Ochłap

Żałosny jest ten Putin, żałosny jest Szojgu, żałośni są ich generałowie. Miał być Kijów („wystarczy, że mrugniemy okiem!” – odgrażał się przed inwazją Sołowiew, naczelny propagandysta Kremla), miały być Charków, Odessa, a pewnie i Lwów, tymczasem po dwóch miesiącach walk jest jedynie Mariupol. Zdewastowany, wyludniony, z dziesiątkami tysięcy bogu ducha winnych, martwych cywilów. „Wyzwolony!”, jak orzekł wczoraj minister obrony. „Mariupol nasz!”, podchwycił ruski internet, nawiązując do popularnego w 2014 roku hasła „Krym nasz!”. Taki on „nasz”, że Azostal wciąż się broni, a szturmować go strach, bo zginie masa ludzi. A tylu już poległo… Jeden z generałów ukraińskiej armii, na którego informacjach dotąd się nie zawiodłem, ocenia, że Rosjanie wytracili w Mariupolu ekwiwalent dywizji – 2,5 tys. zabitych, trzy razy tyle rannych. A to dane nieuwzględniające separatystów i Czeczenów, którzy także masowo kładli głowy. Nic dziwnego zatem, że wracają teraz do siebie „wojskowi” z DRL, zbyt wykrwawieni, aby brać udział w dalszych walkach. „Tiktokowcy” Kadyrowa zostaną w Mariupolu; nikt jak oni nie zna się lepiej na pacyfikacji ludności, którą trzeba przeprowadzić przed 9 maja, dniem pabiedy, kiedy przez „wyzwolone” miasto ma przejść defilada zwycięzców. Stalownię blokować będzie regularne wojsko, co najmniej 5-6 batalionowych grup bojowych (około 4 tys. żołnierzy), których zabraknie w środkowej i północnej części Donbasu. Takie to zatem pożal się boże zwycięstwo…

No ale trzeba rzucić jakiś ochłap wytęsknionym sukcesów wielbicielom litery Z. Jest więc „Mariupol nasz”. O Chersoniu, wziętym na początku marca, rosyjskie media właściwie nie wspominają. Bo strach pisać i mówić, że „nasz”, skoro Ukraińcy coraz śmielej nacierają w tym kierunku i niewykluczone, że lada dzień odbiją miasto. Kijów niechętnie informuje o swoich kontrofensywnych poczynaniach, ale kto obserwuje ruchy wojsk, uważnie czyta rozproszone doniesienia i mapy, ten widzi, że na południu coś się kroi. Widzą to też ruskie generały, niechętne odsyłaniu żołnierzy spod Chersonia pod Izjum czy Donieck. Trochę przypomina to sytuację z wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, kiedy Stalin de facto odmówił Tuchaczewskiemu pomocy pod Warszawą (wolał skupić się na zajęciu i utrzymaniu Lwowa). W efekcie, na centralnym odcinku frontu Polacy odnieśli spektakularny sukces, a wkrótce cała bolszewia musiała zawijać się na wschód. Oby więc była to do spodu trafna analogia.

Bez reorganizacji frontu Rosjanie nie mają szans na zwycięstwo w Donbasie. Alternatywą dla szachowania tym, co jest, pozostaje dosłanie nowych oddziałów z Rosji. „Luzy” Federacji to w tej chwili jakieś 50 tys. żołnierzy, których wszak trzeba zwieźć z całego ogromnego kraju – a to zajmie trochę czasu. Sięganie po wojskowych chroniących Rodiny na strategicznych kierunkach jak na razie nie mieści się w głowach rosyjskich dowódców. Oni naprawdę boją się, że posłanie do Ukrainy większej liczby żołnierzy kosztem zachodniej, dalekowschodniej czy kaukaskiej rubieży, uaktywni przeciwników Rosji do działania. Bóg zapłać za te paranoje, a na miejscu NATO jeszcze bardziej bym je dokarmiał. Na przykład organizując gigantyczne ćwiczenia w Polsce, na Bałtyku, w Norwegii czy aspirującej do Sojuszu Finlandii. Putin i spółka zrobiliby pod siebie ze strachu, stawiając w tryb alarmowy defiladowe T-34 z Kubinki.

No ale poprzestańmy na tym, co jest – i tak już ograniczonej rosyjskiej swobodzie operacyjnej. Pamiętając przy tym, że Ukraińcy też mają rezerwy. Jakieś 40 tys. żołnierzy, których można rzucić do walki bez zbytniego ogałacania innych, zagrożonych rosyjskim atakiem rejonów (okolic stolicy i Odessy; na tym etapie wojny jest już oczywiste, że zachod kraju pozostaje poza zasięgiem ofensywy lądowej wroga). A więc tak czy inaczej Rosjanom pozostaje co najwyżej budowanie lokalnych przewag, z nadzieją na przerwanie frontu. Istotnym byłby w tym momencie efekt zaskoczenia – takie przeprowadzenie dyslokacji jednostek, by Ukraińcy nie zorientowali się, skąd najeźdźcy uderzą ze zwiększoną mocą. Tyle że w tej chwili świadomość sytuacyjna na poziomie strategicznym to atut, którym w większym zakresie dysponują Ukraińcy. Ich „oczy” i „uszy” widzą więcej i szybciej, przede wszystkim dzięki wsparciu wywiadowczemu NATO. Amerykańskie samoloty rozpoznawcze zapuszczają się już nad Morze Czarne, co zresztą wiele tlumaczy w kontekście zatopienia „Moskwy” (ktoś Ukraińcom musiał przekazać koordynaty).

„Gdzie się nie odwrócisz, dupa i tak z tyłu”, mawia mój dobry kolega. Ów opis idealnie oddaje sytuację rosyjskiej armii w Ukrainie. Tylko jak u licha do tego doszło? Dziś rano jedna z rosyjskich redakcji, powołując się na MON, opublikowała dane na temat rosyjskich strat. Wynika z nich, że dotąd poległo ponad 13 tys. Rosjan (bez najemników), a 7 tys. uznaje się za zaginionych. Zdumiewająca proporcja, która potwierdza dotychczasowe doniesienia o masowym porzucaniu przez rosyjskie wojsko swoich zabitych, która wskazuje również na wstydliwy dla Kremla problem dezercji (nie podejmę się szacowania, ilu z tych 7 tys. to dezerterzy, a ile osób to zabici, których śmierci nie potwierdzili koledzy/dowódcy; Ukraińcy w każdym razie pojmali niespełna tysiąc jeńców, a ich dane przekazywane są drugiej stronie na bieżąco). No więc 21 tys. bezpowrotnych strat, a w tym zestawieniu brakuje informacji o rannych! Niezależnie od tego, czy jest ich dwa czy trzy razy więcej, siły inwazyjne zostały mocno wykrwawione. Zemściła się nonszalancja rosyjskich dowódców, okazywana zarówno Ukraińcom – postrzeganym jako słaby przeciwnik – jak i własnym żołnierzom, pchanym w ogień zgodnie z sowiecka filozofią rozpoznania bojem. W efekcie dziś tak często nie ma kim walczyć…

