Koncentracja

Władimir Putin uderza w najwyższe tony – mówi o bezpośrednim zagrożeniu serca Rosji. „NATO mogłoby wykorzystać ukraińskie terytorium do rozmieszczenia pocisków zdolnych dosięgnąć Moskwę w ciągu pięciu minut”, złowieszczy. A więc rakiety, choć wiadomo, że one stanowią tylko początek działań wojennych. Wątku ewentualnej eskalacji rosyjski prezydent nie rozwija celowo – i nie chodzi o to, że w jego ocenie atak lądowy z terenu Ukrainy jest niemożliwy. Putin po prostu unika wstydliwych nawiązań do czeczeńskich rajdów na Moskwę, z których jeden, w 2002 r., zakończył się masakrą w teatrze na Dubrowce, obnażając iluzoryczny charakter „zapór bezpieczeństwa” chroniących stolicę od południa. Nie zmienia to faktu, że koncepcja Ukrainy (i Kaukazu, patrząc dalej na wschód) jako „miękkiego podbrzusza Federacji”, jest istotnym elementem rosyjskiej kultury strategicznej. Mówiąc wprost, 500-600 km dzielących Charków, Sumy czy Szostki od Moskwy to za mało, by pozwolić Ukraińcom na pełne samowładztwo. Tak myślą rosyjskie elity i znaczna część społeczeństwa. I na tym opiera się wewnętrzna legitymizacja działań Kremla wobec Kijowa. Wspiera je niezmienne, mimo upadku ZSRR, przekonanie Rosjan, że NATO to wróg ich ojczyzny, co ukraiński „romans” z Zachodem czyni nieakceptowalnym. Putin zatem – wbrew opiniom części analityków – wcale nie musi się obawiać reakcji własnego społeczeństwa, jeśli zdecyduje się ruszyć na Ukrainę. Ale czy naprawdę zamierza to zrobić?

– Skuteczne zastraszanie zawsze opiera się na wiarygodnych fundamentach, bo inaczej nikt Rosji nie uwierzy – zwraca uwagę gen. Bogusław Pacek, dyrektor Instytutu Bezpieczeństwa i Rozwoju Międzynarodowego. – Putin musi wysłać w świat klarowny przekaz: „Jesteśmy gotowi na wojnę, a wy, potencjalni sojusznicy Ukrainy, zastanówcie się, czy chcecie za nią ginąć”.

Przerzut bez udziału kamer

Pierwsze doniesienia o poważnej koncentracji Rosjan pochodzą z połowy listopada br. Kyryło Budanow, generał ukraińskiego wywiadu wojskowego, powiedział wówczas amerykańskiemu portalowi „Military Times”, że Rosja przygotowuje inwazję na Ukrainę na początku 2022 r. Wydawało się, że to kolejna z licznych katastroficznych zapowiedzi, składanych przez urzędników z Kijowa, niekoniecznie znajdujących pokrycie w faktach. Lecz niebawem w identycznym tonie zaczęli wypowiadać się przedstawiciele zachodnich rządów, z prezydentem USA Joe Bidenem na czele. Na dowód prezentując dane satelitarne, z których jasno wynikało, że coś się szykuje. Ostatecznie liczebność kontyngentu oszacowano na ponad 100 tys. (wedle „Washington Post”, który powołuje się na źródła w CIA, może to być nawet 175 tys. wojskowych), lokalizując silne zgrupowania wojsk pancernych, artylerii, lotnictwa oraz – co wywołało szczególne zaniepokojenie – rozwinięte komponenty logistyczne. Gdy wiosną tego roku Kreml posłał nad granice z Ukrainą 100 tys. żołnierzy, towarzyszyła im mocno ograniczona logistyka, za mała do przeprowadzenia operacji zaczepnej. Kolejnym novum był skryty charakter operacji – wiosenną koncentrację Rosjanie przeprowadzili „na pokaz”, w świetle kamer i aparatów. Tym razem przerzut jednostek odbył się skrycie. Amerykanie zaobserwowali ruchy wojska w październiku, w listopadzie poinformowali o nich sojuszników i Ukraińców. Wówczas w miejscach dyslokacji stacjonowało już ponad 90 tys. rosyjskich żołnierzy.

