Limit

Oczywiście bardzo mi zależy na wzroście możliwości obronnych Polski. Gotów jestem zaciskać pasa, by w perspektywie najbliższej dekady siły zbrojne RP osiągnęły zdolność odstraszania nominalnie większych i silniejszych armii. Nie chcę dla Polski losu Ukrainy, chcę, by rosja – w jakiejkolwiek formie to przetrwa – nawet nie próbowała nas atakować, licząc, że może się uda.

Ale jestem realistą i po prostu nie wierzę w możliwość spełnienia militarno-zakupowych obietnic PiS. Guzik będzie z tych 500 himarsów, dobrze będzie, jeśli skończy się na 50. Niebawem zacznie się przycinanie oczekiwań pod rzeczywistość, przede wszystkim finansową. No i produkcyjną, bo przecież sprzętu z piachu się nie ukręci, a przepustowość i moce nawet tych największych zbrojeniowek jakoś szczególnie imponujące nie są (co wynika także ze stopnia skomplikowania współczesnych systemów obronnych).

W związku z tym jakoś nie cieszy mnie zapowiedź kupna 96 śmigłowców szturmowych Apache, która padła dziś z ust ministra Błaszczaka. To najlepsza tego typu maszyna na świecie, w takiej liczbie stanowiłaby mur nie do przejścia dla rosyjskich wojsk pancernych – nawet po ich odbudowie do poziomu sprzed pół roku i wysyceniu T-14 Armatami. Tyle że jeden taki śmigłowiec kosztuje nieco ponad 35 mln dol., prawie setka to wydatek rzędu 3,5 mld dol. Przemnóżmy to po dzisiejszym kursie razy 4,7. A co z pakietem szkoleniowym, logistycznym, uzbrojeniem? No i pamiętajmy, że koszt zakupu to zwykle 1/3 sumy, jaka wydana zostanie w całym cyklu eksploatacyjnym danej broni (współcześnie to jakieś 40 lat).

Pieniądze to nie wszystko. Apache nie są dostępne od ręki (zwłaszcza w konfiguracji, o której mówił Błaszczak). A kolejka krótka nie jest. Gdybyśmy dziś do niej stanęli, pierwsze śmigłowce dla nas zaczęto by produkować za 50 miesięcy. Przekazywanie klientowi pojedynczych egzemplarzy mija się z celem (nie da się efektywnie prowadzić szkolenia na kilku maszynach), zatem dopiero gdzieś po 10 latach (od teraz) mielibyśmy pierwszą eskadrę. Która potrzebowałaby kolejnych kilku lat na osiągnięcie gotowości bojowej. Przy takich uwarunkowaniach cały projekt (pozyskania i wdrożenia 96 maszyn) udałoby się zamknąć w ciągu 20 lat. Czyli licząc od dziś w 2042 roku. A przecież jeszcze w kolejce nie stanęliśmy (na razie zapytaliśmy Amerykanów, czy byliby gotowi nam ten sprzęt w takiej liczbie sprzedać). Na odpowiedź poczekamy pewnie parę miesięcy.

Idźmy dalej. Dotąd mieliśmy w linii jednorazowo najwyżej 30 maszyn tej kategorii – słynnych Mi-24. Jakkolwiek efektowne (ba, piękne!) „hokeje” to dziś przestarzała broń. Schyłkowa, biorąc także pod uwagę ich poziom wyeksploatowania. Armia od lat boryka się z problemem niedostępności załóg – niepewna przyszłość śmigłowcowego lotnictwa szturmowego skutkowała odejściami ze służby. Co z tego, że Afganistan dał liczony w setki godzin na głowę nalot – był więc kuźnią kadr – skoro dziś większość tego personelu jest już pod kapeluszem. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie nie bylibyśmy w stanie wysłać na szkolenia ekip dla choćby jednej trzeciej ewentualnie zamówionych „śmigieł”.

Oczywiście, czas potrzebny do realizacji kontraktu daje sposobność do wyszkolenia nowych kadr. Tylko na czym je szkolić? Ponoć rozważana jest opcja leasingu używek, co wydaje się sensownym rozwiązaniem (tak jak ewentualny leasing nowych maszyn; takie rzeczy już się w branży wojskowej robi), ale wiąże się z kolejnymi kosztami.

Czy podołamy? Przecież „śmigła” to tylko jeden z wielu programów zbrojeniowych.