—–

Jeśli doceniasz moją pracę, proszę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Przytyk

I co z tym Donbasem? – pytają mnie Czytelnicy. – Miała być wielka bitwa, a jak na razie nic takiego się nie dzieje – zauważają. Skądinąd słusznie, bo w potocznym przekonaniu „bitwa” to jednorazowy incydent, a że mało uczymy się historii najnowszej, to zwykle jeszcze postrzegamy ją jako kilkugodzinne zmagania. Coś jak starcie pod Grunwaldem, trwające od rana do wieczora. Nakłuli się, narąbali – i przed zachodem słońca skończyli. Współczesność tymczasem – tak dramatycznie nieobecna w programach szkolnych – już na stałe zmodyfikowała pojęcie „bitwy”; takie boje nad Sommą czy pod Verdun toczyły się przez kilka miesięcy i de facto były serią imponujących potyczek, z których część – z uwagi na rozmach – zasługiwałaby na osobną kategorię w historii. To w takim ujęciu używa się dziś określenia „bitwa o Donbas”, w takich okolicznościach pierwsze 30 dni bojów na północy Ukrainy zyskało miano „bitwy o Kijów”. Oczywiście, określenia „kampania w Donbasie” czy „kampania we wschodniej Ukrainie” byłyby bardziej na miejscu, ale z jakichś (nieistotnych w tym momencie) powodów bardziej wolimy słowo „bitwa”. Niech więc tak będzie – i dajmy sobie spokój z rozważaniami natury metodologiczno-semantycznej.

Rozstrzygnięć nie ma i przez wiele dni nie będzie. Rosjanie przyjęli strategię „macania” ukraińskiej obrony, szukania jej słabszych punktów. Metodą klasycznie rosyjską, czyli rozpoznaniem bojem. Ładują więc z artylerii wzdłuż całej linii frontu, a potem posyłają do ataku piechotę wspartą czołgami i wozami bojowymi. Co znamienne, „mięsem armatnim” są zwykle oddziały z tak zwanych ludowych republik; źle wyszkolone, źle wyekwipowane, kiepsko zmotywowane. Ale nadające się do „badania gruntu”. Tam, gdzie sytuacja jest obiecująca, do akcji wkraczają grupy bojowe regularnej rosyjskiej armii. Dla pewności – jest coraz więcej doniesień na ten temat – „ubezpieczane” przez kadyrowców. Ubezpieczane tak, jak w czasach II wojny światowej ubezpieczały nacierające wojska oddziały zaporowe NKWD. Stalinowski rozkaz nr 227 – znany pod hasłem „ani kroku wstecz!” – wygasł wraz z zakończeniem tamtego konfliktu, ale wiele wskazuje na to, że stał się inspiracją dla współczesnych dowódców rosyjskich sił zbrojnych. Wpadły więc pierwszoliniowe orki w kleszcze – z przodu Ukraińcy, z tyłu swoi Czeczeni – lecz wbrew intencjom generałów, nie przekłada się to na spektakularne sukcesy. O przełamaniu frontu nie ma mowy, a kilka lokalnych zdobyczy pozostaje bez wpływu na strategiczną sytuację w Donbasie.

Rosjanie popełnili tu kardynalny błąd (który to już w tej wojnie?). Działają „ławą”, zamiast skupić się na jednym, dwóch punktach. Lokalne ataki z zachowaniem znacznej przewagi w ludziach i sprzęcie przyniosłyby im większe korzyści; w taki sposób łatwiej byłoby zrobić we froncie wyrwę. Mam wrażenie, że powody rosyjskiego zaniechania są natury mentalnej. Że tamtejsi sztabowcy planują operacje jakby znów/wciąż istniał Związek Radziecki, a armia liczyła miliony żołnierzy. I zachowała wysokie możliwości ofensywne, przy jednoczesnej zdolności do obrony już zajętych terytoriów. A tak wcale nie jest. Rosjanie mają w Donbasie około 70 tysięcy żołnierzy, których wspiera 20 tysięcy „wojskowych” z separatystycznych republik i kilkanaście tysięcy najemników. Ukraińskie siły liczą mniej więcej tyle samo ludzi. Fakt, iż obrońcom udało się przerzucić na wschód spore oddziały (wcześniej było tam 40 tysięcy żołnierzy), dowodzi kolejnego rosyjskiego błędu. We właściwie prowadzonej wojnie – patrząc z rosyjskiej perspektywy – Ukraińcy nie powinni mieć takiej swobody operacyjnej. Jest ona dla Rosjan tym bardziej niebezpieczna, że u obrońców nie ma rozróżnienia na jednostki lepsze i gorsze. Tak naprawdę do boju o Donbas stanęła elita ukraińskiej armii – brygady zaprawione w bojach jeszcze z czasów sprzed inwazji oraz oddziały ostrzelane i okrzepłe w bitwie o Kijów. Do pięt nie dorastają im „wagnerowcy” gorszego sortu, wojskowi z łapanki z DRL i ŁRL czy „tik-tokowi” bojownicy z Czeczenii. Dlaczego? Do tej pory zginęło trzy tysiące z ośmiu tysięcy delegowanych do Ukrainy najemników; w zastępstwie poległych, na wojnę wysyła się już nie „ex-specjalsów”, bo tych w Rosji mocno ubyło, ale chętnych do szybkiego zarobku mężczyzn po służbie zasadniczej, których wartość bojowa jest wysoce wątpliwa. Z kolei „armiom” republik ludowych brakuje ochotników, od tygodni trwają więc „łowy” na mężczyzn w Doniecku i Ługańsku; takie wojsko nada się do pacyfikacji cywilów, w innych okolicznościach zwyczajnie się nie sprawdza. Podobnie jak kadyrowcy, nieźle wyekwipowani i odważni, ale kompletnie nieogarniający podstaw wojskowej taktyki. I masowo ginący na skutek tych warsztatowych braków, złośliwie określanych mianem głupoty.

Zatem tylko regularne rosyjskie wojsko może stawić czoła obrońcom. I oczywiście, ma ono wielką przewagę w lotnictwie i artylerii, sporą w czołgach i wozach bojowych. Wystarczającą, gdyby mądrze tych atutów użyć. Ale jako się rzekło – Rosjanie z nich nie korzystają. A czas działa na pożytek Ukraińców. Zachód śle do Ukrainy już nie tylko lekki sprzęt. W ciszy dzieją się naprawdę wielkie rzeczy i już niebawem część rosyjskich atutów uda się zniwelować. Tak naprawdę pozostanie im jedynie nieproporcjonalnie silne lotnictwo, ale po pierwsze, udowodnili już, że nie potrafią z niego efektywnie korzystać, po drugie, zmienia się struktura wyposażenia przeciwlotniczego i przeciwrakietowego ukraińskich wojsk na wschodzie kraju. Bez wchodzenia w szczegóły, pojawia się tam coraz więcej sprzętu o lepszych parametrach niż naramienne wyrzutnie. Swoboda operacyjna rosyjskiego lotnictwa nad Ukrainą będzie więc spadać, nie rosnąć.

