Promil

Dwa razy znalazłem się pod silnym ogniem artylerii. Za pierwszym razem był to ostrzał z gradów, w odsłoniętym polu; szczęśliwie zagrzebałem się wówczas w dziurze w ziemi i jakoś poszło. Po wszystkim tylko w zasięgu wzroku doliczyłem się dwudziestu lejów.

Następnym razem było trochę lepiej – już po pierwszej eksplozji dałem nogę do piwnicy, skąd wyszedłem kilka godzin później, gdy było już cicho. Przez pierwszą godzinę liczyłem nieodległe eksplozje, po dojściu do 120 dałem sobie spokój. Ale wybuchy wciąż następowały, z kwadransa na kwadrans coraz rzadziej i rzadziej.

Ani za pierwszym razem – gdy towarzyszyło mi pięć osób – ani za drugim – gdy siedziałem w rumowisku z plutonem ukraińskiego wojska – nikt nie zginął, ba, nikt nawet nie został poważnie ranny.

Wspominam o tym nie dla weterańskich opowieści, lecz by uzmysłowić Wam prostą, wojenną zależność. Jeden wystrzelony pocisk nie musi i w miażdżącej większości przypadków nie oznacza zabitego człowieka. To trochę inna kategoria, bo dotyczy amunicji strzeleckiej, ale dobrze ilustruje problem. Gdy Amerykanie w Wietnamie podsumowali zużycie środków bojowych, wyszło im, że zabicie jednego żołnierza z północy/partyzanta z Wietkongu, kosztowało wystrzelenie… 500 tys. sztuk naboi. Wojskowi z USA zwykle strzelali do dżungli – czasem udało im się kogoś trafić.

Czasem udaje się też trafić rosyjskim artylerzystom. Którzy zużywają ogromne ilości pocisków – Ukraińcy szacują, że 50-60 tys. sztuk dziennie – ale tylko promil z nich wyrządza realne fizyczne szkody ukraińskiej „sile żywej”. Są rzecz jasna jeszcze szkody niefizyczne – nawała ma bowiem moc łamania psychiki, co zauważam gwoli rzetelności, ale nad czym nie zamierzam się pochylać z braku statystycznych danych. Ta materiałochłonność wojny jest zjawiskiem obiektywnym, ale o zmiennej skali. Armie Zachodu jeszcze w ubiegłym wieku zaczęły odchodzić o filozofii masowego ostrzału na rzecz precyzyjnych uderzeń. W ostatecznym rozrachunku, tak jest taniej (gdy zbuduje się już odpowiednie zaplecze naukowo-techniczno-przemysłowe), nie bez znaczenia są też przesłanki humanitarne. Strzelanie wagonami amunicji w pozycje wroga zwiększa ryzyko strat ubocznych, pośród cywili. Rosjanie do takiej armii „nie dorośli”; próbowali świat przekonać, że jest inaczej, ale po zużyciu skromnych zapasów precyzyjnej broni, po uwłaczających porażkach punktowych natarć, szybko wrócili do tego, na czym znają się najlepiej. Na kumulacji masy i ilości, przede wszystkim rozumianej jako tak zwany artyleryjski walec.

Mimo przerażających atrybutów werbalno-wizualnych ów walec jest tak sobie skuteczny. Rosjanie potrzebowali 10 tygodni, by wygrać bitwę na łuku donbaskim. Wzięli dwa miasta – jedno wielkości Włocławka, drugie Kutna – co usiłują przedstawić jako wielki sukces. Ma on wymiar symboliczny – bo to na obszarze Siewierodoniecka i Lisiczańska koncentrowały się w ostatnich tygodniach wysiłki zbrojne obu stron – więc nie jest to tylko „propagandowe pierdolenie”. Niemniej nie zapominajmy, że w wymiarze praktycznym mówmy o wejściu w głąb terytorium przeciwnika na 15-35 km. Co więcej, tej pełzającej ofensywie nie towarzyszyły spektakularne zjawiska typu „kocioł”, w którym zamknięto by, a następnie wzięto do niewoli tysiące żołnierzy. Ukraińcy wycofali się w sposób uporządkowany i na tyle zmyślnie, by nie musieć porzucać ciężkiego sprzętu – co zwykle towarzyszy odwrotowi (Moskwa coś tam bredzi o porzuconych czołgach, ale dowodów zdjęciowych i filmowych brak). Dla pełnego obrazu dodajmy, że wzięcie Lisiczańska oznacza utratę przez Ukrainę całości obwodu ługańskiego. I że ten cel Rosjanie mieli osiągnąć najpierw 1 czerwca, potem w połowie czerwca, a ostatnia OFICJALNA zapowiedź mówiła o 1 lipca.

Trochę wolny ten walec, co nie zmienia faktu, że jednak obrońców przetrzebił. Dał im w kość do tego stopnia, że Ukraińcy postanowili „odciąć go od prądu”. W efekcie już od wielu dni – a od kilku w niezwykle efektownej „oprawie” – obserwujemy ataki ukraińskiej artylerii na składy materiałowe armii najeźdźców. Gdy piszę te słowa, płoną co najmniej cztery takie obiekty – niektóre, jak w Doniecku, na bliskim zapleczu frontu, inne, jak w Melitopolu, w sporej odległości od linii styku wojsk, co sugeruje użycie dalekonośnej artylerii rakietowej.

Z informacji, jakie do mnie napływają, wynika, że od kilkudziesięciu godzin rosyjska presja na froncie słabnie. Być może jest to już efekt odcięcia od zapasów, wiele jednak wskazuje, iż mamy do czynienia z pauzą operacyjną, za którą stoi cały szereg także innych czynników. Sam Putin orzekł wczoraj, że po „wyzwoleniu” obwodu ługańskiego, oddziały muszą odpocząć, odbudować potencjał bojowy. „Zielone światło” z Kremla chyba zostało wykorzystane przez dowódców w Ukrainie, świadomych, że jednostki bojowe gonią w piętkę. Rosjanie nie mają w tej chwili dość sił, by „dokończyć” zadania w Donbasie – do zajęcia jest połowa obwodu donieckiego, co przy dotychczasowym tempie oznacza kolejne długie tygodnie walk.

A przecież Ukraińcy ani myślą w tym czasie spać. Ich pierwszoliniowe oddziały też potrzebują odpoczynku, ale artyleria zasilona zachodnim sprzętem zdaje się właśnie rozkręcać. Nie będę tu wyrwalił (w drugą stronę) i rościł sobie prawo do budowania całościowych scenariuszy – nie mam takiej wiedzy, by bez ryzyka blamażu orzec, jak będą wyglądać najbliższe tygodnie na froncie. Niezmiennie trzymam kciuki za obrońców.