Moskwa najpierw nabrała wody w usta, jak zwykle zapewniając, że chodzi tylko o ćwiczenia, i że Rosja ma prawo przemieszczać wojska gdzie chce w obrębie Federacji. Później Kreml zmienił narrację i ustami Siergieja Ławrowa, ministra spraw zagranicznych, wskazał Ukrainę jako winną eskalacji napięcia. „Kijów szykuje się do zintensyfikowania wojny na wschodzie kraju”, twierdził Ławrow, sugerując, że Moskwa nie pozwoli skrzywdzić prorosyjskich separatystów. Maski spadły kilkanaście dni temu, gdy głos zabrał sam Putin. Z jego słów wynikało, że Kreml oczekuje wycofania się Zachodu ze współpracy militarnej i wsparcia politycznego dla Ukrainy. Że celem Kremla jest również stworzenie strefy buforowej na tzw. wschodniej flance NATO. Ów bufor miałby być „wolny” od istotnych sił i systemów uzbrojenia Sojuszu.

– Rosja nigdy nie pogodziła się z utratą pozycji mocarstwa po rozpadzie ZSRR – mówi gen. Pacek. – Od kilkunastu lat próbuje wrócić do gry, w coraz mniej zakamuflowany sposób definiując strefy swoich wpływów i interesów. W tej drugiej mieszczą się dawne demoludy, państwa kulturowo zbyt różne od Rosji, by mogły być częścią „rosyjskiego świata”. Moskwa dąży więc do zawieszenia ich w polityczno-militarnej próżni, gdzieś między Zachodem a Wschodem. W skład strefy wpływów wchodzą dawne poradzieckie republiki, a więc i Ukraina. Ostatecznie strefa ta wcale nie musi zostać włączona do terytorium Federacji Rosyjskiej – Moskwa ćwiczy to obecnie na Białorusi. Celem jest możliwie najbliższa integracja przede wszystkim w obszarze obronności. Zwróćmy uwagę, że de facto nie ma już prawie armii białoruskiej, bo jest ona częścią systemu wojsk rosyjskich. W ocenie Kremla, taki sam los powinien stać się udziałem Ukrainy.

Chiński priorytet USA

Zdaniem Bogusława Packa, rosyjskie władze dobrze z ich punktu widzenia wybrały termin rozgrywki.

– Ukraina, mimo usilnych zabiegów dyplomacji, nie uzyskała gwarancji przyjęcia do NATO czy Unii Europejskiej – przypomina mój rozmówca. – Nie padły nawet symboliczne deklaracje. Oczywiście, niektóre kraje Sojuszu dość intensywnie szkolą ukraińską armię, a Stany Zjednoczone dostarczają sporo wojskowego sprzętu, ale dla Ukraińców to połowiczne, mocno niesatysfakcjonujące rozwiązanie. Wywołuje ono wręcz falę rozgoryczenia, która przechodzi obecnie przez Ukrainę. Dodajmy do tego fatalną sytuację gospodarczą. Kraj po 2014 r. stał się jednym z najbiedniejszych państw Europy. W tej chwili, gdyby nie Międzynarodowy Fundusz Walutowy i pożyczki płynące z Zachodu, byłoby fatalnie. Kondycja państwa to jedno – bieda, inflacja i korupcja dożynają przeciętnego obywatela. Zaraz po 2014 r. Ukraińcy gotowi byli na wielkie wyrzeczenia. Niosły ich prozachodniość i antyrosyjskość. Dzisiaj są zdecydowanie mniej prozachodni i jest w nich więcej wątpliwości co do relacji z Moskwą. Coraz częściej pojawiają się opinie, że „skoro Zachód ma nas gdzieś, może lepiej dogadać się z Rosją?”. Przynajmniej gaz znów popłynie jak dawniej.

Takie postawy i fakty z pewnością osłabiają morale ukraińskiego społeczeństwa i armii. Ale Putin ma więcej atutów. Najważniejszym jest gaz, którego Europa będzie potrzebować jeszcze przez co najmniej 20-30 lat. Konieczność pozyskiwania tej kopaliny z Rosji znacznie ogranicza możliwości Niemiec, wiodącego państwa UE. Berlin nie postawi na szali własnego bezpieczeństwa energetycznego, a Niemcy „nie będą marzli za Ukrainę”.

Lecz w tej rozgrywce, po stronie Zachodu, to nie Niemcy, a Stany Zjednoczone mają najwięcej do powiedzenia.

– Putin zdaje sobie sprawę, że priorytetem dla USA są Chiny – mówi gen. Pacek. – W tej chwili sprawdza, ile może ugrać. Ile Europy Ameryka jest w stanie oddać, by móc bardziej zaangażować się na Dalekim Wschodzie.

