy ruSSkie nalatują na Ukrainę, podrywamy nasze samoloty, które mają własne radary i mogą latać na względnie niskich wysokościach. Dysponujemy również maszynami typu AWACS, które widzą „od góry do dołu” (niech fachowcy wybaczą uproszczenie). Ale samolotów dyżurnych nie da się trzymać w powietrzu w nieskończoność, podobnie jak AWACS-ów, naszych (mamy dwa) czy sojuszniczych (regularnie latają u nas maszyny amerykańskie, brytyjskie czy szwedzkie). Nie jest więc niczym nadzwyczajnym, że coś się może przebić. Zwłaszcza w sytuacji, gdy za płotem mamy pełnoskalową wojnę, w której regularnie dochodzi do zmasowanych napadów powietrznych. Po prawdzie, to zadziwiające, że tak niewiele tych incydentów miało do tej pory miejsce. Moim zdaniem to efekt skuteczności ukraińskiej OPL, ale i ostrożności rosjan, którzy – mimo nadymanej retoryki – wolą redukować ryzyko przypadkowej penetracji przestrzeni powietrznej kraju NATO.

Czy to rzeczywiście był Szahed, jak spekulują media? Nie wiem. Świadkowie mówią o silnej eksplozji, policja o braku wyraźnego leju. Szahed wyposażony jest w głowicę o wadze około 50 kg, ponoć w najnowszych wersjach jest to nawet 90 kg; wybuch czegoś takiego to już nie są przelewki (w Kijowie widziałem efekt uderzenia pojedynczego drona w hotel; cała jedna ściana wielopiętrowego budynku „zjechała” na jezdnię). Zapewne dowiemy się więcej o skutkach eksplozji, ale jeśli faktycznie są znikome, do Polski mógł przylecieć dron-wabik. Od jakiegoś czasu i one są wyposażone w niewielkie głowice. Te nie powinny wybuchać przy uderzeniu w ziemię, ale mogą – w końcu nie mówimy o jakiejś wysublimowanej broni z milionem zabezpieczeń. No to po co są te głowice? Ano po to, by utrudnić robotę saperom, którzy takie wabiki, gdy te już spadną, muszą odnaleźć i uprzątnąć. Ot typowe rosyjskie skurwysyństwo (coś jak miny-pułapki), bo przecież takie drony mogą spaść gdziekolwiek; w Ukrainie najczęściej najpierw odnajdują je cywile.

Konkludując: czy możemy się przed takimi incydentami bronić? Technicznie owszem, tylko że wiązałoby się to z mobilizacją zasobów i kosztami.

Czy to casus belli? Przy całej mojej niechęci do tego, czym jest dziś państwo rosyjskie – zdecydowanie nie. W dotychczasowych incydentach nie dopatruję się celowości, jest ich niewiele i nie mają dotkliwych skutków. Nie ma o co kruszyć kopii, choć oczywiście działania dyplomatyczne winny zostać podjęte. A jeśli chcemy się odgryźć „na twardo” – lepszego sposobu niż dalsze wspieranie Ukrainy nie ma. Amen.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. dron wabik typu Gerbera/fot. z archiwum blogu bezkamuflazu

Gwarancja

Po dyplomatycznym maratonie z ostatnich dni na plan pierwszy wysuwa się kwestia gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. Bez tego, przy takim sąsiedzie jak rosja, nie da się zapewnić trwałego pokoju. Nie tylko zresztą Ukrainie, ale też reszcie Europy, o czym otwarcie mówił w poniedziałek w Waszyngtonie prezydent Francji Emmanuel Macron.

Koalicjanci głowią się teraz nad szczegółami takich gwarancji i mam wrażenie, że są to rzeczywiste rozkminy, a nie pozorowane działania. Stany Zjednoczone – i nie tylko one – wykluczają możliwość przyjęcia Ukrainy do NATO, co z perspektywy Kijowa byłoby najwłaściwszym rozwiązaniem. O wysłaniu potężnych sił pokojowych też nie mam mowy – Amerykanie umywają ręce, a Europejczycy nie są organizacyjnie zdolni do takiego wysiłku. Wszelkie zaś mniej lub bardziej symboliczne działania w tym zakresie już dziś można uznać za niedostateczne; kilka-kilkanaście tysięcy żołnierzy NATO rosjan nie odstraszy.