Zaś własne intuicje (optymistyczne) zasilam kolejnymi doniesieniami, z których jasno wynika, że dla matuszki roSSji ta wojna jest solidnym obciążeniem. Jak zauważa portal Riddle, od maja 2022 roku moskiewskie ministerstwo finansów niemal całkowicie ograniczyło dostęp do danych o bieżących wydatkach budżetu federalnego. Lecz z jakiegoś powodu pozycja „obrona narodowa” jest nadal dostępna. Dzięki czemu wiemy, że w okresie styczeń-kwiecień na obronę narodową wydano około 1,6 bln rubli z planowanych 3,85 bln. Tymczasem cały budżet federalny na 2022 rok wynosi około 26 bilionów rubli. I teraz tak – w 2021 roku na obronę narodową wydano prawie 3,6 bln rubli (cały budżet wynosił wówczas 24,8 bln rubli), ale poprzeczkę 1,5 bln rubli przekroczono dopiero w czerwcu. Jeśli zatem utrzyma się tempo wydatków z okresu marzec-kwiecień – 500 mld rubli miesięcznie zamiast średnio 300 mld – do końca roku wydatki na obronę narodową mogą sięgnąć 5,0-5,5 bln rubli, czyli 19-21 proc. budżetu federalnego. Dla porównania, obronność w Polsce czy USA „przejada” 10-11 proc. budżetu, Rosja tymczasem funkcjonuje w realiach coraz dotkliwszych sankcji. Na wojowanie trzeba mieć pieniążki, zwłaszcza gdy straciło się na przykład 1600 spośród 3300 najlepszych (najnowszych lub zmodernizowanych) czołgów.

No ale „Rosja jest wielka, a Ukraińcy walczyć nie chcą”. Do takiego wniosku doszedłem, zanurzając się dziś w rodzimy, prorosyjski internet. Sporo tam o „byczkach” – ukraińskich mężczyznach, którzy migają się od walki. I wieją zagranicę. Amunicji dostarczyła kilka tygodni temu „Rzeczpospolita”, pisząc, że do połowy czerwca 430 tys. Ukraińców w wieku 18-60 lat wjechało do Polski. W dużej mierze dzięki łapówkom, bo mężczyźni w wieku poborowym nie mają prawa opuszczać Ukrainy. Zabawne, że w antyukraińskiej narracji jest to powód do oburzenia („jak można nie chcieć walczyć za swój kraj!?”), nie mniejszy niż fakt, że Ukraina stawia Rosji opór („po co, przecież Rosjanie nie mają złych intencji?”). Znać tu sznyt rosyjskiej propagandy i jej wewnętrznej niespójności. Klocuszki nie muszą się układać w jedną opowieść, każdy ma „walić w Ukraińców” – w taki czy inny sposób. Na marginesie – ów mechanizm wykorzystał do perfekcji Antoni Macierewicz w swoich smoleńskich bredniach; ileż to wzajemnie wykluczających się teorii lansował? Nieważne, grunt, że część ludzi uwierzyła, iż coś na rzeczy jest z tym zamachem…

No więc we wspomnianym przypadku „coś na rzeczy jest” z tym brakiem woli walki u Ukraińców. Tylko że:

a/istnieją w ukraińskim prawie wyjątki pozwalające wyjechać poborowym;

b/pół miliona osób (z uwzględnieniem tych, którzy wyjechali inną niż polska drogą) to 1/34 męskiej populacji w tym przedziale wieku (słownie: jedna trzydziesta czwarta, trzy procent), trudno zatem mówić o masowej skali zjawiska;

c/z samej Polski w opisywanym okresie (luty-czerwiec) wyjechało na Ukrainę 600 tys. mężczyzn; popytajcie firmy budowlane, w jakich warunkach funkcjonują dziś takie biznesy.

No ale nie o uczciwość i racjonalne argumenty zwolennikom „rosyjskiego głosu w twoim domu” chodzi.

PS. „Nie spotkałem się z dezercjami” – pisze Damian, Polak, ochotnik pracujący w Ukrainie jako medyk polowy. „Wręcz przeciwnie, są osoby które walczą nieoficjalnie, bez kontraktu, bo chwilowo nie ma dla nich etatu. Ryzykują więc życie, wiedząc, że rodzina nie dostanie nawet grosza, jak zginą. Czy to świadczy o niskim morale?”.

—–

Nz. Ukraińskie Himarsy gdzieś w obwodzie zaporoskim/fot. Dowództwo Sił Zbrojnych Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Podmiotowość

Pięć lat temu popełniłem na Facebooku następujący post:

„Latem zeszłego roku, gdy wracałem z Kijowa do Warszawy, usiadła obok mnie starsza o kilka lat Ukrainka rosyjskiego pochodzenia. Nasza stolica była dla niej jedynie miejscem tranzytowym – z Okęcia miała lecieć dalej, do Holandii. Zdawkowa wymiana uprzejmości szybko zmieniła się w rozmowę na temat sytuacji w Ukrainie. Moja rozmówczyni krytycznie wypowiadała się na temat rządu w Kijowie i jego poczynań na wschodzie. Których nie akceptowała do tego stopnia, że postanowiła na dłużej opuścić rodzinny Dniepropietrowsk (dziś Dnipro – dop. red.). Mniejsza o szczegóły – istotna jest konkluzja. A ta była taka, że Putin to dla Ukrainy „mąż opatrznościowy”. I że da bóg, a „kijowska junta wreszcie upadnie i władze w kraju obejmą prorosyjscy politycy”, co przyniesie naszemu sąsiadowi spokój, a ludziom dobrobyt. Że będzie „tak dobrze, jak w Rosji”.

Ostatnie stwierdzenie zaintrygowało mnie do tego stopnia, że zapytałem:

– Dlaczego więc, skoro w tej Rosji jest tak dobrze, emigrujesz do Holandii? Do Rosji masz bliżej, łatwiej byś się w niej odnalazła.

– Bo na Zachodzie jest lepiej – usłyszałem w odpowiedzi. (…)”.

Ano właśnie. Myśmy, Polacy, przez niemal pół wieku tęsknili do Zachodu, a gdy tylko pojawiła się okazja – w 1989 roku – zaczęliśmy nasz marsz ku integracji z lepszym światem. Korzystając z geopolitycznego zamieszania, daliśmy nogę i dziś jesteśmy po właściwej stronie barykady. Zachodnie uniwersum ma mnóstwo wad i sporo brzydkich obliczy. Imperializm i dominacja wielkiego kapitału to tylko niektóre z nich. Gdzie im jednak do zniewolenia, bylejakości, biedy, technicznej i organizacyjnej niewydolności, złodziejstwa i rozkładu więzi społecznych? A tym był, jest i zapewne pozostanie ruski mir. Także zresztą imperialny, bo dążący do narzucenia swych zasad i kontroli innym etnosom. Dziwi Was, że i Ukraińcy chcą się z tego przeklętego kręgu wyrwać? Mnie nie.