Do tej pory mowa była o 32-36 maszynach, skąd więc trzy razy tyle? Ano stąd, że zapytano wojskowych o oczekiwania maksimum (sky is the limit, panowie). No to je sprecyzowali.

A ja – i oni pewnie też – będę się cieszył, jak stanie na tych 30-kilku sztukach. Bo to i tak byłaby siła. Ale dopiero jak stanie – będzie umowa, nie 'wyrażenie woli”.

—–

Nz. Mi-24 podczas startu w bazie Ghazni w Afganistanie. Zdjęcie zrobiłem jesienią 2013 roku

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Rok

Miażdżąca większość afgańskich rzek zasilana jest śniegiem. Ilość opadów i grubość pokrywy wysoko w górach wprost przekłada się na dostępność wody w rolniczych dolinach. Trzy z rzędu suche i łagodne zimy stawiają Afganistan przed nie lada wyzwaniem. Susza i jej skutki trapiły kraj już wcześniej, lecz w realiach talibskiego reżimu stanowią dodatkowe wyzwania. Czy radykałowie – z których większość gardzi nowoczesną wiedzą, także z zakresu rolniczej inżynierii – poradzą sobie z hydro-ekologicznym kryzysem? Czy będą w stanie zwiększyć import pszenicy, gdy rynki zbożowe poddane są cynicznej grze spekulacyjnej, rozkręconej na dobre po rosyjskiej inwazji na Ukrainę? Czy starczy im kompetencji i sprytu, by uratować afgańskie narody przed głodem?

Państwo rudymentarne

Po prawdzie, nie są to nowe pytania. Świat zadawał je sobie, w nieco innej formie, już przed rokiem, gdy talibowie triumfalnie wkroczyli do Kabulu. Wedle własnej percepcji – odzyskali miasto, i kraj, utracone w 2001 r. po amerykańsko-natowskiej interwencji. Szybkość, z jaką rozpadły się prozachodni rząd i wierna mu armia, zdumiewała. Dramatyczne obrazki ze stolicy, z której uciec usiłowali obywatele Zachodu i tysiące lokalnych współpracowników dotychczasowych władz, przywodziły skojarzenia z upadkiem Wietnamu Południowego w 1975 r. NATO wiało z Afganistanu z podkulonym ogonem, zostawiając za sobą koszmarny bałagan. Do 2021 r. 40% PKB kraju – i cztery piąte budżetu państwa – stanowiła pomoc międzynarodowa. Gdy Kabulem zawładnęli religijni fundamentaliści, Zachód wstrzymał donacje i zamroził afgańskie aktywa. ONZ nazwała te działania „bezprecedensowym szokiem fiskalnym”, a Światowy Program Żywnościowy szacował, że 14 milionom Afgańczyków grozi klęska głodu. „Wielu nie przeżyje tej zimy…”, wieszczono. W następnych miesiącach gospodarka skurczyła się o 40%, inflacja sięgnęła 50%, a bezrobocie skoczyło z 13 do 40%. Kraj analfabetów (60% populacji…) opuściło ponad 200 tys. przedstawicieli elit, w tym nauczyciele, urzędnicy i lekarze. Ich wyjazd miał być zresztą początkiem potężnej emigracyjnej fali, która dotarłaby również do Europy.

Wbrew wszystkiemu Afganistan przetrwał. Ludzie nie umierają z głodu, milionowe rzesze nie szturmują granic sytej Europy. W styczniu br. zatwierdzono pierwszy budżet od momentu przejęcia władzy przez talibów. „Pieniądze pochodzą tylko z naszych własnych źródeł, m.in. z ceł, podatku dochodowego, dochodu ministerstw”, podkreślał rzecznik resortu finansów Ahmad Haqmal. Środki w pierwszej kolejności przeznaczono na wypłaty zaległych pensji, większość pracowników na rządowych posadach od sierpnia ub.r. pracowała bowiem za darmo.

– To państwo rudymentarne, szkieletowe – twierdzi Marcin Krzyżanowski, dawny konsul w Ambasadzie RP w Kabulu. – U nas 10 milionów dolarów starczyłoby na popularne „waciki”, tam na miesięczne utrzymanie całej administracji – podaje wyniki własnych kalkulacji były dyplomata. – Pamiętajmy jednak o wąskim zakresie i niskiej jakości oferowanych przez państwo usług.

Talibom udało się utrzymać gospodarkę na powierzchni – przyznaje mój rozmówca.