Amerykańskie deklaracje, zapowiadające dotkliwe retorsje w razie rosyjskiego ataku, pojawiały się już wcześniej, chociażby z ust Antony’ego Blinkena, sekretarza stanu USA. Powtórzył je Joe Biden, który 7 grudnia rozmawiał z Władimirem Putinem podczas specjalnej telekonferencji. Biały Dom podsumował wirtualne spotkanie obu przywódców krótkim komunikatem: „Prezydent (…) wyraził głębokie zaniepokojenie Stanów Zjednoczonych i europejskich sojuszników koncentracją rosyjskich sił wokół Ukrainy. Jasno przekazał, że USA i sojusznicy odpowiedzą silnymi sankcjami gospodarczymi oraz innymi środkami w przypadku militarnej eskalacji”. Chodzi m.in. o odcięcie Rosji od międzynarodowego systemu bankowego SWIFT oraz inne restrykcje godzące w rosyjski system finansowy. Na stole jest również opcja zamrożenia biliona dolarów rosyjskich oligarchów, zdeponowanego w zachodnich bankach. Ponadto USA miałyby w razie inwazji wzmocnić wschodnią flankę NATO i wesprzeć ukraińskie wojsko dostawami uzbrojenia. Czy takie groźby powstrzymają Putina?

– Rosja nie chce wywoływać konfliktu, choć sygnały, że jest na niego gotowa, traktowałbym poważnie – twierdzi Bogusław Pacek. – Oczywiście „nigdy nie mów nigdy”, ale w mojej ocenie, jeśli do wojny dojdzie, to za kilka lat. Przy założeniu, że będzie to konflikt przesądzający, gdy Kreml uzna, że innej drogi nie ma. Dziś inwazja miałaby sens tylko wtedy, gdyby Moskwie udało się zainstalować w Kijowie przychylny jej rząd. A na to – mimo defetystycznych nastrojów części ukraińskiego społeczeństwa – nie ma dużych szans. Ale kto wie, co będzie za te kilka lat. W jakiej sytuacji gospodarczej znajdzie się Rosja, w jakiej Ukraina. Kto i jak poprowadzi Zachód, w jakiej kondycji będzie NATO. Zmiennych jest wiele, ale jedno można powiedzieć z całą pewnością – nie będzie to konflikt zapowiadany tygodniami. Rosjanie zrobią to, co zwykle doskonale im wychodzi – uderzą znienacka.

—–

Nz. Zniszczony czołg donbaskich separatystów. Piski, lato 2015 r./fot. własne

Tekst opublikowałem w Tygodniku Przegląd, 51/2021

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Głowa

To nie będzie przyjemny wpis – wrażliwcom odradzam czytanie.

Historia wydarzyła się latem 2015 roku, na wschodzie Ukrainy. Byłem wówczas na froncie, w towarzystwie żołnierzy armii rządowej. Lipcowy wieczór przyniósł ulgę po potwornie gorącym dniu; gorącym nie tylko z powodu upału, ale też kilku wymian ognia. Pragnąłem nocy jak rzadko kiedy, solidnie umęczony nadmiarem zdarzeń. „Trzy-cztery godziny snu” – marzyłem. Zwłaszcza że kończył się drugi tydzień mojego pobytu na Ukrainie, a każdy z takich wyjazdów upływał pod znakiem koszmarnego niedospania.

Późnym wieczorem (ściemniało się już), wyszedłem z dwoma żołnierzami do okopów na pierwszej linii. Chłopcy mieli zluzować czujkę, ja postanowiłem im potowarzyszyć. Nie wróciłem ze starą zmianą. „Posiedzę trochę z wami” – zapowiedziałem.

Niewiele później ze stanowiska obok odezwała się „deeszka” – ciężki karabin maszynowy. Strzelec grzał po budynku szkoły, oddalonym od nas o 200-250 metrów. Później dowiedziałem się, że dojrzał na dachu rozkładających moździerz „separów”. I że ich przepłoszył (czytaj: najpewniej zabił). Musiał walić z amunicji zapalającej, bo tuż po tej wymianie ognia (tamta strona odpowiedziała), budynek placówki zaczął się palić.

Chciałem widzieć wszystko lepiej, znalazłem więc sobie mocno wysuniętą pozycję. Oglądałem potyczkę, potem jej skutki, a następnie… zasnąłem. Na stojaka, oparty jedynie o przedpiersie. Odcięło mnie niczym ludzika z reklamy Duracell po wyjęciu baterii. Nie wiem dokładnie na jak długo – maksymalnie na kilkanaście minut.

Obudził mnie świst – gdy zaraz po nim nastąpił wybuch moździerzowego granatu, byłem już przytomny. Zsunąłem się na dno okopu. Gdzieś nade mną, blisko, eksplodowało jeszcze kilka kolejnych pocisków.