Stąd przekonanie, że Ukraińcy mogą bitwę o Donbas wygrać.

I oczywiście, dojdzie do tego dzięki pomocy Zachodu (w tym Polski). Co podkreślam, bo spotkałem się dziś z absurdalnym zarzutem na Twitterze. „Bez Zachodu Ukraińcy nie byliby w stanie się bronić”, pisze jeden z użytkowników. Kontekst tej wypowiedzi nie pozostawia wątpliwości, że był to przytyk w stronę obrońców. Tyleż zabawny, co żałosny. Bo owszem, dostawy broni i amunicji są ważne. Wsparcie wywiadowcze może nawet bardziej istotne. Fakt, iż między 2015 a 2021 rokiem 70 tysięcy ukraińskich żołnierzy każdego szczebla przeszło różnorakie szkolenia pod okiem instruktorów NATO (także Polaków), zdecydowanie pracuje dziś na korzyść obrońców. Którym zdrowie i życie ratuje zaimplementowany z zachodnich armii system medycyny pola walki (mój boże, w 2015 roku modliłem się, by mnie nic nie trafiło, albo żeby trafiło „na amen”. Przyzwyczajony do realiów natowskiego Medavacu, świadomości, że gdziekolwiek będę, w ciągu godziny wyląduję na stole operacyjnym, a wcześniej fachowa ręka odpowiednio mnie „zaopatrzy”, z przerażeniem oglądałem rozklekotany ambulans ukraińskiego wojska w Popasne i słuchałem lekarza, który mówił mi, że „jego” stół jest z lat 50., a żołnierzy nie uczy się zakładania opasek uciskowych, których zresztą wojsku brakuje). Dziś przeżywalność ukraińskich rannych jest na poziomie 70-kilku procent, rosyjskich 30-50 (w zależności od formacji – po szczegóły odsyłam do wcześniejszego wpisu). Więc tak, zasługi Zachodu/NATO są duże – a życzyłbym sobie, żeby były większe! – ale u licha, bez woli oporu i bez odwagi Ukraińców na nic by się to wszystko zdało. To oni walczą – giną, zostają ranni. I to oni zabijają, odwalając za Europę najtrudniejszą część zadania.

—–

Wysoce wymowne zdjęcie w kontekście ceny, jaką płacą Ukraińcy za bezpieczeństwo całej Europy…/fot. Центр стратегічних комунікацій та інформаційної безпеки

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Odkupienie

Godzina 11.00. Przyszedł czas, by się pożegnać. „Nienawiść”, „Sigma” i Wadim poszli nad ranem do okopów, ścisnąłem więc dłonie kilku innym żołnierzom. I gdy doszedłem do „Paramedyka”, ten rzucił:

– Do zobaczenia w Moskwie!

Rozbawiła mnie ta zuchwałość, ale zaraz potem poczułem smutek. Żal mi było tych chłopaków, najpierw skrzywdzonych przez durnych ideologów, a potem przez własne państwo, którego inercja skazywała ich na bezsensowne trwanie w tym gruzowisku.

– Życzę wam szczęścia – odparłem po ukraińsku, zastanawiając się, ilu z nich przetrwa kolejne „małe wojny”.

—–

Tak zakończyłem napisany w lipcu 2015 roku reportaż z pobytu na ukraińskich pozycjach w Szyrokino. Tekst nosił tytuł „Chłopcy z Azowa bronią Mariupola, Ukrainy i białej Europy”, i w znacznej części poświęcony był znanemu już wówczas pułkowi (wtedy batalionowi). Tytułowi chłopcy to jeden z plutonów Azowa, rozlokowany w ruinach dawnego ośrodka wypoczynkowego Majak, na wzniesieniu, skąd stromą skarpą schodziło się wprost na piękną plażę. Mój boże, jak ja chciałem się wtedy wykąpać w tej lazurowej wodzie. Ale „tamci” walili z moździerzy, jak tylko ktoś wchodził do morza. Stopy zmoczyć można było, ale by się zanurzyć, należało pokonać spory kawał płycizny, gdzie człowiek wystawiał się już na widok „separów”. Skończyło się więc na spacerze wzdłuż plaży. Z której i tak później wialiśmy w podskokach – ja, mój fotoreporter Darek, Wadim i „Sigma” – bo jednak ktoś nas wypatrzył.

—–

A mój tekst bezbłędnie wypatrzyła kremlowska propaganda. I się zaczęło. Przetłumaczono go na rosyjski jeszcze tego samego dnia, emitując w kilku najpopularniejszych rosyjskojęzycznych portalach. W następnych dniach przyszły kolejne tłumaczenia, na jeszcze inne języki. Także na chiński, co było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. I wisiało tak to przez lata, nieźle zindeksowane, na zawsze już skojarzone z moim nazwiskiem. Po 24 lutego znów wybiło wysoko w rekordach Googla, co w chwilach słabości traktowałem jako osobistą zemstę orków na mojej osobie, a co tak naprawdę było skumulowanym efektem działań rosyjskiej propagandy i naturalnego zainteresowania internautów pułkiem Azow.

—–

Jest bowiem Azow formacją kontrowersyjną. Latem 2015 roku nie do końca wiedziałem, co zastanę na południowym odcinku donbaskiego frontu. Miałem świadomość, że Azow to prawicowe ugrupowanie, jednak obraz tego batalionu – budowany przez mainstreamowe media w Polsce – kazał przypuszczać, że nazistowska symbolika i durna ideologia to raczej incydenty, gówniarskie wybryki i powody do wstydu; coś, co będzie przed mną ukrywane. Tymczasem już w koszarach w Mariupolu – na oficjalnym spotkaniu – „dostałem po oczach” wszelkiej maści gapami, swastykami i azowską interpretacją wilczego haka. Na froncie zaś było jeszcze gorzej, jeszcze więcej tego syfu.

—–

Przez cały pobyt wśród azowców miałem wrażenie kompletnego surrealizmu. Ci chłopcy bronili ojczyzny przed zbójeckim najeźdźcą, a jednocześnie schlebiali morderczej ideologii, której ofiarami swego czasu padli moi i ich przodkowie. Intelektualnie ogarniałem temat, wiedziałem, że dla azowców (neo)hitlerowska symbolika pozostawała atrakcyjna z uwagi na swój antysowiecki i antyrosyjski charakter. Tak naprawdę niewielu tam było zdeklarowanych rasistów, o co zresztą byłoby trudno, biorąc pod uwagę wieloetniczny charakter ukraińskiego społeczeństwa (ponad setka różnych etnosów), widoczny także w szeregach batalionu. Ci ludzie wyekstraktowali z nazizmu nienawiść do Rosjan, nie pozbywając się symbolicznej otoczki szerszego w gruncie rzeczy zjawiska. Ich osobisty dramat polegał też na tym, że większość nawet nie znała ukraińskiego i mówiła po rosyjsku, w języku wrogów.