– Przy wydatnej pomocy ONZ i dobrej woli administracji Joe Bidena – podkreśla. – W Afganistanie nadal działa kilka dużych organizacji humanitarnych i to przez nie płynie teraz pomoc w wysokości od 30 do 100 mln dol. miesięcznie. Dzięki temu funkcjonują szpitale, udaje się również utrzymać stabilność afgańskiej waluty.

Systemowe uprzedmiotowianie

Ale wielu Afgańczyków nie dojada. Talibowie usiłują rozkręcić gospodarkę, zwiększając wydobycie i eksport węgla. Sprzyja im wzrost cen surowca, obserwowany od wybuchu wojny w Ukrainie. David Mansfield, autor raportu na temat handlu pod rządami talibów, szacuje, że od sierpnia 2021 r. eksport węgla do Pakistanu podwoił się do ok. 4 mln ton rocznie. Cytowany przez „Financial Times” Mansfield zwraca uwagę na zaskakującą skuteczność talibów. Kabul w pełni kontroluje handel, pozbawiając regionalnych watażków niezależnych źródeł dochodów. Poza zwiększaniem wpływów do centralnego budżetu mamy zatem do czynienia także z konsolidacją władzy. Jak na razie pracuje tylko 17 z 80 kopalń węgla.

– To więcej niż kroplówka, mniej niż solidny posiłek – komentuje Krzyżanowski, sceptycznie nastawiony do kwestii zwiększenia efektywności afgańskiego przemysłu wydobywczego. – Bez dużych inwestycji z zewnątrz niewiele da się jeszcze zmienić – wyjaśnia.

„W kopalniach zatrudniani są 11-letni chłopcy!”, alarmuje „Financial Times”, co stanowi jeden z wielu przykładów nieprzestrzegania praw człowieka w Afganistanie. Praca dzieci, jakkolwiek oburzająca, nie jest jednak tak wielkim problemem jak systemowe uprzedmiotowienie kobiet. W maju nakazano im całkowite zakrywanie ciała w miejscach publicznych, wcześniej ograniczono ich prawo do swobodnego przemieszczania się (nakaz podróży w asyście mężczyzny). Dziewczynki objęte są zakazem nauczania powyżej szóstej klasy, choć przywilej wczesnoszkolnej edukacji i tak pozostaje pusty, bo jak dotąd nie uruchomiono specjalnych szkół. Kobietom utrudnia się powrót do pracy, na porządku dziennym są sugestie – zwykle niewybredne i agresywne – odejścia z zawodów, gdzie mogą być zastąpione przez mężczyzn.

Dramatycznie ograniczono wolności słowa i mediów. W raporcie przygotowanym przez Reporterów bez Granic (RSF) czytamy, że rok po objęciu władzy przez talibów przestało działać 40% redakcji, a pracę straciło 60% dziennikarzy, głównie kobiet (cztery na pięć musiało odejść z zawodu). Przed utworzeniem Islamskiego Emiratu w sierpniu 2021 r., w Afganistanie funkcjonowało 547 instytucji medialnych, dziś jest ich o 219 mniej. Z 11 857 zarejestrowanych dziennikarzy zostało tylko 4759. „(…) Dziennikarstwo w Afganistanie zdziesiątkowano i poddano nikczemnym regulacjom, otwierającym drogę do represji i prześladowań”, oświadczył sekretarz generalny RSF Christophe Deloire. Odniósł się tym samym m.in. do lipcowego dekretu mułły Haibatullaha Achundzada, według którego „zniesławianie i krytykowanie urzędników rządowych bez dowodów” oraz „rozpowszechnianie fałszywych wiadomości i plotek” jest zabronione w islamie. „Oczernianie pracowników rządowych, nawet nieświadome, oznacza współpracę z wrogiem i rodzi konieczność surowego ukarania”, grozi najwyższy duchowy przywódca talibów. W ciągu ostatnich 12 miesięcy służby bezpieczeństwa zatrzymały co najmniej 80 dziennikarzy. Trzech nadal przebywa za kratami.

Reżim bez łagodności

– Maski spadły? – pytam Krzyżanowskiego, mając na uwadze zeszłoroczne opinie części specjalistów o „nowych talibach”, którzy nie będą tak radykalni jak ci z lat 1996-2001.