I nagle coś upadło tuż obok mnie. Na wyciągnięcie ręki. W pierwszej chwili pomyślałem, że to granat, że zaraz łupnie – i że już po mnie. Nie łupnęło.

Złapałem to coś i niemal skręciło mnie z obrzydzenia. Nigdy nie dotykałem i nie widziałem czegoś tak okropnego. Jednocześnie wciąż trzymałem to w ręku, wpatrując się w… ludzkie oczy.

Po kilku sekundach odrzuciłem głowę poza okop. Niczym rzecz, cuchnący worek śmieci.

Na czworaka przekicałem do ziemianki, gdzie znalazłem chłopców z czujki. Gdy ogień ustał, wróciłem na tyły. A kilka dni później do domu, do normalnego życia. Wkrótce zapomniałem o głowie.

Zapomniałem o niej na tyle skutecznie, że z czasem sam uwierzyłem, że ta historia nigdy się nie wydarzyła. Było łatwiej, bo z nikim o tym nie rozmawiałem, wstydziłem się swojej reakcji. Tego, jak potraktowałem ludzkie ciało. Szczerze mówiąc, wciąż mierzę się z pokusą, by uznać, że coś mi się we łbie uroiło.

Dlaczego o tym wspominam? Wyparcie to jeden z mechanizmów obronnych naszego organizmu. Odcina nas od złych wspomnień, byśmy mogli dalej żyć. Lecz na dłuższą metę często okazuje się niewydolny. Bo dawne historie pracują w nieświadomości, a my mierzymy się z psychosomatami. Bo nie wyciągamy nauki z trudnych lekcji i znów pakujemy się w niefajne sytuacje.

Tych „bo” jest rzecz jasna więcej, ale dwa wymienione nam wystarczą. I świadomość, że ta refleksja rozciąga się również na całe społeczności. Grupy też wypierają sumy swoich indywidualnych doświadczeń. Wykreślają z historii niewygodne fakty, tym sposobem walcząc o dobro wspólnoty – jej jedność, poczucie dumy i wartości.

A teraz do rzeczy. Upamiętniamy dziś – w rocznicę wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz – ofiary Holocaustu. Potworniej niemieckiej zbrodni, która wydarzyła się kilkadziesiąt lat temu. W cieniu której i my, Polacy, dopuściliśmy niegodziwych czynów. Szmalcownictwa, powszechnej obojętności czy nierzadkiej nawet radości, że Niemcy załatwiają za nas „sprawę Żydów”. I wreszcie kradzieży żydowskiego mienia i powojennych pogromów na ocalałych.

Tych faktów przez dekady nie było w naszej historii. Wyparliśmy je i wciąż wypieramy, choć od początku obecnego wieku – za sprawą działalności naukowej odważnych ludzi – prawda wybija spod skorupy zafałszowanej świadomości. Nieustannie napotykając na opór, który okresowo – jak w czasach pisowskiej histeriozy – nawet się wzmaga, przybierając postać instytucjonalnej obrony „dobrego imienia”.

Powiedzmy sobie jasno – to nie my, Polacy, uruchomiliśmy nazistowską machinę zła. I nie my stanowiliśmy o jej skuteczności. Ale mieliśmy w niej swój udział. Używając historii z głową jako analogii – nie my doprowadziliśmy do wojny i do dekapitacji. Nie z naszego powodu przyleciał do nas ów pokaźny ludzki szczątek. Lecz to my go zbezcześciliśmy i na nas spada za to odpowiedzialność.

Póki sobie tego nie uświadomimy, póty nie będziemy zdrowi jako naród i społeczeństwo. I wciąż podatni na choróbska nacjonalizmu.

—–

Nz. autor, wschodnia Ukraina, lato 2015/fot. archiwum autora

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dystans

Od wczoraj już wiele razy zadawano mi pytanie: czy na Ukrainie wybuchnie wojna? W sieci z kolei – pełnej gorących komentarzy i opinii – co rusz czytam: a co to nas obchodzi? No więc uporządkujmy pewne sprawy.

Po pierwsze – wojna na Ukrainie trwa, od czterech lat. Zmieniła się tylko jej dynamika, ale na Donbasie wciąż giną ludzie. Dużo mniej niż jesienią 2014 roku czy zimą 2015, niemniej każdego dnia dochodzi tam do strzeleckich potyczek i artyleryjskich pojedynków, jak linia frontu długa i szeroka. W których cierpią nie tylko żołnierze obu stron, ale również ludność cywilna.