—–

„Nie chcę tam jechać” – zareagowałem po raz pierwszy na propozycję kolegów, byśmy wybrali się do Azowa. Gardzę naziolami w jakimkolwiek wydaniu, niezależnie od tego, jakie noszą paszporty. Zwyciężył jednak racjonalny argument – że nie ja przecież decyduję o tym, kto z kim walczy. Mogę tylko zdecydować, czy chcę o tym pisać/robić materiały. A ostatecznie chciałem, bo tak rozumiem swoją dziennikarską powinność. Bo zamykanie oczu na problem nie sprawia, że ten znika. Pojechałem więc, napisałem obszerny reportaż i dziś nie zmieniłbym w nim ani słowa. Bo owszem, spotkałem dzielnych ludzi, szaleńczo oddanych ojczyźnie, ale zwichrowanych przez ideologię. Orki to podchwyciły, pragnęły bowiem, wciąż pragną!, przekonać cały świat, że ukraiński romans z nazizmem to powszechne zjawisko. A to oczywista nieprawda. Skrajnie prawicowe formacje ochotnicze stanowiły nieznaczny odsetek ukraińskich sił. Tolerowano je z uwagi na bitność i zasługi w powstrzymywaniu rosyjskiej agresji – i tylko do czasu.

—–

Azow jest obecnie częścią ukraińskiej gwardii narodowej. Przeszedł kadrową czystkę, sprofesjonalizował się. Na miano nazistów bardziej zasługują walczący z nim Rosjanie, którzy przecież nie kryją, że chodzi im o eksterminację ukraińskich elit i wynarodowienie reszty społeczeństwa. Dawne grzechy pułk odkupuje w Mariupolu, wiążąc wielokrotnie silniejsze rosyjskie oddziały. Azowcy walczą dziś na terenie jednej z tamtejszych stalowni, w gąszczu fabrycznej infrastruktury. Myślę, że w ruinach Azostalu wykuwa się kolejny ukraiński mit, podobny do epopei cyborgów z donieckiego lotniska. Te mity mają państwowotwórczą moc, będą – jak cała ta wojna – stanowić zręby nowej ukraińskiej tożsamości. Następne pokolenia nie będą musiały odwoływać się do moralnie wątpliwych wydarzeń i postaci z przeszłości, mając takie wzorce na wyciągnięcie ręki. Tym samym, w mojej ocenie, Azow spłacił swój honorowy dług.

—–

A chłopcy ze zdjęcia? Jeden zginął jeszcze w Donbasie, w 2016 roku. Drugi wciąż służy w pułku. Nie wiem, co stało się z trzecim. Darek, mój fotoreporter, dostarcza właśnie pomoc ukraińskiej armii; jest teraz gdzieś na północ od Kijowa. No a ja, za bardzo przez wojnę pokopany, piszę te słowa w pociągu z Krakowa do Warszawy. W wagonie, w którym Ukraińców jest chyba tylu, ilu Polaków, co niesie świadomość, że i nas ta wojna zmieni na zawsze. Co zaś się tyczy chłopców ze wstępu. „Nienawiść” nie żyje (zawsze chciał, żeby jego skalp z takim hasłem-tatuażem na głowie wziął sobie jakiś Rosjanin na pamiątkę; „będę im przypominał o mojej do nich nienawiści”, tłumaczył). „Sigma” nie żyje. Wadim wrócił kilka lat temu do Polski, dokończyć studia. Nie znam jego dalszych losów

Nz. Autor (w środku) i fotoreporter Darek Prosiński w towarzystwie żołnierzy Azowa/fot. z archiwum autora, lipiec 2015 roku

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Poligon…

…Ukraina. Wojna na wschodzie to okazja do wielu testów.

Wojna w Ukrainie to pierwszy od niemal 80 lat tak intensywny konflikt zbrojny w Europie. Naprzeciw siebie stanęły dwie regularne armie, wyposażone w potężne arsenały konwencjonalnych środków walki. Rosjanie i Ukraińcy mierzą się przede wszystkim na lądzie, ale wojna toczy się również w powietrzu i, w mniej spektakularnej skali, na morzu. Polem ostrej wymiany ciosów jest także przestrzeń informacyjna oraz środowisko cybernetyczne. Jest to zatem konflikt totalny, do którego obie strony delegowały pół miliona żołnierzy – a mowa tu wyłącznie o „tradycyjnych”, kinetycznych zmaganiach. Który swym zasięgiem obejmuje całość Ukrainy – pod względem wielkości będącej piątym krajem na kontynencie – i symboliczne skrawki Rosji. I który wreszcie rozlał się we wszystkie strony świata – w jego cyfrowym wymiarze oraz dosłownie, w postaci rzeki uchodźców docierających nawet za ocean.

Dotąd tylko w byłej Jugosławii, pod koniec XX w., walczyły ze sobą regularne wojska, z których część przeszła drogę od ochotniczych milicji po państwowe armie. Później nastał Donbas, gdzie po raz pierwszy starli się Ukraińcy z Rosjanami, ale tych drugich oficjalnie tam nie było. Kreml przekonywał nas bowiem, że mamy do czynienia z secesjonistami (słynnymi już „traktorzystami, górnikami i hutnikami”…). No i ta wojna miała samoograniczający się charakter, gdyż obie strony – choć używały broni ciężkiej – szybko zrezygnowały z działań lotniczych. I bałkańskie, i donbaskie zmagania cechowały się okresowo wysoką intensywnością, głównie jednak miały charakter „tlącej się wojny”, no i rozgrywały się na niewielkich obszarach. W przypadku Ukrainy dotyczyło to 7% terytorium, w dawnej Jugosławii większość walk toczyła się w maleńkiej Bośni. Sprzyjało to „zapominaniu” o konflikcie, nie tylko przez „resztę świata”. Gdy w Krajinie w 1995 r. grzmiały działa, w Zagrzebiu dyskoteki pękały w szwach. W 2015 r. we Lwowie widziałem sporo mundurowych i mnóstwo rekrutacyjnych bilbordów, cztery lata później życie w mieście przebiegało tak, jakby kraj nie był na wojnie.

Teraz jest inaczej i nawet na odległy od frontu Lwów spadają rakiety, a w metropolii kilka razy dziennie rozlegają się syreny alarmowe. Przez miasto i pod miastem co rusz przejeżdżają wojskowe konwoje, z których część wiezie dostarczane do Ukrainy zagraniczne uzbrojenie. O ile Donbas został przez Zachód w dużej mierze zignorowany, o tyle inwazja, która zaczęła się 24 lutego, zmobilizowała zachodnich przywódców do intensywnych działań. Wbrew temu, co zwykło się mówić, nie jest to sytuacja bez precedensu w powojennej historii Europy. Właśnie w byłej Jugosławii Zachód testował wszystkie możliwe strategie reakcji na kryzys – od obojętności, przez skrytą pomoc, po zaangażowanie militarne. To ostatnie także ewoluowało – od wymuszenia strefy wolnej od lotów nad Bośnią, po klasyczną operację wojskową skierowaną przeciw Serbii w 1999 r. Wspominam o tym, gdyż ważne jest, byśmy mieli świadomość istnienia innych aktorów niż Rosja i Ukraina. Konflikt „za miedzą” należy traktować jako starcie wielu podmiotów (III wojnę światową?), tak jak wiele jest płaszczyzn, na których się toczy. Na potrzeby tekstu podzieliłem je na trzy „poligony”. Podział ten jest oczywiście umowny, choćby dlatego, że wszystkie kategorie wzajemnie się przenikają.