– Trochę tak – słyszę w odpowiedzi. – Nie są to gołąbki pokoju, a fundamentaliści, którzy chcą wprowadzić w życie radykalną interpretację szariatu. Ale w porównaniu z tym, co działo się w połowie lat 90., można mówić o zmianie na plus. Zdarzają się zabójstwa osób związanych z prozachodnim reżimem, lecz nie przybrało to postaci systematycznej kampanii. Nie doszło do czystek etnicznych. Przedstawiciele mniejszości są rugowani z życia publicznego, odnotowuje się przypadki przymusowych przesiedleń, ale znów – nie jest to element systemowej polityki państwa, a raczej lokalne ekscesy.

Amnestię dla współpracowników poprzedniego systemu ogłoszono 17 sierpnia 2021 r. ONZ udokumentowała od tego czasu 160 zabójstw pozasądowych oraz 56 przypadków tortur osób związanych z poprzednimi władzami, głównie byłych przedstawicieli sił porządkowych i armii.

Z drugiej strony należy wspomnieć o znaczącej poprawie stanu bezpieczeństwa. Zwycięstwo talibów i objęcie przez nich kontroli nad niemal całym krajem oznaczało koniec 20-letniej wojny domowej, co wprost przełożyło się na statystyki dotyczące gwałtownej przemocy. Między 15 sierpnia 2021 r. a 15 czerwca br. odnotowano 2106 ofiar cywilnych (w tym 700 zabitych). Dla porównania, w całym 2020 r. w efekcie działalności zbrojnej zabito i zraniono 8820 cywilów, a w pierwszej połowie minionego roku – 5183. Dawny ruch oporu dziś sprawuje władzę, a w jego miejsce nie pojawił się żaden równorzędny podmiot. Obecnie największym zagrożeniem militarnym w Afganistanie pozostaje Państwo Islamskie Prowincji Chorasan (ISKP), azjatycki, mocno niezależny odłam niesławnego ISIS. Liczy ono maksymalnie 4 tys. bojowników i to na nim spoczywa odpowiedzialność za większość ataków terrorystycznych – zarówno na talibów, jak i obiekty cywilne (szkoły, szpitale, meczety).

– Niewątpliwym sukcesem talibów jest też utrzymanie spójności – dodaje Marcin Krzyżanowski. – Niektórzy przewidywali, że zaraz po opanowaniu kraju, radykałowie wezmą się za łby i wkrótce cały talibski ruch się rozpadnie. Obecnie brakuje ku temu mocnych przesłanek, ale – jak to w Afganistanie – ryzyka wojny domowej nie da się wykluczyć. Trudno również przewidzieć wydarzenia typu globalny krach gospodarczy bądź kolejna pandemia, których skutki mogłyby przynieść nieoczekiwane, rewolucyjne zmiany. Pozbawiony takich sensacji Afganistan ma szanse na powolne, gospodarcze stawanie na nogi.

– A czy jest nadzieja na łagodnienie reżimu w wymiarze społeczno-obyczajowym? – dopytuję.

– Nie liczyłbym na poprawę losu kobiet – Krzyżanowski nie pozostawia złudzeń. – Może z czasem powstanie bardziej reprezentatywny rząd, ale i tu nie oczekiwałbym cudów. Powiedzmy, że udział Pasztunów we władzach spadnie na rzecz mniejszości etnicznych z 95 do 90 procent.

Odroczona sprawiedliwość

Przyszłość Afganistanu zawiera się także w relacjach z otoczeniem. Pierwszy Emirat zyskał formalne uznanie Pakistanu i Arabii Saudyjskiej, obecnie – choć upłynął rok – żadna ze stolic nie zdecydowała się na taki krok.

– Nie czynią tego nawet Rosja i Chiny, mimo jątrzącego się konfliktu z USA – zauważa Krzyżanowski. Zdaniem byłego konsula, trudno wyrokować, kiedy ten stan ulegnie zmianie. – Władzom Afganistanu z lat 1996-2001 nie zależało na międzynarodowym uznaniu, teraz obserwuję nieco inne podejście. Wśród części elit panuje przekonanie, że normalne relacje dyplomatyczne pomogłoby w stabilizacji gospodarki.