Mieli pod górkę znacznie bardziej niż my – ponad 300 lat rusyfikacji i 70 lat sowietyzacji zrobiły swoje. Kulturowe złogi i gospodarcze zależności sprawiły, że Ukraina po 1991 roku stanęła w rozkroku – chciała i nie mogła zerwać z przeszłością. Aż wyrosły kolejne pokolenia, wyzbyte nostalgii do tego, co w ruskim mirze mogło pociągać (iluzji, że choć wszyscy mamy mało, to jednak po równo, a i tak gdzie indziej jest gorzej). I nastały Majdany, i zaczęła się społeczno-polityczna rewolucja. „Idą w łapska amerykańskich imperialistów”, konkludują autorytety skrajnej lewicy i prawicy, wielu z naukowymi tytułami. Jest w tym niby troska o Ukraińców i ich kraj, a tak naprawdę mamy do czynienia z kolejną odsłoną prorosyjskich sympatii; pół biedy, jeśli opartych o naiwność, kulturową fascynację, gorzej, jeśli stoi za tym wyrachowana gra na rzecz Moskwy, w zamian za jakieś profity. No idą – wracam do wspomnianej argumentacji – no i co z tego? Myśmy też poszli i jakkolwiek wciąż „grają nam w duszy” rusko-mirskie rytmy (przede wszystkim zgoda na różne odmiany zamordyzmu), co do zasady nie żałujemy obranego kierunku. I wciąż, regularnie, potwierdzamy zasadność prozachodniego kursu. Dość wspomnieć o wynikach badań poparcia dla członkostwa w Unii Europejskiej i NATO.

No więc poszliśmy, bo realnie innego wyboru nie było. Mówienie, że istniała alternatywa dla integracji z Zachodem, to mrzonki. Zwłaszcza bajdurzenie o jakimś „polskim świecie” – Międzymorzu czy innych głupotach. Nie ten soft power, nie ten hard power, nie ta gospodarka, nauka, potencjał ludnościowy itp., itd. W naszym położeniu geograficznym wybór był/jest ograniczony do dwóch opcji – Zachód lub Wschód. I tak samo jest w przypadku Ukrainy.

Ukraińcy wybrali Zachód. Wybrali gremialnie; idiotyczne są te wszystkie narracje o spisku elit, o tym, że rząd w Kijowie działa(ł) na przekór społeczeństwu. W 1991 roku Ukraina miała PKB nieznacznie wyższe od Polski, 30 lat później nasze było ponad czterokrotnie większe – bo my postawiliśmy na radykalne zmiany, na wspomnianą integrację. Ukraińcy to widzą – widziała ich zarobkowa emigracja, na przestrzeni tych lat liczona przecież w miliony. Otwarte granice otwierały oczy – „my też tak chcemy” było naturalną konsekwencją tej otwartości. Oczywiście, chęci pójścia polskim tropem z rzadka towarzyszy świadomość „ciemnych stron” transformacji – tylko czy one naprawdę mogą mieć znacznie, gdy przeciętny Ukrainiec widzi, że Polakom generalnie żyje się o wiele lepiej?

„Wschód Ukrainy nie chciał tych zmian”, czytam w lewicowo-rusofilskiej i prawackiej banieczce. Naprawdę? Tych zmian nie chciała Rosja – i stąd siłowe próby zmiany kursu. Ale czy wschodnia, rosyjskojęzyczna Ukraina masowo poparła ingerencje Moskwy? W 2014 roku z wyrwanych Ukrainie skrawków powstały dwie niby-republiki, ufundowane przez rosyjskie wojsko, miejscowych kryminalistów i nielicznych zwolenników secesji Donbasu. Pomysł budowy Noworosji aż po Dniepr szybko spalił na panewce, a stało się to przede wszystkim dzięki masowemu ruchowi społecznemu, który przybrał także militarną postać batalionów ochotniczych. To „swoi”, „tutejsi” – w dużej mierze Ukraińcy rosyjskiego pochodzenia – pognali „separatystów” ze wschodnio ukraińskich miast. Pojawienie się w Donbasie regularnej ukraińskiej armii tylko umocniło efekt „antyrosyjskiej wiosny” (w kontrze do kremlowskiego hasła „rosyjskiej wiosny” – rzekomego „przebudzenia” mieszkańców Zadnieprza).

Moskwa nie odpuściła (co w mojej ocenie każe założyć, że w przyszłości – jeśli dać jej szansę – także nie odpuści) – i w lutym już otwarcie zaatakowała sąsiedni kraj. I gdzie te kwiaty dla rosyjskich żołnierzy, których, wraz z wódką, spodziewano się na wschodzie? A które byłyby symbolicznym dowodem na uznanie idei wchłonięcia przez ruski mir. Zamiast tego najeźdźcy dostali wciry w Charkowie, utknęli w środkowym Donbasie (by po czterech miesiącach wojny móc pochwalić się zajęciem miasta powiatowego Siewierodonieck), przez trzy miesiące męczyli się w bojach o Mariupol. Zajęli kawał południa, w sumie – z wcześniejszymi zdobyczami – ponad 20 proc. terytorium Ukrainy, ale za cenę ogromnych strat. Strat zadanych im przez Ukraińców z całego kraju (i ochotników z całego świata), walczących w szeregach regularnej armii, ale też strat, do których wybitnie przyczynili się „tutejsi” z Gwardii Narodowej i oddziałów obrony terytorialnej.