Poligon strategiczno-operacyjny

Władimirowi Putinowi zamarzyła się wojna na miarę XXI w. W stylu znanym z amerykańskiej kultury strategicznej, gdzie szybkość łączy się z obezwładniającym charakterem pierwszych uderzeń. Minister obrony Siergiej Szojgu, który kilkanaście lat wcześniej otrzymał zadanie zmodernizowania wojska, zapewne zameldował prezydentowi, że armia „da radę”. Najpierw przeprowadzono atak przy użyciu pocisków manewrujących i rakiet balistycznych. Za cel obrano punkty dowodzenia, stanowiska obrony przeciwlotniczej, lotniska, składy materiałowe i inne krytyczne elementy ukraińskiej infrastruktury militarnej. Rakiety i bomby zrzuciły również samoloty, które jeszcze nie zdołały wrócić do baz, gdy do akcji wkroczyły oddziały lądowe. To było pierwsze odstępstwo od zasad nowoczesnej wojny, która przewiduje, że wstępna kampania lotnicza to operacja rozpisana na wiele dni. Wszystko po to, aby odpowiednio „zmiękczyć” obronę przeciwnika. Ta ukraińska została ledwie draśnięta, o czym Rosjanie szybko przekonali się na własnej skórze. Pancerne i zmechanizowane kolumny wjechały do Ukrainy z pięciu kierunków, rozpoczynając działania, które w terminologii wojskowej określa się mianem „rajdów”. Czołówki gnały przed siebie, kierując się do wyznaczonych miast-celów. Niczego po drodze nie zajmowano, nigdzie nie zostawiano tyłowych formacji. O ile ów wyścig można wytłumaczyć, o tyle podzielenie relatywnie małych sił (cały inwazyjny kontyngent – 200 tys. ludzi – to dwie trzecie armii ukraińskiej), okazało się kolejnym błędem rosyjskich generałów. Ukraińcy bowiem z brutalną skutecznością zaatakowali rozproszone kolumny i niechronione tyły.

O czym pewnie byśmy nie wiedzieli, gdyby akcja sił powietrznodesantowych (WDW) pod Kijowem zakończyła się sukcesem. Śmigłowcowy rajd na Hostomel w wykonaniu batalionu spadochroniarzy miał pozwolić na zajęcie lotniska, gdzie następnie wylądowałyby samoloty z zasadniczą częścią desantu. Lekkozbrojna, mobilna piechota – elita rosyjskiej armii – ruszyłaby na stolicę z zamiarem zajęcia rządowych budynków i pochwycenia ukraińskich przywódców. Po takiej „dekapitacji” – zakładali rosyjscy sztabowcy – opór Ukraińców zostałby zdławiony w zarodku. Tyle że operację przeprowadzono bez należytego rozpoznania. W efekcie żołnierze WDW wpadli w zasadzkę i w ciągu kilkunastu godzin zostali zdziesiątkowani.

Podobny los spotkał oddziały pancerne i zmechanizowane dążące do szybkiego zajęcia Charkowa. Ukraińska obrona spaliła rosyjskie czołgi na podejściu do miasta. Do centrum wdarły się jedynie lżejsze pojazdy, lecz i to na niewiele się zdało. Zdjęcia płonących tigrów – dumy rosyjskiego przemysłu motoryzacyjnego – wkrótce obiegły cały świat.

Już w trzecim dniu inwazji jasne było, że zaimplementowana na grunt rosyjski strategia wojny błyskawicznej się nie sprawdza. A ukraiński opór tężeje. Wkrótce agresorzy zaczęli zmagać się z poważnymi problemami logistycznymi. Wojna miała nie być intensywna, potrwać kilkadziesiąt godzin, z których większość to czas potrzebny na uchwycenie celów. Rosjanom zatem zaczęło brakować paliwa, amunicji i przede wszystkim żywności. Rachityczne dostawy paraliżowali ukraińscy obrońcy, a duże miasta jak na złość okazywały się twierdzami. Co więcej, niebo nadal nie było bezpieczne, mimo liczebnej przewagi rosyjskiego lotnictwa. Drugi rzut operacyjny, który miał już tylko porządkować sytuację, musiał wejść do twardej walki. Drugi rzut strategiczny, który wedle rosyjskiej myśli wojskowej powinien wymienić pierwszoliniowe formacje zmęczone po pierwszych dniach walki… nie istniał. Kreml nie przygotował rezerw i nie był w stanie ich znaleźć. Pierwszy rzut strategiczny rzucono do boju w radzieckim stylu, jakby za nim stało ogromne zaplecze materiałowe i ludzkie. Gdy się więc zużył, rosyjska machina wojenna stanęła.

I tak dochodzimy do jednej z największych tajemnic tej wojny, zawartej w pytaniu: dlaczego Moskwa potrzebowała aż miesiąca, by zdać sobie sprawę, że popełniła błąd? Już drugi tydzień inwazji obnażył błędy rosyjskich założeń dotyczących możliwości własnej armii i zdolności bojowych przeciwnika. A także woli oporu stojącego za nim społeczeństwa. Odpowiedzią może być przyjęta przez Rosjan taktyka bandyckich uderzeń w ludność cywilną. „Nie tak, to może tak?”, testowali Ukraińców rosyjscy generałowie, zakładając, że ktoś wreszcie pęknie. Albo cywile powiedzą „dość!” – jak swojego czasu warszawiacy powstańcom. Albo armia złamie się pod presją strat zadawanych mieszkańcom bombardowanych miast. W końcu każdy żołnierz ma jakąś rodzinę…

Niezależnie od intencji, jakie stały za działaniami Rosjan, z początkiem kwietnia ich dowództwo musiało przyznać się do porażki. Bo tym de facto jest wycofanie się z północy Ukrainy i przeniesienie ciężaru wojny na wschód.

Poligon technologiczny

W Ukrainie najnowsza technika mierzy się i przenika ze starszymi rozwiązaniami. Krzem konfrontuje ze stalą. Doskonała jakość wykonania zachodniej broni z bylejakością radzieckiej produkcji seryjnej. Moc medialnego obrazu z siłą kinetycznego uderzenia. Tylko śmierć pozostaje ta sama.