W tym kontekście jedna kwestia wydaje się pewna – dotycząca ryzyka interwencji. Pod koniec lipca br. amerykański dron operujący nad Kabulem zabił lidera Al-Kaidy Ajmana az-Zawahiriego. Przywódca terrorystów nie mógł mieszkać w afgańskiej stolicy bez wiedzy tamtejszych władz. Zwłaszcza że zabito go w lokalu należącym do szefa MSW Siradżuddina Hakkaniego, członka potężnego klanu Hakkanich. Tym samym na jaw wyszły związki talibów z dawnymi sojusznikami, które niegdyś sprowadziły na reżim amerykańską zemstę. Zdaniem specjalistów, nie są to jednak tak bliskie relacje, jak przed 2001 rokiem, a i Al-Kaida nie stanowi dziś poważnego zagrożenia dla Zachodu.

– Musiałoby się wydarzyć coś na wzór 11 września, byśmy mogli oczekiwać poważniejszych reakcji – twierdzi dawny dyplomata. – A i wówczas przybrałyby one postać precyzyjnych nalotów, połączonych być może z działaniami sił specjalnych. Wejście licznych kontyngentów do Afganistanu jest niemożliwe. Świat odebrał kolejną, bolesną afgańską lekcję i na długie lata pozostanie pod jej wpływem.

A propos wniosków – porzucenie Afganistanu przez Zachód było dla Moskwy dowodem „śmierci mózgowej NATO” (ujmując rzecz słowami Emanuela Macrona). „Wielki sojusz nie podołał lekkozbrojnej partyzantce, by ostatecznie przed nią uciec”, zawyrokowano. Owo przekonanie legło u podstaw decyzji Władimira Putina o ataku na Ukrainę – rosyjski prezydent nie spodziewał się innych niż symboliczne reakcji. Zignorował opinie części generałów, którzy powtarzali, że zorganizowana ad hoc, ale imponująca ewakuacja kilkuset tysięcy osób, przeprowadzona przez NATO w sierpniu 2021 r., dowodzi niezwykłej militarnej sprawności Zachodu. Cenę za nieroztropność Putina płacą rosyjscy wojskowi na polu bitwy. Pakt Północnoatlantycki wsparł bowiem Ukrainę, dostarczając jej broń (także tę niegdyś przeznaczoną dla Afganistanu), dane wywiadowcze oraz szkoląc żołnierzy – co wybitnie przyczynia się do jakości ukraińskiego oporu i strategicznych porażek Rosjan. NATO po 24 lutego br. przeżywa kolejną młodość, reorganizuje się, powiększając arsenały i obszar. Wśród diaspory afgańskiej w USA – która uciekała z kraju w latach 80. – popularność zyskuje pogląd mówiący o odroczonej sprawiedliwości. Błędny wniosek wyciągnięty z afgańskiej lekcji udzielonej Zachodowi przekłada się dziś na śmierć i rany tysięcy rosyjskich żołnierzy. „Szurawi” – jak nazywano brutalnych radzieckich okupantów z lat 1979-88 – obrywają za swoje…

—–

Nz. Afgańska dziewczynka, zdjęcie ilustracyjne. Wykonałem je jesienią 2010 roku w mieście Ghazni

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 35/2022

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Krym

Rosjanie panicznie i masowo opuszczają Krym – to prawda. Byłbym jednak ostrożny w wyciąganiu z tego faktu daleko idących wniosków. Z półwyspu wieją przede wszystkim turyści, skuszeni wspaniałym klimatem i zapewnieniami władz, że pozostaną bezpieczni. Słońce dalej świeci zachęcająco, ale przylatujące zza horyzontu rakiety – jakkolwiek rażą cele wojskowe – raczej nie zachęcają do wypoczynku.

Na swej zawodowej drodze spotkałem wielu zakręconych ludzi, także turystów ekstremalnych. Takich na przykład, którzy mimo toczącej się wojny, brali udział w górskich wyprawach do Afganistanu. Generalnie jednak większość z nas, w trybie urlopowym, a już zwłaszcza z dziećmi na karku, nie przejawia chęci do hazardu, gdy ceną „rozgrywki” może być zdrowie lub życie. I tym właśnie należy tłumaczyć krymski exodus.

Nie ma żadnych potwierdzonych informacji o ucieczkach czy ewakuacji personelu tamtejszych baz. Rodziny wojskowych też masowo półwyspu nie opuszczają. Jeśli jest inaczej – co od wczoraj sugeruje część ukraińskich mediów – byłby to dowód na jeszcze większą niż obserwowana niewydolność rosyjskiego państwa i armii. Co oczywiście należałoby uznać za dobrą wiadomość. Jednak, póki co, to spekulacje z pogranicza pobożnożyczeniowości.