Po drugie – nieprawdą jest, że wczorajszy incydent na Morzu Azowskim to pierwszy tak otwarty akt rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Bo czym w takim razie była aneksja Krymu? Czym hasające po Donbasie batalionowe grupy bojowe armii rosyjskiej, które wkraczały do akcji zawsze wtedy, gdy separatystom z Doniecka czy Ługańska grunt się palił pod nogami?

Po trzecie – nie, nie przekształci się to w wielki konflikt. Nikomu na tym nie zależy. W pełnoskalowym starciu Rosja oczywiście pokona Ukrainę, ale okupacja tak wielkiego terytorium (a przynajmniej połowa Ukraińców nie pogodzi się z obecnością „Moskali”), jest ponad jej możliwości. Militarne i, przede wszystkim, ekonomiczne. Na Kremlu już dawno odrobiono lekcję afgańską (zaangażowanie armii radzieckiej w ten peryferyjny zdawałoby się konflikt było jedną z przyczyn implozji, po której rozpadł się Związek Radziecki). Ponadto Moskwa wraca do gry jako polityczny, liczący się na świecie podmiot; Putin nie pozwoli sobie na kolejną izolację. Rosjanie legitymizują jego reżim także dlatego, że daje im poczucie ważności w świecie. Z kolei Kijów ma świadomość, że prowokowanie Rosji do otwartej wojny to czyn w istocie samobójczy. Ukrainą rządzą dranie, ale nie idioci.

Po czwarte – to też i NASZA wojna. W wojskowej planistyce zakłada się najczarniejsze scenariusze – pójdźmy więc tym tropem. I zwróćmy uwagę, że mamy w Polsce ponad 2 miliony Ukraińców. Gdyby mimo wszystko na wschodzie doszło do eskalacji, naiwnością byłoby sądzić, że Rosjanie nie wykorzystają faktu tak licznej obecności ukraińskiej diaspory. Wykorzystają w sposób, który będzie miał nas, Polaków, pozbawić współczucia dla sytuacji Ukrainy i jej obywateli. Możesz Czytelniku dać upust swojej wyobraźni – Rosjanie raczej nie będą przebierać w środkach.

Po piąte – to także nasz problem z innego powodu. Rozmawiałem jakiś czas temu z jednym z generałów WP, który opowiedział mi o symulacji, jaką przeprowadzono po wybuchu wojny na wschodzie. Wynikało z niej, że w najczarniejszym scenariuszu Polska zostanie wręcz zadeptana przez tłumy uchodźców. Może ich być nawet 10 milionów. Biorąc pod uwagę antyuchodźcze nastroje panujące w całej Europie, najpewniej byłby to tylko nasz kłopot – nikt by Ukraińców dalej nie wpuścił. I teraz wyobraź sobie Czytelniku, co by się działo w kraju, który jest tak nieudolnie zarządzany jak Polska. Którego urzędnicy nie mają właściwie żadnego doświadczenia w radzeniu sobie z sytuacjami kryzysowymi, większymi niż wybuch gazu w jakiejś kamienicy. Odpowiadam – to byłaby katastrofa. Szczęściarz ten, kto znalazłby się wówczas na terenie oddanym pod zarząd jakiejś międzynarodowej organizacji – ONZ czy NATO.

A zatem – nie trywializujmy zagrożenia, jakie od wczoraj płynie ze wschodu. Nie cieszmy się też z ukraińskiego nieszczęścia (bo i na takie reakcje natknąłem się, przeglądając internet…). Ale i nie ulegajmy katastroficznym wizjom. Trzeba je mieć z tyłu głowy, utrzymując do nich odpowiedni dystans.

—–

Fot. Plaża nad Morzem Azowski, w miejscowości Szyrokino, latem 2015 roku przedzielonej linią frontu/fot. Darek Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to

„Krym”

Zimą i wiosną 2014 roku świat z napięciem śledził doniesienia z Krymu i wschodniej Ukrainy. Pamiętam nastroje panujące wówczas w Polsce, zwłaszcza na ścianie wschodniej. Baliśmy się, że „ruskie wejdą i do Polski”, a każdy rutynowy ruch naszego wojska – przejazd na ćwiczenia czy zwykły wymarsz na strzelnicę – wielu interpretowało jako przygotowania do wojny. Jednocześnie, uspokajani przez specjalistów, nieco kurczowo trzymaliśmy się myśli, że przecież u nas „nie ma bazy dla działalności zielonych ludzików”. Że nie mamy mniejszości rosyjskiej czy rosyjskojęzycznej, której interesów miałyby bronić oddziały Putina – uprzednio prowokując sytuacje, które byłby dla nich zagrożeniem.