„Nacjonaliści trzymają społeczeństwo w garści”, czytam o powodach twardego oporu, terrorze zaprowadzonym przez rząd w Kijowie (rząd oczywiście nielegalny, bo mówimy o władzy, której korzenie sięgają zamachu stanu z 2014 roku). I co, rzeczeni „nacjonaliści” stawiają, niczym sowieci podczas II wojny światowej, oddziały zaporowe na tyłach swoich wojsk, by strzelać do potencjalnych dezerterów i maruderów? Wolne żarty… Prześladują ludność, wysyłając nieprawomyślnych i niewłaściwo-języcznych do obozów filtracyjnych? Oh wait, tak robią Rosjanie z mieszkańcami zajętych miast. „Gdzie jest ruch oporu!?”, zastanawiała się moskiewska „Prawda” w marcu tego roku, a chodziło jej o partyzantów, którzy wspieraliby działania rosyjskich sił inwazyjnych. Ukraińców, chcących obalić „kijowską juntę”. No właśnie, gdzie? Owszem, ruch oporu działa prężnie – w obwodzie chersońskim i samym mieście, tyle że to partyzantka wymierzona w Rosjan i (wciąż nielicznych!) kolaborantów. Co z „perłą rosyjskich miast”, Odessą? Jak to się stało, że dotąd nie wybuchło tam prorosyjskie powstanie, które ułatwiłoby lądowanie morskiego desantu? Co z masowymi ucieczkami przed poborem (uciekło przed nim za granicę 4 proc. męskiej populacji w odpowiednim wieku…)? Co z zamachami na komisje poborowe/punkty werbunkowe? No są, w Rosji, której młodzież nie garnie się, by ginąć w Ukrainie. I mógłbym tak dużo i długo, by wykazać, że perspektywa ruskiego miru nie jest tym, o czym marzą Ukraińcy, także ci ze wschodu.

I od dawna nie chodzi tylko o kwestie ekonomiczne. Ukraińskie „tak” dla integracji z Zachodem to także efekt kalkulacji – przekonania, że tym sposobem uda się zachować własną tożsamość narodową. Rosjanie już z otwartą przyłbicą mówią o „deukrainizacji”, w tym o fizycznej eksterminacji elit. Mierzi ich odrębność Ukraińców, pragną dla nich pełnej rusyfikacji. W istocie mamy tu do czynienia z zapowiedzią zbrodni przeciwko ludzkości [1], co powinno zamknąć wszelkie dyskusje na temat sensowności czy etyczności (sic!) ukraińskiego oporu. Marzenie ściętej głowy… Miast zamknąć ryje, piszą wszelkiej maści „autorytety” (także akademickie), że wojnę trzeba jak najszybciej zakończyć, bo szkoda ludzi – z czym trudno się nie zgodzić, ale… – ale ów koniec winien być efektem ukraińskiej kapitulacji, bo przecież „Rosja nie ustąpi”. Tak legitymizuje się bandycką politykę Kremla i zarazem stygmatyzuje winą ukraińskie władze, stawiając świat na głowie, bo to przecież nie Ukraina zaczęła tę wojnę. Czytam, że należy zmusić Ukraińców do dogadania się z Rosjanami, „bo Rosja to naturalny dla Ukrainy wybór; wspólna historia, więzi społeczne, powiązania gospodarcze”. Tak odbiera się Ukraińcom podmiotowość, „zapomina” o tym, że oni już podjęli decyzję o kierunku zmian cywilizacyjnych i że są gotowi za to walczyć i umierać. Niezależnie od tego, czy ich opór jest na rękę „wielkim tego świata” w ich geopolitycznej grze. To, że Ameryka pragnie osłabić Rosję, to dla Ukraińców zrządzenie losu, a nie przekleństwo. Nie są więc „przeklęte” państwa dostarczające Ukrainie broń, bo nie robią niczego wbrew Ukraińcom. Nikt im czołgów czy wyrzutni na siłę nie wpycha – Ukraińcy sami o nie proszą. I są to prośby formułowane na wszystkich szczeblach społecznej drabiny – żadne tam „chciejstwo niechcianych władz”.

Niełatwo mi o tym pisać, bo to sprawy oczywiste, a oczywistości wyjaśnia się najtrudniej. Pozwolę więc sobie na pewien myślowy eksperyment, z zastrzeżeniem, że nie kieruję go do zdeklarowanych sowieciarzy i ukrainofobów (ci są straceni – na rubelki i chorobę nie znajdę argumentów). Spójrzmy na Polskę z lat 1918-21 – jak próbowała wyszarpać dla siebie niezależność. I zastosujmy wobec niej myślenie, jakiemu poświęciłem ów post. Że przecież Polski nie było i było dobrze, że się Polakom w dupach poprzewracało z ich dążeniem do niepodległości, że po co walczyć z Rosją, skoro ona ma i tak większe zasoby, że cała ta Polska to wymysł elit, a zwykłym ludziom i tak wszystko jedno, że Polacy to durnie, bo bijąc się z bolszewią pomagają w geopolitycznych interesach Francji i Wielkiej Brytanii, że przecież Słowianin nie powinien strzelać do Słowianina, itp., itd. Brzmi znajomo, prawda? – zwracam się do sceptyków w kwestii sensowności ukraińskiego oporu. Z nadzieją, że może coś to w paru głowach zmieni.

—–

[1] ZpL: przestępcze zachowania skierowane przeciwko określonej grupie społecznej, np. narodowościowej, rasowej, etnicznej, wiekowej, religijnej lub światopoglądowej. Zalicza się tu m.in. morderstwa, obracanie ludzi w niewolników, deportacje.

Nz. Strażak po dzisiejszej akcji ratunkowej w Odessie. Rosjanie, najpewniej w zemście za Wężową Wyspę, ostrzelali w nocy miasto pociskami manewrującymi. Celując, a jakże, w cywilne obiekty…/fot. Сергій Крук

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu, także książki:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Paradoksy

„Próba utrzymania pozycji w Donbasie za wszelką cenę oznacza duże prawdopodobieństwo unicestwienia zasadniczej części ukraińskiej armii. Armia rosyjska ma obecnie przewagę 1:7 i nie jest możliwe jej powstrzymanie, niezależnie od pomocy militarnej ze strony Zachodu” – pisze uczestnik popularnej grupy dyskusyjnej na Facebooku. Te słowa to fragment wypowiedzi Andrei Margellettiego, doradcy szefa włoskiego MON, dla dziennika „La Stampa”. Po tym cytacie wspomniany internauta przedstawia własny wniosek: „jednym słowem ODWRÓT”, pisze o działaniach, jakie winni teraz podjąć obrońcy. Domorośli stratedzy zwykle są zabawni, ale tu nie chodzi o pojedynczy incydent – opinię wywiedzioną z wypowiedzi średnio zorientowanego polityka. Sporo ostatnio w medialnym i społecznościowym obiegu podobnych konkluzji, formułowanych zarówno przez zwykłych zjadaczy chleba, jak i osoby mające realny wpływ na procesy polityczne czy wojskowe. Nie sposób tego ignorować, bo defetyzm jest jak wirus – z małych ognisk infekcji zrobią się większe, aż skończy się na ogólnoustrojowym zakażeniu. Ostatnia rzecz, jakiej potrzebują Ukraińcy, to zachodnie opinie publiczne przekonane o bezsensowności stawiania oporu Rosji.