Sytuacja bez wyjścia? Są tacy, którzy twierdzą, że jedynym ratunkiem dla Ukrainy byłoby posiadanie własnej broni jądrowej. Nie będę podważał logiczności takiej argumentacji, gdyż się z nią zgadzam, ale realna ocena sytuacji każe mi uznać taki scenariusz za niemożliwy. Ukraina nie jest w stanie pozyskać takiej broni – nie ma ku temu odpowiednich środków i zasobów techniczno-intelektualnych, Kijów nie uzyska też wsparcia z zewnątrz.

Co zatem począć? Ano można wybrać półśrodek: uzbroić ukraińskie wojsko po zęby. Po kilkudziesięciu miesiącach pełnoskalowej wojny rosjanie dobrze wiedzą, że ich broń w większości kategorii ustępuje zachodnim systemom. Mają świadomość, że dziś ratuje ich stosunkowo niewielka ilość tej broni na wyposażeniu Ukraińców. Kilkanaście F-16 różnicy nie czyni, ale 200 maszyn wymiotłoby z ukraińskiego nieba rosyjskie lotnictwo. Tak samo jest i byłoby z czołgami, artylerią, bronią rakietową, zwłaszcza średniego i dalekiego zasięgu. Potęga technologiczno-finansowa Zachodu mogłaby również pomóc Ukraińcom w zbudowaniu przewag w broni WRE (walki radio-elektronicznej), w dalszej rozbudowie komponentu dronowego. Czy mając takiego przeciwnika rosja poszłaby na kolejną wojnę? Nie sposób tego wykluczyć, ale ryzyko z pewnością byłoby mniejsze.

No ale rosjanie wykazują w tej wojnie niezwykłą determinację – rozumianą jako nonszalancja wobec ponoszonych strat – dlaczego miałoby im zabraknąć jej w przyszłości? – mógłby zapytać ktoś, powątpiewając w odstraszającą moc zwesternizowanej armii ukraińskiej. „Próg bólu” moskali rzeczywiście znajduje się wysoko, jednak nie jest nieosiągalny. Przekonuje mnie interpretacja zaangażowania rosjan w oparciu o mechanizm znany w psychologii społecznej jako „pułapka utopionych kosztów”. To stan, gdy wpakowaliśmy w jakieś przedsięwzięcie czas, pieniądze, energię (jakiekolwiek inne zasoby) i trwamy przy inwestycji chociaż ona nam się już nie opłaca. „Spec-operacja” jest taką właśnie inwestycją – za dużo już „zżarła”, by teraz się z niej wycofać. Co innego, gdyby można było cofnąć czas…

Dozbrojenie ZSU oczywiście będzie kosztować – niewiele mniej niż teraz, kiedy Zachód wykłada rokrocznie około 40 mld dolarów. Ale biorąc pod uwagę skumulowane budżety „koalicji chętnych” to nie byłoby jakieś wielkie obciążenie.

No i jest jeszcze kwestia czasu. O ile właściwą siłę komponentu lądowego armii ukraińskiej udałoby się uzyskać stosunkowo szybko, o tyle zbudowanie odpowiedniego potencjału odstraszania w powietrzu zajęłoby co najmniej kilka lat. Dwustu-trzystu wielozadaniowych maszyn nie da się skołować ot tak, a i szkolenie pilotów i personelu to nie jest wyzwanie na szybko. Potrzebny zatem byłby „pomost” – nawet kilkuletnia misja sił powietrznych NATO, z wydatnym udziałem Amerykanów. Coś jak operacja nad byłą Jugosławią w latach 90. Biorąc pod uwagę techniczną, taktyczną i organizacyjną miażdżącą przewagę zachodniego lotnictwa nad rosyjskim, wysoki wskaźnik gotowości bojowej takiego kontyngentu oraz jego możliwości dotkliwego uderzenia, byłby to mocny czynnik odstraszania. Solidna gwarancja.