„Nie chciałbym być rosyjskim czołgistą…”, komentuje internauta film przedstawiający atak ukraińskiego „oszczepnika”, operatora ręcznej wyrzutni przeciwpancernej javelin. Na zarejestrowanym materiale dobrze widać skutki uderzenia pocisku. Po pierwotnej eksplozji następuje wybuch zgromadzonej w pojeździe amunicji. Potężna wieża wylatuje w powietrze i ląduje kilkadziesiąt metrów dalej. Z wnętrza kadłuba wydobywa się ogień, nikt z trzyosobowej załogi nie ma prawa przeżyć takiego piekła. Czołgi T-72 weszły na uzbrojenie ówczesnej armii radzieckiej na przełomie lat 70. i 80. XX w. Używane w Ukrainie egzemplarze mają po 30 lat i w wersji B3/B3M są przykładem solidnie przeprowadzonej modernizacji. Ale nie dość dobrej w konfrontacji z javelinem, „dzieckiem XXI w”. Gwoli rzetelności dodać należy, że Rosjanie dysponują podobnymi systemami przeciwpancernymi i zagłada ukraińskich czołgów (też przecież radzieckiej proweniencji) wygląda tak samo. Na tej wojnie czołgiści obu stron mają pod górkę.

Lecz istotnie, gorzej mają najeźdźcy. I nie chodzi tylko o naturalną przewagę obrońców, walczących u siebie. Świadomość sytuacyjna armii ukraińskiej jest wyższa niż rosyjskiej, w czym kryje się pozorny paradoks. Rosja ma satelity i dysponuje szerokim wachlarzem lotniczych środków rozpoznawczych, ale to Ukraińcy „widzą” więcej. I przede wszystkim – szybciej docierają do nich niezbędne dane. Rosyjski zwiad kosmiczny jest zdekompletowany, a wydajność i jakość pracy lotnictwa pozostawia wiele do życzenia. Już zebrane informacje trudno zaś w bezpieczny sposób przekazać dowódcom polowym, bo „trzecia armia świata” nie dorobiła się solidnego systemu komunikacyjnego. Osławiona Era – szczyt możliwości rosyjskiej branży hi-tech – opiera się o rozwiązania sprzed kilkunastu lat. Jest „dziurawa” do tego stopnia, że rosyjscy oficerowie często sięgają po nieszyfrowaną łączność radiową czy wręcz zwykłe komórki.

Tymczasem Ukraińców wspiera NATO. Dane satelitarne – głównie pozyskiwane przez Amerykanów – uzupełniają informacje zbierane przez samoloty. Jeszcze nim rozpoczęła się inwazja, maszyny AWACS (wczesnego ostrzegania) regularnie latały wzdłuż ukraińsko-rosyjskiej i ukraińsko-białoruskiej granicy. Po wybuchu wojny przeniosły się nad terytorium Polski i państw nadbałtyckich. Zasięg ich sensorów pozwala zbierać różnorakie sygnały z obszarów walk i głębokiego zaplecza, czyniąc „widzialnymi” właściwie każdy rodzaj aktywności wojsk rosyjskich pośrednio czy bezpośrednio zaangażowanych w konflikt. Co istotne, dzieje się to bez gryfu tajemnicy – ruchy samolotów, latających z włączonymi transponderami, można śledzić na popularnej aplikacji w czasie rzeczywistym. Intensyfikacja lotów rozpoznawczych począwszy od 24 lutego jest imponująca.

Imponujący jest również system dystrybucji danych, zbudowany przez Ukraińców. A warto mieć świadomość, że obrońcy unikają tworzenia dużych zgrupowań, które byłyby łatwym celem dla rosyjskich rakiet i lotnictwa. Walczą w grupach zadaniowych wielkości batalionu (600-800 żołnierzy), a na tyłach przeciwnika w formacjach nie większych niż kompanie (do 100 osób). Aby każdy otrzymał niezbędne informacje, potrzebna jest wydajna i dobrze zarządzana sieć. Tajemnicą poliszynela jest, że w pracach nad jej stworzeniem pomagali Amerykanie. Przy tej okazji wspomnieć należy, że jeszcze kilka lat temu Rosjanie mieli pokaźny wgląd w tajemnice ukraińskiego wojska. Poziom inwigilacji korpusu oficerskiego był bardzo wysoki, czym tłumaczy się m.in. początkowe porażki sił zbrojnych Ukrainy w Donbasie. Po 2014 r. Kijów przeprowadził co najmniej kilka personalnych czystek w armii, istotnie utrudniając pracę rosyjskiej agentury. Fakt, iż Moskwa przed inwazją tak niewiele wiedziała o możliwościach przeciwnika, świadczy o skuteczności tych działań.

Skuteczna okazuje się też „społecznościowa agencja wywiadowcza”, jak przechrzczono użytkowników aplikacji e-Wróg. Sama idea zbierania od cywilów danych o przeciwniku nie jest niczym nowym. Telefony w tym celu wykorzystywano już kilkadziesiąt lat temu. W czasie wojny w Iraku Amerykanie śledzili „gęstość” połączeń komórkowych, towarzyszących przemieszczaniu się ich oddziałów; na tej podstawie lokalizowali sieci informatorów ruchu oporu. Ukraińcy wykorzystują aplikację powstałą na bazie serwisu do komunikacji z administracją publiczną (z apki mogą korzystać wyłącznie obywatele Ukrainy). Z dostępnych informacji wynika, że e-Wroga używa ponad 200 tys. osób. Apka umożliwia współdzielenie się informacjami o ruchach wrogich jednostek, ich wyposażeniu, służy także do zgłaszania przeprowadzonych przez Rosjan ataków. W połączeniu z danymi pozyskanymi przez wojsko, pozwala to na pełniejsze mapowanie aktywności najeźdźców. Skutki okazują się dla nich tragiczne – do momentu oddania tego tekstu, bezpowrotne straty rosyjskie wynosiły 20 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli żołnierzy.

Poligon logistyczny

Straty nie byłby tak dotkliwe, a ukraiński opór tak twardy, gdyby nie zachodnie dostawy. Patrząc przez pryzmat lekkiej broni przeciwpancernej i przeciwlotniczej, armia ukraińska jest dziś najlepiej wyposażonym wojskiem świata. Nawet Amerykanie nie mogą pochwalić się podobnym nasyceniem tego rodzaju środkami walki. Dostawy zaczęły się na długo przed inwazją, choć wówczas nie miały spektakularnego wymiaru. Sprzętu jednak dotarło na tyle dużo, że Ukraińcy zdołali wyszkolić instruktorów i sporą liczbę operatorów. Gdy transporty ruszyły z kopyta, sprawnie poradzono sobie z wdrażaniem kolejnych żołnierzy. Z oficjalnych informacji dowództwa sił ukraińskich wynika, że zużycie tego rodzaju amunicji utrzymuje się na poziomie 300-500 sztuk tygodniowo. Cena pojedynczej rakiety waha się między 100 a 250 tys. dol., co daje obraz kosztów tej wojny. A na stingerach, piorunach czy javelinach Ukraińcy nie muszą oszczędzać – NATO wciąż dostarcza nowe pakiety amunicji.