Rozmyślania o źródłach tego defetyzmu zostawiam na inną okoliczność. Dla czystości intencji dodam tylko, że za takimi postawami niekoniecznie musi stać rosyjska akcja dezinformacyjna. Że gros osób, werbalizując „dobre rady”, zwyczajnie lęka się o losy Ukrainy. Łatwo sobie wyobrazić skutki dramatycznej dysproporcji sił i trudno wówczas powstrzymać się przed myślą, że „trzeba ratować, co się da i przenieść obronę w bardziej dogodne miejsce”. Albo „w ogóle się poddać, skoro wynik i tak jest przesądzony”. Ostatecznie, „szkoda ludzi, których ofiara i tak zostanie zmarnowana”.

Wracając do sedna. Z tym 1:7 „samobója” strzelili sobie sami Ukraińcy (a konkretnie jeden z prezydenckich doradców). Nie wiem, z jakiego powodu dane dotyczące małego odcinka frontu, „rozciągnął” na obszar całego Donbasu. Z danych amerykańskiego wywiadu wynika, że w Ukrainie znajduje się w tej chwili 110 batalionowych grup bojowych (BGB) armii rosyjskiej. Licząc „po pełnych stanach”, to jakieś 100 tys. żołnierzy. Realnie jest ich więcej (około 150 tys.), jeśli uwzględnimy formacje niezaangażowane w walkę. 80 proc. tych sił skupionych jest na donbaskim teatrze działań, co daje nam 80 tys. (lub jak kto woli 120 tys.) wojskowych. Zakładając prawdziwość relacji 1:7, wyszłoby nam, że naprzeciw tej masy wojska stoi nieco ponad 11 tys. obrońców (17 tys. z tyłami). To absurd i parafrazując „klasyka” – niemożliwa-niemożliwość. Gdyby front na wschodzie Ukrainy trzymały tak skromne siły, Rosjanie już dawno paradowaliby w Kijowie. I Lwowie.

Ale to wcale nie znaczy, że proporcja jeden do siedmiu jest wymysłem.

Nim wyjaśnię o co chodzi, pozwolę sobie zauważyć, że pozornych paradoksów dotyczących wojskowych statystyk jest w tej wojnie więcej. Bo spójrzmy na dane wyjściowe, sprzed 24 lutego, z których wynikało, że Rosja dysponuje niemal 900-tysięczną armią, Ukraina zaś miała pod bronią ćwierć miliona wojskowych. W teorii to przewaga wystarczająca do pokonania przeciwnika, ale… Ale do „operacji specjalnej” Kreml delegował 200 tys. ludzi, co z kolei oznacza dominację obrońców. Tym większą, że już w pierwszym tygodniu wojny powołali pod broń kolejne 100 tys. osób. A mimo to na głównych kierunkach natarcia to Rosjanie mieli przewagę. Dziś też tak jest, choć Ukraina powiększyła liczebność sił zbrojnych do… 700 tys. (a niebawem może to być nawet milion ludzi). Zatem niemal zrównała się z Rosją, a niewykluczone, że ją prześcignie.

Rosyjskie dowództwo – po utracie 30 tys. ludzi (zabitych, rannych, wziętych do niewoli i zaginionych) – ma obecnie mniej żołnierzy niż przed trzema miesiącami. Składy osobowe wykrwawionych jednostek zostały częściowo uzupełnione, ale zwykle do poziomu 70-kilku-80-kilku proc. A przecież wojska u nich mnogo… Otóż nie. Pisałem już o tym, więc jedynie krótko przypomnę: Rosja to gigantyczny kraj, a jej przywództwo przekonane jest o konieczności ochrony rozległych granic. Przede wszystkim na zachodzie (przed NATO) i na Dalekim Wschodzie (przed Chinami) oraz na Kaukazie, skąd w każdej chwili może wyjść kolejna rebelia. Powierzchnia Rosji i jej położenie wymuszają posiadanie licznych jednostek obrony przeciwlotniczej, sił powietrznych i marynarki. A budżet nie jest z gumy, zaś społeczeństwo w koszmarnym demograficznym kryzysie. W efekcie wojska lądowe to ćwierć miliona ludzi, a z ekspedycyjną „nóżką” armii – oddziałami powietrznodesantowymi – nieco ponad 300 tys. I w obrębie tego rezerwuaru mogą się poruszać generałowie dowodzący „operacją specjalną” (300-tysięczna Rosgwardia to wojsko II i III kategorii, siły strategiczne/jądrowe nie mają w Ukrainie zastosowania, flota i lotnictwo nie działają na lądzie), mając z tyłu głowy wspomnianą wcześniej konieczność ochrony granic (dlatego na przykład 30-tysięczny korpus stacjonujący w obwodzie kaliningradzkim wydaje się być nie do ruszenia).

Pozorne „bogactwo” tyczy się także sprzętu – najeźdźcy wytracili dotąd 30 proc. najnowszych czołgów, ale traktowane na poważnie zagrożenie ze strony NATO każe im trzymać w rezerwie istotną część maszyn najmłodszych roczników. Mówi się o połowie wszystkich najnowszych tanków, jakie znajdowały się na stanie armii rosyjskiej w lutym 2022 roku. Utrata większości możliwych do użycia „nówek” skutkuje przywracaniem do służby 50-letnich czołgów T-62. Można się w tym miejscu zastanowić, czy rosyjskie kalkulacje mają sens (bo przecież NATO nie uderzy…), ale „kozła nie przekonasz, Kreml swoje wie”. A generałowie są zdania, że choć załogi T-62 w starciu z regularnymi oddziałami armii ukraińskiej nie będą miały wielkich szans, to po oddziałach obrony terytorialnej, szczególnie w masowym ataku, przejadą jak po polu kapusty.

Wróćmy jednak do zestawień osobowych. W podobnej sytuacji, jak siły zbrojne Federacji Rosyjskiej, znajduje się ukraińska armia. Północna, wschodnia i południowa granica kraju to „strefa czerwona” – teren obecnego, przeszłego i potencjalnie przyszłego frontu. Mimo wygranej w bitwie o Kijów, stolica wciąż musi być chroniona na wypadek kolejnego rosyjskiego ataku; to samo tyczy się Charkowa i okolic. Mimo wymyków Aleksandra Łukaszenki, nadal istnieje możliwość rosyjskiego, a nawet rosyjsko-białoruskiego natarcia w kierunku zachodnich obwodów kraju. Nie da się wykluczyć ryzyka ataku na Odessę – z morza, czy w ramach operacji powietrzno-desantowej. Podejmowanie transportów broni i amunicji z Zachodu to skomplikowana, angażująca duże siły i środki operacja wojskowa. Zagrożenie dywersją dotyczy całości kraju, obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa także nie może się koncentrować w jednym miejscu (choć uczciwie trzeba zauważyć, że jej priorytetem pozostaje bezpieczeństwo stolicy). No i są jeszcze jednostki rezerwy, w trakcie formowania, szkolenia, w odpoczynku; to w tej chwili większość ukraińskich sił zbrojnych. Front to tylko jeden z kilku teatrów działań – nie znam dokładnych danych, ale w oparciu o szczątkowe informacje sądzę, że angażujący około 100 tys. ukraińskich żołnierzy jednocześnie. Innymi słowy, mniej więcej tyle samo, ilu Rosjan.