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35 nad polskim niebem/fot. Bartek Bera

Prze(k)łamanie

Obiecałem sobie nie udostępniać podczas urlopu nic ponad to, co napisałem przed wakacjami. A więc nie komentować bieżących spraw, także tych ukraińskich. Ale szlag mnie trafia, jak czytam doniesienia poloOSINT-u na temat rzekomo dramatycznej sytuacji w Donbasie. „Front przełamany, rosjanie wychodzą na tyły Ukraińców!”, alarmują specjaliści od wojny, co to na wojnie nigdy nie byli, a na wojsku się znają, bo dużo o nim czytają. Ehhh…

Doradzałbym tym specom wstrzemięźliwość językową, co winno być poprzedzone poznaniem definicji „przełamania” czy „wejścia w przestrzeń operacyjną” przeciwnika. Bez tego sieją zamęt i wzmacniają rosyjską fałszywą narrację, wedle której przegrana Ukrainy jest już tuż tuż. Ot, klasyczny przykład użytecznych idiotów, którzy dla atencji lub innych partykularnych korzyści puszczą w świat mniejszą lub większą bzdurę. A ruSSkim w to graj…

roSSjanie rzeczywiście wymacali słabsze punkty ukraińskiej obrony w rejonie Pokrowska. Faktycznie pchnęli tam wojsko. Istotnie, weszli do kilku wiosek. Wyrysowawszy na mapie ich marszruty, dostrzeżemy nieliche (dla specyfiki tej wojny) kilkunastokilometrowe postępy. Efektowne strzałki wrzynające się w ukraińskie terytorium. Ale ta „graficzna prawda” ma wybitnie niepełny charakter. Natarcia rosjan realizowane są z użyciem lekkiej piechoty; w większości to te bieda-moto-komanda. Nie wspiera ich artyleria czy lotnictwo, choć lokalnie potrafią sobie wywalczyć przewagę w powietrzu, na krótkim dystansie, przy użyciu dronów. Za nimi nie podążają jednostki zmechanizowane i pancerne, nie ciągną konwoje logistyczne. Nie ma mowy o rzeczywistym przełamaniu, rozszerzeniu luk, przez które „wlałyby się” odpowiednio licznie i wyposażone oddziały. Mamy na poły partyzanckie rajdy, w których udział bierze, łącznie, kilka tysięcy ludzi.

Dlaczego to nie jest żaden gejmczendżer tej wojny?

Pozwólcie, że zilustruje to następującym przykładem. 100-osobowe moto-komando wjeżdża do niebronionej wioski. Żołnierze mają zapasów tyle co w plecakach i sakwach – jak myślicie, ile będą w stanie bronić się bez ustanowienia kontroli nad drogą, która przywiodła ich do wiochy? Ta setka będzie potrzebowała wsparcia kilku setek innych ludzi z masą sprzętu, który zapewni właściwą logistykę i ochronę. W przeciwnym razie przypadnie – bez amunicji, paliwa, jedzenia, wody, bez możliwości rotacji i ewakuacji.

rosjanie nie mają w Ukrainie sił i środków, by dokonywać przełamań i ryzykować głębokie rajdy na ukraińskie tyły. Do tego trzeba co najmniej kilkukrotnej przewagi i całkowitego panowania w powietrzu, by wysuniętym czołówkom zapewnić nieprzerwane wsparcie; nie skazać ich na włażenie w kocioł. W rejonie Pokrowska najeźdźcy mogą sobie pozwolić na lokalne harce, i właśnie pozwalają, ale nie jest to żaden wstęp do jakiejś wielkiej ofensywy, bo tej nie ma czym przeprowadzić.

Nie ma więc żadnego problemu? No jest, wszak Ukraińcy pokpili sprawę; złapano ich ze spuszczonymi gaciami. W czwartym roku pełnoskalowej wojny, w bliskim sąsiedztwie frontowego „hot-spotu’, nie powinno być słabiej obsadzonych odcinków. A już na sąd wojenny zasługuje fakt nieprzygotowania umocnień i pół minowych, mimo iż w raportach wszystko było od dawna gotowe. Ktoś za to powinien beknąć i nie mam na myśli tylko przedstawicieli lokalnej administracji wojskowej.

Stan na dziś jest taki, że Ukraińcy się obudzili. W zagrożony rejon weszły elitarne formacje ZSU, co jak dla mnie jest gwarancją tego, że rosyjscy rajdowcy zostaną zgruzowani. Co uczynić trzeba, bo bez tego – bez reakcji z ukraińskiej strony – ruscy mieliby czas, by umocnić się na zajętych terenach. Podciągnąć frontowe zaplecze. Do zajęcia aglomeracji kramatorsko-słowiańskiej (co niechybnie wieszczyli wspomniani na wstępie eksperci) wciąż mieliby daleko, ale jednak o krok bliżej. O to toczy się teraz gra, nie o jakieś finalne cięcie, które miałoby zwalić z nóg Ukrainę…

—–

Szanowni, gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Wspieraj Autora na Patronite

To dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Pełna oferta pod tym linkiem.