Przodują Amerykanie, którzy od 24 lutego wysłali do Ukrainy broń o wartości 1,7 mld dol. Na ujawnionej przez Pentagon liście widnieje m.in. ponad 1,4 tys. ręcznych zestawów przeciwlotniczych Stinger, 5 tys. zestawów Javelin, 7 tys. innych wyrzutni przeciwpancernych, tysiące sztuk broni ręcznej, 50 mln sztuk amunicji oraz 45 tys. kompletów ochrony balistycznej (kamizelek i hełmów). W drugim tygodniu kwietnia Senat USA wskrzesił ustawę Lend-Lease z czasów II wojny, która pozwalała na szybkie (w oparciu o decyzje prezydenta) zaopatrywanie aliantów, głównie ZSRR, w niezbędny do walki z Niemcami sprzęt. Dziś beneficjentem de facto darmowych dostaw ma być nie tylko Ukraina, ale też kraje wschodniej flanki NATO. W oparciu o mechanizmy L-L Waszyngton zapowiedział wysyłkę tysięcy dronów-kamikaze, które w momencie druku tego numeru PRZEGLĄDU będą już zapewne w Ukrainie.

Ale Kijów potrzebuje również broni ciężkiej, bez której nie zatrzyma rosyjskiego naporu na wschodzie oraz nie przejdzie do działań kontrofensywnych. Czołgów, wozów bojowych, zestawów artylerii rakietowej, systemów przeciwlotniczych. „Dajcie nam jeden procent tego, co macie!”, apelował kilka tygodni temu prezydent Wołodymyr Załenski. Z konieczności musiałby to być sprzęt pochodzenia radzieckiego, znany Ukraińcom – ci bowiem nie mają czasu na wielotygodniowe czy wielomiesięczne szkolenia. Polska jest w Sojuszu największym dysponentem tego rodzaju broni, ale to Czesi zaczęli dostawy jako pierwsi. Czołgi T-72 i transportery BWP-1 z zasobów czeskiej armii trafiły do Ukrainy na początku kwietnia. Wcześniej baterię systemu przeciwlotniczego S-300 przekazała Ukraińcom Słowacja, otrzymując w zamian amerykańskie Patrioty. To oczywiście kropla w morzu potrzeb, ale widać jednocześnie, że po długich wahaniach coraz więcej natowskich rządów skłonnych jest wysyłać coś więcej niż lekką broń. Gdy piszę te słowa, w drodze do Polski znajduje się transport samochodów pancernych, które Ukrainie podarowała odległa Australia. Warszawa jeszcze nie podjęła decyzji w sprawie donacji sprzętu ciężkiego, ale zapewne i to się zmieni. Z Polski na front mogłyby trafić m.in. czołgi T-72 (w dalszej kolejności ich zmodernizowane wersje TP-91), samobieżne haubice Goździk, wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe Grad.

Dostawy oparte są o transport lotniczy, do którego wykorzystuje się lotniska na Słowacji, w Rumunii, przede wszystkim jednak w południowo-wschodniej Polsce. Stamtąd ciężarówkami broń trafia na granicę. Nie jest tajemnicą, że w tym celu otwarto kilka tymczasowych przejść, gdzie dostawy przeładowywane są na ukraińskie samochody. Zapakowane auta rozjeżdżają się następne do rozproszonych po całej zachodniej Ukrainie centrów logistycznych. Dla Rosjan to jedne z ważniejszych celów, a mimo to nie potrafią poradzić sobie z ich lokalizacją i niszczeniem.

—–

Nz. Australijskie wozy opancerzone w drodze do Ukrainy/Departament Obrony Australii

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 16/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Jeśli doceniasz moją pracę, proszę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Sukcesy”

Zwycięskie przegrane. Co dla Rosjan i Ukraińców będzie sukcesem w toczonej wojnie?

Analitycy militarni zastanawiają się, jak będzie wyglądać najbliższa moskiewska parada z okazji Dnia Zwycięstwa, zwłaszcza jej naziemna odsłona. Rosjanom nie zabraknie historycznych modeli czołgów T-34, pieczołowicie przechowywanych w podstołecznych magazynach. Wystawią również najnowsze tanki T-14 – ich śladowa ilość i „problemy wieku niemowlęcego” sprawiły, że „czternastek” nie wysłano do Ukrainy. Na front pojechały za to inne paradne egzemplarze mniej nowoczesnych, za to solidnie (jak się wydawało…) zmodernizowanych wersji. Zwykle odpucowane, rdzewieją teraz na bitewnych polach wokół Charkowa, a dysponujące nimi elitarne dywizje rosyjskiej armii – 2 Tamańska i 4 Kantemirowska – jeszcze długo będą uzupełniać straty w ludziach. Tak zresztą jak i cała 1 Gwardyjska Armia Pancerna, w środowisku wojskowym określana mianem „pięści Kremla”, której Ukraińcy połamali niemal wszystkie palce. „Urraa!” nad Placem Czerwonym zapewne znów zabrzmi gromko, ale zamiast niezłomnych bohaterów kolejnej zwycięskiej „antyfaszystowskiej krucjaty”, zobaczymy raczej żołnierzy-statystów i czołgi wyciągnięte z głębokich rezerw.

Nie tak to miało być

24 lutego Władimir Putin poinformował świat, że gra o pełną stawkę – o zajęcie całej Ukrainy, zniszczenie jej armii i narzucenie marionetkowego rządu. Jego słowa współgrały z rozmachem rosyjskich działań – wojska inwazyjne uderzyły na pięciu różnych kierunkach, a siły powietrzne i rakietowe zaatakowały krytyczną infrastrukturę od wschodu po zachód kraju. Lecz minęło zaledwie kilka dni i okazało się, że Kreml przeszacował możliwości własnej armii, dramatycznie nie doszacował potencjału wojsk ukraińskich i woli obrony ukraińskiego społeczeństwa. Zagrywka va banque w stosunku do NATO i UE również obróciła się w mocno niekorzystny scenariusz, w którym Zachód szybko uruchomił sankcje i radykalnie zwiększył pomoc militarną dla Ukrainy. Po pięciu tygodniach krwawych walk Rosjanom nie udało się zająć ani Kijowa, ani Charkowa, umarły ich nadzieje na połączony białorusko-rosyjski atak na zachodnią Ukrainę. Donbas stał się areną wojny manewrowej, w której Ukraińcy hamują i ograniczają postępy wojsk inwazyjnych. Jedynym bezspornym sukcesem wydaje się być kampania na południu Ukrainy, choć nawet tam wciąż brakuje symbolicznego zwieńczenia w postaci zdobycia Mariupola.

Innymi słowy, nie tak to miało być. Wedle pierwotnych założeń, w drugiej połowie marca spec-operacja powinna się już zakończyć. Tymczasem gdy piszę te słowa, rosyjskie oddziały wycofują się spod Kijowa, co ma być wyrazem dobrej woli Moskwy. Siergiej Szojgu, minister obrony Federacji, deeskalację na odcinku kijowskim przedstawia jako skutek rozmów pokojowych w Turcji. Prawda zaś jest taka, że spod ukraińskiej stolicy wracają do domu jednostki najbardziej wykrwawione, niezdolne do dalszej kampanii. Dla Szojgu to żadna przeszkoda, by publicznie zadeklarować sukces „pierwszej fazy operacji specjalnej”. „Naszym celem od początku był Donbas”, zapewnia minister.