Ale nie ma tu równowagi, bo agresorzy dysponują większą ilością ciężkiego sprzętu oraz wspiera ich liczniejsze lotnictwo. To jednak za mało, by prowadzić zdecydowanie zwycięską kampanię. Obie strony są zbyt silne, by je pokonać i zbyt słabe, by zwyciężyć. Klasyczny pat, z którego istnieją dwa wyjścia. Pierwsze, czyli zbudowanie kilkukrotnej przewagi w wymiarze strategicznym. Rosyjskie luzy mobilizacyjne to w tej chwili jakieś 50-70 tys. przyzwoitego wojska – co nie starczyłoby nawet na podwojenie sił inwazyjnych. Ukraińcy mogliby swoje siły w Donbasie potroić, ale tym samym wystawiliby na ryzyko inne części kraju. No i, obawiam się, wciąż byłby kłopot z odpowiednim wyekwipowaniem tak licznych oddziałów; ta wojna brutalnie rewiduje ilościowe paradygmaty dotyczące wojska, pokazuje, że liczy się jakość, nie masa. Oba dowództwa – i rosyjskie, i ukraińskie – działają w warunkach „gospodarki niedoboru”, gdzie przedmiotem trudnej do osiągnięcia równowagi są nie tylko zasoby ludzkie, sprzętowe, ale i informacja. Wyobraźmy sobie, że Ukraińcy podejmują ryzyko i 25-tysięczny kontyngent w dużej mierze elitarnych jednostek strzegących Kijowa posyłają na wschód. W tym czasie Rosjanie, angażując 20-30-tysięczne siły zgromadzone w Białorusi (które wciąż tam są) przypuszczają atak na stolicę. Co, gdyby im się udało? Kijów to nie cała Ukraina, lecz o losach wojen często decydowały sukcesy niekoniecznie efektywne z operacyjnego punktu widzenia, ale o dramatycznej „mocy symbolicznej”.

Oczywiście, takich manewrów nie da się przeprowadzić z dnia na dzień, ale efekt zaskoczenia w działaniach o dużym rozmachu zwykle rozciąga się na wiele dni. Gdyby jedna strona wiedziała, co planuje druga, można by uniknąć tego szachowania. No ale to sytuacja mało realna – generałowie nie umawiają się na „ustawki”. Pozostaje więc wyjście numer dwa, czyli próby zbudowania lokalnych przewag – a choćby i siedem do jednego – z nadzieją, że uda się w takich miejscach rozerwać obronę przeciwnika. Rosjanie „badają” w ten sposób front od początku bitwy o Donbas – ostatnio w okolicach Siewierodoniecka. Działają w oparciu o dwa porządki – propagandowy i czysto wojskowy, operacyjny. Stąd ich determinacja, by zdobyć miasto (bo jakąś zdobyczą w końcu muszą się pochwalić), ale też przede wszystkim, by zniszczyć zgromadzone tam ukraińskie siły. Czy dopną swego? Pod Izjumem im nie wyszło, wcześniej zaprzestali presji na Charków. W worku między Siewierodonieckiem a Popasną nadal nie odpuszczają, ale…

Ale dziś pojawiło się sporo informacji o tym, że Rosjanie przerzucają większe siły na południowy odcinek frontu, w okolice Zaporoża i Chersonia. Kosztem Donbasu.

—–

Nz. Ukraińska artyleria/fot. Siły Zbrojne Ukrainy.

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Czołgi

Jestem po arcyciekawej rozmowie z moim najważniejszym źródłem po stronie ukraińskiej. Pogadaliśmy, gdyż przygotowuję się do napisania tekstu na temat zastosowania nowych technologii w toczącym się konflikcie. To robota „na zaś”, a już dziś chciałbym się z Wami podzielić ciekawą informacją. Ufam swojemu rozmówcy, ale gwoli uczciwości zastrzegam, że nie robiłem jeszcze krzyżowej weryfikacji. O jakie dane chodzi? Otóż w pierwszym miesiącu wojny używane przez Ukraińców przenośne wyrzutnie przeciwpancerne odpowiadały za 50 proc. strat sprzętowych, zadanych rosyjskim wojskom pancernym. Dziś udział zniszczonych w taki sposób czołgów spadł do 30 proc. Kolejne 30 proc. strat to efekt pojedynków pancernych (czołg-czołg – tu bez zmian w odniesieniu do wspomnianego okresu), następne 30 przypisuje się działaniu artylerii. Pozostałe 10 proc. idzie na konto lotnictwa, także tego bezzałogowego (w pierwszym miesiącu artyleria odegrała marginalną rolę w niszczeniu sprzętu pancernego, „brakujące” 20 proc. niemal w całości dotyczyło maszyn rażonych z powietrza).

Co nam to mówi o toczonej teraz głównie w Donbasie wojnie? Kilka rzeczy.

Po pierwsze, skończyła się definitywnie „romantyczna” faza konfliktu, w której lekka piechota polowała na rosyjskie kolumny niczym myśliwi na stada ociężałych zwierząt. Dziś starcia angażują rozmaite rodzaje broni po obu stronach, na znaczeniu stracił element zaskoczenia, decydujący o taktycznej przewadze Ukraińców (piechocie najłatwiej zniszczyć czołg w zasadzce, z ukrycia);

Po drugie, Bayraktary w dużej mierze już „wyszły”. Chyba że z jakichś innych powodów dowództwo sił zbrojnych Ukrainy ogranicza użycie uzbrojonych bezzałogowców na donbaskim teatrze działań. Możliwe, że jest to skutek lepszej ochrony przeciwlotniczej rosyjskich oddziałów – ostatecznie wojskom inwazyjnym towarzyszy cała gama takiego uzbrojenia, a po bolesnych doświadczeniach spod Kijowa, Rosjanie wiedzą już, jak efektywniej się chronić. Z drugiej strony, dociera do nas coraz więcej informacji o operacjach lotniczych w wykonaniu tradycyjnego (załogowego) ukraińskiego lotnictwa. Wiadomo o stosunkowo licznych misjach bezpośredniego wsparcia walczących na ziemi oddziałów, wykonywanych przez samoloty i śmigłowce szturmowe – maszyny znacznie bardziej narażone na zestrzelenie niż drony. Tak czy inaczej, zejście na drugi plan uzbrojonych bezpilotowców wcale nie oznacza, że drony przestały się liczyć. Jest zupełnie na odwrót. To one – w wersjach obserwacyjnych/rozpoznawczych – w istotnej mierze wpływają na skuteczność ukraińskiej artylerii. Odpowiednio naprowadzane lufy „wiedzą” dokąd posłać ogień.