Panika nie wybuchła, z wojną za miedzą nauczyliśmy się żyć. I nawet szaleniec Macierewicz nie był w stanie podkręcić naszych lęków. „Niech żyje zdolność adaptacji i racjonalizacji!” – chciałoby się rzec. Owszem, niech żyją, tyle że sytuacja w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno się zmieniła. Wspomniany strategiczny atut poszedł sobie bowiem w cholerę wraz z masowym napływem ukraińskiej migracji do Polski. Tak, ten milion czy nawet dwa miliony przybyszów zza wschodniej granicy jest dziś doskonałą bazą dla rosyjskiej aktywności.

Pozornie rzecz nie trzyma się kupy – przecież Ukraina jest w stanie wojny z Rosją, a Putin zrobił wszystko, by między zaprzyjaźnionymi niegdyś narodami wykopać głęboki rów. Dlaczego więc Ukraińcy mieliby wspierać destrukcyjne akcje Kremla? Już wyjaśniam.

Po pierwsze, Rosjanie do perfekcji opanowali umiejętność manipulowania działaniami tak jednostek, jak i całych społeczności. Zwłaszcza tam, gdzie mają ku temu odpowiednie zaplecze kulturowe. Diaspora ukraińska w Polsce jest w dużej mierze rosyjskojęzyczna i w całości wywodzi się z postsowieckiego uniwersum. Ponadto, antyrosyjskość nie jest postawą charakterystyczną dla wszystkich Ukraińców. Dobrze pamiętam obrazki z Donbasu, gdzie „armię Kijowa” często traktowano niczym najeźdźcze oddziały.

Po drugie, strukturalnym problemem państwa ukraińskiego jest totalne zinfiltrowanie przez rosyjskie służby. Agenci Kremla są wszędzie i potrafią umiejętnie wpływać na procesy decyzyjne rozmaitych instytucji naszego wschodniego sąsiada. Dziś nie jest żadną tajemnicą, że porażki armii ukraińskiej na froncie nie raz wynikały z działalności zdrajców we własnych szeregach. Wracając na grunt polski – byłoby naiwnością zakładać, że w milionowym tłumie migrantów nie ma miłośników „ruskiego miru”.

Po trzecie, społeczności emigranckie mają naturalne skłonności do konsolidacji i mobilizacji w obliczu wspólnych dla grupy wyzwań. Ma to zarówno pozytywny, jak i negatywny wymiar.

Idźmy dalej. Polską rządzą dziś politycy, dla których bazą nie jest zakotwiczony w wartościach demokratycznych i liberalnych elektorat. Ostatnie wybory dobitnie to potwierdziły. PiS jest partią numer jeden dzięki obyczajowej konserwie, akceptującej autorytarne formy rządów i hołubiącej nacjonalizm. A ponieważ przekonanie o religijnej i etnicznej wyjątkowości prowadzi do ksenofobii, ta ostatnia stała się narzędziem władzy (jej utrzymania i poszerzania). Spot wyborczy PiS-u poświęcony migrantom – i ich zgubnego wpływu na Polskę – najlepszym tego dowodem. To zarazem czwarty powód, dla którego tak liczna obecność Ukraińców w Polsce może zostać wykorzystana w agresywnych planach Moskwy.

Jak? Już dziś nie brakuje napięć między Polakami a mieszkającymi u nas Ukraińcami. Wielokrotnie spotykałem się z argumentem, że odbierają nam pracę. Że tworzą zamknięte enklawy, nie integrując się z otoczeniem. I choć generalnie te zarzuty nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością, bardzo łatwo znaleźć pojedyncze przykłady – zwolnionego z pracy Polaka, czy mieszkańców jakiegoś budynku, w którym obcy zaburzyli dotychczasowy spokój. A teraz wyobraźmy sobie, że „ktoś” postanowił „podkręcić” sytuację. Że doszło do jakiejś polsko-ukraińskiej scysji, że w wyniku większej bójki polała się krew. Media, łase na takie kąski, puszczą informacje w świat. Media w jakikolwiek sposób związane z Moskwą, zrobią z tego wydarzenie dnia/tygodnia. Mam inteligentnych Czytelników, którzy dobrze wiedzą, jakimi mechanizmami rządzą się pogromy i lincze. Jak łatwo eskalować napięcie, zwłaszcza gdy pielęgnuje się wszelkiej maści fantazmaty – poczucie wyższości, krzywdy, przekonania o konieczności wymierzenia dziejowej sprawiedliwości (nie brakuje w Polsce wariatów, deklarujących gotowość do bicia Ukraińców „za Wołyń”; z tamtej strony też mamy środowiska nawołujące do „wyrównania starych rachunków”). Gdy łączy nas tak skomplikowana historia, z nieporozumień o charakterze socjalnym mogą wyniknąć dalsze problemy. Wystarczy dolać oliwy do ognia. Zaatakowani będą się bronić, aż w pewnym momencie zjawisko nabierze takich rozmiarów, że stanie się poważnym problemem. Także politycznym.