Szojgu kłamie, bo korekta zamiarów to odpowiedź na ukraiński opór. Korekta, która w dalszej perspektywie może oznaczać ponowną intensyfikację działań na kierunku kijowskim. W tym ujęciu odwrót jest jedynie zabiegiem taktycznym, zarówno w wymiarze politycznym (deklaracja rzekomej dobre woli), jak i wojskowym – a tak naprawdę chodzi o uśpienie czujności Ukraińców i zyskanie czasu na „odświeżenie” wojska. Druga możliwość zakłada rzeczywistą deeskalację na północnym zachodzie, by móc rzucić więcej sił na bardziej perspektywiczne odcinki frontu – w Donbasie i na południu. Wywiad elektroniczny NATO bezbłędnie „czyta” ruchy rosyjskich wojsk, wkrótce zatem będziemy wiedzieli, dokąd po odpoczynku i uzupełnieniach trafią wycofywane spod stolicy oddziały i ich ewentualni następcy.

Jeśli spełnią się przewidywania części analityków i Rosja uderzy mocniej na wschodzie Ukrainy, trzeba będzie przyjąć, że nowy rosyjski plan maksimum to zajęcie całego Zadnieprza. Czyli powrót do przeszłości, do nieudanych planów sprzed ośmiu lat, gdy mówiło się o powołaniu Noworosji. To oczywiście więcej niż Donbas, o którym wspominał Szojgu – i który wydaje się być rosyjskim planem minimum – lecz i tak są to ambicje odległe od idei wchłonięcia całej Ukrainy.

Przekroczenie czerwonej linii

A przecież nawet tak okrojony plan może zostać przez Ukraińców pokrzyżowany. W razie przeniesienia ciężaru walk na wschód, armia ukraińska też zdoła się przegrupować. Wiele analiz z pierwszych dni wojny zakładało szybkie rozbicie ukraińskich oddziałów na wschód od Dniepru. Rosyjska Stawka zapowiadała stworzenie kleszczy, które miały zacisnąć się od północy i południa, miażdżąc Ukraińców skoncentrowanych od Charkowa przez Połtawę, Dnipro, Zaporoże aż po Chersoń. Tymczasem gros tych wojsk nawet jeszcze nie weszła do walki, gros wciąż stawia silny opór, a gigantyczny kocioł na wschodzie nadal pozostaje niezrealizowanym marzeniem rosyjskich generałów. Jeśli z zachodu kraju przyjdzie Ukraińcom wsparcie, Rosjanom może zabraknąć sił na realizację czegoś więcej niż wspomniany plan minimum.

Chyba że rzucą do walki liczne i dodatkowe oddziały. Tylko skąd je wziąć? Rosja posiada nieznaczne rezerwy zawodowego i kontraktowego wojska. Od kilku dni sporo mówi się o poborze, który tradycyjnie zaczyna się 1 kwietnia. Kilkadziesiąt tysięcy rekrutów miałoby zostać skierowanych na front, w towarzystwie zmobilizowanych „przy okazji” (pod płaszczykiem branki) rezerwistów. Tyle że zarówno rezerwiści, jak i młode wojsko, potrzebują przeszkolenia. Tych pierwszych, od biedy, można posłać do walki po 2-3 tygodniach, szkolenie unitarne dla poborowych to kwestia 8-12 tygodni. A i tak w obu przypadkach mielibyśmy do czynienia z niskowykwalifikowanym „mięsem armatnim”, po czy w trakcie służby zasadniczej. Rosjanie ponieśli ogromne straty w oddziałach pancernych – na ich odtworzenie także trzeba czasu. Łatwo nauczyć żołnierza jazdy czołgiem „po sznurku”, ogarnięcie zawiłości taktyki – trików umożliwiających przetrwanie na polu walki, współpracę z innymi i przede wszystkim zabijanie przeciwnika – wymaga wielomiesięcznych szkoleń. I choć część rezerwistów może już „bazowe” kompetencje posiadać, nie zapominajmy, że wojna wymusza szkoleniowe korekty. Wiele z dotychczasowych rosyjskich założeń taktycznych zostało właśnie brutalnie sfalsyfikowanych. Konkludując, nie spodziewam się znaczących rosyjskich uzupełnień. Raczej większej brutalizacji działań z wykorzystaniem przewagi w artylerii i lotnictwie oraz dążenia do lokalnych wyłomów, z nadzieją, że przy którejś okazji ukraiński front się posypie.

Jak na razie wielkich szans na to nie ma. W ocenie amerykańskich służb, armia ukraińska zachowała ponad 80% wyjściowego potencjału. I wciąż jest dozbrajana. Brutalne ataki na cywilów nadal nie złamały woli oporu, „rozstrzygające” uderzenie przy użyciu broni masowego rażenia jest mało prawdopodobne. Jeszcze przed wizytą Joe Bidena w Europie, NATO dało do zrozumienia Kremlowi, że tego rodzaju eskalacja zostanie uznana za przekroczenie czerwonej linii, po której Sojusz zaangażuje się w działania zbrojne. Ustanowienie strefy no-fly nad Ukrainą w ciągu 2-3 dni wyeliminowałoby z akcji rosyjskie lotnictwo, co w dalszej kolejności przełożyłoby się na niepowodzenia na lądzie. A tak spotęgowanego blamażu Moskwie nie udałoby się przedstawić „swoim” jako zwycięstwa.

Ale i Ukraińcy nie mają lepiej, jeśli idzie o zwycięską narrację. Na obecnym etapie wojny niepodległość kraju zdaje się być niezagrożona, co obiektywnie patrząc, jest wspaniałym triumfem. Lecz z drugiej strony, straty terytorialne chyba są nieuniknione. I nie chodzi o Krym, z zajęciem którego Ukraińcy de facto się już pogodzili. Ani też o donbaskie quasi-republiki, które po 8 latach mafijnych rządów i rabunkowej gospodarki, są ekonomicznie, materialnie i społecznie zdewastowanie. Ich powrót na łono Ukrainy wiązałby się z gigantycznym obciążeniem, będącym zarazem – na skutek intensywnej rusyfikacji (a może bardziej „putinizacji”…) tamtejszej ludności – czymś na wzór brania odpowiedzialności za kukułcze jajo. Chodzi o świeżo podbite przez Rosjan tereny. W optymistycznym dla Ukrainy scenariuszu agresorzy wycofają się z północy (bo i po co im zdewastowane ziemie, na których tak bardzo ich nienawidzą?). Ale o dobrowolnym zwróceniu terytoriów łączących Krym z Donbasem Kijów może zapomnieć. A czy znajdzie siły, by je odbić?

—–

Nz. artyleria obrońców/fot. Siły Zbrojne Ukrainy

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 15/2022

Szanowni Czytelnicy! Na swoim profilu facebookowym prowadzę relację z ukraińskiego frontu. Staram się codziennie wrzucić posty zawierających coś więcej niż informacje, które moglibyście przeczytać gdzie indziej. Śledzą mnie tysiące ludzi, polecam się zatem także uwadze Czytelników blogu.

Jeśli docenisz moją pracę, proszę:

Postaw mi kawę na buycoffee.to