Po trzecie, ukraińskie siły powietrzne, których rzekomo już dawno nie ma, wciąż działają, dowodząc z jednej strony słabości rosyjskiego lotnictwa (które nie wywalczyło sobie „czystego nieba”) oraz rozpoznania (agresor nie potrafi zniszczyć samolotów przeciwnika na ziemi), z drugiej zaś, niesamowitych umiejętności organizacyjnych i taktycznych personelu ukraińskiego (działanie w rozproszeniu, ze stale zmieniających się polowych baz, w oparciu o techniki lotu utrudniające lokalizację i trafienie – to składowe tych kompetencji). Na podstawie innych danych obserwuję wręcz „przebudzenie” ukraińskiego lotnictwa – niewykluczone, że to efekt dostaw sprzętu (amunicji lotniczej i, przede wszystkim, części zamiennych pozwalających na odtwarzanie zdolności bojowych).

Po czwarte, rosnący udział artylerii w niszczeniu najważniejszego elementu rosyjskiego walca, jakim jest czołg-w-swej-masie, wyznacza kierunek zachodniej pomocy. Mocno artyleryjski charakter bitwy o Donbas oznacza, że do Ukrainy powinny trafić kolejne „lufy” – zarówno holowane, jak i samobieżne. Artyleria winna być jednym z głównych obszarów budowania przewagi jakościowej armii ukraińskiej nad rosyjską. Zatem wspomnianym „lufom” musi towarzyszyć odpowiednia liczba radarów pola walki i dronów, będących „oczyma” artylerzystów. Wbrew potocznym opiniom, zachodnie działa nie są lepsze od rosyjskich/sowieckich za sprawą większej donośności (Rosjanie mają broń o podobnych parametrach). O ich klasie decydują wspomniane „oczy”, „inteligentna” samonaprowadzająca się amunicja (na przykład pociski Excalibur, wysyłane do Ukrainy przez Kanadę) oraz wyższa mobilność/manewrowość (na przykład słynne już amerykańskie haubice M777, których ponad setka trafiła na wschód, jakkolwiek są „tradycyjne”, bo holowane, są zarazem wyjątkowo lekkie, co umożliwia ich szybkie dyslokowanie). Rzecz jasna – ale to dotyczy wszystkich rodzajów broni – istotny jest także poziom wykonania. Sowiecka/rosyjska bylejakość seryjnej produkcji wprost przekłada się na żywotność uzbrojenia. Stąd postulat docelowej maksymalnej westernizacji armii ukraińskiej.

Po piąte, wbrew dziwacznym teoriom kryjącym się pod hasłem „armii nowego wzoru”, wojna w Ukrainie po raz kolejny udowadnia, że czołg to nie tylko broń ofensywna, ale i defensywna. Tanki można razić z powietrza, można niszczyć z ręcznych wyrzutni, ale niemniej efektywnym środkiem pozostaje inny czołg. Z zacytowanych danych jasno wynika, że rosyjska pancerna kosa szczerbi się także (ufam, że w końcu złamie…) o ukraiński pancerny kamień. I teraz wyobraźmy sobie, że Ukraińcy swoich czołgów nie mają. Z tej perspektywy patrząc, Polska – posyłając do Ukrainy ponad 200 maszyn – w istotny sposób wzmocniła potencjał ukraińskiej armii.

I to na razie tyle – wrócę jeszcze do tematu w kolejnych dniach.

Nz. Rosjanie przywracają do służby 40-paroletnie czołgi T-62, co oznacza, że coraz bardziej krucho u nich z zapasami sprawnego i (w miarę) nowoczesnego sprzętu…/fot. ilustracyjne za: Mikolaj Susujew

A jeśli chcesz mnie wesprzeć w dalszym pisaniu:

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Zasoby

Rosyjskie rakiety spadają dziś na ukraińskie węzły kolejowe. Jeśli coś w tym zaskakuje, to fakt, że Rosjanie wzięli się za tego rodzaju akcje po dłuższej przerwie, a i tak czynią to w zakresie, który trudno nazwać masowym. Ku wściekłości telewizyjnych ekspertów, chadzających na pasku Kremla, którzy nie mogą zrozumieć – i dają temu wyraz na wizji – „dlaczego armia tak cacka się z Ukrainą!?”. „Przecież przez te węzły idzie zachodnia pomoc!”, grzmią, świadomi, że pozycja eksperta w państwowej telewizji pozwala na łajanie generalicji (byle nie po nazwisku!). Tak putinowcy budują pośród zwykłych Rosjan przekonanie, że niepowodzenia w Ukrainie wynikają z samoograniczającego się charakteru „operacji specjalnej”, co zostawia furtkę dla argumentacji typu „ale jak już NAPRAWDĘ zaczniemy…”. Jednocześnie w takich okolicznościach Kreml tworzy dodatkową presję na wojskowych („widzicie, co o was mówią w telewizji…?”), dopingując ich do bardziej zdecydowanych działań.