Bardziej realny wydaje się bowiem scenariusz, w którym Rosjanie będą się Krymu trzymać do upadłego. Zbyt ważny on dla nich ze strategicznego punktu widzenia (okno na południe), zbyt wiele tam wojska i militarnej infrastruktury. O wadze symbolicznej – podbitej kampanią „Krym-nasz” z 2014 roku – wspominam jedynie z obowiązku. Nie sugeruję, że półwysep jest nie do zdobycia – po prostu, nie widzę tu szybkich i łatwych rozstrzygnięć.

Wiem za to, że turyści wyjadą, niosąc do matuszki rossiji wieści o niebezpiecznych „okolicznościach przyrody”, jakim władza nie potrafi sprostać. To realna korzyść dla Ukraińców, która – niczym przysłowiowa kropla drążąca skałę – wedrze się do rosyjskiej świadomości, rozsiewając wirus zwątpienia. Wbrew narracji użytecznych idiotów, miażdżąca większość Rosjan popiera „operację specjalną” w Ukrainie, a jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest przekonanie o dominacji armii rosyjskiej na polu bitwy. Utrata rezonu może przyczynić się do tąpnięcia nastrojów. Byłaby to korzyść nie mniejsza niż efekty fizycznej demilitaryzacji półwyspu, jakiej dokonuje i zapewne będzie dalej dokonywać armia ukraińska.

—–

Nz. Most krymski łączący Rosję z półwyspem. Obecnie jedyna lądowa droga ucieczki dla turystów, przejazd przez okupowane terytoria kontynentalnej Ukrainy jest bowiem zbyt niebezpieczny i formalnie niedostępny/fot. domena publiczna

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zemsta

Ukraińcy dziś w nocy znów uderzyli Himarsami w rosyjskie zaplecze – tym razem na okupowanej ługańszczyźnie. Także w odwecie za Winnicę, choć nade wszystko był to ciąg dalszy prowadzonej od kilkunastu dni akcji, której celem jest paraliż systemu dowodzenia wroga oraz odcięcie go od zaopatrzenia. W najbliższych dniach należy spodziewać się kolejnych ataków, ale i zbrojnych rosyjskich reakcji. „Rosjanie są wściekli”, pisze mi koleżanka z Kijowa. Mieszkająca w ukraińskiej stolicy Polka dodaje: „Ambasador USA chyba czegoś się spodziewa, bo wezwała Amerykanów do opuszczenia kraju. Gdy ostatni raz był taki komunikat, to potem wybuchła wojna. Teraz pewnie chodzi o spodziewaną falę zemsty za Himarsy”.

Zemsty, jak wczorajszy atak na Winnicę, gdzie ucierpieli cywile.

Rosjanie mówią, że atakowali cel wojskowy – miejscowe dowództwo sił powietrznych. To nie umniejsza skali ich zbrodni, bo doskonale znali ryzyko porażenia obiektów cywilnych. Świadomi pory dnia (a więc i zagęszczenia na ulicach), problematycznej celności swoich rakiet, posłali na miasto całą salwę Kalibrów (większość została przez Ukraińców strącona). Normalne państwo nie prowadzi wojny w ten sposób. Normalne państwo dąży do redukcji „strat ubocznych” – co w tym przypadku mogłoby przybrać postać ataku w nocy – a w razie niemożności osiągnięcia takiego efektu często po prostu rezygnuje z konkretnych operacji militarnych. Przez lata obserwowałem ostatnią wojnę w Afganistanie, gdzie natowskie dowództwo regularnie odpuszczało sobie twarde, kinetyczne rozwiązania, które niosły zbyt wielkie ryzyko dla cywilów. Sam znalazłem się kiedyś w sytuacji, w której „mój” pluton nie dostał wsparcia artylerii, bo potencjalny cel – atakujący żołnierzy talibowie – zajęli stanowiska pośród zabudowań. Żołnierze musieli „odkleić się” od wroga bez pomocy artylerzystów. Jednocześnie wciąż żyli w Afganistanie ludzie dobrze pamiętający realia sowieckiej inwazji – i bezwzględność „szurawich” (jak nazywano Rosjan), zdolnych równać z ziemią całe afgańskie wioski, gdy tylko natykali się w nich na opór. Ta sowiecka bezwzględność zabiła w latach 1979-1988 1,5 mln cywilów…

Dziś giną Ukraińcy.