Gdy liczba kryminalnych incydentów wzrośnie, pojawi się postulat wyrzucenia Ukraińców z Polski. Co, jeśli nałoży się to na kalendarz wyborczy? Łagodzenie konfliktu może się nie powieść. A i tak bardziej prawdopodobnym jest scenariusz „dokręcenia śruby” – PiS bowiem nie raz już udowodnił, że jest władzą o nastawieniu konfrontacyjnym. No i pod presją „prawdziwych patriotów” może po prostu nie mieć wyjścia (tak przynajmniej to postrzegać). Stan wyjątkowy, wojsko na ulicach i masowe, przymusowe deportacje. A w mediach prawdziwy karnawał przemocy – prawdziwych i fejkowych informacji o kolejnych polsko-ukraińskich incydentach.

Nie, to jeszcze nie jest scenariusz, w którym Rosja wchodzi do Polski. Na tym etapie świat nie kupiłby bajeczki o konieczności wysłania nad Wisłę „misji pokojowej”. Zresztą, po co Rosjanie mieliby to robić? PiS od trzech lat robi wszystko, by osłabić nasze więzi z Unią Europejską. Niby zabiega przy tym o większe zaangażowanie NATO we wschodniej części Europy, jednocześnie jednak rozbraja polskie wojsko. W efekcie z prymusa staliśmy się kłopotliwym członkiem i sojusznikiem. Czy do kogoś takiego warto wyciągać pomocną dłoń? Czy nie znajdą się na Zachodzie politycy, którzy w naszej sytuacji znajdą pretekst, by dokonać „amputacji, która uratuje wspólnotę”. „Przecież Polska masowo łamie prawa człowieka, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej na Ukraińcach!” – zagrzmi jeden z drugim. I nawet jeśli nie będzie miał racji, służby Kremla dostarczą mu odpowiednich „dowodów”. Przez cały 2015 rok karmiły Europę „newsami” o ekscesach uchodźców – wiedzą, jak się gra w te klocki.

I tak zostaniemy sami. I nawet jeśli rozwiążemy „problem ukraiński”, spadną na nas kolejne gromy. Choćby załamanie na rynku pracy, bo bez Ukraińców nie jesteśmy w stanie rozwijać naszej gospodarki. O konsekwencjach „wylania z Zachodu” aż strach pomyśleć.

Wnioski? Nie, nie nawołuję do wyrzucenia Ukraińców z Polski. Tych, którzy przyjechali tu pracować, potrzebujemy jak płuca powietrza. Tym, którzy uciekli przed wojną, winniśmy udzielić schronienia. Czas przestać być beneficjentem pomocy od innych i zacząć spłacać długi wdzięczności.

Przede wszystkim jednak czas pogonić ludzi, którzy demolują polską politykę zagraniczną, którzy rozmieniają na drobne potencjał polskiej armii. Czas powiedzieć „do widzenia” politykom flirtującym z nacjonalistami, faszystami i stadionową chuliganerią. Piewców supremacji – białych, katolików, „prawdziwych Polaków” i bóg wie czego jeszcze – odesłać gdzie ich miejsce: kryminalistów do więzień, resztę poza margines społecznego dyskursu. Czas zacząć budować służby specjalne, które zajmą się tropieniem „zielonych ludzików”, a nie zabezpieczaniem interesów ludzi władzy. Czas na pozytywny program edukacyjny, który pozwoli Polakom zmierzyć się z wyzwaniami, jakie niesie ze sobą koniec wspólnoty homogenicznej. Podoba nam się to czy nie, jesteśmy skazani na obcych. Czas najwyższy zatem tak zdefiniować politykę państwa, by uwzględniała nieuniknione procesy demograficzne. Ukraińcy (i wszyscy inni, którzy tu przyjadą), muszą znaleźć w Polsce swój drugi dom – nie mogą być niczym robotnicy na platformie wiertniczej, otoczeni groźnym, nieprzyjaznym morzem.

Tak unikniemy polskiego Krymu.