Rzecz w tym, że generałowie (zwykle) głupi nie są – i nie trzeba im porad czy drwin. Mają za to związane ręce. Bo po pierwsze, Ukraińcy wykazują się niesamowitą determinacją, jeśli idzie o odbudowę uszkodzonej infrastruktury transportowej. Zniszczone węzły kolejowe reaktywowane są w ekspresowym tempie (tak samo zresztą jak uszkodzona infrastruktura komunalna; służby miejskie robią wszystko, by jak najszybciej przywracać dostawy energii i podstawowych usług). Po drugie, w rosyjskim arsenale rakietowym na dobre rozhulał się wiatr. O brakach w rakietach i pociskach manewrujących, zdolnych do precyzyjnych rażeń dużych obiektów z dużej odległości, najlepiej świadczy fakt, że armia najeźdźcza zaczęła używać pocisków morskich do ataków na cele lądowe. Odpowiedników słynnych ukraińskich Neptunów, zaprojektowanych do odnalezienia i trafienia poruszających się po wodzie obiektów. Amunicja tego typu jest znacznie droższa od Iskanderów czy Kalibrów, które lecą „po sznurku”; fakt, iż cel się nie przemieszcza, eliminuje konieczność zainstalowania dodatkowych, kosztownych systemów celowniczych/manewrujących. Teoretycznie Rosjanie mają wszystko, żeby uzupełnić magazyny i nie strzelać z arcydrogich rakiet, w praktyce wygląda to dużo gorzej. Cała elektronika tych systemów uzbrojenia jest bowiem zachodnia i w tym momencie niedostępna z uwagi na sankcje. Rosjanie zatem nie są w stanie odtworzyć zapasów „inteligentnej amunicji”, a tym, co mają, gospodarzą oszczędnie. Co ostatecznie i tak zmusza ich do rozrzutności, gdy warta kilka milionów dolarów rakieta, z mniejszą niżby tego wymagały okoliczności głowicą (bo wspomniane dodatkowe oprzyrządowanie pakuje się do kadłuba kosztem wielkości ładunku bojowego), niszczy rampę i skupisko torów o wielokrotnie niższej wartości. I to niszczy na kilkanaście-kilkadziesiąt godzin, potrzebnych ekipom remontowym na odbudowę uszkodzonego węzła. Krew w piach.

Dużo większe efekty mogą przynieść ataki na obiekty cywilne, bo dają nadzieję na złamanie woli oporu obrońców – kalkulują rosyjscy dowódcy. Rażona rakietami Odessa to najnowszy przykład tego typu zbrodniczych założeń.

I tylko Ukraińcy ani myślą się poddać. Co więcej, właśnie realizują zapowiadaną natowskim partnerom już jakiś czas temu strategię „podpalania Rosji”. Nie wiem, czy wysiłki białoruskich „kolejowych partyzantów” – którym udało się mocno pokrzyżować rosyjskie plany wykorzystania białoruskich kolei do przerzutu wojska – były w jakiś sposób koordynowane z Kijowa. W mojej ocenie mieliśmy tu do czynienia z „braterskim wsparciem” dla Ukraińców ze strony lokalnych przeciwników Putina i Łukaszenki. Ale za tym, co od kilku dni dzieje się w Rosji, bez wątpienia stoją sami Ukraińcy. Pożary w instytucjach naukowych pracujących na rzecz armii, ataki na mosty i wreszcie płonące składy paliw i amunicji (jak dziś w Briańsku), to efekty twardych kinetycznych uderzeń (ataków lotniczych/rakietowych) oraz bardziej skrytych działań grup dywersyjnych. Ukraińcy mają w prowadzeniu takich operacji spore doświadczenie – SBU nauczyła się ich w Donbasie, na terytoriach okupowanych po 2014 roku. Przez niemal osiem lat tak, jak „znikali” donbascy zdrajcy i dowódcy lokalnych milicji, tak „znikały” ważne elementy infrastruktury, niezbędne do prowadzenia wojny (mosty, magazyny broni itp.). Rosja – z jej koszmarną korupcją, bylejakością wykonania strategicznych dla państwa instalacji oraz całym kontekstem kulturowym (język, powiązania rodzinne) – jest dla ukraińskich sabotażystów idealnym miejscem do działań. Szczególnie, że Rosjanie wykazują się wyjątkową nonszalancją. Kluczowych obiektów znajdujących się w promieniu do 120-150 km od granicy nie strzegą przeciwlotnicze systemy obronne, a w miejsce oddziałów wojsk wewnętrznych, wysłanych do Ukrainy, nie dotarły uzupełnienia z głębi kraju. Oczywiście, poza nonszalancją może to też być kolejny dowód na „krótką kołderkę” rosyjskich sił zbrojnych.

Których siły specjalne właściwie w ukraińskiej wojnie nie istnieją. Na początku inwazji mówiło się o spec-komandzie przerzuconym do Kijowa z zadaniem pojmania ukraińskiego prezydenta. Błędnie identyfikowano ów zespół jako oddział najemnych wagnerowców (po prawdzie – biorąc pod uwagę powiązania między wywiadem wojskowym GRU a Grupą Wagnera – nie było w tym wielkiego nadużycia). Ukraińcy z kolei ostrzegali NATO przed atakami rosyjskich „specjalsów” na centra logistyczne i kanały przerzutowe dla sprzętu płynącego do Ukrainy. Chodziło tu o działania dywersyjne, nie pod własną flagą, na terytorium Rumunii, Słowacji, ale przede wszystkim Polski. Jak na razie do żadnych „wypadków” nie doszło, co każe wierzyć w odpowiednie zabezpieczenie dostaw, skutkujące bezsilnością Rosjan.

I skoro o dostawach mowa – jest tego tyle, że Ukraińcy mają ogromne szanse na przetrzebienie Rosjan i odebranie im inicjatywy strategicznej. Ale nie wpadajmy w nadmierny entuzjazm. Setka naszych T-72, odpowiednio apgrejdowanych przez Ukraińców – wraz z całą masą innego ciężkiego uzbrojenia, które jest już albo na miejscu, albo w drodze – rozstrzygnie pierwszą bitwę o Donbas. I zapewne nie przetrwa do kolejnej. Wojna na wschodzie jest konfliktem niezwykle materiałochłonnym („front przetrawi wszystko”, mawia mój kolega). Rosjanie – jeśli teraz nie dojdzie do istotnego przełomu – za dwa-trzy tygodnie nie będą mieli już dość sił, żeby atakować. Ale Putin nie sprawia wrażenia gotowego do rozmów pokojowych, orki zatem najpewniej się okopią na zajętych pozycjach, a w kraju będą zbierały siły do kolejnego, dużo potężniejszego uderzenia. Do drugiej bitwy o Donbas, latem bądź na początku jesieni. Masowa mobilizacja i równie masowe czyszczenie magazynów ze sprzętu, który będzie się jeszcze nadawał do użycia – oto rosyjskie sposoby na zbudowanie przewagi. Ilościowej, bo o jakości nie będzie tu mowy. Ukraińcy tak zasobnych magazynów nie mają, a wytraconego sprzętu – za miesiąc czy dwa – nie da się już uzupełnić poradzieckim, stanowiącym dotąd podstawę w ukraińskiej armii. Nie da się, gdyż nie będzie już czym i skąd. Dlatego coś, co wciąż jest dla nas nowością i co w gruncie rzeczy nie ma jeszcze charakteru zjawiska masowego – dostawy ciężkiej broni zachodnich producentów – musi się wkrótce stać oczywistą oczywistością. Bez której Ukraina nie przetrwa.

—–

Nz. Płonący dziś w środku nocy rosyjski Briańsk/fot. klatka z filmu udostępnionego przez Ukraińską Prawdę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to