Ale ginie też masa rosyjskich wojskowych. Wczoraj żona płk Aleksieja Gorobieca, dowódcy 20. Dywizji Zmechanizowanej, potwierdziła jego śmierć. Przypomnijmy, doszło do niej 11 lipca po ataku Himarsów na rosyjskie centrum dowodzenia w pobliżu Nowej Kachowki. W wyniku tego nalotu zginął niemal cały sztab gwardyjskiej, a zatem elitarnej dywizji. No i w powietrze wyleciał pokaźny skład amunicji. W sumie, w ciągu ostatnich 10 dni, Ukraińcy użyli Himarsów 50 razy – i nigdy nie spudłowali. Mówimy bowiem o broni, która tym różni się od rosyjskich wieloprowadnicowych wyrzutni używanych w Ukrainie, że ma rakiety kierowane (wyposażone w moduł sterujący, sprawdzający pozycję przy użyciu GPS). Nie trzeba więc walić na oślep, dziesiątkami rakiet, z założeniem, że któraś trafi – wystarczy jedno precyzyjne uderzenie. Ponadto amerykańskie pociski mają 2-ktotnie większy zasięg, nie bez znaczenia jest też fakt, że załadunek wyrzutni odbywa się poprzez wymianę całych kontenerów (a nie pojedynczych prowadnic), co skraca o 5-6 razy proces odzyskiwania zdolności bojowej zestawu. Rosjanie dysponują podobną bronią – wyrzutniami Tornado – lecz z uwagi na stosowaną w rakietach zachodnią technologię niezbędną do naprowadzania, używają jej bardzo oszczędnie. W zastępstwie młócą całe kwartały przy użyciu „głupich” wyrzutni typu Grad, wyposażonych w niekierowane pociski.

Himarsy zatem nie są przełomową technologią, nieznaną przeciwnikowi. Fakt, iż ten sobie z nią nie radzi, dowodzi co najmniej kilku innych problemów.

Po pierwsze, potwierdza się słabość rosyjskiego lotnictwa, niezdolnego do operowania nawet na płytkich tyłach wojsk ukraińskich. Jeżdżące wzdłuż linii frontu Himarsy nie są niewidzialne. Przy odpowiednim nasyceniu nieba, udałoby się je namierzyć. I zniszczyć.

Po drugie, ataki na zestawy mogłyby przeprowadzić grupy dywersyjne, operujące na tyłach Ukraińców. Morze drukarskiego tuszu wylano, by przekonać nas, że rosyjski wywiad wojskowy GRU – i jego Specnaz – to światowa ekstraliga. Tymczasem wszystko na to wskazuje, że Rosjanie nie są w stanie słać za linię frontu uzbrojonych komand. Gdyby mieli taką zdolność, Himarsy stałyby się celem numer jeden.

Po trzecie, namierzanie wyrzutni to zadanie także dla wywiadu, zarówno satelitarnego, jak i agenturalnego. Minęło kilkanaście dni intensywnej działalności Himarsów, a efektów po stronie rosyjskiej brak.

I niech tak zostanie.

—–

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dziadki

Z danych wywiadów amerykańskiego i ukraińskiego wynika, że w wojnę z Ukrainą zaangażowanych jest 333 tys. członków personelu rosyjskich sił zbrojnych. 60 proc. wojskowych stacjonuje bezpośrednio w Ukrainie (bądź przy granicy, w trakcie rotacji i odpoczynku), reszta należy do oddziałów lądowych rozlokowanych w Białorusi oraz do jednostek lotniczych i marynarki wojennej, wspierających działania armii inwazyjnej. Tymczasem jeszcze przed weekendem straty Rosjan przekroczyły 33 tys. zabitych i rannych, co oznacza eliminację z walki 10 proc. stanów osobowych.

Oczywiście, w jednostkach liniowych – bezpośrednio zaangażowanych w działania bojowe – są one znacznie wyższe – zwykle przekraczają 30 proc. personelu, a w przypadku niektórych formacji nawet 60-70 proc. Lotnicy i marynarze giną znacznie rzadziej, zwłaszcza ci z obsługi naziemnej, choć nie tylko. Gros ataków rakietowych wykonywanych jest przez samoloty, które nie wlatują w przestrzeń powietrzną Ukrainy oraz przez okręty operujące z dala od ukraińskiego wybrzeża. Dlatego w pułkach bombowych czy pośród załóg okrętów podwodnych odsetek strat wynosi 0 proc.