—–

Nz. Budynek lokalnej administracji w jednym ze wschodnio ukraińskich miast/fot. Marcin Ogdowski

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Adaptacja

– Ruski czy nasz? – zastanawiał się ukraiński sanitariusz, wskazując palcem niewielki obiekt na niebie. Pytanie nie wymagało odpowiedzi – bo i skąd miałem ją znać? – ale mimowolnie pokręciłem głową, mówiąc, że nie mam pojęcia. Tymczasem Ukrainiec uznał, że chyba jednak nie „nasz” – i wysunął dłoń przed siebie w geście uchodzącym za wulgarny. Uśmiechnąłem się. Nie była to „moja” wojna, nie było we mnie tylu emocji, którymi napędzali się ukraińscy żołnierze. Niemniej i ja „poczęstowałem” wiszący nad nami dron fakiem. Dla większego efektu wytknąłem jeszcze język – tak mocno, jak tylko się dało. Kilka godzin wcześniej przeklinałem wszystko, co ruskie, przygwożdżony do podłogi przez wyjątkowo natrętnego kaemistę.

Wkrótce zrobiło się ciemno, a ja poszedłem za potrzebą. Gdy wracałem do budynku, w którym miałem swój śpiwór i polowe łóżko, w jednej chwili usłyszałem świt i poczułem za plecami wybuch. Wbiegłem przez szerokie wejście do środka, śmiejąc się wariacko. Miał to być zuchwały uśmiech – i tak pewnie brzmiał – lecz w istocie była to nerwowa reakcja przerażonego ciała. Artyleryjski pocisk upadł naprawdę blisko; kilka sekund różnicy i wystawiłbym się na podmuch z niezliczoną ilością odłamków.

A potem przyszło to, czego nie znałem. Do tej pory relacjonowałem wojny antypartyzanckie, w których właściwie nie używano artylerii. Tu, w Szyrokino, naprzeciw siebie stanęły dwie armie, wyposażone w niemal wszystko, co ludzkość wymyśliła, by móc się wzajemnie unicestwić. I choć formalnie obowiązywało porozumie przewidujące wycofanie z frontu najcięższego uzbrojenia, walczący mieli je w dupie. Tak, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłem i poczułem, czym jest artyleryjska nawała – z perspektywy osoby, która znajduje się pod ogniem.

Tamci walili przez kilka następnych godzin. Budynek, w którym się schroniliśmy, drżał w posadach; chwilami miałem wrażenie, że zwali nam się na łby.

– To przez ten twój wytknięty język – medyk miał poważną minę, lecz zaraz wykrzywił usta. W tym momencie poczułem, że ściskający szyję strach zaczyna ustępować. Jakieś dwie godziny później, mimo trwającego ostrzału, byłem już na tyle spokojny, że wsunąłem się w śpiwór i zasnąłem.

Rano miałem siwą głowę – od tynku spadającego z sufitu. I gardło tak podrażnione, jakbym całą noc zajadał się szklaną watą. Przede wszystkim jednak potrzebowałem kofeiny. Znalazłem kawę, czajnik, wrzątek – po kilku minutach, z parującym kubkiem w dłoni, wyszedłem z budynku. Przed wejściem, na ławeczce, siedział już niezawodny paramedyk. Uśmiechnął się i wskazał ręką miejsce koło siebie.

– Znów im się nie udało – skomentował nocne wysiłki donbaskich „górników, hutników i budowlańców”. – Żyjemy.

Rozejrzałem się po okolicy. Księżycowy krajobraz wokół dowodził, że „tamci” – choć nieskutecznie – podeszli do sprawy ambitnie. Wzdrygnąłem się.

Ale też świeciło cudowne słońce, a siedzące na poharatanych drzewach ptaki śpiewały tak ładnie. No i ta kawa, pieszcząca nozdrza mocnym, czekoladowym (!) aromatem. Było mi naprawdę dobrze…

—–

„Przywykliśmy” – zapewnia weteran, dziś starszy już mężczyzna. „Inaczej człowiek by zwariował” – dodaje po chwili. On i jego koledzy – ale też dawni wrogowie – w jednym z odcinków „Wietnamskiej wojny” opowiadają o mechanizmach adaptacyjnych, pozwalających żołnierzom przetrwać trudy wojennej rzeczywistości. Obejrzyjcie ten serial, jest na Netfliksie. Ja oglądałem wczoraj, przypadek chciał, że dokładnie trzy lata po opisanej wyżej historii.

—–

Nz. Szyrokino, pozycje wojsk ukraińskich, lipiec 2015/fot. Dariusz Prosiński

Postaw mi kawę na buycoffee.to