A czy te 10 proc. to dużo? Dla porównania – Polska wysłała do Afganistanu w sumie 40 tys. żołnierzy. Przyjmując współczynnik rosyjskich strat, dałoby to 4 tys. zabitych i rannych. Straciliśmy tymczasem 44 żołnierzy, mniej niż 370 zostało rannych (było też około 500 kontuzji, ale w miażdżącej większości przypadków mówimy o sytuacji, w której żołnierz po kilku-kilkunastu dniach rekonwalescencji i odpoczynku wracał do służby). Takie straty ponieśliśmy przez 12 lat.

Jednorazowo a Afganistanie przebywało maksymalnie 2,6 tys. członków personelu sił zbrojnych, razem z odwodem w kraju i jednostkami wprost zaangażowanymi w „obsługę misji” (dowództwo, logistyka powietrzna, służby specjalne), dawało to mniej więcej 3,5 tys. ludzi. I teraz wyobraźmy sobie, że w ciągu jednej zmiany (trwały one pół roku, więc mówimy tu o nadal niezakończonej zmianie), polski kontyngent odnotował straty na poziomie 350 zabitych i rannych. Większość z nich to byliby żołnierze „bojówki”, która stanowiła zwykle 40 proc. całości kontyngentu. Czyli z tysiąca „Indian” co trzeci zostałby zabity lub poważnie ranny. Pogrom.

W Afganistanie nasze straty nigdy nie otarły się nawet o takie proporcje. W najgorętszych okresach (wiosny-lata 2009, 2010, 2011) ginęło po kilku żołnierzy, a setka zostawała ranna i kontuzjowana. A mimo to w kraju mówiło się o krwawej wojnie, a poparcie polskiej opinii publicznej dla misji spadło z 90 proc. (w 2002 roku) do 10 proc. (osiem lat później). Jakie byłyby reakcje przy takiej „kumulacji ofiar”? Pewnie mielibyśmy do czynienia z czymś, co jak dotąd wydaje się obce naszej kulturze – mam na myśli rozwinięty, wysoce zorganizowany ruch antywojenny (Afganistan, a także Irak, ujawnił rachityczne inicjatywy w tym zakresie – wspominam z obowiązku, ze świadomością ich społecznej nieistotności; Polacy sprzeciwiali się obu wojnom „prywatnie”). Zostawmy jednak to gdybanie i wróćmy do rosyjskich strat.

Rosyjskie dowództwo łatwa szeregi ochotnikami, zachęcanymi do służby w ramach krótkoterminowych umów. Płacą 4-5-ktotność średniej pensji, obiecują pomoc w umorzeniach kredytów, lecz i tak szału nie ma. Do komisji zgłaszają się przede wszystkim mężczyźni w średnim wieku – tacy ze zobowiązaniami finansowymi, będący zarazem na życiowym zakręcie (bez pracy, po wyroku, dłużnicy, alimenciarze, osoby z orzeczoną (!) niezdolnością do wykonywania pracy). Wielu z nich bez jakiegokolwiek doświadczenia wojskowego, choć „w cenie są” weterani wojen czeczeńskich. Z danych, do jakich dotarła rosyjska redakcja BBC wynika, że ginie ich około 40 tygodniowo, a 57 proc. poległych to osoby powyżej 40. roku życia. Odbiega to znacząco od statystyk dotyczących zawodowej i poborowej część rosyjskiej armii (czyli jej większości), gdzie 47 proc. ustalonych strat dotyczy osób w wieku od 18 do 26 lat.

I to na dziś tyle (pamiętacie? – książka, książka, książka…).

PS. Siły zbrojne Ukrainy zaatakowały rakietami instalacje „Czornomornaftogaz”. Chodzi o platformy zlokalizowane 100 km od Odessy i 150 km od Krymu, służące do wydobywania gazu z dna Morza Czarnego. Do 2014 roku były one własnością Ukrainy, po aneksji wieżom nadano także wojskowy charakter, instalując na nich urządzenia wykorzystywane w rozpoznaniu radiowo-elektronicznym. Zdaniem części moich kolegów-specjalistów od spraw militarnych, atak (którego konkretnych skutków jeszcze nie znamy), to próba generalna przed uderzeniem w most krymski.

—–

Nz. Ukraiński artylerzysta. Był czas, że i po ukraińskiej stronie, w Donbasie, „dziadki” miały nadreprezentację. O czym opowiem przy kolejnej okazji…/Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to